Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

środa, 20 listopada 2013

123.SYMPATYCZNA PODRÓŻ W CZASIE

ROMAN WILKANOWICZ
„BURY MIŚ. UCIESZNE PRZYGODY MAŁEGO NIEDŹWIADKA”
ZYSK I S-KA,
ILUSTROWAŁA ALEKSANDRA MICHALSKA-SZWAGIERCZAK NA PODSTAWIE ORYGINALNYCH ILUSTRACJI LUDWIKA MOE

[Zysk i S-ka sięga w przeszłość dla czytelnika niepełnoletniego]

Nie wiem ile lat tak naprawdę ma Bury miś. Jego ojciec, Roman Wilkanowicz, co wyrzeźbił go ze słów, żył w latach 1886-1933. W przepastnych internetu kufrach znalazłam informację o wydaniu tego wiersza z 1924 roku. Nie wiem, czy wtedy pierwszy raz chwalił się niesfornym niedźwiedzim synkiem?
A niedźwiadek istny indywidualista! Mądry, wykształcony, pochodzący z dobrej, szacownej rodziny (i chyba bogatej, bo na ilustracjach widać, że w jego domu rodzinnym zamiata kura, gotuje kaczka, a pranie robi pani borsuczyca). I rezolutny. I własne zdanie ma. I właśnie, gdy kończy szósty miesiąc swego niedźwiedziego życia, postanawia się ożenić. Wie dokładnie, kto zostanie jego żoną – wybrał sobie córkę hiszpańskiego Granda. Ni mniej ni więcej, tylko dziewczynę. Człowieka.
„Bowiem taki głupi czas
Był już ongiś, jak i dziś,
że być Misiem nie chciał Miś,
Co ma zresztą każdy z nas...”
W głowie mu bale, korale, wyższe progi i czapka z piórkiem na łepku.
A że Miś miał szyk, ogładę i dobre maniery, że miał dyplom Smorgońskiej Akademii*, szybciutko podbił serca całego dworu i w mig rękę królewny dostał na wyłączność. Ślub miał się odbyć już za chwileczkę, już za momencik... Zewsząd przybywają świetni gości, muzycy stroją instrumenty... cisza przed burzą...
Ale w końcu maleńka, płynna, złota rzecz staje między Misiem a królewną...
Ciężko się czyta tę książeczkę – zwłaszcza na głos. Potykam się na „koperczakach”, „Imci”, „blamażu” i „strugach”, co są jednostkami miary, na troszkę innym szyku zdania, na rytmie, w którym brakuje czasem paru taktów, na tym roku 1924... Nie, żebym nie rozumiała wiersza! Każde słowo znajome, ale jakoś obco to wszystko poskładane, jakoś grudowato mi z gardła te słowa wychodzą...
Ale jednocześnie ma ta książeczka swój czar. I to, paradoksalnie, też tkwi w tym 1924 roku – to morał, którego nie można bajce odmówić, to urok całej historii, gdy Miś zawitał na dwór, bo chciał być kimś lepszym, niż zwykły Niedźwiedź, to w końcu magia ilustracji. Z radością zobaczyłabym oryginały, bo pewnie mniej kanciaste, mniej „graficzne”, bardziej w kształtach opływowe. Nie zmienia to jednak mojego zafascynowania – kojarzą mi się ze starymi książkami z bajkami, wyciąganymi z jakichś sekretnych szuflad babci, ze starymi pocztówkami, które wysyłało się dzieciom „w powinszowaniu urodzin” i bajkami puszczanymi na ścianie z projektora...
Miła rzecz, ciekawostka, powrót do czasów, w których nigdy nas nie było...

*żartobliwe określenie sławnego w Europie ośrodka, w którym Cyganie tresowali niedźwiedzie (op.cit.)








[Dziękujemy Zyskowi i S-ce za zyskowne prezenty do spółki z uśmiechem]  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...