Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

środa, 29 stycznia 2014

155. NIECH ZAWIŚNIE! CZYLI ...ILE CIĘ TRZEBA CENIĆ...

Zima przyszła, zdrowie pojechało na urlop – pewnie do ciepłych krajów. Najpierw Majkę zaatakowały wirusiska, co się zagnieździły w brzuchu. Gdy wydobrzała i na jeden dzień została przywrócona światu, to dopadły ją jakieś inne, siedzą w gardle i drapią długimi pazurami, w nosie się rozpychają i sprawiają, że na twarzy nie ma już miejsca na uśmiech. Walczymy różnymi metodami, najskuteczniejsza to chyba przytulanie. Tęsknimy za zdrowiem i wysyłamy do niego listy z prośbą, żeby wracało, że już będziemy mu co dzień dziękować za obecność.
Piszę o tym wszystkim dlatego, że na Naszej ścianie zawisł kalendarz. Wisi w rodzicielskiej sypialni, bo u Majki ściany zajmuje Pan Kuleczka, ale podziwiany jest nie mniej (choć miej zabazgrany).
A kalendarz jest o zdrowiu. Wydała go firma Gedeon Richter (podobno już po raz trzeci takie przedsięwzięcie przedsięwzięli), a patronatem objęło Narodowe Centrum Kultury. Objęło w ramach akcji „Patrz jak czytasz.Ilustracje.”*, której pomysłodawcą jest Andrzej Pągowski**. Miałam okazję (i niewątpliwy zaszczyt) chwilkę porozmawiać z panem Andrzejem. Powiedział, że akcja stratuje, że dopiero oczy otworzyła, że ciekawie przygląda się światu i ma główkę, choć małą jeszcze, to pełną pomysłów, że będą walczyć, żeby rosła i objęła świat cały, albo Polskę chociaż, ale tez całą! A idea jest jedyna słuszna – żeby książka była piękna. Jasne, że chodzi o treść, że nie tylko forma jest ważna, ale czas już najwyższy, żeby formę zacząć doceniać, a nie traktować jak opakowanie prezentu, którego można się pozbyć. Coraz lepiej z tym, dużo lepiej i widzę, jak wielu osobom w moim otoczeniu, blogerom, a także ludziom kultury, zależy na obrazie. Uderzyło mnie mocno to, co powiedział Pągowski w wywiadzie dla Radiowej Jedynki „Zależy nam żeby wykształcić pozytywny snobizm na czytanie, ale również żeby książki, gazety, magazyny, wszelkiego rodzaju opakowania, gdzie pojawia się ilustracja były robione przez zawodowych ilustratorów. W tej chwili chodząc po księgarniach można napotkać na tak tragiczną typografię na książkach, że aż zęby bolą.” Oczywiste? Oczywiste!
Ale ja dopiero pomyślałam o tym, że tak właściwie nie każda książka jest ilustrowana przez ilustratora. I zaczęłam myśleć, co za tym idzie. Że brzydota, że te bolące zęby – również oczywiste. Niby nie to jest ładne, co jest ładne, ale co się komu podoba, ale przecież gust też można kształtować – ba! gust trzeba kształtować! I jeśli pokażę mojej córce piękno zaraz, gdy tylko zdoła patrzeć, to potem będzie piękna łaknąć i sycić się dobrym pięknem, a nie tym naciąganym, kiczowatym.
Ale dotarło też do mnie to, że jeśli ktoś nie jest ilustratorem, a na przykład „jedynie” grafikiem czy malarzem, czy rysownikiem (gorzej, gdy w ogóle nie jest, a tylko potrafi zrobić w programie graficznym kółko i kilka kresek i już jest słońce), to nie będzie potrafił dobrze zilustrować książki. Że jego obraz ma nieść treść, ma nieść przekaz, ma na grzbiecie dźwigać istotę, sens, znaczenie. Że słowo i obraz muszą tańczyć do tej samej muzyki, a nie jedno walca a drugie tango. Że to ważne, żeby książka była spójna, bo przez to będzie piękna – także jako przedmiot. Zawsze wystrzegałam się patrzenia na książki jako przedmioty – to ustawianie kolorami na półkach, grzbiet do grzbietu równanie i mierzenie linijką w księgarni lub w sytuacji ekstremalnej puste okładki albo przycinanie książek, żeby weszły na półkę, wywoływały we mnie bunt i sprzeciw. Ale nagle stanęłam oko w oko z książkami mojej córki i pomyślałam, że są naprawdę ładne, że estetyka nie musi być koniecznie tylko wartością dodaną, że może funkcjonować na pełnoprawnych warunkach, że przecież wiele razy kupowałam jej książkę, bo miała piękne obrazki, albo dlatego, że zilustrował ją mój ulubiony artysta. Ostatnio na kilku rozmowach rekrutacyjnych pytana byłam czym się kieruję, wybierając książki dla Majki – jednym z kryteriów są ilustracje i nie stawiam tego na ostatnim miejscu. Poza tym zapytana, zaczęłam snuć długą historię na temat moich ulubionych ilustratorów – namnożyło się tych nazwisk w głowie, nawet nie wiedziałam, że tyle – niektóre nawet podstępnie lub szturmem wdarły mi się do serca.
Wracając więc do kalendarza – współczuję temu, kto musiał wybrać tylko 12 nazwisk, kto stanął przed zadaniem odrzucania i niemożnością rozciągnięcia roku do 25, no 20 chociaż miesięcy...
Tylko 12...
Styczeń nazywa się Pągowski, lutemu na imię Wilkoń, marzec zwie się Dudek , kwiecień to Pankiewicz, maj mai się Gaudasińską, czerwiec należy do Butenki, w lipcu odbija się Dziubak, sierpień wygląda jak Woldańska-Płocińska, wrzesień nosi imię Sztyma, a październik Stanny, listopad podobny do Pawlaka, grudzień zaś stoi Ekier.
A Królak, a Oklejak, a De Latour, a Bajtlik, a Bogucka, a Chmielewska, a Kozyra-Pawlak, a Wasiuczyńska, a Żelewska, a Concejo???
A inni, którzy na myśl nie przychodzą, a na półce w książkach Majki mieszkają???
Pan Andrzej powiedział mi, że na spotkaniach autorskich jest zdumiony, że świadomość ludzi w kwestii ilustracji często przykuta łańcuchami do Szancera, kroku w przód nie może poczynić („a to i tak dobrze, jak Szancera kojarzą”), że przy całym talencie, jaki bucha ze współczesnych twórców, wciąż ktoś potrafi stanąć i mówić, że mu ilustracyjnie wieje chłodem. Że skoro Szancer nie żyje (od lat 41!) to już nie ma kto książek ilustrować. A ja nie wiem gdzie szpilkę wetknąć pomiędzy tłum ilustratorów, których cenię. I chciałabym, żeby to im dawać do rąk kredki, mazaki, farbki i te pe, żeby to oni po książkach malowali, i po gazetach, i po kartonach z mlekiem, i po plecakach, i po koszulkach. Że to naprawdę ma znaczenie, czy moja córka widząc w książce krowę powie „muuu” czy „hau”, bo nie będzie potrafiła odróżnić jej od psa. I chciałabym, żeby ludzie patrzyli, jak czytają, bo dzieci patrzą na pewno!






*takie gry słowne nie tylko tygryski lubią najbardziej
**prawda, że wszyscy kojarzą jego plakat „Papierosy są do dupy”?

poniedziałek, 27 stycznia 2014

154. OSZCZĘDZANIE

KATARZYNA MINASOWICZ
„ZIMA, KTÓREJ NIE BYŁO”
WILGA, GRUPA WYDAWNICZA FOKSAL, WARSZAWA 2014
ILUSTROWAŁA KATARZYNA MINASOWICZ

Odkopujemy się ze śniegu. Zmarznięte stopy rozcieramy i zdejmujemy po jednej warstwie ubrań. Z -15 zostało -3. Nie chcemy więcej, bo tyle minusów jest do pokonania termoforem i gorącą herbatą z sokiem malinowym. I stosem książek. I niewychodzeniem z domu. Zima zawitała.
A u Małej nie ma zimy. A Mała na nią czeka. Bo chce wiedzieć, jak to jest. Bo chce poczuć zimno wspinające się po kręgosłupie. I to szczypanie w nos i uszy, o którym do tej pory tylko słyszała. Słyszała jeszcze wiele innych rzeczy – o gryzących rajstopach, o tym, że nie można jeździć zimą na deskorolce i o odśnieżaniu – codziennie. Wszyscy drżą przed zimą, schowaliby się w jakiejś dziurze, w której zima ich nie dopadnie, przespaliby białe miesiące, zatrwożeni jej majestatem i lodowatymi palcami, którymi chwyta każdego bez wyjątku. A Mała jest ciekawa. I nie może się doczekać. I jako jedyna wypatruje, wyczekuje, w oknie wystaje i zimę zaprasza. Bo jest dzieckiem ciekawskim. I jeszcze dlatego, że tata w wielkim pudle z napisem ZIMOWE przyniósł piękne czerwone śniegowce. A zimy nie ma i nie ma jak wypróbować śniegowców w śniegu. I w lodzie. I w zamieci. I w zamarzniętych kałużach. Trzeba więc sobie zimę stworzyć. Porzucać się śnieżkami ze zgniecionego papieru i utonąć w zadymce ze styropianowych kulek. Koniecznie w czerwonych śniegowcach, bo są najpiękniejsze na świecie! A potem w okno puka prawdziwa zima – ta z uszczypliwym charakterem i chłodnymi dłońmi. Ta, której nikt a nikt nie lubi...
To historia o tym, że lepiej być dzieckiem, nawet, gdy ma się zbyt wiele na to lat, że lepiej po dziecięcemu patrzeć a świat, znaleźć w sobie radość i zachwyt, że zimową porą najlepiej wskoczyć w śniegowce – koniecznie czerwone – i pójść na sanki. Albo urządzić bitwę na śnieżki.
To książka która oszczędza – oszczędza długich, wybujałych zdań, zakończonych zakrętasami i zawijasami, oszczędza zdań ciągnących się jak zimowy szalik, tak długich, że nie wiadomo gdzie się kończą i co było na ich początku. Oszczędza ilustracji przeładowanych szczegółami i kolorami. To książka – odpoczynek, bo siedzi się przy niej, patrzy na białe strony i można zobaczyć tę twarz zimy, która skrzy się uśmiechem. Jest subtelna – humorem, który goni za rajstopami, podgryzającymi w stopy; ilustracjami, na których Mała obserwuje świat – trochę z boku, z namysłem, ale i zachłannością dziecka, z tym wielkim pragnieniem, żeby zrozumieć wszystko, co pojęte i co do pojęcia się nie nadaje i tekstem, którego jest w sam raz na zimowe wieczorne czytanie. W sam raz na to, żeby zima dała się oswoić i zwinąć na kolanach jak biały kot.






[Dziękujemy Grupie Wydawniczej Foksal za egzemplarz, co ogrzał nas w zimowej zadymce] 
 

środa, 22 stycznia 2014

153. DZIADZIUŚ NAJLEPSZY CZYLI GDZIE DZIADEK MA WĄSY?

LENA ANDERSON
„LATO STINY”
(TŁ. AGNIESZKA STRÓŻYK)
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2013
ILUSTROWAŁA LENA ANDERSON

Za chwilę zaczyna się noc – dla Majki zaczęła się już, jedną ręką obejmuje misia Tymona, a drugą sen. Zapowiadają minusy, których ma być 15, a nawet 18. Boimy się, więc pod stopy wkładamy nagrzane termofory. A przedsennie czytamy „Lato Stiny”, żeby złapać promyk słońca (choć w tymże lecie wcale nie o lato chodzi) i żeby pomyśleć o Dziadku, który 130 kilometrów od Nas otula się pewnie w miły sweter, który dostał od Majki parę dni temu w prezencie.
Dziadek Majki przyznał się kiedyś, że obawiał się, jak to będzie zostać Dziadkiem. Myślałam o tym wtedy, o tej niewybieralności. Rodzice decydują się na Dziecko – bardziej lub mniej świadomie, ale to jakiś wybór, jakieś chcenie, jakieś decyzje. A Dziadkowie? Nie mówią słowa, nie dają przyzwolenia, a nagle pewnego dnia lub nocy zostają Dziadkami (i Babciami). Z tymi Babciami jest łatwiej – mam wrażenie, że kobiety z tyłu głowy, a może raczej na ściankach serca, noszą jeszcze poród, że to naturalne przedłużenie ich matkowania. A Dziadkowie muszą się nauczyć, poprzestawiać, przewartościować... Ja wiem, że to jest jak błysk, że gdy się widzi wnuczkę drugiego dnia po urodzeniu, to zakochujesz się w otwartych nagle w czasie wizyty w szpitalu oczach. W tym „krew z krwi”, nawet jeśli troszkę rozrzedzona. Mniej już trzeba, bo to nie Dziadkowie wychowują. Oni mogą wspierać, radę jakąś położyć cichcem na stoliku przy wejściu, ale to nie ich zadanie. Nawet, jeśli na co dzień się wnuczkiem opiekują – to wciąż nie jest ich zadanie – są wtedy wynajęci i obok dziadkowości mają jeszcze niańkowość.
Z niepewności zrodziło się niesamowite uczucie – Dziadek trzyma sztamę z Majką – karmi ją najlepszymi kąskami, razem chodzili na zakupy, gdy mama leżała z chorym kolanem, mieli ulubioną ławeczkę, którą teraz przykrył pewnie śnieg i to na Dziadku Majka może pokazać wąsy – nikt inny takich nie ma, to go wyróżnia. I jeszcze to, że nie musi się starać, że Dziadkowść ma we krwi, że wystarczy kochać...
Tak jest też u Stiny – ten związek dusz, to bycie razem, to pokazywanie świata na migi, nawet niekoniecznie mówiąc. Stina spędza u Dziadka całe lato, a jednak wcale się nie nudzi. Mimo że nie robi nic nadzwyczajnego – łowi z nim ryby i czasami jest okoń na kolację, zbiera na plaży to, co wyrzuciło morze, pewnie coś rysuje, klei czy wycina, czasem odwiedzi przyjaciela Dziadka, Bujdę, który opowiada zabujane historie z samego środka Oceanu Spokojnego. Rytuały dnia – raz jedno zmywa, raz drugie, czasem morze wyrzuci na brzeg skrzynkę i można zrobić schowek na skarby. To Dziadkowe „Co ty nie powiesz”, które powtarza na każde wezwanie, to też jest taki jego mały rytuał. To jak potwierdzenie – słucham cię, twoje pomysły i bajdurzenia są już głęboko w mojej kieszeni, na pewno ich nie zgubię i nawet jeśli coś się nie zgadza, albo nawet jeśli coś zmyślasz, to nie szkodzi, masz do tego prawo, bo jesteś dzieckiem. Dziadek Stiny doskonale rozumie istotę bycia dzieckiem i to sprawia, że jest dziadkiem idealnym. Gdy idą nad wodę, to Stina brodzi sama, on jest troszkę dalej, czasem zapatrzony w horyzont, bo nie można przecież wciąż podglądać Dziecka. Ale nie pozwala Stinie chodzić bez kapoka – to połączenie troski i podarunku, jakim jest samodzielność, a to może wynikać tylko z miłości.
Najpiękniejszy jest dla mnie moment, gdy Stina idzie zobaczyć sztorm. Wymyka się cicho z łóżka, a gdy Dziadek ją znajduje nad morzem, mokrą, zmarzniętą i wystraszoną, gdy on sam pełen niepokoju i przerażenia, to wcale nie krzyczy, wcale nie złości się, nie stawia zakazów, nie udziela reprymend i kar nie nakłada – dziadek Stiny bierze ją na ręce, idą do domu i przygotowują się odpowiednio – a potem dopiero idą nad wodę – w sztormiakach i kaloszach. Nieważne, że jest środek nocy – ważne, że sztorm to piękne widowisko i najważniejsze, że warto pokazać go wnuczce.

Takich Dziadków Wam życzę – Majka już takiego ma...




wtorek, 21 stycznia 2014

152. BABUSIOWY DZIEŃ


STINA WIRSÉN

„CZYJA BABCIA?”

(TŁ. MAGDA CEDRO)

STENTOR, WARSZAWA 2008

ILUSTROWAŁA STINA WIRSÉN

Babcia Majki (babcia J.) jest na razie nie-dzielna (że jest niedzielna, to też, bo dzieli nas jakieś 130 kilometrów) – Majka nie musi dzielić jej babciości z nikim. Nie-dzielenie się jest łatwe. Ma się wszystko dla siebie, nie trzeba zastanawiać się, kogo babcia bardziej kocha i kto będzie bliżej niej siedział, gdy będzie czytała książkę. Jest jeden na jeden – babcia na wnuczkę, więc mogą sobie opowiadać, że „jesteś naj – ulubieńsza, kochańsza, piękniejsza...” Nie ma nikogo, kogo by te słowa zraniły i kto płakałby z ich powodu w poduszkę.
Ale babcia misia jest przepołowiona. Misiu kocha ją najbardziej na świecie, ale ona nie może tego odwzajemnić, bo musi kochać aż dwie osoby – jego i jego kuzynkę. Przecież wiadomo, że skoro babcia jest jedna, to nie może mieć dwóch miłości – trzeba się podzielić! Kuzynka jest „głupia” i misiu nie chce jej mieć. Woli samą babcię.
Ta książka na dziś trochę z przekory, bo dzień wyjątkowy. Ale uczucie też wyjątkowe – zazdrość. Każdy ma je w sobie, nie wierzę, gdy ktoś twierdzi, że jego omija. Nie omija, tylko udaje się ją zamknąć w klatce żeber, przytrzymać na smyczy rozsądku, niech nikogo nie pogryzie. Ale nas od środka – owszem. Bo to nie tylko książka o uczuciach dzieci. To książka o tym, co czuje każdy, tylko dzieci potrafią powiedzieć, że kuzynka jest głupia i nie chcę jej mieć – dorośli sznurują usta, milkną i co najwyżej płaczą wieczorem w łazience. Bo jak podzielić się swoim dzieckiem? Jak pozwolić, żeby kto inny zajął choć trochę miejsca w jego sercu, rozpanoszył się i zagarnął przestrzeń – i może dla mnie nie starczy? Taki to już człowiek głupi jest, że nie wierzy w rozciągliwość ludzkiego serca – zmieści się mama, tata, pani ze żłobka, konik na biegunach, Babcia... Dla wszystkich starczy miejsca i nikt nie wyjdzie z kochania poturbowany.
Ja wiem, że może bulwersować, że na stronach internetowych kąśliwe, ociekające jadem uwagi szerzą się i mnożą. I dyskusje – bo jak można pokazać dziecku, że kuzynka wymiotuje? (a babcia później ściera podłogę), jak tolerować u małego misia takie słownictwo - „głupia” - przecież małe misie tak nie mówią. A ja właśnie Wirsén składam pokłony – TO jest dziecko, dzieci TAK mówią, dzieci TAK czują i czasem zdarza im się „porzygać”. Ci, którzy skupiają się na tym aspekcie książki, nie zrozumieli jej wcale. Nie zrozumieli, że najważniejsze jest, że na końcu babcia przynosi świeczki i całe naręcze książek i że wszyscy – misio, babcia i kuzynka siedzą na jednej kanapie i czytają. Że misio już chce mieć kuzynkę, że babcia jest najukochańsza, ale może każdego kochać najwięcej na świecie, mimo że jest tylko jedna jedyna.
O tym jest ta książka – o tym, że babcia zawsze wie, co robić i jak robić, bo kieruje się miłością. I że każda babcia jest super-babcią.








A Babci Majowej chciałyśmy w dzień jej święta powiedzieć, żeby się nie zmieniała, bo jest doskonała! 

środa, 15 stycznia 2014

151. SKĄD SIĘ BIORĄ POMYSŁY?

JERZY OSTROWSKI
„HISTORIE PRZEDHISTORYCZNE”
ZYSK I S-KA, POZNAŃ 2013
ILUSTROWAŁA ALEKSANDRA MICHALSKA-SZWAGIERCZAK NA PODSTAWIE ILUSTRACJI, KTÓE WYKONALI IGR + PARECKI

[Zysk i S-ka sięga w przeszłość dla czytelnika niepełnoletniego]

Pomysł jest bestyjką sprytną. Ma szybkie nóżki i lubi bardzo uciekać, gdy tylko się pojawi. I trzeba go szybko łapać, za te nóżki chwytać i przywłaszczać. A z pomysłów rodzą się wynalazki.
I jeszcze z tego, że ktoś lubi leniuchować, nie lubi się męczyć i woli śpiewać, w miejsce sapania. A takim kimś jest na przykład Mhum- wielki leń, który z lenistwa wymyślił windę.
Wynalazki biorą się też stąd, że ktoś myśli nad tym, co by było, gdyby nie było tak, jak jest. Na przykład taki Cocopoco, który pytaniem o alternatywy dla świata zamęcza całą rodzinę, a który tymi pytaniami stwarza w końcu żangadę, żeby wypływać w morze i łowić ryby.
Wynalazki mogą się też brać z żony. Na przykład takiej, co to zawsze kręci noskiem i chce więcej i więcej. Na przykład „zamiast wycia wiatru – papugę, kanarka i radio”. Ale jej mężem musi być człowiek, który się zapiera i postanawia polegać tylko na samym sobie, zamiast na bożkach, które nie dają mu nic.
Wynalazek może się też wziąć z zazdrości – wtedy, gdy Tapoja coś wymyśla, a Tapojk jest zazdrosny, że nie tylko on potrafi ruszyć rozumem.
Albo z tego, że Fitumitu patrzy – to znaczy widzi to, co właśnie jest w danej chwili potrzebne i potrafi dostrzegać. Albo z tego, że Hipik chce poprawić swoją jakoś życia i wymyśla coraz to nowe narzędzia, które usprawniają jego życie. I jeszcze z determinacji, bo jeśli coś się nie udaje, to zawsze trzeba spróbować kolejny raz – a jeśli nie wyjdzie siekiera, to wyjdzie łuk – i też jest dobrze. Ważne, żeby chcieć doskonalić świat i siebie,
Albo z tego, że się chce komuś coś podarować, na przykład zabawkę znudzonej córce...
Wydawcy pytają wprost na pierwszej stronie „Jak to się stało, że tak piękna i wartościowa polska książka dla dzieci jest u nas praktycznie nieznana?” - a ja swoje pytanie dołączam - „no jak to się stało, jak?'.
Wszak to fantastyczna literatura, zajmująca, świetnie napisana, co bawi humorem gilgoczącym w stopy – każdy musi się choćby uśmiechnąć pod wąsem!
Ja jestem kupiona – wynajdywaniem kalendarza, żoną, co ma leniwego męża i nazywa go „najdroższym ciemięgą”, „najmilszym ciamajdą” i „najukochańszym ciapą”, językiem Ostrowskiego, który ani trochę się nie zestarzał i choć o przedhistorii prawi, to słucha się go jakby siedział obok i wymyślał bajkę na dobranoc, Cococpocem, który jako jedyny syn w rodzinie jest nieznośny, w przeciwieństwie do jedenastu znośnych braci – a wszyscy mieszkają w Pernambuko i opisem jednego z rysunków - „widzicie tu Przemysława z zębatym kółkiem, Tralalę z wiatraczkiem i prawdziwy wiatrak na górze. Miał być jeszcze na obrazku krzak jałowca, ale malarzowi nie chciało się narysować. Powiedział mi, że według jego zdania jałowiec rośnie z drugiej strony górki i dlatego go nie widać.” [s.155]
Kupionam – tylko czy pieniądze już wynalezione?




[Dziękujemy Zyskowi i S-ce za zyskowne prezenty do spółki z uśmiechem]  

wtorek, 14 stycznia 2014

150.MODA

RAFAŁ SKARŻYCKI
„PODRÓŻE W CZASIE I PRZESTRZENI W CELU RATOWANIA ZIEMI”
ILUSTROWAŁ TOMASZ LEW LEŚNIAK
SFINANSOWANE ZE ŚRODKÓW NARODOWEGO FUNDUSZU OCHRONY ŚRODOWISKA I GOSPODARKI WODNEJ


KOMIKS WYDANY W RAMACH KAMPANII:
KAMPANIA NA RZECZ ROZWOJU ZRÓWNOWAŻONEGO 2011-2014

[Dziękuję Fundacji Nasza Ziemia za egzemplarz komiksu]

Ekologia (i to krótsze, ekonomiczniejsze eko) to modne słowa. To słowa, które chce się wrzucić w każdą dziedzinę życia – eko jedzenie, eko ubrania, eko środki transportu i eko rodzicielstwo.
O ile moda w kwestii ubierania interesuje mnie tylko jako-tako, o tyle ekologia powinna na stałe zawisnąć w każdej szafie. Wszędzie rozżarza się alarm – woda brudna, ziemia zanieczyszczana, dziura ozonowa, ocieplenie klimatu – wszystko przez to, że jesteśmy mało eko i mało w tym logiczni...
Bo skoro wiemy, że plastikowa butelka wyrzucona na dno rzeki będzie się jej odbijać czkawką przez kilkaset lat, to dlaczego droga do śmietnika wydaje się być nie do przebycia? A skoro wiemy, że z tej butelki można zamiast czkawki ziemskiej uzyskać na przykład materiał na zjeżdżalnię dla dzieci – czemu wciąż wydaje się tak daleka? Jesteśmy mało ekologiczni, bo dużo leniwi...
Ale istnieją takie miejsca na ziemi i tacy ludzie na ziemi, którym się chce. I którzy do tego chcą uświadamiać innych. Na różne sposoby.
Tym razem jest komiks. Dla dzieci, bo jak wiadomo – edukację należy zaczynać od dziecięcia, wtedy jest najskuteczniejsza (a poza tym, jak się będzie miało w domu małego ekologa, to można się jakąś częścią eko zarazić).
Pomysł świetny – trójka dzieci, bardzo mocno uświadomionych ekologicznie, proekologicznych i ekologicznie zafiksowanych, podczas zabawy na wysypisku śmieci, znajduje dziwny przedmiot. Okazuje się on być maszyną do przenoszenia w czasie...
Wędrują więc sobie po dawnych wiekach i uświadamiają kogo trzeba – Edisona, że trzeba oszczędzać prąd, Archimedesa, że trzeba oszczędzać wodę, jakiegoś króla średniowiecznego, że warto chronić lasy, czarownika Merlina, że ważniejsza od wynalezienia kamienia filozofów, jest segregacja śmieci, a na przykładzie smoka, co wyginął pokazują, co to jest równowaga biologiczna (moja ulubiona część!).
Ostatnia przygoda to przygoda w przyszłości – lądują w przyszłości - ziemia zamieniła się tam w pustynię. Poznają naukowca, bezskutecznie próbującego wymyślić wehikuł czasu – ma gotowe badania, z których wynika, że to ludzie niszczyli ziemię i doprowadzili do tego, że szklanka wody musi wystarczać na kilka dni. Jest przekonany, że gdy udowodni ludziom, że to ich sprawka, oni zmienią swoje postępowanie i ziemię da się jeszcze uratować...
Nie jestem przekonana, co do słuszności rozumowania owego naukowca... Przecież dużo wiemy już... a butelki wciąż lecą do rzek, a kompost z papierem i szkłem w jednym worku na śmieci, a światłem rozpalony cały dom, choć wszyscy siedzą w jednym pokoju.
Mamy tu kilka wskazówek, jak pomóc ziemi – na co dzień, w prostu sposób. Uruchamiaj zmywarkę dopiero, gdy jest cała zapełniona, wyjmij ładowarkę z gniazdka, gdy naładujesz telefon, domykaj lodówkę czy obniż temperaturę prania... Drobiażdżki, ale ziarnko do ziarnka... Modne hasła, o których niby każdy wie, ale...
Podobno każda moda przemija – oby ta trwała wiecznie (oby dzięki niej istniało jakieś wiecznie...)






Komiks można przeczytać on line TU.

149.ZACHŁYSNĄĆ SIĘ

BEATA BIAŁY
„KROPELKA”
CARTALIA PRESS, POZNAŃ 2008

[Przenikliwość umysłu i szlachetność manier to cechy jakim hołduje niezwykłe wydawnictwo Cartalia Press]

„Pewnej nocy na listku głogu pojawiła się kropelka rosy.”
Jest zadziwiona światem. Jest zafascynowana dzianiem się. Całą sobą rzeczywistość chłonie i odbija się w niej piękno – głóg, róża, słonecznik i nawet siatka pajęczyny z zapracowanym pająkiem... Kropelka jest mała, a do tego dopiero przed chwilą się pojawiła, nie wie więc jeszcze nic o świecie, wszystko jest dla niej nowe i wszystko jest dla niej pierwsze. Prosi głóg o opowiadanie świata, o przybliżanie go i nazywanie wszystkiego, musi się od niego nauczyć, jak najwięcej. A w chwili wzejścia słońca, okazuje się, że się w nim zakochała...
Tylko że potem niknie.
Tuż po tym, gdy mówi „To bardzo przyjemnie być” już jej nie ma...
Książka o odchodzeniu, o tym, że odchodzenie też może być piękne. Że nie zawsze trzeba płakać, można po prostu docenić bycie. Książka o tym, że choć niełatwo jest przyjąć krótkość istnienia, to w jednej chwili, w jednej kropli może się odbić całe istnienie.
Pięknie wydana – delikatne obrazki, jakby kwiaty przeniesione z ogrodu i zasuszone w książce, jakby listki i owoce, jakby zapach czuć, choć pachnie tylko druk...
Ta grafika jest doskonale przemyślana – kolory od najciemniejszych, od tej nocy, w której pojawiła się kropelka, idą przez świt, rozświetlają się wstającym słońcem i okazuje się, że ten żółty, na ostatnich stronach, aż bije w oczy, że ledwo można rozróżnić litery, bo tak jest świetliście, jakby te strony cieplejsze były... Radosne – to na pewno. Mimo że nie zielone, to przecież z nadzieją...
Tym więcej łez wycisnęła z nas ta książka, im bliżej byłam końca i tej informacji na ostatniej stronie, że patronat nad książka sprawuje Centrum Zdrowia Dziecka.
Nie umiem jej czytać inaczej, jak przez wyblakłe fotografie, na których są chore dzieci. Nie umiem czytać jej inaczej, jak historii specjalnie dla nich, szczególnie dla tych odchodzących. Do oswajania, do uczenia się, jak odchodzić. Ale też chyba do tego, jak żyć. Że choć krótko, to można intensywnie i za całe życie. Że najważniejsze to zachłysnąć się światem i przed zamknięciem oczu zauważyć, że jest piękny. Mimo wszystko...
Tradycyjnie też kłaniam się w pas i do ziemi wydawnictwu Cartalia Press i ich rozlicznym dłoniom, które podawane na prawo, lewo, w górę i w dół. Które promują piękne akcje (Książka za uśmiech) i współpracują z fundacją Festina Lente.
Prowadzą też dwa portale, dotyczące czytelnictwa – iczytam (dziecięcy) oraz Chmurę czytania - (dla dorosłych). I dzielą się tam audiobookami – zupełnie za darmo.

(Książkę czytałyśmy z podwójnym drżeniem serca, bo dostałyśmy ją w prezencie. Co prawda paczuszka dotarła już po świętach, ale cieszyła nie mniej... Majka porwała kopertę, a potem porwała „Kropelkę” do swojego rozkładanego domku. I płakać się chciało i śmiać i naraz wszystko...)








[Dziękujemy Cartalia Press za zderzenie z edytorstwem na miarę dzisiejszych czasów]

piątek, 3 stycznia 2014

148.WIECZORYNKI WCZESNYM RANKIEM

ANNA ONICHIMOWSKA
WIECZORYNKI”
CZYTA JANUSZ ZADURA
BIBLIOTEKA AKUSTYCZNA, WARSZAWA 2013

[Im bardziej jesteś zajęty, tym więcej masz czasu na Bibliotekę Akustyczną]

Jest taka jedna rzecz, która nadchodzi codziennie – nieważne, czy był deszcz, czy słońce, nieważne, czy się uśmiechałeś, czy tylko łzy, nieważne, czy wakacje, czy akurat same egzaminy i zaliczenia, nieważne, czy tu czy tam. NOC. A przed tą nocą, przed oczyma zamkniętymi, przed kołdrą, nakrywającą nas po uszy, jest wieczór. Wieczór jest po to, żeby oswajać się z nocą, patrzeć na powoli zapadający zmierzch, popijać ostatnią tego dnia herbatę, wyciszać się, wieczornieć...
I tu wkracza Onichimowska.
Proponuje dzieciom na ten czas przygody trzech zwierzątek – kota Miśka, żółwia Antosia i wielką kaczkę. Kolejność jest nieprzypadkowa, bo wszystko zaczyna się od guzika, który „urwał się dziś po południu”. Wcześniej należał do kominiarza, więc jest poniekąd guzikiem szczęśliwym. Kot Misiek poznaje go na dachu i z dachu sobie obserwują świat. I gdy guzik zdradza Miśkowi, że może spełniać życzenia, to Misiek się cieszy ogromnie, bo właśnie ma jedno życzenie – poznać pewną kotkę, która przyśniła mu się nie dalej niż jedną drzemkę temu. Musi więc jechać do Pernambuko, bo okazuje się, że ruda kotka najprawdopodobniej właśnie tam przebywa. Potem jest żółw Antoś i jego żona Amelka, która ma fantastyczny pomysł – muszą razem zamieszkać! Są małżeństwem, a mieszkają osobno, każdy w swoim domku – do czego to podobne?! Zaczynają się więc poszukiwania idealnego lokum. A jednocześnie droga na ślub Miśka i Rejki – niby bliziutko i niby po sąsiedzku, ale droga ta długa i nie usłana różami. Na szczęście na końcu otworzą się jakieś drzwi. A po drodze poznamy też dziwną kaczkę, która wystąpi w ostatniej wieczorynce oraz domek na jednej nodze, który zakochał się w bocianie Kaziku, który ma problemy z pamięcią, a do tego problemy z własną tożsamością. Czy naprawdę jest bocianem? Był bowiem przekonany, że akurat kaczką...
Czego tu nie ma! Jakieś czarownice, które kiedyś były królowymi piękności, statki, podróże na drugi koniec świata, zapomnienia i pamiętania, śluby i ucieczki, kolorowe czarodziejskie cukierki i miłość, która tak naprawdę jest sprawczynią wszystkiego – bo gdyby Misiek nie zakochał się w kotce ze snu, to nie byłoby pewnie Antosia i nie byłoby kaczki i wszystkich innych zwierząt i ludzi, których spotykamy po drodze. Dzieje się szybko, dużo i mocno. Dlatego czytam z wielkim znakiem zapytania na końcu „Wieczorynki”? Jak bardzo nie pasują mi pazurki kota Miśka do zasypiania, jak bardzo buja na statku, którym podąża do Pernambuko... Jak szybkie są pościgi – dom czarownicy goniący bociana! - jak wiele zdarzeń i zwrotów akcji! Aż tchu brakuje i oczy stają się większe, coraz większe i wcale do snu nie opadają powieki.
Zadura czyta świetnie – moduluje głos, zmienia intonację, grzmi i furczy, pieje i nawołuje. To dodatkowy plus dla „Wieczorynek” i dodatkowy argument, że płyta w odtwarzaczu tuż przed zaśnięciem to nie jest dobry pomysł – skrzeczący głos czarownicy mógłby rozbudzić tulącego się do poduszki kandydata do snu.
Żądam więc „Wieczorynek” na dzień dobry! Zamiast kawy – wystarczą!





[Dziękujemy Bibliotece Akustycznej, za to, że popieściła nasze uszy]

147. FOTO STORY. STORY FIVE – NOWE...

Powoli wracam do rytmu, który buja na co dzień. Choć grają w Nas jeszcze kolędy. Choć wybuchają fajerwerki i buzuje w ustach smak szampana. Choć z chęcią rozdarłoby się niecierpliwymi dłońmi jakiś kolorowy papier, skrywający znajomy kształt (jakaś okładka, jakieś strony...). Brutalnie wpadamy w rzeczywistość.
Tym brutalniej, że wczoraj dzień leniwy i tak bardzo spleceni ze sobą byliśmy, że dziś trudno było rozplątać wszystkie kończyny, zorientować się, czyja to dłoń, a czyja to stopa, kto zostaje w domu, a kto musi wyjść do pracy.
Wczoraj bowiem leniwie spędzaliśmy czas przed Animal Planet, gdzie wyświetlali cały sezon „Dzikiej Ameryki” (oderwać się nie mogliśmy, przepiękne zdjęcia!).
Poza tym Majka ma NOWĄ książkę – dostała, staropolskim zwyczajem, wyczytanym u Szymanderskiej kolędę (my kolędowo sprawiliśmy sobie Baltazara Gąbkę na DVD). Na ścianie wisi NOWY kalendarz – kaczka Katastrofa utaplana w śniegu po dziób i jak tylko spadnie u nas, to pakujemy w wielkie paczki i ślemy jej, tak, jak sobie życzy. I NOWE latko* piekłyśmy, choć dopiekało się (z czystego lenistwa) gdy Majka już spała, więc próbowała dziś dopiero. Stanowczo za mało mamy inwentarza w foremkach do ciastek, trzeba uzupełnić...

Ech, NOWY rok...








*o nowym latku przeczytałam kiedyś na blogu Pikinini. Ale znalazłam przepis, który mnie urzekł smaku wyobrażeniem u Nikol – przyznam, że zauroczyły mnie też jej dekoracje na ciasteczkach.