Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

wtorek, 16 kwietnia 2013

46.BLW CZYLI BĄDŹMY LUDŹMI WIARY



GILL RAPLEY, TRACEY MURKETT
BOBAS LUBI WYBÓR”
(TŁ.ANNA SEKUŁA, ANNA ROGOZIŃSKA, ANNA ZDROJEWSKA-ŻYWIECKA)
MAMANIA, WARSZAWA 2011

GILL RAPLEY, TRACEY MURKETT
BOBAS LUBI WYBÓR. KSIĄŻKA KUCHARSKA”
(TŁ. ANNA ROGOZIŃSKA, ANNA ROSIAK, KAROLINA ULACHA, RENATA BIAŁAS)
MAMANIA, WARSZAWA 2012

Już nie pamiętam, skąd wiem o BLW. Zaczęłam się interesować rozszerzaniem diety niemowląt już jakiś czas temu, przestraszona tabelami odżywczymi i smakiem „słoiczków”, które ponoć nie mają smaku. Najpierw trafiła do mnie książka kucharska, wygrana w konkursie.
Potem zdobyłam już egzemplarz książki o samej metodzie, jej założeniach, zaletach, wadach i trudnościach. Pochłonęłam, przyklejając mnóstwo kartkopamiętaczy i notując to, co było dla mnie ważne.
Spojrzałam na Majkę i zadecydowałam: „Próbujemy!”.
Nie chcę tu opisywać metody – jest na tyle kontrowersyjna i na tyle „modna”, że można o niej usłyszeć wszędzie. Ja proponuję parę słów, moich prywatnych:
  • Najważniejszą rzeczą, którą zakłada metoda BLW, wydaje się dla mnie fakt, że jemy wspólne posiłki z dzieckiem, o tej samej porze i najlepiej to samo, co ono. Z tym „to samo” czasem się nam nie udaje. A to dlatego, że w przypadku Majki nie mogę używać soli i cukru, no i póki co mleka krowiego. A jeśli chodzi o sól (i cukier też...) dopiero uczę się z niej rezygnować. Wszelkiego rodzaju zioła mogą być używane, ale ja jeszcze nie do końca jestem przekonana, że ziemniaki z bazylią to to samo, co ziemniaki z solą. Ale się uczę, z mozołem, na razie bez większych sukcesów, ale się uczę... W założeniu metoda ma pomóc całej rodzinie odżywiać się zdrowiej. Więc z zapamiętaniem pałaszujemy na zapas wafelki i czekoladę. Przecież potem nie powiem Majce, że ja mogę, a ona nie – teraz jeszcze działa!
  • Gdy mówię komukolwiek, że stosuję taką metodę, od razu pada pytanie – a nie zakrztusi się? NIE! Majka je z nami już (dopiero!) miesiąc, a do tej pory raz jej się to zdarzyło – gdy ugryzła za duży kawałek jabłka ze skórką i skórka wpadła jej „nie do tej dziurki” - poradziła sobie doskonale, pocharczała i wypluła!

  • Pomijamy etap papek, etap karmienia łyżeczka – według autorek rodzi to złe nawyki żywieniowe i jest po prostu niepotrzebne – ja sama widzę, że to prawda! Majka zupełnie dobrze sobie radzi z jedzeniem – oczywiście na razie nie sztućcami, w ruch idą paluszki, ale kombinuje, uczy się rytuału jedzenia, uczy się konsystencji, smaków, zapachów, uczy się, jakie jedzenie jest w dotyku. Dużo się nim bawi, ale też od początku dość dużo trafia do brzuszka – nie wiem ile, bo to niepoliczalne (tak samo, jak przy karmieniu piersią), ale widzę, ze wychodzi drugą stroną ;-)
  • Jasne, BLW jest bałaganiarskie i czasem to zniechęca do posadzenia dziecka z nami przy stole – do prania będzie śliniak i body, będzie do wytarcia krzesełko, ściana i podłoga, do wymycia zabrudzone łapki, buzia i włosy, w które wtarły się rozpuszczone chrupki kukurydziane albo brokuł. Ale mobilizuję się, bo to moja obrona przed „słoiczkami”, których boję się (smakowo, finansowo, zdrowotnie) i wiem, że za jakiś czas Majka usiądzie z nami do stołu i brokuł wyląduje tylko w buzi. Trzeba tylko mieć wiarę – i, nie przeczę, cierpliwość!
  • Dajemy dziecku wybór, dajemy różnorodność, dajemy dużo smaków, nie bojąc się, odrzucając przeświadczenie, że smak ostry to tylko dla dorosłych, a dzieci lubią słodkie. Moja Majka „zaliczyła” już cała gamę produktów, od chleba, który bardzo lubi, poprzez pastę jajeczną z czubrycą, paprykę i kurczaka, po ogórki kiszone, które są jej ulubionym „daniem” na równi z jabłkiem i długimi chrupkami kukurydzianymi, które idealnie mieszczą się w dłoni. To fantastyczne, że cokolwiek przed nią położę na tacy, ona tego spróbuje, że nie odrzuca z góry, nie zamyka się, nie stawia bariery, jest ciekawska, zainteresowana, w jedzeniu zakochana.



I ostatnimi czasy jesteśmy absolutnie zafascynowani tematem „Majka przy stole”, ukradkiem, albo całkiem jawnie pstrykamy zdjęcia i ślemy Dziadkom, żeby zobaczyli, jak Majka obgryza całe jabłko, albo jak wcina naleśniki. I Dziadek kupuje zakręcone chrupki, a Babcia rozmyśla, jaki ryż najlepiej ugotować, choć gdy pierwszy raz wspomniałam o BLW, niemal widziałam, jak po drugiej stronie słuchawki telefonicznej łapie się za głowę i pyta: „A nie zakrztusi się? I tak je rękami?”





czwartek, 11 kwietnia 2013

45. JAZDA WÓZKIEM WIDŁOWYM


ERLEND LOE
„KURT I RYBA”
(TŁ. HELENA GARCZYŃSKA)
ENE DUE RABE, GDAŃSK 2012
ILUSTROWAŁ KIM HIORTHØY

Erlenda Loe znam z dorosłych książek. W „Dopplerze” zakochałam się po uszy. W „Muleum” utknęłam po pas – ale nie jak w bagnie, a w kąpieli błotnej o dobroczynnym działaniu. Ale „Kurt i ryba” to moja miłość do samego czubka głowy!
Kurt jest kierowcą wózka widłowego. Ma wąsy, dziwnego szefa, który mówi wysokim głosem, żonę Anna-Lizę, trójkę dzieci – Chudą Helenę, Małego Kurta i Buda, a jego wózek widłowy ma kolor żółty. Kurt lubi swoją pracę, spełnia się w niej i czerpie z niej przyjemność. Lubi jeździć swoim wózkiem tam i z powrotem po nabrzeżu i przewozić towar, który przypłynął wielkimi statkami do magazynu, pod dach. Pewnego dnia spotyka go dość nieoczekiwana sytuacja – na nabrzeżu znajduje ogromną rybę – nie powinno tam być takiego ładunku, ryba staje się problemem, więc szef pozwala Kurtowi zabrać ją do domu. To staje się bodźcem do zmiany swojego życia – swojego i swojej rodziny. Nie chcę mówić w jaki sposób ryba może kogoś oświecić, jak może stać się początkiem filozofii, jak może zajrzeć komuś w oczy i je otworzyć. Nie chcę, bo na tym polega urok tej książki – na absurdzie, który dzieci pewnie przyjmą z otwartym sercem, na niespodziance, na nieoczekiwanym... Tak, jak kierowca wózka widłowego nie przychodzi nam do głowy jako bohater książki dla dzieci, tak ryba nie przychodzi nam do głowy jako powód do uśmiechu -
nie mniej jednak tak się właśnie od ryby śmieje się cała rodzina.
A ta książka to opowieść o tym, że warto czasem zastanowić się nad swoim życiem takim, jakie jest i spróbować trochę zmienić mu fryzurę, uczesanie i ciuchy – na chwilę, tak, żeby sprawdzić, jak to będzie. A także o tym, że nigdy nie można zapominać kim się jest naprawdę. A także o tym, że zmieniając się, można pozostać takim samym, ale bogatszym. A także o tym, że największą wartością w życiu jest mieć kogoś bliskiego. Ale także o tym, że czasem trzeba zostać sam na same ze sobą. Ale i o tym, że „jeśli ktoś mówi, że jest fajny i lubiany, to wcale tak nie musi być, a jest nawet możliwe, że ktoś, kto mówi, że jest fajny i lubiany, jest mniej fajny i lubiany od tego, kto nie mówi, że jest fajny i lubiany.” [s.64]
Ogromny plus za całą masę mądrych scen – jedną z moich ulubionych jest ta, gdy Kurt nazywa Buda głupkiem, ale potem przyznaje się, że się rozzłościł i dlatego nazwał go głupkiem, ale że to nieprawda i przeprasza go. Albo taka zwykła scena, gdy całą rodzina gra w gry planszowe.
To taka książka-zwyklak, która ma w sobie dużo mocy – tyle, żeby poruszyć tysiąc lokomotyw. Tak, jak te rysunki – niepozorne, czarno-białe, narysowane jakby od niechcenia, ale ja czytam w nich miłość, zrozumienie, szacunek, przyjaźń i ogromną sympatię dla Kurta i jego rodziny (no i ryby oczywiście!)
Niektórych doroślaków może denerwować elementarzowy styl pisania, ale ja uważam go za genialny, jeśli ma trafić do dzieci. Powtarzalność i melodyka sprawiają, że nawet Majka zatrzymała się zasłuchana – słuchała naprawdę, bez udawania. Prostota języka pozwala skupić się na treści, na tym, co jest w środku, a nie na zewnątrz. Czyta się, jakby zjeżdżało się wózkiem widłowym z wielkiej góry – szybko i płynnie, bez zastanawiania się, zawracania, hamowania – dokładnie tak, jak powinno się nim jechać!




niedziela, 7 kwietnia 2013

44. CYRK CZYLI GRAJ PIĘKNY CYGANIE


WOJCIECH ŻUKROWSKI
„PORWANIE W TIUTIURLISTANIE”
BABARYBA, WARSZAWA 2010
ILUSTROWAŁ PAWEŁ KŁUDKIEWICZ

[Babaryba stawia na dwa końce kija – z jednej są ukochane książki z dzieciństwa, z drugiej premiery, które wprawiają w zdumienie]

W mojej głowie mieszka gdzieś na dnie ten tytuł. Spał do tej pory, bo nie przypominam sobie, żebym czytała książkę Żukrowskiego. Gdzieś na wewnętrznej stronie powiek jakieś sceny z filmu rysunkowego, jakiś kogut, jakiś kot... Ale nic pewnego, nic nie wiem na pewno.
I kolejny raz padam na kolana przed Babarybą, bo dała mi coś pięknego, coś niepowtarzalnego. Wyjątkowego. A jeśli ja jestem zachwycona, to liczę na to, że Majka kiedyś też będzie – tym bardziej, że już teraz się zasłuchała w ten tekst, który płynie jak srebrzysta woda.
To historia kota Mysibrata Miauczury, lisicy Chytraski i koguta Pypcia. Ta wspaniała trójka wędruje po świecie – każdy z nich ma za sobą jakieś ciężkie przeżycie. Nie wiadomo, jak się spotkali, co sprawiło, że są teraz przyjaciółmi na śmierć i życie. Wiadomo, że Chytraska była kiedyś guwernantką, Pypeć był wojskowym i grał na trąbce, a Miauczura pilnował swego czasu młyna. Teraz każde z nich ma przewieszony przez ramię tobołek, kradnie gruszki i prosi o kawałek chleba w gospodarstwie, które akurat mija. A dzielą się wszystkim po równo. I serem i garścią malin i łzami.
Pewnej pięknej nocy, gdy Pypeć snuje wspomnienia o wojnie, dociera do nich informacja – na terenie Tiutiurlistaniu została porwana córka króla sąsiedniego królestwa, Blablacji. Nikt nic nie wie, cały kraj jej szuka, ale jeśli nie znajdzie się już, natychmiast, to Cynamon wypowie Tiutiurlistanowi wojnę. Kolejne walki wiszą w powietrzu i choć Pypeć, pełen odwagi, rwie się na pole walki, to wszyscy woleliby uniknąć wojny. Niespodziewanie trójka przyjaciół spotyka na swej drodze księżniczkę i wyrusza w pełną przygód podróż do Blablacji, by ją oddać stęsknionym rodzicom. Ale po piętach depcze im Cygan Nagniotek...
„Porwanie w Tiutiurlistanie” jest książką niesamowitą. Jak dla mnie to przedstawienie cyrkowe: ekwilibrystyka słowa tak doskonała, że żadne nie ląduje na scenie; podniebne loty znaczeń i metafor; taniec na linie akcji, który trzyma w napięciu, a jest tak wyważony, że dociera z miejsca na miejsce tak pewnie, jak po twardej ziemi.
Żukrowski tak czaruje język, że jest mu uległy, historie skaczą wokół niego i są na każde jego skinienie – raz trzymają w napięciu, raz wyciskają łzy, a raz bawią i łechczą we wrażliwe miejsca. A wszystkie są po prostu piękne – to taka czysta poezja, nałapana gdzieś na zakurzonych drogach, w lasach, przy ognisku i we wszystkich tych miejscach, gdzie dobrze snuje się opowieści.
Ta powieść zagrała na moich uczuciach, zatańczyła na dnie oka – wycisnęła łzy – te ze śmiechu i te wzruszenia.
A do tego doskonała oprawa graficzna – czarno-biało-czerwone rysunki, wyraźne, choć troszkę z przymrużeniem oka. Majka była zachwycona, patrzyła na nie długo. Zresztą historia ją też zaczarowała – zasłuchana dotrwała do końca, choć czytałyśmy ją kilka dni.





[Dziękujemy wydawnictwu Babaryba za możliwość powymachiwania własnym kijkiem]