Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

poniedziałek, 5 grudnia 2016

368. MNIEJ ZNACZY WIĘCEJ

„NA GWIAZDKĘ. ZESZYT BANANOWY”
KONCEPCJA I REALIZACJA BARBARA CAILLOT DUBUS, ALEKSANDRA KARKOWSKA
PROJEKT GRAFICZNY KATARZYNA BRZOSTOWSKA, BARBARA CAILLOT DUBUS, ALEKSANDRA KARKOWSKA
OFICYNA WYDAWNICZA ORYGINAŁY, WARSZAWA 2016

Pamiętam, że gdy byłam mała, ozdoby świąteczne nie pojawiały się w sklepach tuż po 1 listopada. Pamiętam, że czas świątecznego oczekiwania nadchodził dużo później. Marzyło się, tęskniło, planowało, ale nikt nie wyciągał z piwnicy pudła z bombkami wcześniej, niż na tydzień przed Bożym Narodzeniem. Teraz nie radzimy sobie z czekaniem. Kolędy już grają, kompot z suszu się pije i od kilku tygodni już rozplątuje się poskręcane sznury światełek choinkowych. Trzeba jakoś zająć się tym czekaniem! Trzeba uczynić ten czas magicznym, mimo że ktoś go rozwałkował i rozciągnął niewyobrażalnie. Trzeba podtrzymywać świątecznego ducha, żeby entuzjazmu wystarczyło do samej Wigilii.
Bardzo lubię to, co na ten czas przygotowała Oficyna Wydawnicza Oryginały.
Zeszyt.
Do pisania, do rysowania, do pieczenia… Zeszyt z pomysłami. Z inspiracjami. Z iskrą, która ma przeskoczyć i nas zapalić. Działa… Autorki zeszytu założyły sobie, że to będzie taka instrukcja obsługi dla przedmiotów, które mamy w domu – kawałek starego filcu, ziemniak i tubka farby, kolorowy papier czy biała skarpetka. Nie musisz biec do sklepu i szukać tektury falistej w kolorze „rodopsyna” tylko po to, żeby zrobić perfekcyjną zabawkę na choinkę. Jeśli nie masz akurat pod ręką czegoś, co jest wymienione w książce, wystarczy użyć wyobraźni i zastąpić czymś, co jest. Każde działanie, które podejmie się z miłością, będzie perfekcyjne.
Ten zeszyt to taki świąteczny misz-masz, dokładnie taki, jakie są przygotowania do Świąt.
Jest trochę gotowania, bo przepis na pierniczki, trochę ruchu, bo instrukcja jak zrobić igloo, trochę główkowania, bo wykreślanka z „bombką, osiołkiem, siankiem i opłatkiem...” albo labirynty, trochę prac plastycznych, bo Mikołaj z wydmuszki, wycinane gwiazdki, szopka z masy solnej i kartki świąteczne ze stemplami z ziemniaka. Ale jest też cudna legenda o tym, skąd się wzięła choinka. I propozycje zabaw pod choinką, na ten czas, gdy brzuchy będą już pełne barszczu z uszkami i pierogów – bombkowe miny, świąteczne kalambury i łańcuch świątecznych skojarzeń.
Ten niepozorny zeszycik to taki memo-sticker, przypomina prawdziwy sens Świąt – bycie razem, tworzenie, pomaganie sobie. Nie! To nie nowy model telefonu czy świąteczny program w telewizji jest najważniejszy! To „Międzypokoleniowa ankieta świąteczna” o tym, czy się wieszało jabłka na choince i czy składało się życzenia zwierzakom. To propozycja, by zrobić przyjemność komuś, kto jest sam - choćby porozmawiać, by podzielić się swoimi zabawkami z jakimś dzieckiem, które tego potrzebuje, by podarować babci i dziadkowi kupon, na którym oferuje się swoją dla nich pomoc.
To jest ważne, tego się trzeba trzymać! I jeśli tak spojrzeć na czas przedświąteczny, to może trwać nawet od tego 1 listopada. Ten zeszyt wprowadził mnie dziś w bardzo świąteczny nastrój.
Jest oszczędny, minimalistyczny w formie, kilku kolorowy, a dzięki temu tak się wyróżnia w zalewie złota, brokatu i plastikowych bombek. „Mniej znaczy więcej”… Jakież to niepopularne myślenie w tych czasach! (ileż RZECZY nam potrzebnych do przygotowania Świąt, choć wcale ich nie potrzebujemy...)

Jest jeszcze jedna jego zaleta – to zeszyt, który w założeniu ma nam towarzyszyć aż do Trzech Króli, więc jest nawet miejsce, żeby napisać parę słów o tym, jakie było Boże Narodzenie 2016… W 2036 miło będzie przeczytać, kto siedział z nami przy wigilijnym stole i jaka była ulubiona świąteczna chwila...








środa, 30 listopada 2016

367. NAKIEDASIE

MARTIN WIDMARK
„TAJEMNICA WIĘZIENIA”
CYKL BIURO DETEKTYWISTYCZNE LASSEGO I MAI
(TŁ. BARBARA GAWRYLUK)
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2016
ILUSTROWAŁA HELENA WILLIS

Majka skończyła niedawno lat cztery. Jeszcze nie czyta, nawet dużych liter. Nie martwię się, bo ma na to całe życie. Dla jej przyszłej ognistej pasji czytelniczej, już teraz gromadzę opał – książki, które przeczyta kiedyś. Niektóre czytam sama, inne zostawiam na nasze wspólne kiedyś. Jednym z takich „nakiedasiów” jest seria Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai. Ukazały już 23 części i ja je tak sobie od czasu do czasu kupuję tu i tam i układam w zgrabny stosik na dnie szafy. Bo ponoć się pochłania, bo ponoć nie ma dziecka, które się nie zakochuje w tej serii, bo detektywi, bo odzywa się we mnie kolekcjoner książek, bo Maja tu i Maja tam… Ale do tej pory nigdy nie byłam w Valleby – małym szwedzkim miasteczku, w którym dzieje się akcja książek. Co roku ta seria pojawia się gdzieniegdzie w polecankach mikołajowo-świątecznych, co roku ktoś pyta, czy można zacząć czytać serię od któregokolwiek tomu. Postanowiłam więc w końcu zobaczyć, o co tyle szumu, o co tyle hałasu, skąd fenomen tej serii, dlaczego rokrocznie 50 000 dzieci, zasiadających w szwedzkim Jury Dziecięcym, wybiera kolejne części książką roku.
Zastukałam do bram Valleby, wpuszczono…
Właściwie nie musiałam wiedzieć nic wcześniej. Już na początku powiedziano mi, że Lasse i Maja to koledzy ze szkoły i że wspólnie prowadzą biuro detektywistyczne. To wystarczyło w zupełności. Nie dziwiłam się, dlaczego zostali wezwani do więzienia. Choć dziwnym było, że wezwał ich nie strażnik więzienny Larsson, ani dyrektorka więzienia Agata Kula, nawet nie komisarz policji, ale pastor. Okazało się, że w więzieniu wciela się w reżysera i że wraz z trzema więźniami, których swego czasu Lasse i Maja pomogli wsadzić do więzienia, chce wystawić sztukę - „Hamleta”. To działanie w ramach resocjalizacji. Przestępcy podobno poddają się jej bez mrugnięcia okiem - są chętni do „przywrócenia na łono społeczeństwa”, uczynni, pracowici, pomocni, zaangażowani i mają nadzieję, że wyjdą zza krat wcześniej – za dobre sprawowanie. Co zatem Lasse i Majka mają robić w więzieniu? Ach – rzecz prozaiczną! Zająć się oświetleniem i dźwiękiem podczas przedstawienia. Roztargniony reżyser, zupełnie o ty zapomniał. Dla Lassego i Mai wizyta w tym miejscu nie jest wcale prosta – boją się – w końcu to oni są odpowiedzialni za to, że Hamlet, jego narzeczona Ofelia i Król, siedzą teraz w więzieniu. Stopniowo jednak uspokajają się, omamieni przyjazną postawą trzech złoczyńców. Czy program resocjalizacyjny więzienia w Valleby jest aż tak doskonały? Chyba jednak nie, skoro podczas przedstawienia aktorzy nagle znikają…
Świetna historia! Podziwiam Widmarka za to, że umie oswoić każdą rzeczywistość, że bierze każde miejsce jak swoje, trochę pougniata w rękach i dopasowuje do fabuły, że nie kreuje wyidealizowanego świata, że czerpie z tego, co widać dookoła. A widać nie tylko place zabaw, kawiarnie i piękne krajobrazy. Czasem w drodze do przedszkola trzeba przejść obok więzienia. I takie więzienie może się stać miejsce powieści dla dzieci – choć na to nie wygląda. Widmark bierze sobie takie miejsce ze świata rzeczywistego i przycina tak, że do powieści detektywistycznej dla dzieci, zaczyna pasować wprost idealnie.
Świetnie napisana! Widmark używa prostych zdań, w których nie sposób się nie odnaleźć. Początkujący czytelnik bez problemu będzie śledził akcję, nie gubiąc żadnego wątku. Widmark jest rzeczowy i konkretny. Trzeba szeroko otwierać oczy, bo wszystko może być wskazówką do rozwiązania zagadki – plakat, krzesło, flaga…
Świetnie zilustrowana! Duet Widmark-Willis rozumie się pewnie bez słów – w ich książkach widać doskonałe dopełnianie się, bez jednej zbędnej kreseczki. No i obrazki też mogą od czasu do czasu podpowiedzieć jakąś wskazówkę.

Byłam więc w Valleby – ciepło przyjęli mnie mieszkańcy, zaprosili na „Hamleta” i całkiem przez przypadek zafundowali niezapomniany wieczór w więzieniu. Rozwiewam wątpliwości – można czytać od najnowszej części. W zrozumieniu treści książki nie przeszkadza to, że to już 23 część - nie zubaża odbioru fakt, że zaczyna się od końca. Nie mniej jednak z ukrytego stosiku „nakiedasiów” wyciągnęłam właśnie „Tajemnicę diamentów” i zaczynam cykl od części pierwszej. No nie mogę czekać na to, aż Majka zacznie czytać!  







czwartek, 24 listopada 2016

366.TU NIE MA CO GADAĆ...

CHOTOMSKA, WAWIŁOW, KERN, PRZEWOŹNIAK, TUWIM, BRZECHWA, FREDRO, KONOPNICKA, FRĄCZEK
„CHICHOTNIK CZYLI KSIĘGA ŚMIECHU I UŚMIECHU”
WIERSZE ZEBRAŁA BARBARA GAWRYLUK
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2016
ILUSTROWAŁA ELŻBIETA WASIUCZYŃSKA

Jestem z tych, co słuchając piosenki, wyłapują tekst i nie potrafią się nią zachwycić, jeśli nie jest dobry. Jestem z tych, co zachwycają się melodyką słowa. Z tych co na słowo wyczuleni. Z tych co czytają etykiety, i napisy na murach, i reklamy w środkach komunikacji miejskiej, tylko dlatego, że przed oczami stanęły litery. Z tych, co od czasu do czasu lubią sobie w głowie przegadać alfabet (sprawdzić, czy aby na pewno wszystkie litery na swoim miejscu). Z tych, co czytają bezwiednie, mimochodem, bez udziału woli. Są litery – znaczy, że muszą być przeczytane. I kto to zrobi, jak nie ja?
Ale tym razem zaskakuję sama siebie.
Bo nie mam zielonego pojęcia!
Absolutnie nie wiem!
Wzruszam ramionami. Zastanawiam się i głowię. Nie dowierzam sama sobie. Sprawdzam jeszcze, upewniam się, ale nie, to fakt.
Nie wiem o czym jest ta książka! No jedynie to, co na okładce, że Chotomska, że Wawiłow, że Fredro, że inni… A tylna okładka potwierdza - „oscarowa lista twórców wierszy dla dzieci” i dopowiada, że to mają być wiersze do rozśmieszania. Tytuł też by to sugerował… I to tyle, jeśli chodzi o słowo. Dalej jest biel nieprzebyta, niezgłębiona… Biel kartki, z którą można – jak się okazuje – zrobić wszystko. I jeszcze klej jest. I nożyczki. I od czasu do czasu jakiś kolor, jakiś sznurka kawałek, jakaś wyrwa w gazecie codziennej (ach, jakiż wdzięczny jest papier gazetowy!) i czekolada z całymi orzechami. Z szybką. Najlepsza. Karton, bibuła, pergamin, tektura, papiery kolorowe… Dalej jest już tylko Elżbieta Wasiuczyńska! Zapomniało mi się słowo, dźwięk żaden z ust mi się nie wydobył, zastygłam. Oniemiała. „Dizajnerskie wydarzenie roku” czytałam gdzieś. Nie przesadzili! To, co stworzyła w tej niepozornej książce ilustratorka, to ja przed tym upadam na kolana. I jeszcze chcę to wziąć do ręki, mimo że rozsądek podpowiada, że to płaskie, że papier zaledwie. Ależ mi Wasiusczyńska oszukuje percepcję! Wiesza sobie bobra na sznurku, a ja myślę, że mi z książki wypadnie, jak się puści tego sznurka. Kornika i mola wpuszcza do książki, a ja w obawie, że mi zjedzą strony. Stawia domek pani z Medyki na jednej ze stron (51), a ja chcę wysuwać szuflady komódki i książki jej z półki zdejmować. Otwiera jeżom sklep ze szczotkami, a ja rękę wyciągam, żeby się uczesać…
Cuda, powiadam, cuda!
No może nie całość to zasługa samej ilustratorki – muszę tu docenić opracowanie graficzne Doroty Nowackiej – drugi cymesik! Czcionka, układ na stronie, skład – wszystko na najwyższym poziomie.
Tekst w tej książce zauważam o tyle, że widzę, jak dał pole do popisu dla ilustratorki, jak pozwolił jej bawić się obrazem, jak go dopieściła, dopełniła, dookreśliła.
Czy więc przerost formy na treścią? Absolutnie! Tryumf formy – z tym zgodzić się mogę! Treść – rzuciłam okiem na listę nazwisk – sama się czyta, nie trzeba sprawdzać jakości! Więc jak już wyjdę z zachwytu nad wizualną stroną „Chichotnika” (przewiduję to mniej więcej na rok 2037), gdy już wróci mi głos, co przytłoczony ciężarem zachwytu tchu załapać nie może, to jest szansa, że wtedy powiem coś na temat „o czym jest ta książka”... Na razie musi wystarczyć: cieniutkie i piskliwe hi, hi, hi, trochę zawadiackie he, he, he, tubalne hu, hu, hu, ledwo słyszalne hy, hy, hy, mikołajowe ho, ho, ho i donośne, z głębi serca i trzewi cha, cha, cha.

Tu nie ma co gadać, tu trzeba się śmiać!












wtorek, 22 listopada 2016

365. ODWAGA TWORZENIA

FRANK VIVA
„MŁODY FRANK ARCHITEKT”
(TŁ. BARBARA SŁOMKA)
KOCUR BURY, ŁÓDŹ 2016
ILUSTROWAŁ AUTOR

FRANK VIVA
„MŁODA CHARLOTTE FILMOWIEC”
(TŁ. BARBARA SŁOMKA)
KOCUR BURY, ŁÓDŹ 2016
ILUSTROWAŁ AUTOR

Jest taki budynek w Nowym Jorku - na 53rd Street, pomiędzy Fifth Avenue a Sixth Avenue. Powstał w głowie Abby Aldrich Rockefeller, żony najbogatszego człowieka świata, blisko dziewięćdziesiąt lat temu. Wzięła do pomocy dwie koleżanki i jako „śmiałe panie”, dokonały śmiałego czynu. Dziewięć dni po wybuchu Wielkiego Kryzysu na Wall Street, otworzyły Muzeum Sztuki Nowoczesnej – znane jako MoMA. Ot, kaprys nawiedzonej miłośniczki sztuki! Ot, taka sobie zachcianka! Ale stoi do dziś. Ba! Rozrasta się, pulchnieje, pączkuje! Założenie było takie: muzeum miało prezentować sztukę nowoczesną. Fascynujące jest to pojęcie nowoczesności! Bo MoMA prezentuje na przykład prace Picassa czy Van Gogha, którym dziś bliżej do klasyki, niż awangardy. W zbiorach MoMA są obrazy, filmy, grafiki, rysunki, rzeźby, zdjęcia, instalacje i nowe media, a biblioteka liczy ponad trzysta tysięcy tytułów, dotyczących przede wszystkim historii sztuki nowoczesnej. Potężne przedsięwzięcie, genialna idea, nierealny pomysł, który zmaterializował się na ulicach Nowego Jorku!
Jak jednak wiadomo, odbiór sztuki współczesnej może być trudny. Dlatego odbiorcę, bywalca MoMA, trzeba sobie wychować, wykształcić w nim głód poznania. MoMA wpadło na świetny pomysł – trzeba napisać książki dla dzieci, pokazać w nich, o co chodzi z tą sztuką nowoczesną.
I oto mamy Franka i Charlotte – dwójkę młodych ludzi, już sztuką zainfekowanych: Frank jest architektem, a Charlotte filmowcem.
Frank buduje, projektuje, stwarza. Ciągle. Coś z niczego. Krzesło z rolek papieru toaletowego czy drapacz chmur z książek. Młody Frank mieszka jze swoim dziadkiem – Starym Frankiem. Stary Frank też jest architektem. Z niepokojem patrzy na to, co tworzy wnuk, na krzywizny, na płyciny, na nieprzydatność, na niepraktyczność… Stara szkoła inne wytyczne wtłoczyła do głowy Starego Franka. Inaczej wyjaśniali pojęcie piękna i funkcjonalności. Zderza się więc twórczy szał z ostudzoną, wyuczoną praktyką. Stary Frank chce dowieść swoich racji, utemperować Młodego Franka, przyciąć go trochę, by nie wystawał poza ramy „stąd-dotąd”. Idą do Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Będą oglądać dzieła PRAWDZIWYCH (już słyszę ten sarkazm w głosie Starego Franka...) architektów. Stary Frank zaciera ręce, bo sądzi, że – gdzie jak gdzie – ale w muzeum, znajdzie poparcie dla swoich teorii i racji. I natykają się na miękkie krzywe krzesło i powykręcaną wieżę*. Młody Frank się dowartościowuje, Stary Frank przewartościowuje to, co miał w głowie od tylu lat… Dopuszcza odstępstwa od funkcjonalności i nieprostackie krzywizny…
Charlotte zaś wszędzie chodzi z kamerą. Filmuje świat, ale świat z trochę innej perspektywy – wyłapuje tylko to, co jest czarno-białe. Męczy się innymi kolorami, są dla niej zbyt krzykliwe. Broni przed nauczycielem prawa czarnego i białego do tytułu kolorów, które ten chce im odebrać. Broni, bo widzi w nich potencjał, bo postrzega je zupełnie inaczej, niż reszta świata. Bardzo szybko okazuje się, że na tym polega geniusz artystyczny. A okazuje się w Muzeum Sztuki Nowoczesnej, gdzie rodzice zabierają Charlotte co niedzielę. Charlotte poznaje tam Scarlet, która również jest zafascynowana dwukolorowym postrzeganiem rzeczywistości. To Scarlet, pracownica MoMA, wyjaśnia dziewczynce, że nie zawsze trzeba iść za głosem aktualnych trendów w sztuce, że jej darem jest wyłuskiwanie ze świata dwu-kolorowości, że w sztuce udaje się tylko to, co się czuje całym sobą.
Na początku roku szkolnego, na pierwszym zebraniu w przedszkolu, panie poprosiły, żeby przynosić dzieciakom „odpadki” - kartony, kubeczki, kawałki folii, patyczki, słoiczki… „Klej mamy, blok mamy, ale niekonwencjonalnych rzeczy nie”. Zbierałam wszelkie rolki po papierze toaletowym, nauczyłam się myć pojemniczki po jogurtach, zamiast je wyrzucać, gromadziłam ścinki materiałów. Majka otworzyła się na to, by we wszystkim dostrzegać sztukę. Skleja, maluje, rozcina. I tworzy. „Najważniejsze to im pozwolić działać” – przekazujemy sobie z ust do ust z nauczycielkami w przedszkolu. Ciągle otwieram oczy ze zdziwienia widząc, co kryje się w folii bąbelkowej, co małe ręce i twórcze umysły wydobywają z buteleczki po soku! Sztuka nowoczesna – to właśnie tworzenie czegoś z niczego, czegoś nowego, czegoś innego, czegoś „po prąd” i czegoś po raz pierwszy. O tym są te książki! O prawie dzieci – ludzi! - do tworzenia! Tak, jak się czuje, tak jak się postrzega świat! Dalego też nie rozumieli, a teraz wisi w MoMA, Basquiata też nie doceniali, a teraz wisi w MoMA „Puszki z zupą Campbella” Warhola też wyśmiewali, a teraz wiszą w MoMA. Dlatego te książki, oprócz tego, że są piękne, są też mądre i są ważne. W polskiej rzeczywistości, gdzie MoMA jest tylko dziwnym słowem, a ulice mają nazwy, a nie numery, są równie potrzebne, co w Nowym Jorku! Wyłuskałam z nich bowiem apel do młodego architekta, młodego filmowca, młodego rysownika, grafika, malarza, rzeźbiarza, twórcy, artysty!, apel nie podlegający podziałowi na narodowość, kolor skóry, czy miejsce zamieszkania, apel do każdego dziecka, które tworzy: nie daj sobie wmówić, że nie robisz sztuki!
















*fascynuje mnie ta dbałość o szczegóły! Każdy zaprezentowany w książce eksponat, istnieje naprawdę! I to krzesło i ta wieża i helikopter, który mijają przy wejściu...

czwartek, 17 listopada 2016

364. FOLLOW YOUR DREAMS

Mówią „podążaj za marzeniami”, bo „kto nie ma odwagi do marzeń, nie będzie miał siły do walki” (André Malraux). Mówią, że bez marzeń nie ma życia. Albo jest, ale szare, zwykłe, oklepane. Bez marzeń nie dąży się do niczego, bez marzeń rzeczywistość jest zastała, bez marzeń wleczemy się przez rzeczywistość, zamiast biec, pędzić, latać!

GWENDAL LE BEC
„KRÓL PTAKÓW”
(TŁ. IWONA BATURO)
DRAGON, BIELSKO-BIAŁA 2016
ILUSTROWAŁ AUTOR

Jeśli mowa o lataniu… Można na przykład marzyć o byciu królem ptaków. Podobno kiedyś, dawno, dawno temu, z zupełnie nieznanych przyczyn, w niewyjaśnionych okolicznościach, ptaki postanowiły wybrać spośród siebie króla. W szranki stanęło wszystko, co lata i nie lata, co ma dzioby i pazury, wszystko, co skrywa się pod hasłem „ptak”. Nie wiadomo kto wymyślił, że zwycięzcą zostanie ten, kto doleci najbliżej słońca. Eliminowało to na starcie nieloty, dawało fory kilku większym, cięższym drapieżnikom… Ale jak uradzono, tak uradzono i nie było sposobu, by zmienić zasady – choć kuraki, pingwiny, strusie i kiwi protestowały zawzięcie. Każdy z ptaków inaczej przygotowywał się do czekającego lotu – jedne ćwiczyły, inne się pożywiały, niektóre liczyły na łut szczęścia. Jeden mały ptaszek, o nazwie, której nawet najstarszy bajarz nie pamięta, chciał odpocząć przed czekającym je wyzwaniem i traf chciał, że sfrunął pomiędzy miękkie pióra orła przedniego – i tam zasnął. Nie wiem, czy domyślacie się zakończenia historii. Nie podobała mi się! Nie zrozumiałam, dlaczego można sięgać gwiazd, posiłkując się czyimiś osiągnięciami. Zła byłam na morał, zła na niesprawiedliwość konkursu, zła, że szanse nierówne… Ale w życiu tak jest, nie ma idealnych warunków do spełniania marzeń – są wyboje, nierówności, źli ludzie po drodze – trzeba czasem kierować się sprytem w miejsce uczciwości, choć wzdrygam się przed tym i marszczę czoło… Tę historię opowiedział autorowi tata, a tacie jego tata. Ta historia ma wartość, jeśli uczynić ją darem ojca dla syna, jeśli wziąć pod uwagę jej ciche nocne opowiadanie w zaspane ucho, jeśli docenić chęć wytłumaczenia świata - to bowiem bajka o tym, skąd wzięła się nazwa „mysikrólik” (jedno z wytłumaczeń jest takie, że ma na głowie żółty pasek, przypominający koronę). Ale odkładam na bok treść, odkładam na bok sentymenty, zakopuję etymologię i znaczenia. Ja zachwycam się formą tej książki. Coś pięknego! Niesamowite ilustracje!!! Patrzę na nie i słyszę ten ptasi tumult, to gadanie, ćwierkanie, głoszenie, ten rejwach… Pod palcami wyczuwam pióra. Ptaków są tam tysiące, miliony i ciężko przejść między nimi! To ogrom kolorów, faktur, wzorów, mimo że użyta została tylko czerń, biel i pomarańcz. Działa na zmysły delikatna, poszarpana kreska. Dbałość o szczegóły sprawia, że można rozróżnić poszczególne ptaki, że widać kto bocian, a kto dudek. Tak właśnie często spędzamy nad nią czas – tropiąc znane nam gatunki, zastanawiając się nad tymi niewiadomymi. Zapominam o niedociągnięciach, o złości na treść i wydźwięk, wchodzę pomiędzy dzioby i pazury, wydaje mi się, że sama mam skrzydła – lecę…







ETSUKO WATANABE
„CZAJNICZEK”
(TŁ. IWONA BATURO)
DRAGON, BIELSKO-BIAŁA 2016
ILUSTROWAŁA AUTORKA


Ale marzenia mogą być całkiem przyziemne… Ot, taki sobie czajniczek do herbaty. Niby zwykła rzecz, przedmiot, nad którym nie warto się pochylać. Kilka monet i w drogę – nic ekscytującego… Pewnie tak właśnie myślała mama Bianki. „Jesteś już duża, możesz sama pójść na zakupy” - mówi. I zleca zakup czajniczka do herbaty, wkładając w małą rączkę kilka monet. A Biance serce bije sto razy szybciej, jest dumna i szczęśliwa, że powierzono jej takie zadanie. Wyrusza w drogę. Czy wie, co jest za znajomym pagórkiem? Czy sądzi, że to tylko zwykła, choć pierwsza, wyprawa po zakupy? Czy może już przeczuwa, że czeka ją spływ liściem po rzece, odwiedziny u ptaków, audiencja u żabiego króla czy spotkanie z robotem i jazda nakręcanym czerwonym samochodem? To historia tyleż szalona, co urocza! I uroczo zilustrowana, pełna kolorów, szczegółów, czajniczków… Dzieje się tu, oj dzieje! Labirynty, podziemne korytarze, olbrzymy i duchy! A to wszystko na głowie małej dziewczynki, która pierwszy raz wyszła sama po zakupy. Może to dlatego? Może widzi świat inaczej, bo właśnie tak chce go widzieć? Czy to była zwykła droga do sklepu – tam i z powrotem, bez żadnych zapowietrzeń z zachwytu? Czy Bianka wymyśliła sobie ten świat równoległy, żeby droga jej się nie dłużyła? Czy taka bardzo podekscytowana swoją misją, zanurzyła się w świecie marzeń i snów? Nie do końca wiadomo. Można tę historię czytać na wiele sposobów, w zależności od humoru i podatności na imaginacje. Ale dla mnie to opowieść o tym, jak można pięknie marzyć o przygodzie. I o tym, że jak przygoda nie chce przyjść do marzącego, to ten, kto marzy, sięgnie sobie po nią sam. O tym, że czasem marzeniom trzeba pomóc (na najdziwniejsze sposoby). I o szukaniu cudu w codzienności. Nie trzeba przecież marzyć o byciu królem, wystarczy niby zwyczajne, a piękne marzenie o czajniczku do herbaty...