Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

czwartek, 5 stycznia 2017

380. STARE RADYJKO NA NOWY ROK

„STARE RADYJKO POŚRÓD MORSKICH FAL”
KOMPOZYCJE, WYKONANIE, REALIZACJA NAGRAŃ: TOMASZ GARSTKOWIAK, MAŁGORZATA HOPPE, PIOTR SALEWSKI 
GŁOS: MAGDA SZKUDLAREK 
OKŁADKA: AGATA KRÓLAK

Ciągle jest inne. Zmienia się. Przeistacza. Jest w ruchu – nieustannie. Nigdy nie zasypia. Może głaskać, ale może kąsać. I śpiewa – bez ustanku śpiewa.
Morze.
Jesteśmy ze sobą już długi czas, właściwie odkąd się urodziłam. Odpoczywam, kiedy do mnie gada. Najpełniej oddycham morskim powietrzem. Lubię przesypywać nadmorski piasek między palcami. Zawsze zabieram do domu muszelki i kamienie, które daje mi z prezencie. I czuję to morze całą sobą w nowej płycie Starego Radyjka.
Starego Radyjka słucham od ich pierwszej płyty, ale wciąż mnie zaskakują! Tym razem spodziewałam się czegoś w stylu „Stare Radyjko gra dladzieci” - dojrzała muzyka z trochę niedorosłym testem, co wpada w ucho i nie rani słuchu. A tymczasem – gdzie są słowa? Nie ma! Najpierw trochę żałowałam, bo Stare Radyjko w wersji tekstowej uwielbiam, ale potem wskoczyłam w tę płytę na główkę, znalazłam w niej prawdziwą morskość. Morze nie gada przecież po ludzku! Morze ma swój własny język. Kto słyszał – ten wie. Zawodzenie, wycie, szumy, trzaski, szemranie, krzyki mew, chrzęst piasku, łamiąca się skorupka muszelki, plusk ryby – tak gada, po swojemu… I nie da się przekupić, żeby uczyć się innych języków. To ono tu rządzi, nad nim trzeba się pochylić i wysłuchać historii, które ma do opowiedzenia. I tak zrobiło Stare Radyjko – zagrali tak, jakby zanurzyli mikrofon do wody i wysłuchali tego wszystkiego, co jest w środku. Morze na tej płycie jest czasem spokojne, czasem pluskające, czasem płyciutkie, a czasem tajemnicze, bajeczne, głębokie – tam są rekiny, tam są ryby, które nigdy nie patrzą na światło, tam jest nawet jakaś syrena, która woła… Doskonale uchwycili morza niejednoznaczność, morza kapryśność, morza zmienność, morza gadanie… To oniryczna płyta, której się nie słucha, a przez którą się płynie. Jest tam, owszem, miejsce dla człowieka, ale tylko wtedy, gdy się wślizgnie, gdy będzie cicho, gdy niemo zachwycony będzie słuchał tej dźwięków magii…
No i okładka – Agata Królak namalowała dźwięk – co prawda wybrała tę weselszą, psotniejszą twarz morza, lekko tylko zarysowując głębiny, ale i tak mam ochotę oprawić sobie tę okładkę w ramki!

„...pośród morskich fal” polecam – słucha się tego dobrze wszędzie (ostatnio cały dzień pracowałam przy tym kieszonkowym morza graniu), ale najlepiej na słuchawkach, w ciemności, tuż przed zaśnięciem – niebieskie są wtedy sny...

[Spróbujcie POSŁUCHAĆ...]

poniedziałek, 2 stycznia 2017

379. NIE ZAWIEŚĆ CALPURNII

JACQUELINE KELLY
„EWOLUCJA WEDŁUG CALPURNII TATE”
(TŁ. KATARZYNA ROSŁAN)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2016

Ona nazywa się Calpurnia Virginia Tate, ale wszyscy mówią na nią Callie Vee. Ma jedenaście lat i sześciu braci. Jest upalne lato roku 1899 w hrabstwie Caldwell. Tak upalne, że wszyscy mężczyźni ostrzygli się na króciutko. Zgolili też wąsy i brody. Callie Vee też chciała obciąć włosy, ale zamknięta w halkach i gorsetach jej mama, nie wyraziła zgody. Czego jeszcze nie może jedenastoletnia dziewczynka pod koniec XIX wieku? Nie może decydować o sobie, nie może zrezygnować z gry na pianinie, nie może biegać po lesie i łące zawsze wtedy, kiedy ma na to ochotę, nie może się uczyć, iść na studia, myśleć… Co powinna? Powinna przysposabiać się do roli żony, matki, pani domu… Szyć, wyszywać, dziergać, robić najlepszą szarlotkę i kotlety w okolicy i marzyć tylko o tym, by dobrze wyjść za mąż. I absolutnie niedopuszczalne jest to, by czytać Karola Darwina! A fe! A co, jeśli jedenastolatka u progu XX wieku nie cierpi gry na pianinie, nie znosi się stroić, nie umie szyć i robić na drutach, a jej ciasta są twarde jak podeszwy? Co jeśli jest piekielnie inteligentna, ale wolałaby swoją inteligencję wykorzystywać do myślenia, niż zakopywać pod obierkami kartofli? Co jeśli jest ciekawa świata, bystra, wrażliwa i jeśli cholernie chciałaby się dowiedzieć czegoś „O powstaniu gatunków”… Pewnie każda inna jedenastolatka w hrabstwie Caldwell, albo nawet w całej Karolinie Północnej, musiałaby zrezygnować z bycia sobą, odwiesić siebie samą do szafy i założyć strój odpowiedni do wieku, stanu i pochodzenia. Ale Callie Vee ma coś, czego nie ma żadna inna jedenastolatka – ma dziadka, który kiedyś dawno temu rozkręcił wspaniały interes, zarobił dużo pieniędzy, zapewnił byt swojej rodzinie, a teraz poszedł na emeryturę i w swojej szopie, zamykanej na klucz stara się pozyskać alkohol z orzechów pekanowych. Ten dziadek nosi stary, zużyty, śmierdzący żakiet i długą brodę, jest samotnikiem, nie do końca przejmuje się konwenansami i nie ma zielonego pojęcia, jakie imiona dostało jego siedmioro wnucząt. W tych wnuczętach budzi respekt, strach i robi na nich wielkie wrażenie. Omijają więc terytorium dziadka (szopę i bibliotekę, nie mówiąc już nawet o jego pokoju). Ale tego upalnego lata roku 1899 Calpurnia Virginia Tate musi się przemóc. Dostała od swojego najstarszego brata piękny czerwony notes, który miał jej służyć do notowania obserwacji naukowych. „Bo jesteś urodzoną przyrodniczką, masz to we krwi” - stwierdza. Od tej chwili dziewczynka zaczęła zwracać na świat jeszcze baczniejszą uwagę i stwierdziła ze zdziwieniem, że tego lata pojawił się nowy gatunek konika polnego. Nie umie sobie wytłumaczyć, dlaczego tak się stało, a nikt z jej rodziny nie wykazuje nawet cienia zainteresowania dla tej fascynującej zagadki. Callie Vee wie, że musi przemóc strach i zapytać tego, kto jej zdaniem wie wszystko. Idzie do laboratorium dziadka. Ale dziadek strzepuje z siebie jej pytanie jak natrętną muchę – nie wie? przecież powinna wiedzieć to sama? to nic trudnego, znaleźć na nie odpowiedź. I gdy Callie Vee na tę odpowiedź trafia, gdy idzie do dziadka, po raz drugi zbierając całą swoją odwagę, gdy swoją odpowiedzią trafia w sedno, w oku staruszka dostrzega błysk. Od tego zaczyna się ich historia. Od żółtych koników polnych i od „O powstaniu gatunków”, które Dziadek wręcza do poczytania swojej jedenastoletniej wnuczce w roku 1899 w swojej bibliotece zawsze zamykanej na klucz.
Piękna, świetnie napisana, wspaniała, mądra książka! Bzyczy w niej mnóstwo owadów, miauczy kot, gąsienice przeistaczają się w ogromne ćmy, szczekają psy, skaczą koniki polne i co wieczór nad trawami unoszą się świetliki – możesz wziąć udział w konkursie świetlikowym i starać się wypatrzeć pierwszego tej nocy. A na oknie, ochraniana przez cztery drżące dłonie, rośnie Roślina. Być może to nowy rodzaj wyki, dotąd nieznanej i nieopisanej, który znaleźli dziadek z wnuczką na jednej ze swoich naukowych eskapad? Jaki piękny byłby to prezent, jakie wspomnienie, w zamian za ciężką pracę nad badaniem okolicznej przyrody!
To książka o determinacji w realizacji marzeń, o byciu sobą – bez względu na konsekwencje, o przełamywaniu strachu i stereotypów, o sięganiu wyżej, chwytaniu mocniej, nie puszczaniu, choćby nie wiem co. To książka o zalążkach emancypacji kobiet – brzmi górnolotnie i nie jak temat na książkę dla dzieci, ale tak właśnie jest – Calpurnia woli pisać niż szyć, woli mikroskop od chochli i w jej jedenastoletniej głowie kiełkuje myśl, że niekoniecznie musi wychodzić za mąż, może iść na uniwersytet, uczyć się, badać, szukać, stawiać pytania i nawet na nie odpowiadać. Tego lata dociera do niej niesprawiedliwość ograniczeń, jakie narzuca jej własna płeć – z zazdrością i tęsknotą patrzy na swoich braci, którzy wybiegają na dwór, by kakać i oddychać, podczas gdy ona dusi się nad czarno-białymi klawiszami, w zamkniętym, parnym domu… Ale Callie znajduje w sobie siłę, by wyjść na zewnątrz, popędzić nad rzekę, zamoczyć w niej stopy i zbadać, co rośnie wokół, a co żyje w jej głębinach. Jest silniejsza, niż jej się wydawało, ale tylko dlatego, że nie jest sama. Bo to także historia miłości dziadka i wnuczki, historia rodzącej się przyjaźni, historia odkrywania drugiego człowieka. Ramię w ramię łapią motyle, wyrywają rośliny z ziemi (nie uszkodź korzenia, oczyść, zapisz koniecznie, gdzie znaleźliśmy okaz!), przeszukują wielkie księgi, analizują dzieło Darwina. Dziadek kształtuje Calpurnię, być może nie do końca tego świadomy, być może zafascynowany jej zapałem do zdobywania wiedzy, być może odnajdując w niej siebie i chcąc dzięki niej naprawić swoje błędy – przede wszystkim tę ogromną stratę czasu, gdy robił coś, co musiał, a nie to, co ukochał. W całym wielkim domu, pełnym ludzi dużych i małych, znalazł w końcu, u kresu swojego życia, osobę, która w pełni go rozumie, docenia i wie, jakim brzemieniem może być pochodzenie i stan posiadania. Obydwoje czują dokładnie to samo, choć każde na swój sposób. Są w tym rozumieniu siebie nawzajem tacy piękni! Ze wzruszeniem spoglądam na nich, jak idą razem po łące, jak Calpurnia z ufnością wsuwa swoją dłoń w starą, pomarszczoną rękę dziadka i jak on, trochę zaskoczony, uśmiecha się i już nie chce jej puścić, z dumą patrzę, jak fotografują się we dwójkę w zakładzie fotograficznym, jak piszą razem ważny list do Towarzystwa Naukowego, pzredstawiając Roślinę, ze śmiechem obserwuję, jak dziadek daje Calpurnii spróbować swojego alkoholu, zapominając, że naprzeciw niego siedzi jedenastolatka, a Callie próbuje trunku w imię nauki. To magiczna więź – więź która ubogaca obydwoje, która Calpurnię uwzniośla, bo ktoś w końcu traktuje ją poważnie i słucha jej, prawdziwej jej, a dziadka odmładza, daje mu siłę i taki codzienny zwykły uśmiech.

Co pozostaje? – dziękczynić! Że żyjemy w wieku XXI i możemy decydować o sobie, że „O powstaniu gatunków” możemy czytać bez przeszkód, możemy myśleć bez przeszkód, uczyć się, badać, zbierać rośliny i łapać motyle, a nawet obciąć włosy na króciutko, dokładnie tak, jak chłopcy. I tylko, żeby nie zawieść Caluprnii! Żeby umieć z tego mądrze korzystać! Przecież to ewolucja...





niedziela, 1 stycznia 2017

378. CHYBA ZAKOCHAŁAM SIĘ W ŁABĘDZIU…

E.B.WHITE
„ŁABĘDZIE NUTKI”
(TŁ. MARTA KISIEL-MAŁECKA)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2016
ILUSTROWAŁ FRED MARCELLINO

Czy łabędzie potrafią kochać? Oczywiście! Dwa z nich, samiec i samica, wspaniałe łabędzie trębacze o ciemnych dziobach i nogach, wylądowały właśnie na stawie w Kanadzie. Chciały być same, bo samica miała złożyć jaja. Wyruszyły więc z rodzinnego stawu właśnie tu, aby uwić gniazdo i poczekać na swoje dzieci. Z ukrycia obserwował je Sam Beaver, jedenastolatek, wielki miłośnik przyrody, zapalony ornitolog, mały globtroter, który co roku przyjeżdżał wraz z tatą do Kanady na męski biwak. Sam wiedział, że nie może się odzywać, z zachwytem patrzył na ptaki i słuchał ich donośnego głosu „ko-hoh, ko-hoh!”, którym wyznawały sobie miłość, straszyły wrogów i którym powitały na świecie pięć piskląt. Cztery z nich odpowiedziały – jeden okazał się niemy. Jak poradzi sobie łabędź trębacz bez głosu? Jak powie swojej wybrance, że to ją wybrał? Jak zaśpiewa miłosną pieśń, kiedy przyjdzie czas, by oczarować samicę? Jak ucieszy się ze swoich przyszłych piskląt? Jak będzie je zapewniał o swojej miłości? Łabędź trębacz nie może żyć bez głosu… Ale Louis przeżył!
Miłość. Dziwne to uczucie. Sprawia, że robimy rzeczy ponad siły, że przeskakujemy sami siebie, że tworzymy i niszczymy, że przezwyciężamy własne słabości. Miłość – tabletka na lepsze samopoczucie. Ale miłość – łzy zalewające cały pokój… Różnie to z tą miłością bywa…
Tata Lousia, niemego łabędzie trębacza, był pełen miłości do syna – aż po koniuszki ogromnych skrzydeł. Gdy zobaczył syna, załamanego przez miłość do pięknej Sereny, która ignorowała bezgłosego zalotnika, musiał działać. Poleciał do miasta i w wielkim muzycznym sklepie ukradł dla niego trąbkę. Louis został jedynym łabędziem trębaczem, który opowiada siebie i swoją miłość na blaszanym instrumencie, bo nie ma słów.

Nie znałam do tej pory E.B.White'a, którego teksty w Ameryce uchodzą za kultowe. Nie znałam Louisa z trąbką, Sama – przyrodnika, którego los połączył na zawsze z niemym łabędziem trębaczem, nie znałam ojca-łabędzia, który dla syna splamił na zawsze swój honor, nie znałam matki, która zakochana po koniec długiej szyi w tym ojcu-bohaterze, wybacza mu niezwyczajny jak na łabędzia słowotok, nie znałam kapryśnej Sereny, dla której pozory znaczą więcej niż to, co nosi się w sercu. Nie znałam siły miłości, która potrafi sprawić, że łabędź nauczy się pisać, a potem grać na trąbce, że będzie zarabiał pieniądze na obozie dla chłopców i w nocnych klubach grając jazz. To doskonała historia miłosna – pełna rozstań i powrotów, poświęceń i zdrad, zawodów i wzruszeń, a przede wszystkim szczerego uczucia, które sprawia, że chce się śpiewać najpiękniejsze melodie na świecie. Pięknie napisana, nastrojowo zilustrowana, zaskakująca i wymagająca paczki chusteczek. I świetnie napisana – ze swadą, z humorem, z polotem. Niesamowita. Niebagatelna. Nietuzinkowa. I tak, chyba ja też zakochałam się w łabędziu, który potrafi zagrać Louisa Armstronga...







sobota, 31 grudnia 2016

377. W CO SIĘ UBRAĆ NA SYLWESTRA

ALICJA BUDZYŃSKA, KATARZYNA OLECH-MICHAŁOWSKA
„TRENDY I OWĘDY CZYLI CZEGO NIE WIEDZIELIŚCIE O MODZIE, A CHCIELIBYŚCIE WIEDZIEĆ”
ART EGMONT, WARSZAWA 2016
ILUSTROWAŁA , PROJEKTOWAŁA AGATA RACZYŃSKA

Ja jestem raczej owędy. Mam kilka swoich ulubionych ciuchów i lepiej czuję się w spodniach niż w sukience. Moim ulubionym materiałem jest dresówka i wolę oversizy od mini. I nie wiem, czy to modne, czy nie. Nie wiem, czy trafiłam swoimi szarymi spodniami w tegoroczny trend, czy raczej powinnam je odłożyć na dno szafy wraz z końcem zeszłej zimy. Ale nie wyrzucać – moda zatacza kręgi i wraca sama do siebie...

A Majka się stroi. Uwielbia. Brokat, wstążki, pierścionki, spinki i tiul. Też nie wiem, czy jest modna, ale na pewno modniejsza niż ja. Dobiera, dopasowuje, odrzuca to, co jej nie pasuje. Dziś, w Sylwestrowy ranek, wyciągnęła z szafy swoją ulubioną tiulową spódniczkę. Kolor granatowy. „Chcę mieć dziś wszystko w granacie!” - oznajmiła, szukając granatowych rajstop. Niepocieszona włożyła na siebie niebieskie majtki – „To nie granat!” - stwierdziła z żalem. (Granatowych majtek w szafie brać. Zdecydowanie do nadrobienia!!!) I poszła, cała granatowa, tworzyć sylwestrowe maski – to przecież NIEZBĘDNY dodatek w taki dzień, jak dziś...


Nie rozumiem pokazów mody, nie wiem po co tworzy się kolekcję ubrań, która zostanie pokazana tylko na wybiegu, nie wiem, po co kobietom buty na tak wysokich obcasach, że przewracają się idąc – jeżeli w ogóle idą. Nie kręci mnie puder, róż, pomadka. Owszem, wiem, że kilka zgrabnych zabiegów poprawia urodę, że warto czasem podkreślić kości policzkowe i depilować brwi. Ale z przerażeniem patrzę, jak na filmikach na Youtubie dziewczyny malują połowę twarzy, żeby pokazać, jak bardzo można być kimś innym, niż się jest, używając cieni do powiek, podkładu i eyelinera. I jakie ilości mazideł do tego zużywają. Takie, których nawet nie potrafię nazwać.




Ale gdyby tak potraktować modę jako sztukę? Jako obraz zmieniających się trendów, jako coś, co ma zachwycać, a nie tylko służyć codzienności? Gdyby ukazać piękno sukienek, butów, kapeluszy, diademów, kolczyków, torebek i okularów? Gdyby zaprzeć dech w piersiach różnorodnością materiałów – kolorami i fakturami? Co, gdyby pośledzić modę, jak paparazzi iść za nią krok w krok przez wieki i przez miejsca? Co, jeśli ustawić obok siebie ikony – mody, ekranu, sceny - i sprawdzić, czy mają podobne czy różne ubrania, fryzury, dodatki? Co, gdyby w końcu potraktować ubranie jak znak, jak manifest, jak wyrażanie opinii?

Wtedy powstanie taki niezwykły album, jak „Trendy i owędy”.


Parę słów – reszta to obraz! Bielizna, włosy, rękawiczki, stroje karnawałowe z wielu stron świata, stroje używane w różnych dyscyplinach sportów, szaty cesarza i „król jest nagi”, top modelki, Dawid Bowie i Michael Jackson, Coco Chanel i Madonna. I zbroja rycerska na tej samej stronie, co aztecki jaguar i Sioux z 1989 roku, na jednej stronie papież, pop i lama, obok siebie punkowiec, hipster, rockers i emo. To wstęp – misz masz, tygiel, groch z kapustą, od którego można zacząć przygodę z modą – niesamowite, że każdy najmniejszy skrawek materiału, który na siebie wkładamy, może coś znaczyć! Że okrywanie nagości można przekuć w sztukę, zwykłą, prozaiczną potrzebę w coś tak pięknego! Chylę czoła i wracam myślami do swoich lat młodzieńczych. Oglądam siebie – to, jak mama w wielkim kotle farbowała mi wszystkie ciuchy na zielono (w moim okresie zielonym), a potem na czarno, gdy nie nosiłam żadnego innego koloru. Śledzę swoje podarte na kolanach spodnie, glany (wiosna, lato, jesień, zima) i wszystkie naszywki na rękawie kurtki, które doskonale określały kim jestem… Uśmiecham się sama do siebie i wkładam małą czarną. Podobno doskonała na każdą okazję...








piątek, 23 grudnia 2016

376.KSIĄŻKI NA „O”

Książki na "o". Bo wszystkie trzy obrazkowe. I obowiązkowe. Wszystkie trzy bez słów. Wszystkie trzy duże, choć dla tych najmniejszych. Na pewno nie do trzymania w małych rękach, ale do wodzenia palcem jak najbardziej. Muszą być duże, bo oparte na prostym pomyśle – znajdź ulubionego bohatera na każdej ze stron – nie mieściłyby inaczej ogromu szczegółów. Niby nic nowego, ale czy musi być zawsze nowe? Jeśli coś działa doskonale, to po co to udoskonalać? Ja lubię, ty lubisz, oni, one lubią… Jest coś wciągającego w tej zabawie. Zaczniesz i już nie możesz przestać. Szukasz, badasz, głowę przekręcasz, bo może pod innym kątem lepiej widać… I znajdujesz coraz to nowe szczegóły, a na twarzy uśmiech rośnie, rośnie…

GERMANO ZULLO& ALBERTINE
„W GÓRACH”
„NAD MORZEM”
BABARYBA, WARSZAWA 2016

Germano Zullo & Albertine otrzymali w tym roku Bologna Ragazzi Award, a taka nagroda nie dostaje się każdemu… Więc „hip, hip, hura”, że książki wydał polski wydawca, że mamy na wyciągnięcie ręki kawałek uznanego świata. Nie można nie skorzystać, grzech nawet! Tym bardziej, że książki są naprawdę oryginalne. Niepodrabialna kreska! I pomieszanie światów – tego rzeczywistego, codziennego, ze zwierzęcym i z fantastycznym – nad morzem zagubił się jakiś ufok, a w górach dziwne niebieskie coś, z wyglądu przypominające trochę muminkową Bukę… Ale poza tym jest jak na każdych wakacjach/feriach. Kąpiele w morzu, pływanie na materacu, lody, sklepy z dmuchanymi wodnymi zabawkami, wysyłanie kartek pocztowych, wakacyjne fotografie i ogromna żyrafa… No dobrze, to może nie jest najczęstszy widok na plażach, ale u Zullo & Albertine to właśnie jest norma – nienormowalność… A zimą? Normalnie – wyciąg, sanki, łyżwy, śnieg, bałwan, igloo, przerębel, choinka i dziecięcy wózek na płozach – takie wyposażenie zimowego turysty. Moimi ulubionymi bohaterami są Czytający Gość i Mama z synkiem. Czytający gość czyta, by poznać. Gdy brodzi w morzu czyta „Tajemnice wody”, gdy odwiedza wesołe miasteczko - „Tajemnicę lunaparków”, gdy jeździ na nartach też nie wypuszcza z rąk książki – oczywiście „Tajemnice wyciągów narciarskich”. Och, jaką moją bratnią duszą jest on z tym czytaniem tu i tam! A Mama z synkiem? Latem się szukają – mama krzyczy, woła, niepokoi się, a Adaś zwiedza świat, by na końcu książki zupełnie zwyczajnie, z naturalnością i spokojem, właściwym tylko dzieciom, oznajmić „Mamo, tu jestem”… A w zimie chłopiec PYTA. Bez przerwy, o wszystko, zawsze, ciągle, nieprzerwanie. Ale mistrzostwem świata jest mamina odpowiedź na KAŻDE pytanie:
„A jak ty myślisz?”. Uwielbiam tę mamę za to! I humor, humor, humor! To coś, czego te książki są pełne. Zdecydowanie „moje” poczucie humoru, nieco odrealnione, czasem absurdalne, nietuzinkowe… I tak, to może być prezent także dla dorosłego!













PAWEŁ KŁUDKIEWICZ
„ROBOTY”
BABARYBA, WARSZAWA 2016

Na ziemi wylądowały właśnie dziwne stworzenia – trochę roboty, a trochę kosmici. I robią tu niezłe zamieszanie! Ale to dobrze. Jest co oglądać, śledzić, komentować. W samej książce nie ma słów, ale polecam zacząć od słów kilku, które jednak są – na tylnej okładce. To coś jak napisy końcowe i „w rolach głównych”. A tu – same gwiazdy: Akumulator Janusz („zapewnia dobrą energię”), Literobot(y) („ciekawe jaki zbudują wyraz?”), Kraftwercik („robotyczny talent muzyczny”), Fotobot czy Elektrożyraf. Nie ma nudy, nie ma sztampy. I co te roboty robią na ziemi. Zwyczajnie – rżną w pokera, pływają pontonem, robią babki z piasku, grają na bębnach albo na butelkach napełnionych wodą, malują Mona Lizę i… czytają „Bajki robotów”!!!

Autor zadedykował „Roboty” swojemu synkowi. Ale, jestem pewna, nie tylko Wojtek się ucieszy!