Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

środa, 21 lutego 2018

482. I SPEAK POLISH. WHAT'S YOUR SUPERPOWER?

JUSTYNA BEDNAREK, AGNIESZKA FRĄCZEK, MIKOŁAJ GOLACHOWSKI, ROKSANA JĘDRZEJEWSKA-WRÓBEL, EMILIA KIEREŚ, EWA NOWAK, ZUZANNA ORLIŃSKA, ZOFIA STANECKA, MARCIN WICHA, WOJCIECH WIDŁAK
„SYLABORATORIUM CZYLI LEKSYKON MŁODEGO ERUDYTY”
WSTĘP JERZY BRALCZYK
KONCEPCJA GRAFICZNA KSIĄŻKI, ILUSTRACJE I SKŁAD PAWEŁ PWALAK
EGMONT, WARSZAWA 2017

„Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj”. Znane? Oczywiście! Jest to najstarsze znane zdanie zapisane w języku polskim. Piękne! W wymowie i w brzmieniu. Szczególne. Wyjątkowe. Bliskie memu sercu. Bo ja lubię polszczyznę. Jest śpiewna. Uwielbiam te wszystkie szeleszczenia, ogonki, „ó kreskowane” i dwuznaki, ciągnące się przez pół linijki. Lubię jej dwuznaczność. I akcent. Choć czasem trudny i nieoczywisty.
Zawsze najbardziej, egoistycznie i egocentrycznie, lubiłam słowa na „m”, bo na „m” zaczyna się moje imię. I jeszcze: miłość, mistyczny, magiczny, merytoryczny, młotek, mordęga, mątwa, melanżowy, moczymorda, majestat, maj i motyl. I Majka oczywiście. Ale oprócz tego jest jeszcze: huncwot, żagiew, źródłosłów, urwipołeć, szczękoczułek i łapserdak (jeśli któregoś nie znacie, warto zajrzeć do „Sylaboratorium”). Prawda, że piękne? Prawda, że lśnią, iskrzą, bawią i się uśmiechają? I tyle w nich tańca języka – ekspresyjnego, gdy obija się o zęby, podnosi i opada, drga i drży!
Jest też słowo erudyta… Ale kim właściwie jest erudyta? To taka osoba, która lubi wiedzieć, która pyta, nie błądzi, zgłębia, sprawdza, interesuje się i zapamiętuje. To ktoś oczytany, ktoś, czyja wiedza sięga od przecinków, poprzez morza całego świata i skład chemiczny wody po nazwisko pierwszego człowieka w Kosmosie. Taki erudyta zna dużo słów. I posługuje się nimi odpowiednio.
Dla osób, które chciałyby być erudytami, powstało „Sylaboratorium”. Ten tytuł to taka wariacja, połączenie sylab (języka) z laboratorium (badaniami, eksperymentami).
To nie jest bowiem zwykły leksykon słów. To nie jest słownik. Cała ta książka to jedna wielka zabawa słowem, jeden wielki ukłon w stronę polszczyzny. To magia języka polskiego uchwycona w locie, zatrzymana na chwilę i włożona do książki. To cudo między dwiema twardymi okładkami. To psota, figiel grupy osób, które zaprosiły nas do swojego świata. No bo jak inaczej nazwać załogę, w której znaleźli się Justyna Bednarek, Agnieszka Frączek, Mikołaj Golachowski, Roksana Jędrzejewska-Wróbel, Emilia Kiereś, Ewa Nowak, Zuzanna Orlińska, Zofia Stanecka, Marcin Wicha i Wojciech Widłak? Każda z tych osób piękną poprawną polszczyzną, czasem wierszem, czasem króciutkim opowiadankiem, a czasem swoimi słowami, wyjaśniła słowa niejasne, słowa przestarzałe, słowa trudne, słowa poszarzałe od nieużywania. Takie, które są pozłacane – łatwo nimi błysnąć w towarzystwie. Ale tylko w takim, które docenia polszczyznę. I zabawę słowem. Są tu słowa, które może nigdy nie przydadzą się w rozmowie, ale warto je poobracać na języku, sprawdzić, jak się układają i powiedzieć je sobie kilka razy, dla samego ich brzmienia i sensu.
PARANTELA
ŹDZIEBKO
PRESTIDIGITATOR
KAPODASTER
NAFTALINA
WIORSTA
No pięknie jest przecież, rzekłabym, że magicznie…
No i wisienka na torcie – jest jeszcze Paweł Pawlak, który to wszystko z nie mniejszym humorem (i dużym talentem!), zilustrował. W ten swój wyjątkowy, autorki sposób. Mało tego! On to w zupełnie niezwykły sposób złożył (czyli poukładał na stronie). Ach te wszystkie podkreślenia, zakreślenia, wytłuszczenia (brzmi o wiele mocniej, ładniej i grubiej niż zapożyczone „wyboldowania”)!
A tych nieprzekonanych jeszcze poezją języka polskiego i doskonałymi nazwiskami, przekonam może zestawem naklejek z literkami , które na samym końcu książki czekają na autorskie słowotwórstwo! Sześć arkuszy pełnych alfabetu! I można sobie ponaklejać te wszystkie „T”, „H”, „Ź”, „Ą” i „Ó” oraz „M” oczywiście jak się chce i gdzie się chce. W słowa już istniejące albo w takie, które istnieć dopiero będą.
Trwam w nieustannym zachwycie nad tą książką! To coś naprawdę niezwykłego, czego nie można przegapić. To po prostu MUST HAVE po polsku!













piątek, 16 lutego 2018

481. SUKIENKĄ DO PODŁOGI


JACQUELINE KELLY
„NIEZYKŁY ŚWIAT CALPURNII TATE”
(TŁ. KATARZYNA ROSŁAN)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2017

Gdy byłam mała, miałam w sobie dodatkowy organ. Ten organ nazywał się detektor zwierząt. Wyszukiwałam je wszędzie. Szczególnie te biedne. Na przykład bezdomne psy, które z moją ówczesną najlepszą przyjaciółką, dokarmiałam kiełbasą kupioną za kieszonkowe albo karmą podkradaną jej osobistemu psu. Albo koty – jeden taki zamieszkał w dziecięcym wózku sąsiadki, zostawianym na noc na półpiętrze klatki schodowej. Chomiki, świnki morskie, rybki – takie zwierzaki mieszkały w naszym „klubie”, który urządziłyśmy sobie w nieużywanej suszarni w piwnicy naszego bloku. Chodziłam do schroniska dla zwierząt, żeby pomagać i zaglądać w oczy mojej ukochanej suczce, która nazwałam Wera i o której pisałam opowiadania w zeszytach w jedną linię. Dlatego tak świetnie, tak doskonale rozumiem Travisa. Kim jest Travis? To młodszy brat Calpurnii. Nie tak wyrazisty i temperamentny, jak ona sama, nie tak interesujący i fascynujący, ale bliski memu sercu. Coś jak odbicie w lustrze, trochę zamazane, niedoskonałe, ale rozpoznawalne. Travis kocha zwierzęta. Jest wrażliwcem, wyczulonym na ich los. To typ „zbawcy świata”, ale nie fałszywy, ale o czystych intencjach. Jest chłopcem z dobrego domu, najedzonym, umytym, zaopiekowanym, jest szczęśliwy i chce to szczęście widzieć wokół siebie. Dlatego zbiera ptaki ze złamanymi skrzydłami, Króliki, a czasem nawet pancerniki, które są po prostu „śliczne”. Travis stoi trochę w opozycji do Calpurnii. Ona jest Naukowcem, kierującym się przede wszystkim rozumem, chcącym wzbogacać wiedzę, doszukiwać się prawdy, dowiadywać się, zgłębiać, badać. Bez problemu kroi na pół żabę, żeby zbadać jej układ krwionośny, podczas gry Travis wtedy zieleniej i mdleje. Travisa nie interesuje wiedza, Travis chce po prostu kochać. To paradoks, bo to właśnie Travis, jako chłopak, ma szansę na kształcenie, na zdobywanie wiedzy, Calpurnia jest dziewczynką, która powinna właśnie kierować się uczuciami, bo jej zadaniem jest haftowanie, robienie skarpet i rękawiczek na drutach, gra na pianinie i dyrygowanie służbą. A „kochanie” będzie jej bardzo potrzebne, żeby kiedyś, w przyszłości kochać swojego dobrego, wykształconego, mądrego i przedsiębiorczego męża i gromadkę dzieci, które mu urodzi.
Mimo to Travis i Calpurnia stanowią uroczą parę – dopełniają się, choć ich poglądy są tak różne. Doskonale się czyta o ich przygodach, o tym, gdzie najlepiej ukryć pancernika, o traszce Izaaku Newtonie i wężu, który mieszka w ścianie, o tym, jak obydwoje zaprzyjaźniają się z nowym weterynarzem i co z tego wychodzi (na przykład cuchnąca czarna fontanna, tryskająca ze zranionego kopyta konia), o uporze i determinacji Callie, o jej pierwszej pracy i o tym, jak budzi się jej świadomość społeczna. I o Dzikusie, nade wszystko o Dzikusie. Kim jest Dzikus? Nie mogę zdradzić, to trzeba przeczytać samemu!
Nową„Calpurinię” powitałam jak przyjaciółkę od serca, z którą widuję się rzadko, bo mieszka na drugim końcu świata, ale z którą zawsze mam o czym rozmawiać. Zaczynamy nieśmiało, z pewną rezerwą. Calpurnia troszkę urosła od ostatniego razu, troszkę dojrzała, ma trochę więcej eksperymentów na swoim koncie i nowy Zeszyt Naukowy, ale wciąż jest tą samą dziewczyną, którą tak pokochałam. I już po chwili jest tak, jak dawniej. No prawie…. Bo z jednej strony Calpurnia stała się bytem bardziej autonomicznym, pewniejszym siebie. Oczywiście Dziadek (doskonała fantastyczna! wspaniała postać!!!) wciąż jest jej autorytetem, doradcą, przewodnikiem, najwyższą instancją, ale Calprunia nauczyła się egzystować niezależnie od niego. Uwierzyła w swoje możliwości – on dał jej skrzydła, a ona powoli rozpościera jest, strzepuje, przymierza się do lotu i w końcu leci – w te miejsca, w których nie potrzebuje go już tak mocno. Szuka siebie, wciąż szuka siebie i coraz bliżej jest rozwiązania zagadki „kim jestem i po co jestem?”.
Ale z drugiej ta nieco szalona dziewczynka, sama staje się nagle tą wyższą instancją, tą mądrzejszą, sprytniejszą, więcej-wiedzącą. To nagroda za bycie ciekawą świata, za sprawdzanie, gdy się nie wie, za dociekanie i głód wiedzy. Może teraz uczyć kogoś. Nie pouczać – Calpurnia nie ma takiej natury. Może współuczestniczyć w eksploracji świata – Travis wytycza teraz swoje ścieżki. A ona stoi z boku, podaje rękę, gdy on tego potrzebuje, czasem koryguje nieco jego marszrutę. Jest nie tylko starszą siostrą, która imponuje młodszemu bratu, jest Naukowcem. Travis widzi w niej kogoś „zaraz po Dziadku”, kogoś, kto oswoił wiedzę. Co prawda ta wiedza wydaje mu się zbędna, on woli działać, instynktownie i z potrzeby serca. Nie mniej jednak podziwia kogoś kim stała się Calpurnia, uważa ją niejako za swoje dopełnienie – wtedy, gdy brak mu doświadczenia, puka do jej drzwi.
Oczywiście Jacqueline Kelly nie porzuciła wątku emancypacji kobiet. Zgrzytam zębami, wbijam paznokcie we wnętrza dłoni, gryzę palce…. Czuję tak wielką bezsilność, gdy Calpurnia traktowana jest jak ktoś gorszy, niż jej bracia, tylko dlatego, że jest dziewczynką. Ta mądra, zdolna, utalentowana dziewczyna z pasją, ta, która wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi, będzie mądrą, zdolną utalentowaną kobietą z pasją, walczy z bezsensownymi uprzedzeniami początku XX wieku. To trochę tak, jakby przeszkadzała jej sukienka, jakby chciała biec, ale ktoś (specjalnie czy przez przypadek?) przydeptał poły materiały. I Calpurnia wyrywa się, walczy, ale widzi tylko plecy szybko oddalających się braci, którzy mają na sobie krótkie spodenki. Spodni nikt nie może nadepnąć, nikt nie może spodniami przygwoździć kogoś do ziemi. Spodnie to wolność. A Calpurnia jest uwięziona w falbanach, fiszbinach, gorsetach i kokardach. Za dużo materiału, żeby można było swobodnie oddychać.
Dlatego to nie tylko świetna książka przygodowa o Przyrodzie, ekscentrycznym Dziadku, zwierzętach przybłędach i pracy weterynarza, ale ważna książka o sile małych dziewczynek, które zmieniają świat.




piątek, 9 lutego 2018

480. NAJZWYCZAJNIEJ W ŚWIECIE


SCENARIUSZ SZTYBOR
RYSUNKI PIOTR NOWACKI
KOLOR I SKŁAD ŁUKASZ MAZUR
„W KORONIE 2. JESZCZE BĘDZIE LAS, BY ODPOCZYWAĆ”
TADAM, WARSZAWA 2017

Kiedyś, dawno temu. Twarde ławki. Znudzeni nastolatkowie, uczniowie liceum ogólnokształcącego. Lekcja WOS-u. Nauczycielka, znudzona nie mniej, tylko bardzo dobrze się maskująca, monotonnym głosem rozpoczyna lekcję: „DEMOKRACJA – dyktuję definicję”. Długopis śmiga po papierze. Zajrzę do tego materiału jeszcze tylko raz w życiu, tuż przed klasówką… Nie pamiętam już ani słowa z tej definicji. No może tylko jak przez mgłę „władza ludu”.
A gdyby tak tę lekcję ożywić? Gdyby tak wprowadzić żółwia i małpę i jeszcze korniki?
Pamiętacie Tudo? Tego żółwia, któremu skradziono skorupę i poszedł mieszkać na drzewo? Mało tego – został tam Prezydentem? Co u niego? Czy demokracja się sprawdza?
Sprawdza się, dopóki wszystko jest proste. Żyją sobie na dębie we trzech – on, Małpa Simia i Kret Alejandro. Rozlokowali się na gałęziach tak, jak lubią, wiodą ciche, spokojne życie. No może tylko przetykane gdzieniegdzie strasznymi snami o tym, że ktoś kradnie żółwiowi skorupę. Ale ogólnie – życie jest piękne, rządzenie jest proste, a demokracja to najdoskonalszy ustrój… Dopóki na drzewie nie pojawią się… nieproszeni gości!
Alarm podnosi Simia. Jest strach, panika, niepewność. Na gałęzi usiadły dwie papugi. I CHCĄ TU ZAMIESZKAĆ! Okazuje się, że w ich krainie wybuchła wojna i teraz szukają miejsca dla siebie. Tudo oczywiście chce przyjąć ptaki, ale… Małpa: „Sama nie wiem...”, Kret: „Też się waham...”. I nagle okazuje się, że rozmawiają o mniejszości i większości głosów, o narzucaniu innym swojego stylu życia, o podejmowaniu przez prezydenta decyzji niezgodnych z wolą większości… Padają mocne hasła: „Precz z ptakizacją tego dębu!”, wybucha protest… A za chwilę okazuje się także, że dąb służy za pożywienie rodzinie korników. Następuje bardzo poważny konflikt między tymi, którzy dąb uważają za posiłek, a tymi, dla których ten dąb to Dombo, ich dom… „Jakie to dziwne, że jedna demokracja może być tak różna od drugiej” - martwi się Tudo. I staje przed bardzo trudnym zadaniem – uratować swój lud i ich dom przed kornikami. Tylko jak? Jak tego dokonać?Czy wypowiedzieć wojnę czy negocjować? Teoretycznie są silniejsi od rodziny korników, to przecież będzie taki proste – konflikt zbrojny i… wygrają… Ale wtedy jedna z papug daje mu znaczek, który znalazła po drodze, znaczek, który kiedyś Tudo nosił na swojej skorupie – to pacyfka. I Tudo nagle sobie przypomina, że jest przecież żółwiem-pacyfistą! Jak rozwiąże się problem uchodźców i najeźdźców?
Wszystko jest w tym komiksie! Cała ta demokracja – wszystkie definicje, które byłyby potrzebne, by w teorii wyjaśnić założenia ustroju państwa demokratyczniego grupie znudzonych nastolatków na lekcji WOSu.
Że komiks? Że śmiech na sali, że kpina? Wręcz przeciwnie! Ja nie trywializuję! Ja tłumaczę! Sztybor, Nowacki i Mazur własnymi słowami (i obrazami) opowiadają czym jest (czym powinna być!) demokracja. Jakie są jej jasne strony i pułapki.
To bardzo mocny komiks, choć różowy i występują w nim żółwie bez skorupy i krety w ciemnych okularach.
A dla Dziecka? Dla Dziecka to chyba trochę komiks o oczywistościach. O tym, że powinno się być dobrym. I już. Najzwyczajniej w świecie.

wtorek, 23 stycznia 2018

479. W CZYM NOTUJEMY LISTY BARDZO WAŻNYCH SPRAW

Gdy nadchodzi grudzień, szukam niespokojnie. Węszę i tropię. Muszę mieć kalendarz! Koniecznie dzienny. Koniecznie A5. Koniecznie dość lekki. Z dużą ilością miejsca na notatki (notuję co trzeba zrobić, kupić, listy książek - do kupienia, do przeczytania i tych już przeczytanych, nazwy gier, w które koniecznie chcę zagrać z Majką teraz albo za 5 lat, tytuły filmów, na które nigdy nie mam czasu, ale może kiedyś nadejdzie emerytura…, plan postów na blog, a także początki moich recenzji. Czasem piękne zdania z książki, którą właśnie czytam). Szkoda mi zawsze wydawać dużej ilości pieniędzy na piękny kalendarz, więc zazwyczaj po prostu kupuję zwykły za parę groszy i ozdabiam rysunkiem Majki albo naklejką. Tak zrobiłam też w grudniu 2017, ale coś nie miałam przekonania do tego kalendarza. I nagle czytam, że Biblioteka Gdańska wydaje swój, książkoholikowy, kalendarz. No i mam swojego Josepha. No i się w środku stycznia przeniosłam do nowego kalendarza. Już się zaprzyjaźniliśmy, ja i J., już powierzyłam mu trochę swoich myśli i zadań specjalnych.
A od dziś kalendarz dostępny w PROMOCYJNEJ CENIE!




W tym roku Majka też zażądała kalendarza, bo przecież ma do zapisania milion ważnych spraw. Na przykład musi notować sobie przeczytane książki. Teraz robi to na kartce w zeszycie, ale musi pisać datę, a tak by przecież nie musiała - tłumaczy zawzięcie. Uśmiecham się delikatnie. Kiwam głową. Wybiera kalendarz z Gwiezdnymi Wojnami (oczywiście!). Cieszy się niezmiernie. Pierwsze notatki już powstały!







Co roku kupujemy też najpiękniejszy wiszący kalendarz – Kalendarz Pana Kuleczki. Wzrusza mnie on zawsze. Uwielbiam go co roku bardziej, a ElżbietaWasiuczyńska co roku więcej z siebie daje, malując ten kalendarz. No zachwyt, no! I naklejki! I miejsce na notatki! I opowiadanie na początku! Bez panakuleczkowego kalendarza jak bez ręki! Nie, jak bez duszy raczej! Być musi. Co roku.  







piątek, 12 stycznia 2018

478. MUSZĘ SIĘ PODZIELIĆ

FLEUR DAUGEY
„SEKRETY ZWIERZĄT”
(TŁ. ANDRZEJ STAŃCZYK)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2017

Od zawsze uwielbiałam Zeszyty. Te pisane wielką literą ze względu na zawartość i emocjonalne przywiązanie (bardzo często lądowały na noc pod poduszką). Tematy Zeszytów były różne na różnych etapach mojego rozwoju. Od zwierząt, poprzez fotografie ulubionych aktorów, po poezję własną i cudzą i cytaty z ulubionych książek i piosenek. Nie mniej jednak zawsze uwielbiałam, gdy były grube, kolorowe, gdy na ich stronach powstawały kolaże z obrazków, prób dziecięcej/nastoletniej kaligrafii (dominowały serduszka zamiast kropek i ogonki od „y” jak bluszcz oplatające inne litery), gdy mieszały się faktury (codzienna gazeta z magazynem o nieco grubszych, bardziej śliskich kartkach), kolory (w takich Zeszytach czasami wypróbowywało się wszystkie kolory świeżo zakupionych mazaków, wykorzystując do tego na przykład jakże wdzięczne słowo „LOVE”). No i naklejki! Och, uwielbiałam moje Zeszyty z naklejkami, w których działy się już w ogóle cuda! Koty obok Smerfów, świąteczne motywy obok dziwnych słów, w nieznanym języku, pisanych dziwnymi czcionkami (mogło się na przykład okazać, że to nazwa zespołu np. The Doors albo Nirvana). Do dziś z lubością oglądam w internecie wszelkie Bullet Journale, Plannery i Pamiętniki, w których panuje dokładnie taka sama anarchia, jak w moich Zeszytach, tylko wszystko jest estetyczne i nadaje się na zdjęcia w ascetycznych, szwedzkich wnętrzach z kubkiem herbaty w tle.
Dlatego właśnie od razu pokochałam „Sekrety zwierząt”.
W pierwszej chwili za tę formę. Za misz-masz, pomieszanie z poplątaniem, za ten galimatias, rozgardiasz i rwetes. Rysunki, obrazy, infografiki, różnej wielkości czcionki, ramki, tabelki, cytaty, wyróżnienia, podkreślenia, znaki specjalne, justowanie, równanie do lewej, tekst układający się w parasol… Dokładnie zaplanowany, uporządkowany chaos! A treść? Oczywiście, że nie może być poukładana i jednolita. Właściwie jedyną wspólną cechą dla wszystkich tych tekstów i tekścików są „Zwierzęta”. Ale tematyka też jest potraktowana baaaardzo szeroko. Bo są i mity, i nazwy chorób, i wiadomości z pierwszych stron gazet, i statystyki, i lingwistyka, i czysto biologiczne notatki. Otwieram przykładową stronę: informacja o tym, że zwierzęta umieją się uczyć i są wynalazcami (przykład badanego w 1960 roku stada makaków i ich nauki obmywania batatów z piasku); cytat z Jeana La Fontaine („Odwołuję się do zwierząt, by uczyć ludzi”), informacja o tym, że w 2016 roku Światowa Unia Ochrony Przyrody opublikowała listę 2065 gatunków zwierząt zagrożonych wyginięciem (i kilka przykładów: goryla górskiego zostało na świecie tylko 500 sztuk…); ciekawostka o cukierniku Ludwika XIV, który piekł biszkopty specjalnie la piesków swojego pana, a na koniec wiadomość, że sowy i puszczyki mają tak aksamitne pióra, że powietrze ślizga się po nich i dzięki temu umieją latać bezszelestnie.
A co dalej?
Na przykład informacja, że w zoo w nowojorskim Bronksie można się przejechać na karuzeli, w której wagoniki to ręcznie rzeźbione owady, a muzyka towarzysząca przejażdżce została nagrana z użyciem odgłosów prawdziwych owadów. Tak, jest adres karuzeli.
Informacja o tym, że odcisk psiego nosa jest tak samo niepowtarzalny, jak linie papilarne.
Informacja o tym, ile kosztuje najdroższy ser na świecie i z jakiego zwierzęcia pozyskiwane jest mleko do jego wyrobu.
Informacja, które zwierzęta potrafią przewidywać katastrofy.
Legenda o filozofie Chryzypie, który zginął przez osła jedzącego figi ze stołu podczas biesiady.
Rozpiska ilości snu potrzebnego w ciągu dobry różnym zwierzętom (żyrafa 1 godz 54 minuty, a tygrys 15 godz. 48 minut…)
Informację o tym, jak nazywa się poród u różnych zwierząt (owca się BAGNI (sic!))
Informacja o tym, że goryle i szympansy mogą się zarazić katarem od człowieka.
Jest informacja jak rozpoznać umaszczenie konia, wiersze, przestroga przed karmieniem królików domowych sałatą lodową, wspomnienie w jakie zwierzęta zmieniał się Zeus w mitologii, piosenka, a także rozdział o zwierzęcym homoseksualizmie i nazwy zwierzęcych odchodów (cietrzewie robią knoty).
Albo absolutnie wzruszająca informacja o wydrach morskich, które przez dwa miesiące zabierają je ze sobą wszędzie, dopóki małe nie nauczą się same pływać. A gdy nurkują po pożywienie – zawijają je w pędy wielkomorszczu gruszkonośnego, który jest zakotwiczony w podłożu, a sierść małej wyderki pozwala jej unosić się na wodzie. Słodko!
Z racji tego, że ta książka to taka mieszanka – absolutnie nie można się przy niej nudzić! Można czytać od początku do końca, od końca do początku, od środka, na wyrywki, albo zacząć od indeksu zwierzaków i badać po kolei te, które nas interesują. W przypadku młodszych dzieci można po prostu niektóre informacje pominąć (jak te o kopulowaniu, jeśli nie chce się jeszcze odpowiadać na pytanie „Skąd się wziąłem” albo te o śmierci).
Chociaż nie wierzę, że kogoś może nie zainteresować WSZYSTKO! Ostatnio Tata Majki zaczął „ćwiczyć głowę” - robi zadania logiczne, ćwiczenia z zapamiętywania i czytuje ciekawostki z różnych dziedzin życia. Kładę mu więc koło łóżka „Sekrety zwierząt” i jestem pewna, że jutro usłyszę „Niemożliwe!”, „No popatrz!”, „Nie wiedziałem!, „Niesamowite!”.

A jako, że gdy się przeczyta na przykład o tym, że jajo strusia jest większe od jego mózgu, to absolutnie i od razu chce się z kimś tą wiadomością podzielić. Więc ja się dzielę. I namawiam na odkrywanie sekretów zwierząt.  










środa, 10 stycznia 2018

477. 4 POWODY, DLA KTÓRYCH MUSISZ TO MIEĆ (INACZEJ MUST HAVE)

VICTOR ESCANDELL
„ZWIERZOŁY”
(TŁ. KATARZYNA SOSNOWSKA)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2017

Książki z zadaniami moglibyśmy kupować na kilogramy - jak ziemniaki czy marchewkę. Majka uwielbia, a czasem, jak się dorwie, to robi kilka naraz. Więc pożądane są te grubsze, bo starczają na dłużej. A tu nagle… „Zwierzoły”… „Panie i panowie, przed wami 120 stron malowania, kolorowania, bazgrania, miętoszenia, gryzienia, wyrywania...”. Podchodzę nieco nieufnie, zaglądam do środka… i przepadam.
Nie ma nas przez najbliższy czas, bo wycinamy, rysujemy, doklejamy i oglądamy przez lupę, ale gdy Majka zajmuje się dorysowywaniem Krocionogowi Józefowi nóg motylkowych, nóg trójkowych, nóg choinkowych i nóg serduszkowych, ja wpadnę na chwilę, żeby wypunktować 4 powody – jak w tytule.

Powód 1: GRAFIKA
Victor rysownik skradł moje serce. To ten rodzaj ilustracji, które się kocha właściwie nie wiadomo za co. Za to, że są brązowo-niebieskie? Albo za to, że są dziwne? A może za to, że są nieforemne, a zwierzęta mają obydwoje oczu z jednej strony głowy? Być może – o gustach się nie dyskutuje. I zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim się spodobają. Ale jam zakochana…

Powód 2: WYGODA I RWANIE
Czasem jest tak, że aby dostać się do jakiegoś zadania, które bardzo, ale to bardzo chcemy zrobić, rozpłaszczamy książeczkę, obciążamy ją z dwóch stron łokciami i w tej niewygodnej pozycji coś tam sobie rysujemy, bazgrzemy czy dopisujemy. A i tak w miejscu grzbietu kredka pozostawia słabszy ślad… No to tutaj tak nie jest! Książka ma format bloku rysunkowego i rozkłada się niemal na płask. Dobra nasza!
No a poza tym… „Pamiętaj, że możesz wyciąć gotowe rysunki i podarować je komuś, kogo kochasz...” - ależ wiadomość! Na pierwszej stronie książki. To trochę jak odkrywanie niezakrytego, trochę jak uświadamianie sobie oczywistości, ale do tej pory nikt tego nie powiedział głośno! Przynajmniej my nie słyszałyśmy! A teraz jest – brązowo na białym! Więc Majka wybiera, które rysunki pośle najlepszej Przyjaciółce, które Babci, a które bezapelacyjnie muszą zostać z nią (no jednak większość).

Powód 3: RÓB, CO CHCESZ
Na trzeciej stornie jest jeszcze jedno bardzo ważne zdanie. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że NAJWAŻNIEJSZE. Pochodzi od Autora i brzmi: „Drodzy przyjaciele, zdradzę wam pewien sekret… Jedyną reguła w tej książce jest to, że… NIE MA REGUŁ. Malujcie i rysujcie to, na co macie ochotę1”. No i to niby też oczywista oczywistość. Jeszcze chyba oczywistsza od tego wyrywania i podarowywania. Ale czy na pewno? Czy nie jest tak, że czasem kusi nas, by zawołać: ”Nie wyjeżdżaj za linie!”, „Nie, tu powinieneś użyć czerwonego!”, „W instrukcji jest napisane, że TRZEBA pomalować, a nie porysować”… itd., itp. Hm, czasem nawet nas nie kusi, czasem nawet tak mówimy. Dlaczego właściwie? Bo obawiamy się co ludzie powiedzą?! Niebieski tam, gdzie miał być czerwony? I te kredki zamiast farby! I, o zgrozo!, wyjechanie za linie! Dlatego Victor rysownik od razu robi krok do przodu, staje po stronie dzieci (i innych twórców, którzy będą się bawić tą książką), wyprzedza wszelką krytykę i oznajmia: Rób, co chcesz. Ja jednak znalazłam jedną ważną regułę – to, co robisz, ma ci sprawiać radość – wtedy „Zwierzoły” spełniają swoje zadanie!

Powód 4: BEZ SZABLONU
Jakież tu są twórcze zadania! Jakie inne, nowe, świeże, nieszablonowe! Można wycinać, doklejać, dorysowywać, zamalowywać, można liczyć, można nawet użyć lupy, żeby zobaczyć rysunki w powiększeniu. Można na przykład pisać bajki. Albo rysować psa. Albo dokańczać langustę. Albo sprawdzać, jak Osiołek Dżordż będzie wyglądał z kręconymi włosami. Albo rysować Sokola Otta, który jest ślepy, z zamkniętymi oczami… Albo sprawdzić, ile mrówek da radę narysować w pięć minut. Świetne! Nietuzinkowe! Pochłaniające!

Więc jak dużo trzeba mieć talentu, żeby zrobić książkę z zadaniami dla dzieci? W ogóle! Wystarczy Ctrl+C o Ctrl+V. Połącz kropki, pokoloruj, policz bałwanki (w wersji wiosna – przebiśniegi), wskaż, który cień należy do której zabawki… I nawet ilustratorem, rysownikiem nie trzeba być. Wystarczy być grafikiem komputerowym, który ma dostęp do zdjęć stockowych… I juuuuuż… leci taśmowa produkcja…
Jak dużo trzeba mieć talentu, żeby zrobić kreatywną książkę z zadaniami dla dzieci? Tu już trzeba trochę wiedzieć, trochę sobie wyobrażać i trochę kombinować.
A jak dużo trzeba mieć talentu, żeby z zadaniami dla dzieci, która pozwoli im uwierzyć, że są kreatywne?
Tu już trzeba być mistrzem.

Panie Victorze – mistrzowski medal na Pana ręce!