Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

czwartek, 3 października 2019

627. W CIEMNOŚCI JEST WIĘCEJ MIEJSCA


TINA OZIEWICZ
„AWARIA ELEKTROWNI”
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2019
ILUSTROWAŁA RITA KACZMARSKA

Dawno, dawno temu, gdy nie było jeszcze na świecie myśli o Majce, pojechaliśmy na Mazury. Zimą. Pod Puszczę Piską. Do takiego domu, który stał samotnie na środku pola. Pierwsza noc. Gasimy światło. I nie widać nic. Wyciągam dłoń, macham nią sobie tuż przed oczami i nie widzę ani palca. Ten szok, przerażenie, rzucenie się do lampki i nerwowe szukanie przycisku „on”… W mieście wciąż jesteśmy na świetlanym „stendbaju”. Nawet, gdy wydaje nam się, że jest ciemno, to gdzieś tam jest światło. Świeci się latarnia, światło w oknie sąsiada, maleńka żaróweczka na wyświetlaczu elektrycznej kuchenki… Światło nigdy nie zasypia. Wciąż ma otwarte oczy. A jak stoisz nocą między blokami to nie widzisz gwiazd. Chociaż bardzo mocno zadzierasz głowę. Aż do bólu karku. A co, jeśli by tak elektrownia uległa awarii? Co się zobaczy, gdy nic nie widać? Nasze źrenice zrobiłyby się ogromne, pewnie nie byłoby już miejsca na tęczówki. A skoro wszyscy mieliby taki sam kolor oczu, to może byliby dla siebie trochę milsi? Może wyszliby przed miejskie bloki, gnani najpierw niepokojem i chęcią sprawdzenia, „czy u sąsiada się pali”, ale w końcu staliby tam na dole, ramię w ramię, urzeczeni chwilą, o której wiedzą, że na pewno zaraz minie. Zachłyśnięci świętem ciemności, jakimś podniosłym nastrojem i niepowtarzalnością. Zupełnie tak, jak bohaterowie „Awarii elektrowni” Tiny Oziewicz. Tylko, że ludzie są w tej książce najmniej ważni. Okazuje się, że są jakimś skutkiem ubocznym rozwoju elektryczności. Że gdy sztuczne światło znika, pojawiają się istoty, które zazwyczaj kryją się w mroku. Lis wyszedł z obrzeży ogródków działkowych. Rak przypomniał sobie swoją młodość w pobliżu molo, do którego teraz się już nie zbliża, żaby rozsiadły się na trawie, ćma w końcu mogła odetchnąć z ulgą – nie musiała już gonić sztucznych księżyców, ropucha przestała bać się kosiarki, słonka przeniosła swoje pisklęta w inne miejsce, a borsuczyca wyprowadziła dzieci na pierwszy spacer. I jeszcze sowa i jeż wypełnione ciemnością po brzegi, poszły na spacer, bo nagle nie było w nich miejsca na lęk. Zmieścili się wszyscy – zwierzęta i ludzie. W ciemności jest jakoś więcej miejsca.
Chciałabym móc od czasu do czasu wskakiwać do tekstu książki Oziewicz. I do książki Rity Kaczmarskiej, która „Awarię elektrowni” zilustrowała. Wydawałoby się, że nie da się narysować nocy, a ona zrobiła to tak pięknie, że teraz nie chcę zasypiać, bo mam nadzieję, że taką noc zobaczę na żywo, choć raz. Chciałabym móc zamknąć oczy, wejść do tej nocy duetu Kaczmarska-Oziewicz, a potem po prostu patrzeć w gwiazdy. Wyczuwać w powietrzu nieznane zapachy – nigdy dotąd nie miałam okazji wąchać lisiego futra…
To piękna nastrojowa książka. Książka o tym, żeby nie zapomnieć zatrzymać się na chwilę. Chociaż co jakiś czas. Zamiast wzroku użyć dotyku, węchu. Porzucić wszelkie codzienne troski i po prostu stanąć pod gwiazdami. Uśmiechnąć się.






czwartek, 8 sierpnia 2019

626. NIE PODGLĄDAĆ ZAKOŃCZENIA!


TANIA DEL RIO
„WARREN XIII. I. WSZYSTKOWIDZĄCE OKO”
(TŁ. WOJCIECH GÓRNAŚ)
TADAM, WARSZAWA 2019
ILUSTROWAŁ WILL STAEHLE

Majka zamknęła się w pokoju. Buduje. Nie mówi co. Słyszę tylko klikanie klocków. W końcu zaprasza mnie do siebie i każe zgadywać co to. Marszczę brwi i nie odpowiadam, więc kręci z politowaniem głową i rozwiązuje zagadkę: „To Wszystkowidzące Oko!”. A, prawda! Wygląda zupełnie jak ono – tu dłuższe, tam krótsze, tu większe, tam mniejsze… Pewnie teraz chcielibyście zobaczyć zdjęcie majkowej budowli, ale nic z tego! Czym jest Wszystkowidzące Oko dowie się jedynie ten, który przeczyta książkę i rozwiąże wszystkie zagadki.
Najbardziej zależy na tym pewnemu chłopcu i jego ciotce. Chłopiec to Warren XIII, dziedzic przepięknego (niegdyś) hotelu. Gdy umarł jego ojciec, pieczę nad hotelem przejął wujek – leniwy nieudacznik, którego nie obchodzi ani hotel ani Warren. Chłopak, starając się nie dopuścić do zatracenia dziedzictwa swojej rodziny, codziennie wypełnia długaśną listę obowiązków – odkurza, pucuje, myje, zamiata, układa. Choć w hotelu od dawien dawna nie zatrzymał się żaden gość. Warren wierzy jednak, że może jeszcze kiedyś hotel odzyska swą sławę. I gości. Z pustych pokoi zadowolona jest natomiast ciotka Warrena, Anakonda. Wyszła za wuja Ruperta cztery miesiące temu. I wciąż z ich słów i drobnych gestów ścieka lukier. Tyle tylko, że Anakonda nie do końca ma czyste intencje. Rupert jest dla niej jedynie sposobem na spełnienie marzenia. A marzeniem jest odnalezienie Wszystkowidzącego Oka. Czym jest Wszystkowidzące Oko? Anakonda twierdzi, że przedmiotem magicznym. Warren, że jedynie starą rodzinną legendą. Nie wierzy w jego istnienie. Z zaciśniętymi zębami sprząta kolejne pokoje, które ciotka plądruje w poszukiwaniu skarbu. Rupert nie ma zdania. Nie uczestniczy w zimnej wojnie między swoim bratankiem i ukochaną żoną. Je i śpi, chętnie oddając hotel i chłopca we władanie Anakondy. Brzmi przerażająco? Bo tak właśnie jest! Anakonda nienawidzi Warrena, znęca się nad nim, głodzi go i poniża. A chłopak nie może nic zrobić. Marzy o tym, że kiedyś jego los się odmieni.
A zmiana zaczyna się, gdy pod drzwi hotelu zajeżdża samochód. Pierwszy od pięciu lat. Do hotelu wkracza gość. Co prawda jest dość dziwny – jest cały owinięty bandażami, nie mówi, do komunikacji używa kartek. Ale chce się zatrzymać w warrenowym hotelu, a chłopak postanawia obsłużyć gościa najlepiej, jak potrafi. Nawet nie przypuszcza, że pod bandażami kryje się…
Oczywiście, że tego nie zdradzę! Odwijanie kolejnych warstw bandaży z tej książki, to jej cały urok.
A czegóż tu nie ma?! Mumia – to już wspominałam. Czarownice – naliczyłam trzy, w porywach do czterech. Potwór w piwnicy – sztuk jeden, ale za to jaki! Dziewczynka, która potrafi znikać – osobliwa… Pirat – czy Warren ucieknie z nim ze swojego hotelu, żeby w końcu uwolnić się od ciotki i jałowego, smutnego życia? Bibliotekarz, nauczyciel i przyjaciel w jednym – jedna z nielicznych przyjaznych Warrenowi dusz (jest jeszcze kucharz, który w tajemnicy przed ciotką dokarmia chłopaka). No i jest Wszystkowidzące Oko… To, co mogę zdradzić (i poniekąd już to zrobiłam), to że naprawdę istnieje. I jest… wielkim, ogromnym skarbem!
Świetnie się nam czytało tę książkę! Przede wszystkim bardzo szybko i intensywnie, bo chciałyśmy wiedzieć, czym jest WO. Przedzierałyśmy się przez gąszcz zagadek, czasem musiałyśmy czytać tekst przy pomocy lusterka, nieustannie towarzyszyła nam pewna rymowanka, którą Majka do tej pory umie wyrecytować:
„Kiedy Warrenowe Serce usłyszy dźwięk grany przez dłoń prawowitą,
Wszystkowidzące Oko da jej władzę nad tą krainą znakomitą.
A gdy Warrenowe Serce ujrzy słowa przez prawowitego człeka pisane,
wedle rozkazu Wszystkowidzącego Oka hotel stać przestanie.
Intrygujące, prawda? No pewnie! Dużo tu pościgów, czarów, zagadek i momentów, gdy czyjeś życie wisi na włosku. Więc nie sposób oderwać się od tej lektury.
A do tego te grafiki! Doskonałe! I skład książki! Uwielbiam, gdy projektant tak bawi się przestrzenią na stronie – miesza czcionki, dodaje rysunki. Jestem zachwycona, zakochana w tym, jak ta książka wygląda.
No i to zakończenie! Absolutnie nie spodziewałam się, że Wszystkowidzące Oko to… założę się, że większość czytelników podpisze się pod tym (niedokończonym) zdaniem. No chyba, że zajrzeli na koniec książki, co absolutnie odradzam. WO jest tam pięknie wyrysowane, niemal jak instrukcja do budowy z klocków, ale szkoda psuć sobie zabawę. Lepiej dać się zaskoczyć, dojść do prawdy powoli, a potem otworzyć szerzej oczy i zapytać: „Naprawdę?!”.
My już czekamy na kolejny tom – mamy nadzieję (graniczącą z pewnością), że Wszystkowidzące Oko zostanie w nim użyte. A z tego może wyniknąć tylko kolejna dobra książka.











wtorek, 6 sierpnia 2019

625. MAMA MU JAKO TERAPEUTKA CZYLI WODNA ZJEŻDŻALNIA OKIEM DOROSŁEGO


JUJJA WIESLANDER
„MAMA MU NA ZJEŻDŻALNI”
(TŁ. MICHAŁ WRONEK-PIOTROWSKI)
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2019
ILUSTROWAŁ SVEN NORDQVIST

Z Mamą Mu już dawno przeszłyśmy na ty. Znamy się przecież od dawna. Bywały dni, które spędzałyśmy ze sobą od świtu do zmierzchu. Czasem nie widziałyśmy się kilka miesięcy, ale zawsze wiedziałam, gdzie jej szukać w razie potrzeby. Chętnie sprawdzam co u niej, za każdym razem, gdy daje znać o sobie.
Tym razem udała się na zjeżdżalnię. Myślę, że to działo się jakoś na początku lata, w pierwsze ciepłe dni. Dzieciaki kąpały się w jeziorze i zadowolone zajeżdżały z wielkiej zjeżdżalni do wody. Mama Mu jak zwykle obserwowała je z ukrycia, a gdy rozeszły się do domów, sama postanowiła spróbować. Jak to zwykle u Mamy Mu bywa, pojawił się zaraz Pan Wrona. Ten głos rozsądku. „Jesteś krową, tobie tego nie wolno!”. Jasne, że ma rację, bo Mama Mu Mu ma szerokie boczki i waży dużo więcej niż cała gromada dzieci razem wzięta. Ale przecież to takie… ekscytujące!
Myślę, że Mama Mu to symbol dorosłego. Takiego dorosłego, który nie zatracił w sobie dziecka. Który ciągle ulega jego zachciankom, realizuje jego szalone pomysły. Mama Mu to taki trochę dorosły, który nie wybawił się w dzieciństwie. Który może nie miał pod ręką zjeżdżalni wodnej, a teraz bardzo, bardzo chce sprawdzić, jak by to było, gdyby miał. Oczywiście, że trochę jest mu wstyd i trochę się krępuje. Dlatego czeka, aż wszystkie dzieci pójdą do domu i nikt nie będzie mógł na niego patrzeć. A Pan Wrona? To poczucie wstydu u tego dorosłego. Za stary, za gruby, nie wypada mi, ile ja mam lat, trzeba było to zrobić 20 lat temu – to te wszystkie w-głowie-szepty, które słyszymy, gdy chcemy zrobić coś szalonego, czego nie powinniśmy - tylko z powodu wieku (jeździć na sankach, huśtać się, konstruować domku na drzewie). Ileż razy chciałam z moją córką poszaleć na tych wszystkich super placach zabaw, ale zabrakło mi odwagi i siedziałam na ławce! Ale jest bardzo dobra wiadomość – Pan Wrona zawsze ulega! Czasem trzeba użyć wobec niego podstępu, czasem przez przypadek, ale Mama Mu zawsze dopina swego! (Ileż to razy przełamałam poczucie wstydu i wskakiwałam na tyrolkę albo na wielką huśtawkę-gniazdo!) Inna sprawa, jak to się kończy (nie chciałabym zdradzać szczegółów, ale dość łatwo wyobrazić sobie, co się stanie, gdy kilkuset kilogramowa krowa zjedzie po wodnej zjeżdżalni…). Ale na samym samym końcu zawsze wszystko jest dobrze. Mama Mu jest usatysfakcjonowana, pełna nowych wrażeń, szczęśliwa, że spróbowała. Nigdy nie żałuje! I jest coś jeszcze – wszyscy, którzy, tak, jak ja, podglądają Mamę Mu, dobrze się bawią. I nabierają wiary, że mogą wszystko! Prosta rada – bądź jak Mama Mu! Mama Mu terapeutką dorosłych!







piątek, 2 sierpnia 2019

624.PRZEZ UCHO DO SERCA


AGNIESZKA FRĄCZEK
„RANY JULEK! O TYM, JAK JULIAN TUWIM ZOSTAŁ POETĄ”
SERIA MISTRZOWIE WYOBRAŹNI
CZYTA MACIEJ STUHR
OPRACOWANIE GRAFICZNE PŁYTY GRAŻKA LANGE
BUKA, RADOŚĆ SŁUCHANIA, 2018

„Pachnie siarką” - oznajmia moja córka przy śniadaniu. Trzyma w dłoni kubek z koktajlem. Spokojnie przechyla go i wypija zawartość. Ja patrzę oniemiała. „Siarką?!?” - dopytuję. „No tak, u Tuwimów!” - odpowiada spokojnie Majka i zaczyna recytować.
A potem co jakiś czas przypomina jej się jakiś fragment i powtarza mi go w drodze do przedszkola, podczas gry w makao, na wystawie „Przytul Polskę”, gdy widzi na ścianie lokomotywę.
Spodobało jej się – myślę i słucham razem z nią. Nie raz. Już kilka (kilkanaście!). Bo to jeden z tych audiobooków, które chyba nigdy się nie znudzą.
Seria mistrzowie wyobraźni opowiada o „wszystkich tych, którzy potrafili zaczarować codzienność i dzięki swej pasji zdobywać, odkrywać i tworzyć rzeczy, o których nie śniło się filozofom.”
To zdecydowanie Tuwim! Zresztą jego siostra Irena do końca życia nazywała go czarodziejem i wierzyła, że jest nim naprawdę. Ja też tak uważam! Tylko czarodziej mógł tak otumanić słowa, że się ustawiły w „Lokomotywę”. Tylko czarodziej mógł z ptasich gardeł ukraść po jednej nutce i przełożyć je na słowa w „Ptasim radiu”. Zresztą Julek miał takiego bzika – zbierał słowa. Ale to później. Bo najpierw zbierał rtęć. Z termometrów. I Pani Tuwimowa musiała ich kupować dziesiątki. Aż aptekarz podśmiewał się delikatnie z tych termometrów zakupowanych co i rusz w aptece. I zbierał jeszcze Julek składniki mikstur – to mogła być saletra, płyn do naczyń, to mogła być siarka… Ach! A z siarki takie piękne wybuchy! Niejeden był w kuchni Tuwimów. Bo to tam młody Julek eksperymentował. I wierzył, że zostanie chemikiem. Ale mama wygoniła go w końcu ze swojego królestwa. Więc zaczął zbierać węże i jaszczurki. Zaskrońce na przykład. Też do czasu… Bo jakaś matrona, gość rodziców, śmiertelnie się któregoś zaskrońca wystraszyła, nazywając go (och, jakże niesprawiedliwie!) żmiją. Słowa więc były jednym z najbezpieczniejszych bzików Julka. I najowocniejszym, skoro tak się zaczął z nimi przyjaźnić, tak pięknie się ze słowami dogadywał.
Agnieszce Frączek też wychodzi to świetnie! A w duecie z Maciejem Stuhrem, który z takim zaangażowaniem przeczytał „Rany Julka!”, to już w ogóle. Zasłuchane sprzątamy, zasłuchane gotujemy, zasłuchane odpoczywamy. Zasłuchane wzdychamy, że fajnie byłoby znać tego Julka, zbzikowanego, inteligentnego, pełnego pasji, słabego z matmy, dzikusa, który uwielbiał spędzać lato na wsi i eksplorować las. Zdarzyło się już, że słuchałyśmy „Julka” trzy razy pod rząd. Niech zdanie: „słuchać dowolną ilość razy, bez ograniczeń i skutków ubocznych, aż będzie się potrafiło powiedzieć z pamięci większą część tekstu” pozostanie naszą rekomendacją. A teraz już nie mogę pisać, bo biegniemy z Julkiem do antykwariatu, szukać książek o wężach. Albo o szczurach. Byleby były dziwne.










czwartek, 1 sierpnia 2019

623.DLATEGO


MICHAŁ SKIBIŃSKI
„WIDZIAŁEM PIĘKNEGO DZIĘCIOŁA”
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2019
ILUSTROWAŁA ALA BANKROFT

Są takie zdarzenia. Jak piorun. Ktoś puka do drzwi, w dłoni stary zeszyt.
„Miałem wtedy osiem lat. Przez całe wakacje codziennie zapisywałem w zeszycie jedno zdanie. Jedną rzecz, która mi się zdarzyła. Takie dostałem zadanie – pod tym warunkiem zdałem do drugiej klasy. Mam ten zeszyt do dziś.”
Pewnie takie szkolno-wakacyjne zadanie dostało już kilka tysięcy uczniów. Pewnie nie jeden z mozołem kreślił pomiędzy linijkami te wszystkie „Wyjechałem w góry.”, „Zjadłem loda.”, „Pływałem w morzu.”. Dlaczego ten jeden zeszyt ma być wyjątkowy?
Bo pisał go ośmioletni chłopiec latem roku 1939.
To wystarczy.
Dlatego.
Nie wiem, jak to się stało, że ten zeszyt trafił w ręce Dwóch Sióstr. Nie wiem, jak to się stało, że Ada Bankroft namalowała to lato. Wiem, że to książka wyjątkowa. Że jest kolejną książką o wojnie, ale książka niezwyczajną, trzymającą za gardło i za rękę jednocześnie.
Gdy czyta się ten zeszyt dziś, to mrowią ręce i nogi. Już wiemy, co będzie, bo wiemy, co było. Czujemy narastający niepokój. Słyszymy ciszę. Ciszę przed burzą. Parę burz, owszem, jest w tej książce, ale to takie, które są częścią każdego lata – zwyczajnego, codziennego, lipcowo-sierpniowego… To takie lato, które mogło zdarzyć się i dwa lata temu, i w latach dziewięćdziesiątych, i dziś. Beztroskie. Takie lato, w które gra się w ping-ponga z bratem, bawi się z Magdaleną, czyta ładne bajki i łapie osy w pułapki lepkich od soku szklanek. Takie same zdania napisaliby uczniowie z roku 2019. A potem nagle, w jednej chwili, to wszystko zastępuje „Chowałem się przed samolotami” i „Rzucili blisko nas bombę.” I czuć, że to lato na początku wojny, to ostatnie, w którym istniał stary świat. Potem się odrodził, po tej wielkiej zapaści, ale już zupełnie inny, naznaczony, pobliźniony, z tą kulą wojenną u nogi – nigdy nie zdjętą, bo nigdy nie będzie klucza do łańcucha. To ostatnie lato dzieciństwa. Kto jeszcze mógł być dzieckiem, ten miał wielkie szczęście, że uszczknął z tego lata dla siebie uśmiech, zabawę, kolorowego motyla, spacer do Domu Towarowego Braci Jabłkowskich… Dorośli pewnie wiedzieli, przeczuwali, sądzili, ale dzieci nie. Dziecko myślało naiwnie, że wróci do szkoły 1 września 1939 i pójdzie do drugiej klasy. Do tej drugiej klasy, na ten polski, który wywalczyło sobie codziennym zdaniem, kaligrafowanym w zwykłym zeszycie w linie. Ale nie. Bo 1 września ta szkoła przestała istnieć. „Rozpoczęła się wojna” - pisze Michał. Z błędem, pomija literkę „z”, którą wciska w to zdanie amatorskim znakiem korektorskim, zauważając swój błąd. Dla wojny nie ma korekty. Dzieje się.
Na obrazach Bankroft nie namalowała żadnych ludzi. Czemu? Być może dlatego, że już nie ma. Nawet jeśli ktoś przeżył, tak jak Michał, autor zeszytu, zawzięty kaligraf, kronikarz „ostatniego lata przed...”, to od 1.09.1939 przestali istnieć, w to miejsce pojawili się inni oni – prawie identyczni, a jednak zupełnie inni, naznaczeni pobliźnieni, z tą kulą wojenną u nogi…
Ostatnie zdanie jest z 15 września, długie, jak na Michała, z błędem („bąby”). Potem już tylko dwie daty – 16.09.1939 i 17.09.1939. Czy już wie, że świat się skończył?







czwartek, 23 maja 2019

622. GORĄCO… GORZKO...


KIRAN MILLWOOD HARGRAVE
„DZIEWCZYNKA Z ATRAMENTU I GWIAZD”
(TŁ. MARIA JASZCZUROWSKA)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2019

Co jako pierwsze przychodzi do głowy, gdy ktoś rzuca hasło: „Wyspy Kanaryjskie”? Dużo słońca, morze z krystalicznie czystą wodą, palmy i bajeczne krajobrazy. I jeszcze drinki z parasolką. Same miłe rzeczy. Tymczasem Wyspy Kanaryjskie to wyspy wulkaniczne. A Kiran Millwood Hargrave dostrzegła w nich nie to, co lśni, błyszczy i pyszni się w słońcu, ale to, co pod spodem – długie korytarze lawowe, w których ciemność jest nieprzenikniona. To właśnie pod ziemią narodziła się ta książka.
Isabella i jej tata, Ta, od trzech lat mieszkają sami. Nie ma już ani Ma, ani brata bliźniaka Isabelli, Gabo. Ojciec i córka zostali we dwoje. Wypracowali swoje rytuały – przypalona owsianka co dzień na śniadanie i odsuwanie złych myśli, żeby nie zaczynać dnia od smutku. Ta jest kartografem. Mimo swojej kalekiej nogi, mimo tego, że nie porusza się inaczej, niż o lasce, wciąż jest w nim pragnienie podróżowania, odkrywania nowych lądów, powiększania mapy, nanoszenia na nią odpowiedzi w miejsce „Incognito” - nieznanego. Niestety – gubernator Adori, gdy tylko przybył na wyspę, zamknął ją dla tych, którzy przyjeżdżali i dla tych, którzy chcieli wyjechać. Ta już nie wyruszył w podróż. Rysował z pamięci mapy, wyszywał je specjalnymi nićmi, ale nie powiększył już nigdy znanego obszaru. Swoją wiedzę i umiejętności przekazywał Isabelli, która była zafascynowana mapami, a jej największym marzeniem było sporządzenie mapy terytoriów rozciągających się poza lasem, tak zwanych Zapomnianych Ziem. Nie zwierzyła się jednak nigdy z tego pragnienia nikomu. Ani Ta, który martwi się o nią, czasem nadmiernie, ani Lupe, swojej najlepszej przyjaciółce, córce gubernatora. Lupe żyje w bańce – ma kolorowe sukienki, pokaz fajerwerków na każde swoje urodziny i nie widzi biedy, niepokoju i niesprawiedliwości, które pojawiły się na wyspie wraz z jej ojcem. Isabella też żyje w bańce – jej bańką są mapy i baśń o Arincie – dziewczynie, która tysiąc lat temu uratowała wyspę Moya przed demonem Yote. Pewnego dnia ginie ich koleżanka z klasy, Cata. I tego samego dni bańki Isabelli i Lupe zderzają się ze sobą, rozpadają się i przyjaciółki stają przed straszną prawdą o sobie samych – Lupe dowiedziała się, że jej ojciec jest okrutny, a ona samolubna i ślepa na to, co dzieje się dookoła niej. Isabella dowiedziała się, że Arinta jest wytworem wyobraźnia bajarza, że nie istniała naprawdę, a ona, Isabella, nie jest jej wcieleniem. Gdy dziewczęta poznały prawdę, ich przyjaźń została wystawiona na próbę. A to próba z rodzaju tych najstraszniejszych, wymagających nie lada odwagi. Lupe jedzie na Zapomniane Ziemie – chce ukarać zabójców Caty. A Isabella musi znaleźć sposób, żeby uratować swoją przyjaciółkę – delikatną i nie znającą prawdziwego życia. Tylko, że Zapomniane Ziemie kryją pewną tajemnicę. Okazuje się, że demon Yote być może nie jest tylko mitem...
Boję się schodzić głęboko w dół, boję się tych miejsc, gdzie nic nie widać, boję się nieoświetlonego, boję się być zewsząd otoczona ziemią. I ta książka właśnie taka dla mnie była – przerażająca, duszna, niebezpieczna. Musiałam się z niej wynurzać, żeby zaczerpnąć powietrza, bo coraz bardziej mi go brakowało podczas lektury. Z każdą stroną robiło się goręcej, lawa niemal dotykała moich palców. Ale też ta historia fascynowała mnie i uwodziła. Dlaczego? Dlatego, że autorka w mistrzowski sposób przetworzyła rzeczywistość, te piękne bajkowe krajobrazy, pocztówkowe widoczki i błękit na czerń, suchość w ustach, dłonie rozpaczliwie starające się chwytać skał, by iść prosto, by nie upaść, na krew, łzy, pożar, na mityczne potwory, które czają się pod ziemią i są gotowe, żeby wyjść na powierzchnię i pochłonąć cały ten spokojny świat, zawładnąć nim, spopielić. To typowo baśniowa historia – walka dobra ze złem, odnajdywanie w sobie odwagi, by pokonać silniejszego od siebie Złego, uświadomienie sobie, jak wiele znaczy rodzina, przyjaciele, miłość. Tylko, że moim zdaniem nie ma tu jednoznacznego, dobrego zakończenia. Tak, jakby zło było na tyle silne, że nawet w bajkach nie można go unicestwić. Można jedynie je uśpić, można przysypać złotym piaskiem, można poznać – narysować mapę, wyszyć ją złotą nicią, wiedzieć, gdzie bije serce zła. I podoba mi się to zakończenie – niecukierkowe, do mokrego od łez uśmiechu, do zastanawiania się nad istotą bohaterstwa, nad własną pychą, nad tym, jak bardzo każdy z nas chce być wyjątkowy, jak chce się zapisać w dziejach świata i że często krzywdzi przy tym innych. Gorzka, ale piękna historia.


wtorek, 21 maja 2019

621.”MÓWIŁAM!”


BIBI DUMON TAK
„ZWIERZAKI CUDAKI. KSIĘGA NAJDZIWNIEJSZYCH ZWIERZĄT ŚWIATA”
(TŁ. JADWIGA JĘDRYAS)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2019
ILUSTROWAŁA FLEUR VAN DER WEEL

BIBI DUMON TAK
„ZWIERZAKI ZWYKLAKI”
(TŁ. JADWIGA JĘDRYAS)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2019
ILUSTROWAŁA FLEUR VAN DER WEEL

Dawno, dawno temu (ze stopki redakcyjnej wynika, że w 2006 roku), gdy podczas studiów pracowałam w księgarni, przyszłam jak zwykle po południu do pracy. Zastałam moją szefową siedzącą przy stoliku dla klientów, zaczytaną po uszy. Nie zwróciła nawet uwagi, że weszłam. Ja zaś zwróciłam uwagę na jej wybuchy śmiechu – równiutko co dwie strony… „Jakie to jest dobre!” - wykrzyknęła i już niosła książkę w moją stronę. A ja, nie pałając jeszcze wtedy miłością do literatury z półki z hasłem „dla dzieci”, skrzywiłam się mimowolnie. Ale, bądź co bądź, to szefowa. Wzięłam delikatnie w dłonie ów zielony tom, zastanawiając się już w duchu co powiem, ćwicząc uprzejme „no, ciekawe...” i spoglądając tęsknie w stronę grubych poważnych tomów na półce z hasłem „literatura piękna”. A ona stała i patrzyła. Zaczęłam czytać. I czytałam, czytałam, czytałam. „Jakie to jest dobre!” - powiedziałam na koniec, rozglądając się po rzeczywistości łakomym wzrokiem – szukałam kogoś, komu mogłabym przekazać zieloną książkę – teraz, zaraz, już! Szefowa spojrzała z nieskrywaną wyższością, uśmiechnęła się tylko i powiedziała: „Mówiłam!”. To było pierwsze wydanie „Zwierzaków cudaków” - jednej z najlepszych (nie boję się tego powiedzieć!) książek o przyrodzie, jakie czytałam. Czterdzieści dwustronicowych impresji na temat najdziwniejszych zwierząt na świecie. Bibi Dumon Tak wynalazła największych freak'ów w świecie przyrody* i napisała o nich zabawną i mądrą książkę, pokazującą, że natura jest czystą magią, że w przyrodzie wszystko jest ułożone tak, żeby zawsze się udawało, nawet, jeśli wydaje nam się to pozbawione najmniejszego sensu. No i że „mamo, wiesz, odkryłam dzięki tym książkom, że wszyscy panowie chcą się podobać dziewczynom. No oprócz ślimaka nagiego, bo on sam jest i panią i panem naraz”. Zaraz, zaraz, ale jak to książkom, skoro mowa była tylko o jednej? Bo po siedmiu latach od premiery „Zwierzaków cudaków” ukazała się druga część „Zwierzaki zwyklaki”, której polskie tłumaczenie otrzymujemy właśnie teraz – po latach trzynastu. Z poślizgiem, owszem, ale ważne, że w ogóle! (przy czym korzysta też „starsza siostra”, bo mamy dzięki temu także wznowienie „Cudaków”.) A co tutaj? Zwyklaki? Te wszystkie najnudniejsze stworzenia, które spotykamy na każdym kroku? Że ślimak, że wróbel, że królik, że mysz, że biedronka, że… gołąb? Naprawdę – gołąb? Nu-da! Nic bardziej mylnego. Mówiłam przecież, że natura co krok robi darmowe show ze sztuczkami magicznymi i że w zwykłym można znaleźć cuda. Okazuje się na przykład, że królik… zjada własną kupę (ale tylko tę miękką). Że śledzie porozumiewają się między sobą za pomocą pierdnięć. Że bez sójki mogłoby nie być lasów dębowych. Że dzięki osie powstał papier. I że gołąb jest jednym z najbardziej troskliwych rodziców w przyrodzie. Czyli jednak nie jest tak „normalnie”, jak by się mogło wydawać...
Świetne, świetne, świetne książki! Z serii tych, o których mówi się na spotkaniach ze znajomymi: „A wiesz, że istnieje coś takiego, jak ośmiornica koc?”. Po tych trzynastu latach nadal jestem zachwycona! Zmieniły się tylko dwie rzeczy. Nareszcie znalazłam odpowiednią osobę, która doceniła „Zwierzaki cudaki” tak, jak ja 13 lat temu – moja córka! A po drugie – mamy do kochania dwa razy więcej tekstu, bo oczywiście „Zwierzaki zwyklaki” pokochałyśmy również!** Teraz będziemy zarażać tą miłością każdego, kto nam się nawinie. Nie odpuścimy nikomu! A potem będziemy tylko stać i patrzeć i czekać na moment, gdy będziemy mogły spojrzeć z nieskrywaną wyższością, uśmiechnąć się tylko i powiedzieć: „Mówiłyśmy!”









* ”Mamo! Rurkoczułkowiec olbrzymi? Prawie połknęłam gumę ze zdziwienia!”
**Wymyśliłyśmy nawet grę, w którą grałyśmy już kilka razy. A gra się tak:
1. otwórz spis treści „Zwierzaków zwyklaków” i „Zwierzaków cudaków”.
2. wybierz z listy jedno ze zwierząt i wskaż jego nazwę przeciwnikowi
3. jego zadaniem jest w ciągu 10 sekund opowiedzieć jakąś ciekawostkę o tym zwierzaku, zapamiętaną z lektury.
4. teraz zamieniacie się rolami.