Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

czwartek, 2 sierpnia 2018

536. MA.MA


HÉLÈNE DELFORGE
MAMA”
(TŁ. MAGDALENA I JAROSŁAW MIKOŁAJEWSCY)
MEDIA RODZINA, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁ QUENTIN GRÈBAN

Wiedziałam już, że jesteś. Przykładałam rękę do brzucha i chciałam być naraz tu i w środku samej siebie, żeby zobaczyć Cię jak najszybciej i wiedzieć, jaki masz kolor oczu.

W którym momencie zostałam mamą? Wtedy, gdy się urodziłaś? Wtedy, gdy dowiedziałam się, że jesteś? Wtedy, gdy oplotłam nogami Twojego ojca? Oglądam się przez ramię, ale nie umiem powiedzieć, kiedy po raz pierwszy się tak nazwałam…

Noszę w sobie dużo obrazów – są lekkie i ciężkie, czarno-białe i kolorowe, prześwietlone zachodzącym słońcem i ciemne od głębokich nocy, w których zapominałam, jak się śpi. Chętnie wyrzuciłabym te brudne, na których niewiele widać, albo widać zmęczenie, stres i otwarte do krzyku usta. Ale przypominam sobie, że żadna matka nie jest doskonała, że z tego też się składam. Układam je z powrotem w sobie i wierzę, że kiedyś je oswoję.

Ile razy w życiu usłyszałam słowo „mama” z Twoich ust? Ciekawe, czy ktoś prowadzi rejestry i na końcu drogi poda mi dokładną liczbę, łącznie z tymi razami, gdy nie zdążyłaś dokończyć sylaby, a ja już byłam przy Tobie.

Lubię iść z koleżankami na piwo. Językiem wcierać gorzki płyn w podniebienie, śmiać się i przeklinać, tańczyć bez butów w ulubionej knajpie. Lubię to, gdy wiem, że Ty i Twój ojciec zasnęliście razem nad książkę. I gdy wiem, że wrócę do domu, zajrzę do Twojego pokoju i będziesz tam, choć we śnie, gotowa do dobra-noc-nego pocałunku. Zawsze całuję Cię na dobranoc.

Nie umiałam kołysanek i czasami nocą śpiewałam Ci kolędy. Albo wyglądałam przez okno i wyśpiewywałam wszystko to, co widziałam za szybą, w świetle latarni.

Tak bardzo lubię Cię przytulać, tak idealnie pasujesz do mojego ciała.

„Wykapana mama!” - słyszę, gdy idziemy razem za rękę. Uśmiecham się tak szeroko, że nie mam już więcej buzi. Taka duma z naszej nierozłączności.

Czy wiesz, że obojętnie, co mi się w życiu przytrafi, to już zawsze, na zawsze będę „mamą” i nic tego nie zmieni? To taki dar, mieć w życiu chociaż jedną stałą rzecz.

Ta książka wywołała we mnie lawinę myśli, słów, strzępki zdań, okruchy domorosłej poezji, kilka łez, które spadły na przewracającą kartki dłoń, tę emocjonalną burzę, która kazała mi biec do dziecięcego pokoju i sprawdzić, czy na pewno jest tam moja Córka i czy sobie nie wymyśliłam tego szczęścia.
To kawałeczki historii, poskładane w słowo „mama”. To różne kobiety, które łączy to, że są matkami, zamknięte na kartach jednej książki. Gdyby stanęły obok siebie, różniłoby je zapewne wiele – kolor skóry, model wychowania, długość włosów, ubiór, ale pozostałoby jedno – miłość do dziecka. Bezgraniczna, choć czasem bardzo, bardzo trudna. Ja też staję w tym szeregu. Oglądam się ciekawie na pozostałe, porównuję, oczywiście, że porównuję, ale jednego porównać się nie da – siły uczucia. Każda kocha, choć każda na swój sposób. To taka trochę poezja, trochę proza, impresje, miniatury, które mówią o miłości matki do dziecka i dziecka do matki. O bólu rodzicielstwa i o tym, że to najpiękniejsza przygoda, jaka może spotkać matkę. Wzruszająca, nostalgiczna, czasem słodka, czasem jak piołun.
I te zachwycające, olśniewające ilustracje! Same w sobie są historiami, dopowiadają wszystko to, czego nie mieszczą kalekie, ograniczone słowa. Od kilu, kilkunastu dni znajduję tę książkę wszędzie – leży na parapecie, na stole w kuchni, na szafce nocnej, na poduszce, na pralce, pod talerzem z zupą. Przeglądam ją, tysięczny raz, czasem od deski do deski, czasem tylko wyrywkowo, zatrzymując się na jednym, dwóch obrazach. Czytam lub tylko patrzę. I odkładam ją tam, gdzie właśnie stałam. A potem bezwiednie przenoszę dalej. Po prostu chcę być blisko niej, bo człowiek chce być jak najbliżej piękna.









środa, 1 sierpnia 2018

535. NIE PAMIĘTAMY


MONIKA KOWALECZKO-SZUMOWSKA
„FAJNA FERAJNA”
BIS, WARSZAWA 2017
ILUSTROWAŁA ELŻBIETA CHOJNA

Nie, nie pamiętamy wystrzałów bomb na ulicach. Nie, nie pamiętamy ciemności całkowitej, która panuje w zamkniętej piwnicy bez okien, podczas nalotu. Nie, nie pamiętamy, jak bardzo daleko jest z punktu A do punktu B, gdy jest się małą dziewczynką i niesie się meldunek. Nie, nie pamiętamy, jak to jest trzymać w dłoni pistolet. Nie, nie pamiętamy smrodu kanałów ściekowych, którymi trzeba przejść z jednej dzielnicy do drugiej. Nie, nie pamiętamy, jaki ciężar ma ciało przyjaciela, który umiera na twoich rękach… Na szczęście. Dzięki temu, że ktoś to przeżył za nas.
Te wszystkie charakterystyczne „P” na koszulkach, majtkach, zderzakach samochodów i tatuażach to bujda na resorach! Może bardziej bym w nie wierzyła, gdyby hasło brzmiało „Nigdy więcej!”. Bez wykorzystania symbolu batalionu Parasol...
Oczywiście – pamięć o powstańcach jest ważna. O ich poświęceniu, odwadze, mocy, sile, o ich upokorzeniu, strachu, lęku, bólu, o śmierci. Taka pamięć na co dzień, nie tylko 1 sierpnia od 17 do 17.30. Pamięć po cichu, w samym sobie.
Jak tę pamięć pielęgnować?
Na przykład czytając.
Monika Kowaleczko-Szumowska napisała (wraz z powstańcami) piękną książkę. Wszystkie opowiadania zostały napisane na podstawie relacji zachowanych w Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego. I na podstawie rozmów. Bo z częścią bohaterów tej książki autorka rozmawiała twarzą w twarz.
Zaczęło się od Mirka Jajko – od dziesięciolatka, który ni mniej ni więcej, tylko uciekł z domu do Powstania. I trafił do „Ziuka”.
Najmłodszy zaprzysiężony żołnierz Armii Krajowej miał 9 lat. „Wychowywała mnie mama harcerka i tata ułan z 26. Pułku Ułanów, który bił się wszędzie tam, gdzie była sposobność i potrzeba walczyć za Polskę”. [s.26]. Nie walczył z bronią w ręku, ale walczył inaczej – nosząc paczki, listy, lekarstwa, amunicję, broń, odgruzowywał zakopanych i przeprowadzał ludzi przez tereny opanowane przez Niemców. Wciąż nie może sobie darować, że nie pożyczył pękniętego hełmu swojemu koledze, też Jureczkowi, a chwilę potem kolega umarł na jego rękach od postrzału w głowę…
„Miki Bandyta” był Żydem, który ukrywał swoje pochodzenie przez całe Powstanie, stracił rodziców, pseudonim wybrał sobie wygrzebując z pamięci film Dinseya i był przekonany, że wybuch Powstania to był prezent od miasta na jego 13 urodziny.
Jaga była najstarsza z opisywanej tu ósemki. I chyba najweselsza. Urodzona optymistka. Tylko jej mogło się zdarzyć, że gdy nocą miała przenieść meldunek na drugą stronę Alej, pierwszy raz jako nocna łączniczka, to do jej nogi przyczepiło się wiadro i narobiło rumoru na całą ulicę…
Kazimierz pracował w drukarni, roznosząc gazety, a wieczorami rozklejał na murach plakaty. Szczególnie lubił ten z hasłem „Tygrys do budy”, bo nienawidził niemieckich czołgów.
„Hipek”, lat 14 – w Powstaniu obsługiwał granatnik i przeprowadzał ludzi przez kanały. W kompletnej ciszy i bez światła. „Gdy przyszedł rozkaz, żeby stworzyć dwa oddziały 'kanalarzy', wybrano między innymi naszą drużynę. Nie powiem, żebym był zachwycony, ale w Powstaniu nie było gadania: to chcę, a tego się brzydzę. Wykonywało się rozkaz i już.” [s.87]
Basia przeżyła cudem. Tak samo, jak jej wujek Stasiek, który mieszkał w piwnicy swojego domu przez pół roku, nie wychodząc na zewnątrz. To był „warszawski robinson”.
Dla Halusi najważniejsze były jej zwierzęta i gdy popędzana przez Niemców wychodziła ze schronu w swojej piwnicy (w butach ukrywając dwie złote obrączki), to wzięła pod pachę psa Perełkę i kota Psotkę, bo bez nich nie potrafiła żyć.
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że dzieci z tej książki potraktowały Powstanie jako przygodę. Nie jako zabawę, ale jako przygodę właśnie. Jako coś ekscytującego. Nie jeden raz pada w niej stwierdzenie - „a co jeśli wojna się skończy, a ja nie zdążę iść walczyć?”. Powodem tego był chyba fakt, że gdy wojna się zaczynała, mieli po kilka, kilkanaście lat. Wojna w nich wrosła. Musieli umieć wojnę na pamięć, jak tabliczkę mnożenia – inaczej nie mieli szans na przeżycie. To był chyba trochę taki wielki plac zabaw, gra terenowa, w której trzeba poznać reguły, a potem stosować się do nich tak, żeby dojść do mety. Często to ich rodzice grali w tę grę, zaszczepiając im „bakcyla”. Mieli niezły ekwipunek – pistolety pochowane w zakamarkach domu, nielegalną prasę i pewnie puszki z konserwami. Wojna to była tych dzieci codzienność, rzeczywistość, w tej wojnie już się nudzili, chcieli poziom wyżej, na następną planszę. I tu nadarza się okazja – Powstanie! Śmierć chyba nie była dla nich do końca realna. To chyba było jak gra komputerowa – wierzyli, że mają nieskończoną liczbę żyć… Owszem, bali się. Gdy „Miki” miał zanieść listę żądań Niemcom, gdy powiewając biała flagą szedł sam przeciwko nim, mając przed oczami lufy karabinów, wpatrzone w jego czoło, to się bał. Poprosił nawet Jagę, żeby mu skombinowała szerokie spodnie, żeby nie było widać, że drżą mu kolana… Ale mimo wszystko Mirek Jajko uciekł i kłamał, że chce do wojska, bo jest sam, że jego rodzice i siostra nie żyją. I inne dzieci kłamały na temat swojego wieku, żeby ich tylko przyjęli do batalionów i dali walczyć przeciwko wrogowi, za ojczyznę...
Monika Kowaleczko-Szumowska opisała historie tych dzieciaków bez zbędnego patosu. W prostych, żołnierskich słowach. Ale z wielką miłością i sympatią. Z należytym szacunkiem. Z atencją. Ale i z elementami humorystycznymi. Dokładnie tak, jak może zapamiętać wojnę dziesięcio-, dwunastolatek.
I ilustracje… Dla mnie mistrzostwo świata! Symboliczne, nie zawsze oczywiste, nie nazbyt artystyczne, nie malarskie. Raczej też w „żołnierskich słowach”. I w kolorach wojny – biel, czerń, szarość i czerwień. Idealne!
Dlatego to taka ważna książka. Pierwsza, którą można wykorzystać do rozmów z dzieckiem o wojnie. Nieśmiałych. Nieco nieporadnych. Pełnych niewygodnych pytań.















Odchodzi piękne, mocne, odważne pokolenie. Odchodzą ludzie, którzy się nie wahali, nie zastanawiali, bo tak zostali wychowani – ojczyzna to wyższa wartość, której trzeba bronić zupełnie tak samo jak swojego mieszkania, samochodu, portfela, jak, przekładając na dziecięcy, współczesny język, ulubionego zestawu klocków LEGO. To coś, co było oczywiste, co nie podlegało analizom.
Odchodzą ludzie, opisani w tej książce. Odchodzą Mirek, Jaga, Jureczek, „Miki”, Kazimierz, Basia, „Hipek” i Halusia. Za chwilę nie będzie żadnego z nich. Za chwilę zostaną tylko w książkach, na fotografiach, które zaginęły, na taśmie z nagraniem, która rozciągnęła się i nic się już z niej nie da odczytać…
Czy patrzą na nas teraz z radością i dumą? Czy właśnie po to oddali swoje życie, zdrowie, młodość?
Dziś widziałam mem, na którym młody człowiek mówi: „Tak, oddałbym życie za ojczyznę!”. A ktoś mu odpowiada: „A nie umiesz zabrać ze sobą z plaży śmieci!”. Na szczęście nikt od nas, od naszych dzieci nie wymaga, żeby wziąć broń, która na co dzień leży w worku z cebulą za kuchenką i iść zabijać Niemców w obronie swojej stolicy. Bycie patriotą w tych czasach jest znacznie łatwiejsze. Więc dlaczego tak trudno nam zadbać o to co mamy, co dla nas wywalczono? Postarajmy się dla Mirka, Jagi, Jureczka, „Mikiego”, Kazimierza, Basi, „Hipka” i Halusi.

wtorek, 31 lipca 2018

534. NIE MAM ULUBIONEGO DINOZAURA


MK REED
„NAUKOMIKS: DINOZAURY. SKAMIELINY I PIÓRA”
(TŁ. ANNA STUDNIAREK)
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2018
ILUSTROAŁ JOE FLOOD

Z czym kojarzy mi się słowo „paleontolog”? Z Rossem z serialu „Przyjaciele”. No może trochę z filmem Jurrasic Park… Oczywiście, z dinozaurami. Ale nie mocno… Nigdy nie miałam ulubionego dinozaura, nie fascynowało mnie triceratopsy, t-rexy i allozaury, a nazwę diplodoka łączyłam tylko z komiksem Tadeusza Baranowskiego. Owszem, uważałam je za imponujące, ale nie chciałam zgłębiać ich historii i wiedzieć, dlaczego nie biegają już przed moim domem. Tym samym miłością do dinozaurów nie zaraziłam mojej Córki. Owszem, ogląda od czasu do czasu „Dinopociąg”, ale też nigdy nie miała ulubionego dinozaura. Nie mniej jednak, gdy w nasze ręce trafił Naukomiks „Dinozaury. Skamieliny i pióra” to przepadłyśmy obie!
Wiadomości w tym komiksie jest tyle, że Majka dzieliła ich dawkowanie na trzy razy. Ale ja łyknęłam cały na jeden raz. Nie mogłam się powstrzymać! Gdy ona włożyła zakładkę na 40 stronie, wysłałam ją do kąpieli, a sama pochłaniałam kolejne, i kolejne, i kolejne…. Aż do samiutkiej wyklejki. To fascynujące – że po ziemi, po której teraz chodzimy, chodziły takie stwory, jak z baśni, jak z legend. To fascynujące, jakie były różne, jak się przystosowywały do swojego środowiska naturalnego. To fascynujące, że ptaki są właściwie… dinozaurami! To fascynujące, że od tak wielu lat temat dinozaurów wywołuje takie emocje, takie wypieki na twarzach, takie wojny i taką rywalizację między naukowcami. To fascynujące, jak wygląda praca paleontologa, jak wiele musi mieć cierpliwości, samozaparcia, siły, wiedzy, ale też wyobraźni! To fascynujące, że tyle kobiet było paleontolożkami, że także płeć piękna miała znaczące zasługi na tym polu, że temat dinozaurów jest nie tylko męski (jestem wdzięczna Autorom Naukomiksu, że o tym nie zapomnieli!). To fascynujące w jaki sposób całą tę niesamowitą wiedzę MK Reed i Joe Flood przedstawili. Naukomiks – świetny pomysł! Dlaczego? Wiadomo, że dinozaurów nie da się opowiedzieć tylko słowami, że trzeba pokazać całą ich monumentalność, mityczność, ich baśniowość obrazem. Ludzki umysł nie ogarnąłby stworzenia, jakim jest (był!) dinozaur, bez obrazu, bo po prostu współczesnemu człowiekowi dinozaur by się w nim nie pomieścił! Dlatego taka forma to strzał w dziesiątkę.
We wstępie Dr Leonard Finkelman, profesor filozofii nauki, obiecuje, że „kiedy czytacie, duch odkrycia jest w was”. Mocno to poczułam przy lekturze tego komiksu. I zaczęłam drążyć – na przykład, czy wszystkie dinozaury miały pióra?











A co jest idealnym dopełnieniem Naukomiksu o dinozaurach? Memory z dinozaurami! A jak memory to skąd? Od Jacobsonów oczywiście! Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że to ludzie z pasją, zacięciem i wiedzą. A jak wiedzy mają za mało albo tylko troszkę, to udają się do specjalistów. W tym wypadku współpracowali z The Dino Academy, z Muzeum Ewolucji Instytutu Paleobiologii PAN oraz z bardzo ważnymi zagranicznymi panami od dinozaurów, o których nie chcą mówić głośno z różnych względów. Opowiadali mi, że dyskusje na temat wyglądu dinozaurów między naukowcami, są czasem bardzo zacięte i że ich kafelki mądre głowy oglądały na wszystkie sposoby, żeby na pewno wszystko było zgodne ze stanem wiedzy na dzień, w którym memo trafiło w ręce graczy. Żeby kolor się zgadzał. I ilość rogów. I pazurów. I zębów. I żeby proporcje były zachowane. To nie jest tak, że wzięli sobie ilustratora, dali mu pusty kafelek i kazali przerysować z internetu dinozaury. To nie byłyby Jacobsony! U nich wszystko musi być „right” i „perfect”. Dopóki nie byli pewni, że jest, to memo wciąż się tworzyło. Podziwiam ich za tę determinację w szerzeniu wiedzy. Można być pewnym, że gdy bierze się do ręki ich stegosaurusa czy iguanodona, to on na pewno będzie właśnie taki, jak na twardym dysku komputera najważniejszych fachowców od dinozaurów. No i jeszcze dobór dinozaurów, tak, żeby było ich 20. Jako laik dinozaurowy (dinozaurzany?) nie znam zbyt wielu nazw, ale kojarzę kilka, kilkanaście. Więc tu ich raczej nie znajdę. To nie jest „kolejna nudna gra z dinozaurami w roli głównej”. To jest gra po coś. Po co? Po wiedzę. Więc wybrali stwory, które nie przewijają się najczęściej we wspomnianym „Dinpociągu” (ja nie słyszałam dotąd o Ankylosaurusie...). No bo po co powielać wiedzę? Lepiej uczyć się czegoś zupełnie nowego, prawda? Ale uspokajam – stary, dobry Tyrannosaurus Rex jest (bez niego nie ma w ogóle tematu dinozaurów)! No i mamy dwa polskie dinozaury! Silesaurusa i Smoka Wawelskiego. Dla mnie to wielkie odkrycie, bo wydawało mi się, że te stworzenia żyły gdzieś daleko, hen, hen, za górami, za lasami, a okazuje się, że były wszędzie, także tu, gdzie teraz mieszkamy my. Niesamowite!
Jeśli ktoś kolekcjonuje (tak, jak my) memorki od Jacobsonów, to zauważy, że pudełko jest całkiem inne – zielone. „No oczywiście! Przecież dinozaury to nie jest 'świat wokół nas', ich już nie ma. Na szczęście!” - powiedzieli mi, wskazując oczywistą oczywistość, na którą ja nie zwróciłam uwagi. No to gramy, ucząc się tych język-łamiącyh nazw.









Także owszem, nie mamy ulubionego dinozaura, ale mamy ulubione źródła wiedzy na ich temat. A stąd już tylko mały krok do tego, żeby nazwać wszystkie kafelki w czterdziestokafelkowym memory imionami własnymi.

533. KŁOPOT Z PANEM K.


GRZEGORZ KASDEPKE
„BODZIO I PULPET”
SERIA POCZYTAM CI MAMO
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁ DANIEL DE LATOUR

Z Panem Grzegorzem K. mam nie lada kłopot. Wiem, że napisał już chyba z tysiąc książek dla dzieci (no a już na pewno ze czterdzieści). Że wiele z nich nieustannie się wznawia. Że jest jedną z najjaśniejszych gwiazd polskiej literatury dla dzieci. Że zdobywa nagrody. Że był redaktorem naczelnym uwielbianego przez nas „Świerszczyka”. Miłością zabójczą wręcz kocham „A ja nie chcę być księżniczką”. A w odtwarzaczu majkowym w kółko (na przemian z „Dziećmi z Bullerbyn”), kręci się dysk z „Kacprem z szuflady”.
Ale nie kupuję „całego Grzegorza K.”. Może rączkę, może nóżkę. Może oczka. Ale cały…? No nie…
De Latoura kupuję zaś całego, w ciemno, za każde pieniądze. Więc postanowiłam dać szansę temu duetowi. A oprócz szansy, to postanowiłam dać głos mojej latorośli, która jest mniej więcej targetem tej książki. Piszę mniej więcej, bo Bodzio i Pulpet są już uczniami, a Majka jeszcze nie. Piszę mniej więcej, bo to książka w serii dla początkujących czytelników „Poczytam ci mamo” - owszem, jest do tego doskonała, bo ma dość duże litery, świetnie złożony tekst i krótkie rozdziały, ale takich ilości liter moja córka jeszcze nie połyka.
Ale jeśli chodzi o treść – dwóch chłopców, ich codzienne przygody i niecodziennie przewijające się to tu, to tam UFO – to jak najbardziej, bez żadnego mniej więcej.
Zaczęłyśmy od wstępu, w którym Pan Grzegorz mówi, że „Bodzio i Pulpet to książka zabawna”. No i moja Córka się tego zdania uczepiła jak rzep wiadomo czego…
Czytamy. Wybuchów śmiechu brak. Po każdym krótkim rozdziale, nieco rozczarowania w głosie i podsumowanie: „No ta nie była zabawna”. Z całego tomiku (opowiadań jest piętnaście) jedną uznała za śmieszną (tę, w której dzieciaki idą na akcję sprzątania świata). Cóż… Nie śmiała się, gdy Bodzio skonstruował urządzenie tłumaczące język ufoludków, ani gdy obydwaj wspólnie skonstruowali urządzenie do kontaktu z obcymi, nie śmiała się, gdy Bodzio i Pulpet w ramach szkolnego dyżuru dostali za zadanie podlewanie kwiatków i co lekcję biegali po wodę (nie śmiała się nawet wtedy, gdy okazało się, co z tego wynikło), nie śmiała się, gdy chłopaki robili „imprezę składkową” („Na czym polega impreza składkowa? Na tym, że dzieci przynoszą klocki i razem je składają.” [s. 69]), nie śmiała się, gdy chłopaki pojechali na wakacje (jeden w stroju nurka). Poganiała mnie co prawda mówiąc „czytaj, czytaj!” i dopytywała, kiedy poczytamy dalsze przygody Bodzia i Pulpeta, ale miałam wrażenie, że to tylko testy na poziom śmiechu i zabawności w kolejnych opowiadaniach.
Za to graficznie – miodzio, cymesik, pięknie! Przede wszystkim w tej książeczce doceniam typografię, jaką de Latour zastosował, pisząc nazwy kolejnych rozdziałów – świetne pomysły! De Latour utrzymuje się więc wciąż na szczycie listy naszych ulubionych ilustratorów. A co z Panem Grzegorzem K.? Niewątpliwie stoi na tym szczycie jedną nogą – za wspomnianą księżniczkę i za wspomnianego Kacpra. Właściwie Autor jest z nami codziennie (sic!), bo codziennie bawimy się w „Krowę za dziesięć” (to zabawa, której zasady przedstawia w jednym z rozdziałów „Kacpra z szuflady”), ale w Bodzia i Pulpeta raczej nie będziemy się bawić.