Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

niedziela, 15 października 2017

458. DZIEWCZYŃSKI TYDZIEŃ: PIRATKO! PIĘŚCIARKO! WOJOWNICZKO!

ELENA FAVILLI I FRANCESCA CAVALLO
„OPOWIEŚCI NA DOBRANOC DLA MŁODYCH BUNTOWNICZEK. 100 HISTORII NIEZWYKŁYCH KOBIET”
(TŁ. EWA BORÓWKA)
DEBIT, KATOWICE 2017
ILUSTROWAŁO 60 ARTYSTEK Z CAŁEGO ŚWIATA

Układa się w ciepłym łóżku. Pachnie migdałowym szamponem do włosów. Pół łóżka zajmują maskotki – aktualnie jest ich siedem. Wtula policzek w poduszkę i władczym głosem rozkazuje: „Czytaj!”. Uśmiecham się przebiegle. I wyciągam zza pleców „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek”. Zaczynam proces perswazji. Nic mnie nie powstrzyma! W tych pozornie łagodnych i nastrojowych okolicznościach ja zaczynam tworzyć buntowniczkę!
Jaka jest pierwsza (stereotypowa!) myśl, gdy ktoś ośmieli się rzucić słowo „buntowniczka”? Łobuziara! Z kolczykiem w nosie i pokryta tatuażami (od stóp do głów). Z rękami w kieszeni. Z wydętymi wargami. A czy buntowniczka może wyglądać zwyczajnie? Czy może mieć włosy upięte w kok? Albo baletki? Czy może nosić rękawiczki i kapelusz? Albo… mundur wojskowy? Czy może jeździć na rowerze? Pisać wiersze? Grać na bębnach? Prowadzić samochód?
Może! Bo buntować się można przeciwko różnym rzeczom. Na przykład przeciwko wojnie. Albo przeciwko temu, że w ojczystym kraju kobiety nie mają prawa prowadzić samochodu. Albo przeciwko ograniczeniom, które narzuca ciało. Gdy niewidomej dziewczynie, która kocha balet, mówią, że nigdy nie będzie tańczyć, to jej buntem jest tytuł baleriny. Gdy głuchej dziewczynce odradzają jazdę na motocyklu, bo nie będzie potrafiła usłyszeć, kiedy zmieniać biegi, ona w odpowiedzi mówi: „Teraz motor i ja, to jedno”. Bunt tych kobiet to walka – o prawo kobiet (człowieka!) do szczęścia. Każda prowadzi ją inaczej – jedna na wybiegach dla modelek, inna z fotela prezydenta, jeszcze inna z serca dżungli, a kolejna z kart książek. Jest ich tu sto, a każda ma swój pomysł na bunt. To kobiety sprzed wieków (Hatszepsut żyła przed naszą erą) i takie, które wczoraj widziało się w telewizji (Michelle Obama). Są takie, których nazwiska potrafi się przeliterować nawet, gdy ktoś wyrwie nas z głębokiego snu w środku nocy (Astrid Lindgren) i takie, których nazwiska nie potrafi się nawet przeczytać (Aung San Suu Kyi). Są te czarnoskóre (Nina Simone) i białe (Margaret Thatcher). Te z daleka (Michaela Deprince ze Sierra Leone) i z bliska (Irena Sendlerowa). Są malarki, pisarki, perkusistki, królowe, aktywistki, lekarki, przyrodniczki, badaczki, sportsmenki, programistki, wojowniczki i piratki. Łączy je to, że każda o coś walczyła – o siebie, o innych, o pokój, o zwierzęta, o rozwój nauki, o możliwość śpiewu, tańca, jeżdżenia na rowerze…
Każdy z tych buntów zaczyna się od marzenia. A ta książka jest o tym, że po każde marzenie warto sięgnąć i je spełnić. Nawet po to, które wydaje się być tak wysoko, że nie da rady tak wysoko wyciągnąć ręki. Ale to w nas samych jest siła, żeby robić to, na co mamy ochotę. To w nas samych jest siła, by obalać mury, przeskakiwać płoty, rozbrajać bomby.
Ta książka jest niezwykła tak, jak niezwykła jest każda kobieta i dziewczynka w niej opisana i tak, jak niezwykła jest każda kobieta i dziewczynka, która będzie ją czytać. Powstała dzięki ludziom, którzy uwierzyli w siłę kobiet (dwadzieścia pięć tysięcy dwadzieścia pięć osób wsparło projekt!). Autorki zebrały w zbiórce internetowej ponad milion dolarów. Do projektu dorzucili się ludzie z siedemdziesięciu krajów, pisząc często o tym, jak bardzo ta książka jest im potrzebna, jak jest ważna. Podobno pewna mama napisała, że jest matką trzech chłopców i wreszcie będzie miała narzędzie, które pozwoli jej edukować ich także z kobiecego punktu widzenia.
Autorki zaprosiły do współpracy sześćdziesiąt artystek z całego świata, żeby książkę zilustrowały. Polskę reprezentuje Zosia Dzierżawska, a mnie rozpiera duma, że jesteśmy tam, wymienieni na stronie z ilustratorkami. Powstała przepiękna książka! Mnogość stylów, kolorów, kresek, spojrzeń na świat i technik odzwierciedla tę różnorodność kobiet, jakie trafiły do zbioru. Brak mi słów na te obrazy. Z chęcią zobaczyłabym wystawę oryginałów w którejś z ważnych galerii sztuki.
Gdy czytam tę książkę (zwykle na wyrywki, jak mantrę na dobre sny i na dobre rano), mam gulę w gardle. Tyle tu bólu, łez, ran, krwi, zła, niepewności, wyzwisk, nietolerancji, wojen i bezsensu. Ale dzięki tym kobietom, tyle tu też siły, odwagi, determinacji, skromności, motywacji, piękna, pomysłowości, kreatywności, inteligencji, mądrości - aż się może zakręcić w głowie! To zdecydowanie książka, która powinna znaleźć się w każdym domu – absolutny must have i to nie tylko dla dziewczynek. One będą się z niej uczyć odwagi i pewności siebie. Chłopcy poszanowania i podziwu dla płci pięknej.
I do głowy przychodzi mi jedno – zamiast wołać do swoich córek „księżniczko, królewno, laleczko”, może zaczęlibyśmy wołać „piratko, pięściarko, wojowniczko”? Niech tym właśnie chcą być, łamiąc wszelkie stereotypy. I koniecznie z żeńskimi końcówkami, bo język też trzeba odczarować, żeby nie brzmiał dziwnie, gdy kobiety za coś się zabierają!













457. DZIEWCZYŃSKI TYDZIEŃ: A TY? CO Z TYM ZROBISZ?

ANNA DZIEWIT-MELLER
„DAMY, DZIEWUCHY, DZIEWCZYNY. HISTORIA W SPÓDNICY”
ZNAK EMOTIKON, KRAKÓW 2017
ILUSTROWAŁA JOANNA RUSINEK

Gdy ogląda się dom rzadko pamięta się o cegłach. Gdy chwali się jego stabilność, rzadko pamięta się o cegłach. Gdy podziwia się wykończenie, rzadko pamięta się o cegłach. A bez cegieł nie ma domu. Nie ma wytrzymałości, piękna, funkcjonalności, nie ma ochrony przed wiatrem, nie ma podłóg, sufitów i miejsca na biblioteczkę.
Trochę tak jest z tymi kobietami, o których pisze Anna Dziewit-Meller. W większości to cegły. Czasem ktoś o nich wspomni. Najczęściej jakiś fan murarstwa, specjalista od budowy, ewentualnie ktoś dociekliwy…
A przecież bez tych dziewuch nie byłoby nas… Albo bylibyśmy, ale zupełnie inni? I istnieje duże prawdopodobieństwo, że gorsi? Historia bardzo często nakładała spódnicę (albo spodnie, ale damskie), ale przywykliśmy widzieć ją w męskim odzieniu. I wypieramy to, że na wysokich obcasach można iść do walki, można góry przenosić (albo się na nie wspinać), można leczyć, pisać wiersze, malować…
Dziewuchy z tego tomu łączy jedno – ktoś im powiedział „nie możesz!”. Dlaczego? „bo jesteś dziewczyną!”. Niektóre się wściekły, inne rozpłakały, jeszcze inne tylko zacisnęły usta. Ale każda z nich zaczęła działać. A że kobiety są silne, że są mądre, że mają w sobie wielką determinację, to okazało się, że mogą walczyć w powstaniu równie skutecznie, jak mężczyźni, mogą być królami, lekarkami, naukowcami, szpiegami, architektkami… Nachodzi mnie refleksja – co mogłyby uczynić, jak bardzo się rozwinąć, gdyby nie musiały połowy energii wkładać w ukrywanie się, w zdobywanie materiałów (które mężczyźni mieli na wyciągnięcie ręki), w walkę ze stereotypami, w deptanie frazy „nie możesz, bo dziewczyny tego nie robią!”?
Z genialnymi Polkami (albo kobietami polskiego pochodzenia) poznaje nas Heńka. Na nazwisko ma Pustowójtówna (ufff, trudne, a że mało używane, że nieznane, to nie układa się od razu na języku, trzeba poćwiczyć). Ta Heńka to taki szaleniec, trzpiot. „Ja to się urodziłam taka hop do przodu. (…) Żywe srebro – mawiali, patrząc na mnie.” Była panienką „z dobrego domu”, a czesała się po prostu w dwa warkocze i nie nosiła falbanek. I biegała zamiast chodzić! Chodzenie było nudne, jej edukacja była nudna (francuski, koronki, wyszywanie, dyganie, głowy skłanianie, takie pajacykowanie, gdy ktoś pociągnie za sznurek…), więc sobie to życie urozmaicała. Była patriotką i ciągle robiła coś ku chwale ojczyzny. A ojczyzna była wtedy tylko w sercach Polaków, bo pod zaborami, więc z map zniknęła. W piersi Heńki biła mocno, stale, równomiernie, tuż obok serca. Więc zamiast wyszywać te wszystkie kwiatki i makatki, wolała w męskim ubraniu wskoczyć na konia i walczyć w powstaniu styczniowym, ramię w ramię z mężczyznami i chłopakami. Żołnierzem pozostała do końca swoich dni, choć potem była już „tylko” żoną, matką i kwiaciarką. Wciąż pamiętała, że walczyła tak samo dzielnie, jak chłopaki. „Inni za to trochę o tym zapomnieli. O mnie i o innych dziewczynach. Zatem pozwól, że zabiorę cię z wizytą. Odwiedzimy te, które trzeba trochę odkurzyć.”
No to idziemy. Spotykamy Świętosłąwę, która troszkę namieszała w Skandynawii; Jadwigę Andegaweńską, królową, która zasiadła na tronie wieku lat dziesięciu – i poradziła sobie wyśmienicie!; Elżbietę Drużbacką - „najpierwszą poetrię i rymopisarkę”; Magdalenę Bendzisławską – pierwszą kobietę chirurga; Izabelę Czartoryską, która założyła pierwsze w Polsce muzeum (i jedno z pierwszych w Europie) – to dzięki niej do dziś właśnie w Polsce wisi oryginał „Damy z łasiczką”; Marię Skłodowską-Curie, której chyba (na szczęście!) Heńka nie musiała przedstawiać; Narcyzę Żmichowską entuzjastkę, która walczyła o prawo dziewcząt do nauki; Zofię Stryjeńską, której ktoś kiedyś powiedział „nie możesz malować”, a ona udowodniła, że to nieprawda; Marię Komornicką, która zamieniła się w Piotra Własta, bo będąc chłopakiem, mogła osiągnąć dużo więcej; Krystynę Krahelską – to jej twarz ma warszawska Syrenka!; Simonę Kossak – przyrodniczkę, którą ostatnimi czasy wyciąga się z lamusa (drugie na szczęście!); Krystynę Skarbek – kobietę-szpiega; Stefanię Wilczyńską i Irenę Sendlerową, o których bohaterstwie coś tam się mówi, coraz więcej nawet, ale wciąż za mało, za cicho! (Stefanię na przykład przyćmiewa postać Korczaka, ja sama do niedawna nie miałam świadomości, że Stefania też poszła z dziećmi na śmierć); architektki Warszawy – kobiety, które zaprojektowały Warszawę na nowo, po wojnie; Barbarę Hulnicki – bardzo słynną projektantkę mody; Wandę Rutkiewicz – trzecią kobietę na świecie, pierwszą Europejkę i pierwszą Polkę, która stanęła na najwyższej górze świata.
Anna Dziewit-Meller wyszukała takie kobiety, o których mało kto pamięta, te cegły, na których wyrosła dzisiejsza Polska, te wzory do naśladowania, bohaterki mantr, które powinny sobie mówić dziewczęta codziennie przed lustrem. Te, o których warto, należałoby!, pamiętać, a wcale się nie pamięta. Czuję wstyd za siebie, że nie znałam kilku z tych nazwisk w ogóle, albo nazwisko błąkało się po mojej głowie, ale bez kontekstu i za innych, że wiele z tych nazwisk mój edytor tekstu podkreśla na czerwono. Znaczy nie zna… Znaczy nikt mu nie wprowadził do pamięci Krahelskiej czy Będzisławskiej. A Kossak owszem, ale Simony już nie. Więc pewnie tylko męscy Kossakowie funkcjonują w ludzkiej świadomości.
To ja chciałam podziękować autorce i ilustratorce za tę książkę. Za to, że namówiły te kobiety do odświeżenia swojej garderoby, wyjścia do nas, pokazania się. A najbardziej za to, że Anna Dziewit-Meller napisała tak świetny tekst, taki, który połyka się w całości, bo nie sposób go dawkować. Za to, że napisała go nie tylko dla kobiet, ale przede wszystkim do dziewcząt – zwróciła się do nich bezpośrednio, wybrała jedną bohaterkę, która trzyma je za rękę przez całą podróż do przeszłości, wprowadza na salony i na pola bitew, do laboratoriów i pracowni – z nią mogą czuć się się mniej onieśmielone. . A to wszystko słowami, które zrozumie każda dziewczynka, każda nastolatka - autorka nawet wytłumaczyła trudniejsze rzeczy (feministki, bohema, secesja, lamus…).
Na koniec Dziewit-Meller ustami Heńki mówi rzecz bardzo ważną: „pamięć o bohaterkach, o wielkich kobietach jest od teraz również w twoich rękach”. To jedno z najważniejszych zdań w tej książce.

Czujesz tę odpowiedzialność? Co z tym zrobisz?  











czwartek, 12 października 2017

456.DZIEWCZYŃSKI TYDZIEŃ: KULT-OWE

JUSTYNA STYSZYŃSKA
„MARIA SKŁODOWSKA-CURIE”
KSIĄŻKA AKTYWIZACYJNA Z SERII IDOL
WIDNOKRĄG, PIASECZNO 2016
ILUSTROWAŁA AUTORKA

JUSTYNA STYSZYŃSKA
„FRIDA KAHLO”
KSIĄŻKA AKTYWIZACYJNA Z SERII IDOL
WIDNOKRĄG, PIASECZNO 2017
ILUSTROWAŁA AUTORKA

Gdy byłam nastolatką miałam wielu idoli. Przede wszystkim muzycznych. Oddawałam hołd, trzymałam bilety z koncertów, sprezentowane kostki do gry na gitarze i zwykłe, tanie niebieskie długopisy, a także części garderoby (jeśli akurat udało mi się złapać na koncercie jakiś ciuch, lecący ze sceny). Potem mi przeszło. Już trzeba było zapracować na moje fanobycie czymś więcej niż górnym C. Dziś liczba moich idoli zmalała – Szymborska na przykład, Tokarczuk, wciąż kilku muzyków. Ale jedna malarka pozostaje wciąż na piedestale. Od kiedy niemal 15 lat temu obejrzałam o niej film (z doskonałą rolą Salmy Hayek), a potem wpadłam w wir poszukiwań informacji, czytania biografii i poznawania jej twórczości, nie przestaję jej podziwiać. To było jak objawienie! Jej obrazy to dzieła sztuki, zupełnie niesamowite i niepowtarzalne. Jest chyba najbardziej znaną malarką na świecie. Frida Kahlo. To dobrze mieć taką idolkę! Nie tylko dlatego, że była utalentowana, że gdy oglądam jej obrazy, to we wnętrzu wybucha mi granat, że była wrażliwa ponad przeciętność. Przede wszystkim dlatego, że to niezwykle silna kobieta i można ją sobie stawiać za wzór, zawsze wtedy, gdy się myśli „nie dam rady!”. Wtedy, gdy budzik dzwoni, a ty masz powieki ciężkie, jak z ołowiu, wtedy, gdy kipi mleko, wtedy, gdy krzyczysz na Córkę, choć nie chcesz, a nawet wtedy, gdy po operacji kolana nie jesteś w stanie ruszać nogą, choć powinnaś (sprawdzone, potwierdzam!). Ta kobieta niosła na karku tyle bólu – fizycznego i psychicznego – że w mojej głowie się to nie mieści, wypieram… A mimo to wciąż dążyła do celu! Nie poddawała się, choć tak wiele, wiele razy płakała w poduszkę! Zawsze łzy obsychały, a ona ubierała jakąś piękna, kwiecistą spódnicę i szła przed siebie.


W tym odrzucaniu kłód spod nóg, byciu kobietą-taranem, w tym podnoszeniu się za każdym razem z kolan, nieustannej walce – tej codziennej, mało spektakularnej i tej od święta, jest podobna Marii Skłodowskiej-Curie (podkreślam samolubnie i patriotycznie, że najpierw była Skłodowska, później Skłodowska-Curie!). Łączy je, mimo tylu różnic, właśnie to – obydwie są idealnym materiałem na idola – idolkę! I jak tu teraz zainteresować dziewczynkę silną, mocną, mądrą, inteligentną, pracowitą, nietuzinkową kobietą? Jak ją postawić za wzór do naśladowania?
Wydawnictwo Widnokrąg i Justyna Styszyńska znalazły świetny sposób – naklejki! Ten sposób może wydawać się kuriozalny, może brzmieć postronnym uszom jak brak szacunku, ale nie, jest wręcz przeciwnie!
Wielki format (to zdecydowanie książka podłogowa!), cudowne ilustracje (ach, Justyno Styszyńska, jakiż Ty masz talent!), parę ważnych słów o życiu Marii i Fridy, trochę informacji z dziedziny chemii i malarstwa (uspokajam, nawet, jak padają trudne słowa, to są wyjaśnienia, nie trzeba sięgać po podręczniki szkolne) i dla utrwalania zachwytu – mnóstwo zadań do robienia. To książki aktywizacyjne – tu namaluj, tu dokończ, tu pokoloruj, tu znajdź różnicę, a tu przyklej naklejkę (cała wkładka naklejek! Cudnych! Na przykład ze szkieletem na zdjęciach rentgenowskich!). Naklejki lubi każda dziewczynka (te duże też…). I to naprawdę prosta droga do serca każdej z nich. A od serca niedaleko do mózgu. A jak się mózg oswoi z naklejkami, to potem już łatwo pobudzać go do zadawania pytań – a co to jest ta menzurka? A kim była ta Maria? A gdzie ona jedzie na tym rowerze? Rad i Polon? A co jest na tym obrazie Fridy? A dlaczego ona leży w łóżku? A skąd ma takie ładne sukienki? A co to są pigmenty? I tak dalej, i oby tak dalej... Dalej już z górkiiiii… „Marię” dopiero zaczęłyśmy „wyklejać”, więc pytań padło mniej, ale o Fridzie Majka wie już całkiem sporo. A ostatnio przyszła i poprosiła o ten album, w którym jest Frida, bo chciałaby go sobie obejrzeć. Bierz! Oglądaj! Jak najczęściej! Niech takie fascynacje przechodzą z matki na córkę. Bo takie idolki to ja rozumiem!













środa, 11 października 2017

455. DZIEWCZYŃSKI TYDZIEŃ: KOSMOS JEST JUŻ NA ZIEMI!

KOSMOS
DLA DZIEWCZYNEK
DWUMIESIĘCZNIK WSZYSTKICH DZIEWCZYN (I RESZTY ŚWIATA)
WYDAWCA: FUNDACJA KOSMOS DLA DZIEWCZYNEK

Staję przed półką z prasą dla Dzieci. Kieruję wzrok na gazety dla dziewczynek. I łapię się za głowę. Tyle tu różu, pluszu, brokatu… Są kotki, są pieski, są świnki, są bajki Disneya i ewentualnie szlaczki. Gdzie jest mądrość? Gdzie wiedza? Gdzie nauka? Gdzie świata ciekawość? I gdzie ilustratorzy w miejsce grafików komputerowych? Bezdenna pustka… Luka.. A jak już coś trochę ciekawszego, to w środku reklamy. Duuuużo reklam. I nawet nie to jest najgorsze. Tylko to, że reklamują produkty nieprzydatne i drogie...
Nadchodzi 11 października 2017. Międzynarodowy Dzień Dziewczynki. Na półce pojawia się… Kosmos dla dziewczynek. „Pismo mądre, piękne, zabawne, dobre i odważne jak jego czytelniczki”. Spływa na mnie błogość i odzyskuję trochę spokoju.
Fundacja Kosmos dla dziewczynek, wydawca magazynu, bardzo walczyła o to pismo. Na portalu Polak potrafi ogłosiła zbiórkę pieniędzy na pierwsza dwa numery magazynu. I co się wydarzyło? Okazało się, że rodzice dziewczynek bardzo potrzebują takiego pisma, bo w trzy tygodnie Fundacja zebrała potrzebną kwotę, a cała zbiórka zakończyła się zebraniem 140% potrzebnej kwoty.
Co fundacja obiecywała? Pismo innowacyjne, jedyne takie na rynku, skierowane do dziewczyn, wzmacniające ich poczucie własnej wartości, obalające stereotypy, pismo wzmacniające zaufanie do własnych kompetencji (!) i wspierające poczucie sprawczości (!!!). Pismo dla dziewczyn w wieku 7-14 lat. Do tego piękne!
Co dostaliśmy? Dokładnie to, co Fundacja obiecywała!
Czego tu nie ma?! Jest na przykład test osobowościowy – taki z zaznaczaniem odpowiedzi – co lubię, co bym zrobiła w danej sytuacji, co myślę. Ale to nie jest zwykły test! To test, który pozwala zajrzeć w siebie i odkryć swoje supermoce! Bo przecież każda z nas je ma! Jest kolorowanka, zagadki matematyczne, plakat, gra planszowa, polecenie fajnych telefonicznych aplikacji (na przykład kurs pierwszej pomocy), nauka programowania, humor, przepis na batony mocy (od razu z kolorowym papierem , w który można je zawinąć), lekcja rysunku, karty fanki przyrody do zbierania (są na niej zioła), przepis na eksperyment czy wywiad z himalaistką Anną Czerwińską. Są książki! - poleca je dziewięcioletnia Łucja. I jest opowiadanie – duet Stanecka-Oklejak (znany skądinąd) stworzył kolejne genialne bohaterki – Marlenę i Blankę (mam nadzieję, że pojawią się na łamach kolejnego numeru). A jak przedstawiona jest krótka lekcja anatomii? „Sprawdź co się dzieje w twoim ciele, gdy podnosisz koleżankę”. No coś fantastycznego! I do tego jest piękne to pismo! Gwarantują to choćby takie nazwiska jak Dziubak, Oklejak czy Dzierżawska!
Czuję zachwyt (świetny magazyn!), ulgę (że mam po co sięgnąć na półce z prasą dziewczęcą), podziw (bo to kawał doskonałej roboty), szacunek (bo zebrało się kilka osób i stwierdziło, że nie ma, a musi być i po prostu zabrało się do pracy), ciekawość (jaki będzie temat przewodni kolejnego numeru, kto narysuje okładkę i co będzie w kolejnym odcinku przygód Marleny i Blanki), nadzieję (że to pismo będzie rosło w siłę, że nie zniknie, nim Majka będzie miała lat 7), niecierpliwość (bo już czekam na kolejny numer…).
Teraz losy Kosmosu zależą też trochę od nas. Bo jeśli będziemy chciały/chcieli kupować go Córkom, to pewnie się ostanie na rynku. Trzymam kciuki!