Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

poniedziałek, 8 października 2018

548. TOGETHER FOREVER


MARIA PARR
„BRAMKARKA I MORZE. BURZA W ZATOCE PĘKATEJ MATYLDY”
(TŁ. ANETA W. HALDORSEN)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA HELEEN BRULOT

„- Co to było? - zapytał mój starszy brat Magnus.
- Albo jakiś kataklizm – odpowiedziała mama – albo Lena Lid wróciła z wakacji.
To nie był kataklizm” [s.9]
Kto poznał Lenę i Kręciołka już wcześniej, ten absolutnie na pewno czekał na wieści z Pękatej Matyldy.
No to są – ona i on, para najlepszych przyjaciół, która mogłaby ilustrować powiedzenie „przeciwieństwa się przyciągają”: wygadana, odważna, szalona, wybuchowa, bezkompromisowa Lena i jej sąsiad Kręciołek – cichy, rozsądny, układny, spolegliwy i nie rzucający się w oczy.
Lena wróciła z wakacji na Krecie, gdzie była ze swoją mamą i z jej chłopakiem Izaakiem. Zrobiła się jakaś inna – jest opalona, ma warkoczyki we włosach, bez przerwy gada o swojej podróży: jak było gorąco, jak płynęła motorówką, jak kąpała się w ciepłym morzu, jak codziennie na obiad jadła chipsy… Ale Kręciołek już nie może wytrzymać i przerywa ten monolog o bezpańskim psie ze wścieklizną i naleśnikach na śniadanie, bo ma Lenie coś bardzo, bardzo ważnego do powiedzenia.
„Skoczyłem z najwyższego miejsca na molo!” - oznajmia. A że Lena nie bardzo w to wierzy, to Kręciołek musi jej udowodnić, że faktycznie, skoczył i umie to zrobić jeszcze raz i jeszcze… Do tej pory mistrzynią skoków w Pękatej Matyldzie była Lena i to się absolutnie nie może zmienić. Więc pofrunęła „w dżinsach bluzie, kurtce, szalu i adidasach. Pluuusk!” [s.14]
I od tego momentu znów wszystko jest jak dawniej – Kręciołek i Lena, Lena i Kręciołek, nierozłączni, jakby klejem sklejeni, najważniejsi dla siebie nawzajem, uzupełniający się, dopełniający, z milionem pomysłów na sekundę (no, wiadomo, że mistrzynią w tych ryzykownych i niebezpiecznych, potocznie zwanych „głupimi” jest Lena…).
Do czasu aż w mieście pojawia się Birgitte – słoneczna dziewczyna. Birgitte wprowadziła się do Pękatej Matyldy z Holandii, ma dużego psa i będzie chodzić z Kręciołkiem i Leną do klasy. On pieje z zachwytu. Lena posępnieje. Kręciołek ćwiczy swój angielski, bo Birgitte nie jest najlepsza z norweskiego. Lena spuszcza głowę, bo angielski nie bardzo jej idzie. Kręciołek zaprasza Birgitte do budowania razem z nimi tratwy. Lena jest wściekła, bo tratwa to była ich tajemnica – jej i Kręciołka, a nie jakiejś głupiej, słonecznej dziewczyny!
Kręciołek działa trochę jak zahipnotyzowany – czyżby Birgitte rzuciła na niego jakiś czar?
W Pękatej Matyldzie wszystko się zmienia…
Co gorsza do drużyny piłki nożnej, w której gra Lena, przychodzi nowy trener. Gdy przeczytałam to zdanie, to wstrzymałam oddech, tak się przestraszyłam, że „nowy” nie pozwoli jej grać. Pozwolił. Niby. Ale Lena wcale nie jest szczęśliwa. Okazuje się, że musi trenować dwa razy więcej, tylko dlatego, że jest dziewczyną…Dobrze, że Lena jest przedstawicielką ruchu #girlpower, bo jakby ona nie dała rady, no to kto?! To jedna z tych bohaterek, które zawsze sobie radzą – nawet, gdy muszą zaciskać zęby i po każdym treningu wystawiać kolana do opatrunku.
A to wszystko jeszcze nie koniec. Bo jest jeszcze dziadek Kręciołka – wciąż jeszcze samodzielnie wypływający w morze na połów, ale już coraz starszy, mający coraz mniej siły i… nagle trochę jakby mniej ważny dla Keciołka… Birgitte przysłania sobą cały świat.
Dlaczego pierwsze miłości nie mogą być prostsze? Dlaczego to nie mogą być tylko ćwierkające ptaszki, unoszące się w powietrzu serduszka i smak truskawek na języku? Dlaczego zakochany pierwszy raz w życiu chłopiec może stać się nagle takim egoistą? I to tak naprawdę wbrew swojej woli? Tak jak poprzednio, ta książka jest lekka, zabawna, ale tylko na wierzchu. Bo w środku jest tyle uczuć, tyle ważnych spraw, parzy i zamraża jednocześnie!
Maria Parr ma tę niesamowitą zdolność wywoływania skrajnych emocji. Czytając stronę 117 się śmieję, a na 118 już mam mokro w oczodołach i nawet pociągam nosem. Kolejny raz zmieściła w jednej książce wzruszenie, refleksję, humor, ciekawość i przygodę. Tym razem oprócz przyjaźni i miłości rodzicielskiej jest jeszcze pierwsze zakochanie, zazdrość, determinacja, przemijanie, odchodzenie, żal, menopauza (sic!) i ciąża (naprawdę!)… Przepięknie pokazała trudną relację między dorastającym chłopcem a dziadkiem, który kiedyś był bohaterem, a nagle staje się trochę jak mebel, który trzeba ominąć, żeby dojść do celu (och, jak ryczałam przy tym wątku, jak ryczałam!). Świetnie pokazała relację chłopak przyjaciel i dziewczyna przyjaciel i kogoś, kto wchodzi nieświadomie w tę relację i sprawia, że „together forever” staje pod znakiem zapytania. W ogóle doskonale pokazała, że nic nie jest „na zawsze” i że o wszystko, co chciałoby się takim widzieć, trzeba nieustannie dbać. Kręciołek wychodzi z cienia Leny, zyskuję trochę swojego głosu, ale tymi nowymi częstotliwościami zagłusza wszystkie te, które dotąd były ważne. Wybaczam mu, pomna moich własnych pierwszych miłości. Ale jako starsza i bardziej doświadczona, miałam ochotę krzyczeć do niego, żeby czasem rozejrzał się dookoła. OK, no dobra, przyznaję się, trochę nawet krzyczałam, ale czy to nie jest właśnie wyznacznik dobrej, świetnie napisanej książki? Że się gada z bohaterami, a czasem nawet krzyczy między okładki „Nie rób tego!!!!”. No jest.
Czyli ustalmy to, po raz drugi, Maria Parr pisze naprawdę dobre książki.
I już znów mi tęskno do Pękatej Matyldy i chciałabym wiedzieć, jak to teraz tam u nich będzie…




niedziela, 7 października 2018

547. PRZYSZŁO NOWE


Egmont nie przestaje mnie zadziwiać!
W Majkowej zerówce rozpowszechniam informację o serii Czytam sobie (szczególnie o poziomie 1), zachwalam, gadam o naklejkach i dyplomach na końcu książek, o tym, że Majka na tej serii się nauczyła czytać, o tym, że na poziomie pierwszym nie ma dwuznaków, zmiękczeń i o kreskowanego. Opowiadam o ilustratorach i autorach. Jestem piewczynią, orędowniczką entuzjastką, fanką i wielbicielką tej serii.
A mamy starszych dzieci pytają: „Czym to się kończy?”.
„No, yyyy, eee, uuu, no wiesz, to seria do nauki czytania, no ten, no na 3 poziomie… 2500-2800 wyrazów w tekście”- odpowiadam.
„Phi! - mówią one – Idziemy czytać coś bardziej zaawansowanego. Mój syn/moja córka jest 'zarażona bakcylem czytania i nie chce się z niego wyleczyć'.”
Mam teraz broń! Mam teraz argumenty! Mam teraz dwie książki z nowej serii „Czytam sobie z bakcylem” - dla tych dzieci, które z trzecim poziomem poradziły sobie doskonale i szukają czegoś bardziej rozbudowanego, bardziej zaawansowanego, już bez naklejek i dyplomów – nagrodą jest sama umiejętność czytania i doskonałe historie/ilustracje.

KATARZYNA KOZŁOWSKA
„MAURIZIO. KOT W OKULARACH”
EGMONT, WARSZAWA 2018
SERIA CZYTAM SOBIE Z BAKCYLEM
ILUSTROWAŁA AGNIESZKA ŻELEWSKA

Powiem teraz banał: najważniejsze jest to, co każdy człowiek (kot!) ma w środku. Że nie liczy się powierzchowność, więcej!, że powierzchowność czasem może być myląca. No i jeszcze banał numer dwa – że nie szata zdobi człowieka. To o tym właśnie jest ta książka. Ale te dwie banalne prawdy ubrane są w zupełnie nie-banalną treść i formę.
Oto poznajemy kota Maurizia. Jest Włochem z pochodzenia i frontmanem zespołu Stalowe Wibrysy. Rozpoznawany na całym świecie, uwielbiany tamże, prawdziwa gwiazda – ta z serii: kobiety (kocice!) mdleją na jego widok, a każdy facet mu zazdrości. Do tego jest smakoszem, doskonałym kucharzem, ma dobry gust i świetnie się ubiera. Ale, jak każdy Włoch, boi się swojej mamy. A mama Maurizia powiedział, że musi nosić okulary. Co akurat było prawdą, bo nie widział zbyt dobrze. Kupił sobie okulary z żółtymi oprawkami. I co się stało? W prasie obsmarowano go od góry do dołu. Okulary?! To przecież niewiarygodne, żeby gwiazda nosiła okulary!!! Maurizio zaszywa się w domu, przestaje wychodzić, bo boi się fotoreporterów, czyhających na niego pod jego własnym mieszkaniem. W każdej chwili przecież mogą zrobić mu niekorzystne zdjęcie w tych koszmarnych okularach! Jego kariera jest skończona, skoń-czo-na! Przyjaciel z zespołu, perkusista Brzdęk radzi mu, żeby zniknął na jakiś czas w miejscu, gdzie nikt go nie zna, gdzie nikt go nie będzie szukał. Ale przecież takie miejsce nie istnieje! A jednak. Maruzio trafia do schroniska… Tam poznaje koty, których historie okażą się znacznie bardziej przejmujące niż jakieś tam żółte okulary. Maurizio dowiaduje się, co jest w życiu ważne tak naprawdę. Dowcipna, świetnie zilustrowana książka.









ZOFIA STANECKA
„TAJEMNICA NAMOKNIĘTEJ GĄBKI”
EGMONT, WARSZAWA 2018
SERIA CZYTAM SOBIE Z BAKCYLEM
ILUSTROWAŁA AGNIESZKA SURMA

Na tę książkę mocno czekałam, odkąd gdzieś mignęła mi okładka i nazwisko autorki: Zofia Stanecka. Stanecka to ikona, to znak jakości, to jedno z tych nazwisk, które firmuje hasło: „biorę w ciemno!”. Spod pióra Staneckiej weźmiemy wszystko – bajki, baśnie, kryminały, opowiadania o silnych dziewczynach, które lubią grać w piłkę nożną. A gdy połączy się te wszystkie rzeczy w jednej książce, to z radości odcina nam dopływ powietrza! A historia zaczyna się dawno temu, gdy Zofia Stanecka była jeszcze małą Zosią. Jej starsi bracia opowiadali jej, że w ich szkole dzieją się dziwne rzeczy. Po latach pukali się w czoło i mówili, że to wszystko bujdy, że Zosia zawsze miała bujną wyobraźnię i że nic takiego nie miało miejsca. Jakkolwiek było, chciałam braciom podziękować za straszenie małej Zosi, bo dzięki temu, teraz w fikcyjnej szkole Bratka i Ziutka dzieją się te same dziwne rzeczy – gąbka jest zielonkawa i nieustannie mokra, giną buty, a gdy się odnajdują, to są pełne glonów, a kreda jest tak namoknięta, że rozpada się w dłoniach. Bratek i Ziutek postanawiają rozwiązać tajemnicę namokniętej gąbki. W tym celu rozpoczynają śledztwo, bogate w przerażające sceny jak z horroru (bose stopy wystające z jednej z kabin w toalecie i drzwi do owej toalety zablokowane zawiniętym na klamce tatarakiem…). A rozwiązanie zagadki… oczywiście go nie zdradzę! Właściwie nie mogę powiedzieć nic więcej ponadto, że jest trochę baśniowe, trochę bajkowe, trochę zupełnie współczesne i realistyczne, ale jest… po prostu doskonałe! Zachwycona jestem tą książką, jej przesłaniem (zawsze bądź sobą, bo tylko tak możesz być szczęśliwy), budowanym napięciem, główną bohaterką (ma na imię Majka). Połknęłam tę historię i jak tylko skończyłam to zaczęłam ją czytać po raz drugi, już z Majką (nie mogę kazać jej czekać, aż sama będzie potrafiła pochłaniać takie długie teksty! Muszę ją zapoznać z tą genialną historią już, teraz, zaraz, natychmiast!). Stanecka nie zawiodła, Stanecka dowiodła - kolejny raz - że to aby wziąć się za pisanie książek, to była najlepsza decyzja jej życia.








środa, 3 października 2018

546.DO ROZPUKU!


„KRASNOLUDKI”
ZMYŚLIŁ I NARYSOWAŁ MACIEJ SZYMANOWICZ
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2018

Taka sobie zagadka:
Co to jest „hi, hi, hi, ha, ha, ha! To jest takie zabawne!”?
To dźwięki jakie wydaje Majka, oglądając „Krasnoludki” Macieja Szymanowskiego.
Jak to możliwe, że skoro krasnoludki są tak małe, to potrafią pomieścić w sobie tyle ton uśmiechów, chichotów i zaśmiewań do rozpuku?
A to nie same krasnoludki to czynią! Dzieje się tak dlatego, że weszły w spółkę z doskonałym ilustratorem Maciejem Szymanowiczem. On ci to tak je wyśledził (zmyślił) i sportretował, że nie ma wyjścia – po prostu trzeba się śmiać.
No ale z czego właściwie?
No z krasnoludków! Mogłabym zrobić test i założyć się o naprawdę dużą kasę – nie wyobrażam sobie, żeby ktoś mógł wziąć do ręki tę książkę i nie unieść kącików ust. Choćby minimalnie, choćby w delikatnym zarysie uśmiechu. Choćby z wielką czułością. Albo choć jedną brew na wysokość kilku milimetrów w podziwie dla pomysłowości autora.
Bo książka jest genialna, fantastyczna, pomysłowa, zwariowana, odjechana!
Jest księgą krasnoludków i opowiada o tym gdzie mieszkają krasnoludki (miejsce zamieszkania zależy od rodzaju, a do rodzajów krasnoludków należą: bajkowe, leśne, doniczkowe i domowe. No i jeszcze ogrodowe – legenda głosi, że były to kiedyś prawdziwe krasnale, ale zostały zmienione w figury za zadawanie kłopotliwych pytań), jakie uprawiają sporty (na przykład zasypianie na czas i wyścigi w miodzie na chlebku z twarożkiem), jak się poruszają (butelką widokową! niby-rybą, ślimochodem!, maszerując z pieśnią na ustach!), na co chorują (na przykład na głupawkę zaraźliwą i nudofrenię) i z czego się składają (w głównej mierze z czapek oraz z fiu-bździu w głowie, choć ich ulubionymi organami są serce i żołądek…).
A skąd się w ogóle toto bierze? Jakąż uroczą znajduję informację, że krasnoludki biorą się z:
-wyobraźni
-ze sklepu (można je kupić w pakietach)
-z dużego deszcze z małej chmurki
-z ciastek w kieszeni
-”z książek o krasnoludkach (zwłaszcza czytanych przed zaśnięciem. Krasnoludki uciekają z książek, gdyż jest im w nich za ciasno”.
Oczywiście najbardziej przypadły mi do gustu te bajkowe, które z nudów (no ile razy można występować w tej samej bajce?!) robią różne hece – na przykład przestawiają literki. Albo sprowadzają do swojej książki bohaterów innych bajek, bo uwielbiają je mieszać! A „niektóre krasnoludki opuszczają bajki i udają się w delegację. Odwiedzają dzieci, które nie mogą zasnąć, i opowiadają im bajki na ucho.” [s.14]
No i co – to jest takie doskonałe?
Jest!
A do tego jak to jest wszystko narysowane!!! Te wielkie oczy! Te żarty, poutykane w każdym obrazku (koniecznie proszę zwrócić uwagę na kozę w nosie na stronie 13!!!), te jedyne w swoim rodzaju kolory! Szymanowicz do rozpoznania na pierwszy rzut oka! Szymanowicz, dodam, w najlepszej formie (i treści).
Ta książka ma niesamowity urok i czar. Ma w sobie to magiczne coś, co sprawia, że ma się ochotę oglądać ją wciąż i wciąż. Oczywiście to dlatego, że Szymanowicz jest genialnym tropicielem i obserwatorem życia krasnoludków (czytaj: ma przebogatą wyobraźnię, fantastyczne pomysły i poczucie humoru, które mogę postawić na półce poczuć humoru tuż obok swojego). No bajka nie książka!












wtorek, 2 października 2018

545. W RAJU U PAWLAKÓW

TEKST I ZDJĘCIA EWA KOZYRA-PAWLAK
ILUSTRACJE EWA KOZYRA-PAWLAK I PAWEŁ PAWLAK
RYSUNKI HANIA CISŁO
„MAŁY ATLAS MOTYLI”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2018

Gdy zadać pytanie „Jak wyobrażasz sobie raj?”, to odpowiedzią, którą automatycznie produkuje ludzki mózg, będzie: „Oczywiście jako ogród!”. A co jest w ogrodzie? Drzewa, krzewy, kwiaty, ptaki i motyle. Gdy Matka Natura stwarzała motyle, to miała chyba bardzo dobry dzień. Bo wyszło jej coś tak niesamowitego, że aż zapiera dech. A do tego miała chyba psotny humor, bo przypomnijmy, że te niewiarygodnie piękne stworzenia pojawiają się z grubych, oślizgłych gąsienic, które są żarłoczne i żżerają ogromne ilości roślin. Najpierw: „Fuj!”, a potem: „Ach, jakie piękne!”. No i czy w ogrodzie Pawlaków, w którym wcześniej już podpatrywaliśmy ptaki, w tym ogrodzie, gdzie, podejrzewam, może być raj na ziemi, mogło zabraknąć motyli? Nie mogło, toteż nie zabrakło. Ewa Kozyra-Pawlak i Paweł Pawlak w pocie czoła wycinali, kleili, gięli druciki, wyszywali, przerzucili pewnie tysiąc skrawków materiałów, jakieś pióra i zwoje nitek, żeby powstał ten atlas.
Po raz kolejny ma formę takiego trochę pamiętnika, trochę notesu obserwacyjnego. Pawlakowie zdemontowali jedną ze sztachet swojego płotu i pozwolili zajrzeć – a tam mnogość tych motyli – jest na przykład rusałka pawik, jest latolistek cytrynek, jest zmrocznik przytuliak (jest w moim TOP 10 nazw motyli), jest przylepek nakropek (też w TOP 10) jest paź królowej, jest – niestety! - bielinek, jest fascynujący piórolotek (nie wiedziałam, że istnieje tak niesamowity motyl!)... Każdy z nich pod skrzydłami ma kilka słów na swój temat, ciekawostkę jakąś, albo notatkę – kiedy i gdzie Pawlakowie go zobaczyli (piórolotek na ten przykład przyleciał na kolację). No i ta zachwycająca forma książki – wycinanki (głównie materiałowe), malowanki, zdjęcia, rysunki, formy przestrzenne sfotografowane przez Autorów. Coś cudnego, coś nadzwyczajnego! Znów...
A gdy Matka Natura stwarzała Ewę i Pawła Pawlaków, to musiała mieć jeszcze lepszy dzień niż wtedy, gdy produkowała motyle. No i poniekąd podzieliła się z nimi władzą, bo sprawiła, że Pawlakowie są sami stwórcami. I tworzą takie cuda, takie cuda, niemal jak sama Natura! To aż nieprzyzwoite mieć taki talent, taką wyobraźnię i taką cierpliwość twórczą (wyszywanie skrzydeł tych motyli to była zapewne wielogodzinna praca!). A na dodatek szkolą sobie następczynię, bo w atlasie pojawiają się rysunki Hani Cisło. No bosko jest, co będę owijać w liście kapusty! I tylko jedno mam marzenie – podkraść się pod pawlakowy płot i podpatrzeć, co jeszcze siedzi w tym ich ogrodzie, żeby mieć pewność, że na tych dwóch książkach nie poprzestaną.






poniedziałek, 1 października 2018

544.JAK PRZEMYCIĆ TRUPA W KSIĄŻCE DLA DZIECI?

MARTA GUZOWSKA
„DETEKTYWI Z TAJEMNICZEJ 5. ZAGADKA GROBU WAMPIRA”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA AGATA RACZYŃSKA

Istnieje przeświadczenie, że napisanie książki dla dzieci to nic trudnego. Bzdurne przeświadczenie! Mylne przeświadczenie! Czasami autorzy poczytnych książek dla dorosłych zabierają się za to wymagające zadanie wierząc, że to bułka z masłem i że skoro umieją pisać dla dorosłych, to pisanie dla dzieci załatwią dwa razy szybciej.
Error!
Dlaczego? Bo dziecięcy czytelnik jest dużo trudniejszy. Łatwo się nudzi (tym trudniej utrzymać jego uwagę, że do wyboru ma całe mnóstwo innych tytułów), jest uważny (nie umknie mu żadne szczegół) i jest szczery do bólu (gdy się nie podoba to może czasem nawet zniszczyć książkę).
Dlatego wciąż z wielkim sceptycyzmem podchodzę do książek, które dorosły autor, piszący na co dzień dla dorosłych czytelników, postanawia napisać dla dzieci.
No i co z tą Martą Guzowską? Co z detektywami z Tajemniczej 5, którzy mieli zostać bohaterami serii książek?
No i tu następuje wirtualne podanie sobie rąk: marpil podaje rękę Marcie Guzowskiej i potrząsa nią w wielkim uznaniu, ponieważ Marta Guzowska wyznaje zasadę, że „dla dzieci pisze się o wiele trudniej, bo mają detektor ściemy”. A świadomość to pierwszy krok do doskonalenia. I muszę przyznać, że doskonalenie następuje, bo druga część podobała mi się bardziej z jednego ważnego względu – jest mroczniej, ostrzej i… mamy trupa!
Jak to?! Trup?! W książce dla dzieci?! Ano tak. Trup tak sprytny, że aż ja zacieram ręce, choć to przecież pomysł nie mój, a autorki. Trup jest bowiem nieżywy od wielu, wielu lat i właśnie wykopano go na stanowisku archeologicznym.
Ale po kolei…
Piotrek, Anka i oczywiście Jagoda oraz szczur Sherlock, znani z pierwszej części, będę mieli wakacje życia. Rodzice Piotrka wyjeżdżają na urlop bez dzieci. Dziećmi ma się zająć wujek, który jest archeologiem i spędza lato na stanowisku archeologicznym, gdzie właśnie jego ekipa wykopała… wampira! Brrrr, ale fajnie! Czy można wymarzyć sobie lepsze wakacje? A szczególnie, jeśli chce się być detektywem? A gdy dodatkowo okazuje się, że już pierwszej nocy ktoś skradł głowę tegoż wampira i trzeba znaleźć sprawcę, to już w ogóle jest bajka. W realizacji zadania trochę tylko przeszkadza skręcona noga Piotrka. A jak ją skręcił? Wybierając się nocną porą na cmentarz, usytuowany niedaleko wykopalisk… Prawdziwemu detektywowi jednak nie noga jest najbardziej potrzebna, a głowa. A tę Piotrek, jak zwykle, ma na karku. A oprócz tego ma doskonałą partnerkę i przyjaciółkę Ankę, która przeczytała wszystkie tomy o przygodach Sherlocka Holmesa i to ona zaraziła chłopaka pasją do zagadek detektywistycznych.
I tylko czteroletnia Jagoda wciąż dopytuje się kim jest ten wampir, bo nikt jej nie chce powiedzieć…
Ale na to pytanie odpowiada jej sama autorka (wkładając tę odpowiedź w usta jej rodzonego brata Piotrka). Za to plus wielki. Bo wytłumaczone rzeczowo, obrazowo i bez tej ściemy, której tak obawia się Guzowska. Ogólnie: jest dreszczyk emocji, jest zegar wybijający północ, są podejrzani (czy pani doktor Rajska naprawdę jest taka niewinna i kochana jak Mimbla z Muminków, którą przypomina wyglądem? Dlaczego Artur, asystent wujka, nosi zawsze ciuchy z czaszkami?), jest zagadka, są poszlaki (skąd wzięło się błoto w pokoju dzieci? A skąd wzięła się krew na futrynie gabinetu pani doktor?), jest klimacik… Czegóż chcieć więcej od kryminału dla dzieci? Odpowiedź jest niezwykle prosta: jak najszybciej części trzeciej! (w przygotowaniu „Zagadka królowej myszy”. No i dobrze, no i najlepiej!).