Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

piątek, 15 lutego 2019

599. WZORCE RODZICIELSKIE


SCENARIUSZ I RYSUNKI BENJAMIN RENNER
„WIELKI ZŁY LIS”
(TŁ. KRZYSZTOF UMIŃSKI)
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2018
SERIA KRÓTKIE GATKI

Lis jest głodny. Lis na co dzień je rzepę. Lis marzy o tłustej kurce…. Śni mu się ta kurka po nocach. Więc raz po raz próbuje szczęścia i zagląda do kurnika na pobliskiej farmie. Jest przecież Wielkim Złym Lisem. Tylko, że na tej farmie nikt tak nie uważa (właściwie to w ogóle nikt tak nie uważa...). Pies pilnujący od razu na wejściu daje mu miotłę i mówi, że sam po sobie posprząta tym razem, a Kura daje mu niezły wycisk wielką sztachetą od płotu. Na koniec Królik ze Świnką wręczają mu koszyk z rzepą – jak zwykle odłożyli dla niego trochę warzyw… Lis jest u kresu wytrzymałości. Na diecie wegetariańskiej nie pociągnie już długo. Pewnie zwariuje. Do tego jego miłość własna wycieka my przez puszysty ogon. Jest Wielkim Złym Lisem, ale wie o tym tylko on jeden. Dlaczego? Pewnego dnia Lis spotyka w lesie Wilka. O, ten to jest typ spod ciemnej gwiazdy. Wystarczy, że spojrzy, a ptactwo mdleje i samo wpada mu w łapy. On to pożyje, one to się naje! Ale Wilk też ma problem, bo znudziły mu się wróble i leśne gryzonie. A gdy tylko zbliża się do farmy, Pies pilnujący zaraz łapie za strzelbę… Wilk też zjadłby wielką tłustą kurę… Pojawia się więc pomysł. No bo Wilk nie może się zbliżyć do kurnika, ale Lis owszem. Nikt go tam nie traktuje poważnie. Więc gdyby tak to Lis przyniósł Wilkowi kurę? No może nie kurę, bo z Kurą sobie oczywiście nie poradzi, ale gdyby tak… jajka? Potem wystarczy je wysiedzieć (oczywiście zrobi to Lis, Wielki Zły Lis… bez godności…), urodzą się kurczaki, trochę podrosną i… ale będzie wyżerka! W oczach Lisa zamiast dolarów ukazuje się soczysta kurza nóżka… Deal? Deal!
No to Lis idzie. No to Lisowi nawet się udało. No to Lis zaczyna wysiadywać jajka…
Okazuje się, że teoria teorią, a w praktyce pojawia się coś, czego Wielki Zły Wilk nie przewidział – czynnik uczuciowy...
Jak ja się zakochałam w tym lisie, no! Jak ją się go wcale nie bałam, choć on tak bardzo chciał, żebym ja się bała! Jak ja się śmiałam z jego przygód! Jak poczułam wielką z nim więź! Wiedziałam doskonale jak skończy się ta historia, że miłością, że odwagą, że siłą… To komiks, który owszem, rozśmiesza, bo dowcipkuje sobie z lekkością i ze smakiem, ale to też komiks o Bardzo Poważnych Sprawach. O miłości rodzicielskiej. O tym, że dzieci nas czasem tak wkurzają, że mamy ochotę je zeżreć na kolację i popić wyśmienitym Chianti, ale są przecież taaaaakie cudowne, takie nasze… A jak zaśpiewają piosenkę, albo powiedzą wierszyk, albo jak narysują laurkę… Wiosna w środku zimy i roztopy serca. No i to odbicie nas samych w ich oczach… Ten podziw, ta duma wielka, to, jak stajemy się dla nich całym światem, nasze słowa są święte i nothing else matters… Plus tysiąc do poczucia własnej wartości…. I od razu chce się toto chronić przed całym złem tego świata, chce się to nauczać, nieba mu przychylić, dać wszystko, co najlepsze, bawić się nawet w głupie zabawy, spełniać każdą zachciankę, a nade wszystko tulić do siebie… Natura sprytna jest bardzo, podstępnie sprytna rzekłabym…
I czy dziwnie będą na mnie patrzeć inni rodzice, gdy powiem, że swoje wzorce rodzicielskie czerpię z komiksów i chcę być takim rodzicem jak Wielki Zły Lis? Nawet gdyby, to nie będę się tym przejmować, bo moje dziecko też się uśmiecha, gdy mu czytam o trzech Kurczakach, które są przekonane, że są Wielkimi Złymi Lisami. Ot, siła miłości.









czwartek, 14 lutego 2019

598. SŁOWO NA S


KATHERINA VON DER GATHEN
„OPOWIEDZ MI! DZIECI PYTAJĄ O SPRAWY INTYMNE”
(TŁ. ANNA MAGDZIARZ)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA ANKE KUHL

No dobra. Są serduszka, czekoladki, szampan, trzymanie się za ręce, listy w pachnących kopertach, słodko wyglądające maskotki, spacery, wspólne wyjście do kina albo na kolację. Cały ten miłosny rozgardiasz, który pokazują w komediach romantycznych i o którym bardzo łatwo mówić. Ale jest też TO. Ta mroczna, ciemna strona, schowana pod kołdrą, słowa nie potrafią TEGO opisać i w ogóle po co o TYM mówić. No miłe jest, to prawda, ale żeby zaraz wyciągać to na światło dzienne? Żeby przenosić z sypialni do pokoju dziecięcego? Po co? Dlaczego? Jak w ogóle? Się nie da przecież…
Się da! - zapewnia Katharina von der Gathen, edukatorka seksualna. Wtóruje jej Wydawnictwo Dwie Siostry, zapewniając, że dużo rozmawiali między sobą, że dyskutowali o tłumaczeniu (brawo Anna Magdrziarz, dałaś mi do ręki oręż słów!), że konsultowali z Autorką TEN temat i że troszkę przerobili go na polską modłę. I jest – podręcznik, który powinien być w każdym domu pod ręką. Na jej wyciągnięcie. W zasięgu.
Katharina von der Gathen jeździ po niemieckich szkołach podstawowych z wykładami o ciele, o dojrzewaniu, o seksualności. Jeździ ze skrzyneczką. A do niej uczniowie mogą wrzucać karteczki ze swoimi pytaniami dotyczącymi seksualności. Oczywiście anonimowo. I Katharina na nie odpowiada. A teraz pozbierała te karteczki i z pomocą dowcipnej ilustratorki ułożyła w książkę. W książkę o seksie. To nie jest książka o tym, co powinno się wiedzieć na ten temat. To książka o tym, co dzieci chciałyby wiedzieć na ten temat. To wielka różnica. Bo dorośli, zamknięci w swojej dorosłej bańce, przez którą ich dzieci wyglądają zawsze na mniejsze niż w rzeczywistości, mogą nie dostrzegać, że TO już się zaczęło, że chłopcy porównują długość penisów, a dziewczynki oglądają swoje pochwy z pomocą lusterka. Jeśli to ten moment, jeśli to dopiero ten początek, to mamy niepowtarzalną szansę, żeby przekazać dziecku to, co chcielibyśmy żeby wiedziało. A chcielibyśmy, żeby wiedziało rzetelnie, delikatnie, mądrze. Tak właśnie mówi o seksie von der Gathen. Takie odpowiedzi wkuwam ja, żeby kiedyś przekazać je mojej córce.
Są tu pytania konwencjonalne, które nurtują dzieci i nastolatki od pokoleń: „Czy wszystkie siusiaki są takie same?”, „Co to jest wytrysk?”, „Dlaczego kobiety mają miesiączkę?”, „Co to jest masturbacja?”. Ale są też pytania, które mnie zaskoczyły i które dają też do myślenia – nasze dzieci żyją w świecie, w którym otacza je seks i trzeba jak najszybciej naprowadzić ich mózgi na dobre o tym seksie myślenie: „Co to jest cyberseks?”, „Co się robi w sex-shopie?”, „Czy to wstyd uprawiać seks?”, „Czy dziecko może być gejem?”, „Jak uprawia seks kobieta z kobietą, a jak mężczyzna z mężczyzną?”, „Czy można uprawiać seks pod wodą?”, „Czy można uprawiać seks pupą albo uchem?”. Przyznam szczerze, że są tu też pytania bardzo kreatywne, na które ja również z chęcią poznałam odpowiedź: „Dlaczego na cipkę mówi się 'cipka', 'muszelka' albo 'pusia'”?, „Kto wymyślił słowo 'seks'?”, „Czy można się urodzić przez pupę?”, „Ilu ludzi uprawiało już seks?”.
Von der Gathen, odpowiadając na te wszystkie pytania, podkreśla zawsze, że każdy człowiek jest inny (a więc każdy członek, każde piersi i każda pochwa), że ludzie lubią różne rzeczy i każdego zadowala co innego, że seks to nie tylko poruszanie członkiem w pochwie, ale też głaskanie, dotykanie, całowanie, że seks zaczyna się w mózgu (najważniejszy organ płciowy!). Nie unika też bardzo ciężkich tematów – mówi o gwałcie, aborcji, molestowaniu seksualnym, utracie dziecka.
Wydawnictwo we wstępie zwraca uwagę, żeby najpierw rodzic przeczytał tę książkę sam, a dopiero potem dał ją (lub cytował) dziecku. Poruszane w niej tematy mogą być kontrowersyjne, choć Autorka starała się wyjaśniać wszystkie wątpliwości bardzo rzeczowo, z wielu punktów widzenia.
Oczywiście, że jestem matką wyzwoloną, że żaden temat mi niestraszny, że będę mówić zawsze prawdę i tylko prawdę, że nic nie będę ukrywać przed swoim dzieckiem i że nie będzie w naszym domu tematów wstydliwych i pytań, które nie powinny paść. Ale dobrze mi to mówić teraz, gdy mam sześciolatkę niezainteresowaną tematami intymnymi. Co będzie potem? Kiedy wystrzeli we mnie pytaniem jak z armaty? Dlatego się zbroję. I zasieki robię z takich książek. O seksie. Mądrych. Napisanych z ogromnym wyczuciem, z poszanowaniem człowieka, bez ściemy. Na razie ja się edukuję w temacie: jak mówić o seksie. I znam już na przykład odpowiedź na pytanie: „Czy seks jest naprawdę taki ważny?”.













środa, 13 lutego 2019

597. HUŚTAM SIĘ


SARAH CROSSAN
„MY DWIE, MY TRZY, MY CZTERY”
(TŁ. MAŁGORZATA GLASENAPP)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2018

Apple ma trzynaście lat. Od jedenastu nie wie, gdzie jest jej mama. Po prostu wyszła pewnego dnia z domu. Apple wydaje się, że pamięta tę scenę. Jakąś kłótnię pomiędzy mamą i babcią. Krzyki. Jakieś trzaśnięcie drzwiami. Wydaje jej się, że to wina babci. Nie, wie to doskonale. Surowa, zasadnicza, nadopiekuńcza babcia wyrzuciła jej mamę z domu. I zostawiła sobie wnuczkę. Może chciała zawłaszczyć Apple dla siebie? Tak, na pewno. Babcia jest w swojej miłości bardzo zaborcza. Nie pozostawia miejsca na nikogo innego pomiędzy nimi. Ale nie pozostawia też miejsca na oddech. I nie przytula. Rozdaje polecenia, egzekwuje i wydaje jej się, że to najlepszy sposób wychowywania dzieci. Apple kuli się w sobie, nigdy nie mówi tego, co naprawdę myśli. Nauczona ukrywania prawdziwych uczuć nie jest sobą – jest dokładnie zaprojektowaną trzynastoletnią dziewczynką – grzeczną i miłą. Apple nie może, tak jak inne dziewczyny, pójść po szkole na frytki na molo. Musi wracać do domu, bo jagnięcina, którą przygotowała babcia nie może wyschnąć w piekarniku. Bo musi odrabiać pracę domową. Poprawka – chce odrabiać pracę domową, bo inaczej będzie musiała siedzieć z babcią i oglądać telewizję, a na to nie ma ochoty. Chciałaby być normalną nastolatką, ale nie może. Nie może przyjaźnić się z dziewczynami, które chodzą w sobotę na imprezy i podkochiwać się w starszym od siebie Eganie. Nie, to akurat może, ale nie może być w tej swojej młodzieńczej miłości szalona i nastoletnia, egzaltowana i młodzieńcza. Bo nie. Bo u Apple i jej babci wszystko jest pod linijkę, według planu, bez odrobiny spontaniczności. Pewnego dnia Apple zostaje wywołana z lekcji. Jej babcia jest w szpitalu. Zaraz przyjedzie po nią ktoś, kto zabierze ją do szpitala. Apple mocno ściska pasek od szkolnej torby i czeka. A potem wsiada do czarnego audi. Kierowca to kobieta. „Apple, to ja. (…) Wróciłam na dobre, kochanie.” - słyszy Apple. To najważniejsze, najbardziej wyczekane przez nią słowa. Nigdy w życiu nie pragnęła niczego bardziej, niż usłyszeć właśnie to. Apple i jej mama jadą na zakupy, na kalmary panierowane, na białe wino… Jadą i wszystko staje się proste – opowiadanie o sobie, śmiech, smak brownie z karmelem na ciepło. Wszystko jest idealnie. Wszystko nareszcie tak, jak być powinno. Dla Apple nie jest problemem, by zdecydować – babciu, od teraz będę mieszkała z mamą. To jedna chwila, błysk, nie zastanawia się. Apple po prostu wychodzi. Idzie do nowego, szalonego życia, w którym jej mama związuje długie włosy kolorową gumką, pozwala jej nie chodzić do szkoły, robi super imprezy, na które zaprasza Egana, uczy ją jak robić drinki, nie przeszkadza jej, że Apple w nich zasmakowuje i w ogóle, wszystko jest tak, jak powinno być w życiu trzynastolatki. Tylko dlaczego czasem Apple boli brzuch, gdy pomyśli o babci? Tylko dlaczego nagle się okazuje, że Apple chciałaby jednak chodzić do szkoły, ale nie może? Tylko dlaczego nikt jej nie powiedział, że mama nie mieszka sama, że w jej życiu jest ktoś jeszcze – mała dziewczynka, Rain, która wszędzie chodzi z lalką i wierzy, że to jej córeczka?
Przejmująca książka o dorastaniu. O dorastaniu niełatwym. Każde jest trudne, każde boli, ale nie każde ma w sobie tyle łez, tyle alkoholu, tyle wierszy, które pisze się ukradkiem w tajemnym zeszycie, tyle nadziei, które raz po raz rozpadają się na kawałki, tyle odpowiedzialności, której wymaga się od trzynastoletniej dziewczynki, tyle miłości, z którą nie wiadomo co zrobić i przelewa się ją na niewłaściwe osoby, tyle zmęczenia, tyle strachu. W pewnym sensie świat Apple był doskonale poukładany – pod ręką zawsze miała tęsknotę za mamą i obwinianie za tę tęsknotę babcię. Wiedziała o czym marzy – o powrocie najważniejszej kobiety jej życia, o pocałunku Egana, o frytkach na molo. To powiedzenie „uważaj o czym marzysz, bo może się spełnić”, okazuje się bardzo prawdziwe w przypadku tej trzynastolatki. Od jedenastu marzyła wciąż o tym samym – teraz musi zrewidować zasób marzeń. Teraz, gdy okazuje się, że to wszystko, czego pragnęła, ma na wyciągnięcie ręki, marzy o powrocie do przeszłości. Oczywiście nigdy by się do tego przed sobą nie przyznała. No może trochę, w wierszach. To piękna historia o miłości – o ważnej, silnej, mądrej relacji między babcią a wnuczką. Owszem, to miłość niedoskonała, podszyta strachem, podszyta niepewnością, ale miłość o której warto pisać poezje. W tej książce nic nie jest takie, jakim się wydawało na pierwszy rzut oka, wszystko ma drugie dno i jest metaforą. Czytając ją, czułam się tak zagubiona, jak sama Apple. Huśtałam się na nastrojach – od śmiechu do płaczu, od ekstazy do depresji, od euforii do strachu. Ale z chęcią wsiadam na takie huśtawki i daję się ponosić, bo potem czuję to jedyne w swoim rodzaju czytelnicze oczyszczenie.

wtorek, 12 lutego 2019

596. NO JASNE, ŻE JA TEŻ BĘDĘ KOLOROWAĆ


RYSUNKI: PIOTR NOWACKI
SCENARIUSZ: MACIEJ JASIŃSKI
KOLORY: TOMASZ KACZKOWSKI
„DETEKTYW MIŚ ZBYŚ NA TROPIE. DAMA Z PLUSZOWYM MISIEM”
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2019
SERIA KRÓTKIE GATKI

Zamówiłyśmy najnowszego Misia Zbysia. Czekałyśmy niecierpliwie. No bo miłość, miłość… I cały ocean sentymentu. To jeden z pierwszych komiksów mojej Córki. Uczyła się na nim podążać za komiksową akcją. Był do tego doskonały. Miał świetnie zaprojektowane plansze. Kolorowy był. Można powiedzieć, że sobie tak rosną ze sobą – Majka i ten Miś. A do tego treść była fajna. Bo to komiks detektywistyczny. Z Bardzo Poważną i Trudną Zagadką Kryminalną do rozwiązania. Nie ma to tamto, jest Zbrodnia! I pokrzywdzony wynajmuje Misia Zbysia i jego asystenta Borsuka Mruka do rozwikłania zawikłanej sprawy. A Zbyś i Mruk są rozchwytywani, bo jeszcze nigdy się nie zdarzyło, żeby nie rozwiązali zagadki. Są świetni! Więc telefony dzwonią, wizja ich urlopu się oddala, Jasiński z Nowackim i Kaczkowskim nie mają chwili wytchnienia, bo trzeba te sprawy dokumentować i wydawać w formie komiksów… A my się cieszymy, bo kolejne części dokładamy na półeczkę, równo jeden przy drugim, grzbiety ozdabiają biblioteczkę… No i właśnie, bo czekamy na tego najnowszego, tego o „Damie z pluszowym misiem”… A, bo ja jeszcze nie powiedziałam jednej ważnej rzeczy. Jasiński i Nowacki doskonale wiedzą, że to rodzice kupują dzieciom te komiksy. A zależność jest bardzo prosta – jeśli nie spodoba się rodzicom, to nie ma szans, że sięgną do portfela. Więc przemycają w tym dziecięcym komiksie takie smaczki różne, puszczają oczko do starszego czytelnika, nawiązują z rodzicami więź, mówią: „Hej! Doskonale wiem jak to jest czytać dziecku. Pobaw się i ty trochę!”. I na przykład osadzają akcję najnowszego Misia Zbysia w muzeum, skąd zginęło bardzo cenne dzieło „Dama z pluszowym misiem” pędzla Leoparda Da Vinci. A przy okazji można zobaczyć inne arcydzieła – na przykład obraz ze słonecznikami albo tego dziwnego faceta ze zdeformowaną głową, co stoi na moście… (swoją drogą nie omieszkałam wyszukać oryginałów i pokazać Majce podczas lektury). Ja się nigdy przy misiu Zbysiu nie nudziłam. Tym razem też nie, choć tym razem wszystko się zmieniło.
No bo przyszła w końcu ta przesyłka. Wyciągamy Zbysia z kartonu. I co??? Grzbiet nie pasuje do pozostałych, okładka miękka, format jakiś taki nieporęczny, coś jakby A4… A w środku czarno-biało… Czyżby Kaczkowski był na zwolnieniu lekarskim? Czemu nie pokolorował Misia Zbysia i Borsuka Mruka? O co tu w ogóle chodzi? Trochę złości, trochę irytacji, trochę negacji… Ale zaraz trochę ciekawości… Zaczynamy czytać i… tak, to dokładnie ta sama treść co zawsze. Tylko forma inna. Zaskakująca. Wspominałam, że u Zbysia non stop dzwoni telefon? Że nie mają z Mrukiem czasu na porządny urlop? A no właśnie! Więc nie ma lekko, teraz to my musimy się zabrać do pracy i trochę im pomóc w rozwiązaniu najnowszej zagadki. Bo w tej części Misia Zbysia oprócz komiksu są też zadania! Krzyżówki, labirynty, dopasowanki, szukanie różnic. Jest nawet mała gra planszowa (pokolorowana!).* A wszystko to doskonale wpisane w akcję! Na przykład Zbyś i Mruk szukają w muzeum odcisków palców (łap!) przestępcy. I coś im się udaje znaleźć. A potem muszą przetrząsnąć policyjne akta w poszukiwaniu tego właściwego. I tu wkracza czytelnik, bo musi porównać znaleziony przez detektywów odcisk z tymi z bazy. Proste? Proste! Efektowne! Bardzo! I emocjonujące. Na jednej ze stron pada z pyszczka Zbysia pada bardzo ważne zdanie: „To zadanie dla dzieci – jeśli rozwiążą zadanie, dostaną oficjalny tytuł pomocnika detektywa”. Jesteśmy oficjalnymi pomocnikami Zbysia i Mruka! I jesteśmy z tego dumne!
Wszystko się zmieniło w tej części: format, okładka, ilość okienek na stronie, forma, ale jest dobrze! Nie spodziewałam się w pierwszej chwili (no dobra, w pierwszych trzech chwilach), ale naprawdę jest. Bo mówię, że zmieniło się wszystko, ale nie! Jedno pozostało niezmienne. A właściwie to dwie rzeczy. Bohaterowie. Miś Zbyś i Borsuk Mruk. Oni są tacy sami Są może troszkę mniej kolorowi niż zwykle, ale… od czego mamy te nieprzebrane ilości kredek w domu? Założę się, że absolutnie każdy fan Zbysia i Mruka marzył, że ich kiedyś pokoloruje… Teraz jest ku temu niepowtarzalna okazja…







*Od razu zamarzyła mi się taka pełnowymiarowa planszówka – koniecznie z pionkami Misia Zdzisia i Borsuka Mruka (jestę gadżeciarą).

poniedziałek, 11 lutego 2019

595. DWIE PÓłKULE MÓZGOWE



Hildę kocham jak nie wiem co! Powodów tej miłości jest kilka. Od kiedy dawno temu dowiedziałam się na studiach o istnieniu czegoś takiego jak realizm magiczny, wiedziałam, że ten nurt w literaturze i sztuce to coś dla mnie. Czułam go całą sobą! Jednym z założeń realizmu magicznego jest to, że bohaterowie przyjmują niezwykłość jako coś oczywistego, coś co istnieje na równi i na tych samych prawach co sąsiad, krzesło, drzewo czy szklanka z wodą. Niezwykłe jest zwykłe. Niezwykłe istnieje i nikt nie ma prawa go kwestionować, nie ma też sensu go wyjaśniać. I tak jest z Hildą. Wszystkie magiczne stworzenia dookoła niej po prostu istnieją. Hilda nie zastanawia się, czy to możliwe, żeby były prawdziwe. Po prostu traktuje je jak inne części wszechświata. Trolle, giganty, fofle, elfy, Drewniak – są tak rzeczywiste jak jej własna ręka. Lubi je badać, lubi je rysować, lubi je oswajać i z nimi rozmawiać. Obłaskawia je – nawet te groźne. Ma dar, który pozwala jej na dogadanie się z każdą z tych istot. Poza tym Hilda mieszka na Pustkowiu – jeden dom w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Całe dnie spędza na dworze. Chłonie naturę. Zna każdy patyk i kamień w swoim otoczeniu, potrafi nazwać każdą roślinę. To jest dzieciństwo, o jakim skrycie marzył każdy z nas. Beztroskie. Piękne. Hilda nie chodzi do szkoły, ale jest inteligentna, sprytna, oczytana. Wie wszystko to, co wiedzieć powinna, a nawet więcej. No i ma niebieskie włosy, a niebieskie włosy od zawsze były moim marzeniem.
Więc tak, to Hilda, moja idolka. Teraz bohaterka powieści.
W pierwszej części poznajemy ją – jej zapał, jej charyzmę, jej talent. Przemierzamy razem z nią i jej lisojeleniem Rożkiem tereny Pustkowia w poszukiwaniu tajemniczych stworzeń, które rysuje w swoim szkicowniku. Potrafi nawet narysować trolla, choć te zwykle są bardzo niebezpieczne. Jej życie jest beztroskie i pełne przygód. Do czasu… Dom jej i jej mamy zaczynają atakować niewidzialne stworzenia. Żądają, żeby opuściły ten teren. Okazuje się, że to elfy. Hilda i jej mama nie mogą ich zobaczyć i przez to nieustannie depczą po ich domach. Mimo że nie robią im krzywdy, jest to dla elfów bardzo uciążliwe. Po kolejnym ataku mama panikuje i chce się wyprowadzić do miasta, ale Hilda postanawia ocalić ich dom i zachować swoje miejsce na ziemi. Wyrusza na trudną i niebezpieczną wyprawę, żeby odnaleźć władcę elfów i podpisać traktat pokojowy.
Oczywiście przeczytałam (nie raz!) wszystkie komiksy o Hildzie. Ze zdumieniem przyjęłam fakt, że Netflix zrobił serial o przygodach Hildy (świetny!). Wtedy jeszcze się cieszyłam, skakałam wręcz z radości – Hilda celebrytką! Lepszej gwiazdy dzieciaki nie mogły sobie wymarzyć! Krótko potem w zapowiedziach Egmontu znalazłam informację o powieści na podstawie pierwszego z komiksów i na podstawie serialu. Zrobiło mi się lekko niewyraźnie. Przywołałam w pamięci przypadek Kubusia Puchatka i tego, jak Disney zawłaszczył go dla siebie. Znam osoby, które nie czytają Kubusia, bo zohydzony im został przez maskotki, plecaki, kubki i parasolki oraz disneyowskie wersje „dalszych losów”. I stoję tak na rozdrożu – jedną półkulą mózgową w zachwycie, a jedną w strachu. Oczywiście, że przeczytałam powieść. Dla kogoś, kto nie zna komiksów, to będzie na pewno odkrycie. Wyobrażam sobie dzieciaki, które w przyszłym roku na bale karnawałowe będą się przebierać za Hildę. To świetna historia, więc nawet przeróbka z serialu na powieść jej nie zaszkodziła. Dla mnie co prawda nie było to już „wielkie wow”, bo komiks znam doskonale, nie mniej jednak przeczytałam z radością. Ale jest we mnie duża doza niepokoju, że Hilda zacznie się komercjalizować, ze odejdzie zbyt daleko od oryginału. Już teraz ilustracji do powieści nie zrobił nawet sam Luke Pearson, twórca, pomysłodawca i jedyny prawdziwy „ojciec” Hildy, ale na podstawie jego komiksów zrobił je ktoś inny. Owszem, dalej jego nazwisko widnieje na okładce książki, ale ta kreska jest nieco inna. Tak, oczywiście, że przeczytam kolejną część, której już się nie mogę doczekać (Wkrótce! „Hilda i Wielka Parada”, jak obiecuje wydawca), ale nie potrafię strząsnąć z siebie tego dziwnego uczucia niepokoju. Ale póki co mówię wszystkim: czytajcie Hildę! Teraz jest dobrze, więc może po prostu będzie dobrze...








niedziela, 10 lutego 2019

594. BOHATER NA DZIEŃ DOBRY


WOJCIECH WIDŁAK
„WESOŁY RYJEK I JESIEŃ”
MEDIA RODZINA, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA AGNIESZKA ŻELEWSKA

Są bohaterowie, których przygody nigdy się nie nudzą. Tacy, na których nigdy nie jest się za dużym. Których wita się w swoich progach jak starych dobrych znajomych. Jak najlepszych przyjaciół. Z którymi zawsze wiadomo, o czym rozmawiać. Którzy wywołują dobry nastrój na cały dzień. Którzy są tak mili jak szarlotka, grzybobranie i urodziny razem wzięte. Do takich bohaterów należy zdecydowanie Wesoły Ryjek. Bardzo lubię, gdy na początku każdej historyjki Wesoły Ryjek mówi: „Dzień dobry, nazywam się Wesoły Ryjek.” To jak uśmiech od ucha do ucha. I uwielbiam, gdy kończy każdą historię podsumowaniem: „Dziś dowiedziałem się, że...”. To swoisty, z góry wyznaczony rytm tych historyjek, po których się płynie, łagodnie i bez sztormów. Taki pewniak nad pewniaki! Ten mały Prosiaczek ma Mamę, Tatę, Żółwia Przytulankę i dużo przygód. A skąd te przygody? Z rzeczywistości. Z codzienności. Jak to? Przecież nie każdego dnia dzieje się coś, co warto opisać, czym warto się zachwycać! Ale Wesoły Ryjek zachwyca się światem nieustannie. Jest uważnym obserwatorem i admiratorem życia. Taką różową kulką szczęścia, od której trzeba by się uczyć optymizmu. Dla Ryjka wszystko może być ekscytujące – spacer w deszczu, bo przecież trzeba wymyślić pelerynę dla Żółwia Przytulanki, grzybobranie, bo to ciekawe, że na grzyby jedzie się daleko w las po to, by nie spotkać nikogo innego i wyzbierać najlepsze okazy, a potem na miejscu spotyka się własnych sąsiadów, pieczenie szarlotki, a właściwie to czekanie na szarlotkę, bo pieczenie z tego się głównie według Ryjka składa, obiad, który on i tata zamierzają ugotować dla mamy, no i oczywiście urodziny! Co jest takiego w Wesołym Ryjku, że tak chętnie się o nim czyta? Ryjek jest bowiem małym różowym prosiaczkiem, ale jest też jednocześnie małym chłopcem, zupełnie takim jak ci chłopcy i te dziewczynki, które o nim czytają. Jest autentyczny, ma takie same pytania i wątpliwości, zupełnie jak te dzieci nie lubi sprzątać i czasami boi się ciemności. Wojciech Widłak ma szczęście, że spotkał na swojej drodze Ryjka, bo Ryjek opowiada mu te wszystkie historie, a on tylko je musi spisywać i już ma gotowe bestsellery. I Agnieszka Żelewska ma też szczęście, że Widłak poznał ją z Ryjkiem, bo nie musi się wysilać i zmyślać, tylko po prostu rysuje Ryjka i już. Że Ryjek nie istnieje naprawdę? Jak to nie?! Przecież sam Wojciech Widłak opowiadał, jak to się stało, że powstała część o Ryjku i jesieni. Że siedział sobie przed domem i patrzył na kolorowe liście i przyszedł do niego Ryjek i powiedział, że to niesprawiedliwe, że najczęściej pisze się o lecie i o zimie, a jesień to jakoś tak niekoniecznie dobry temat na książeczki dla dzieci. A przecież „jesienią rosną grzyby, a bez grzybów, a właściwie bez sosu grzybowego, pewnie by mnie w ogóle nie było. Chce pan? To panu opowiem...”. No i opowiedział, bo Pan Wojciech oczywiście chciał. No bo kto by nie chciał, żeby mu Wesoły Ryjek opowiedział te wszystkie doskonałe historie!






sobota, 9 lutego 2019

593. TACY SĄSIEDZI TO SKARB


WOJCIECH WIDŁAK
„FIGIEL I PSIKUS. BURZLIWE ŻYCIE CHOCHLIKÓW”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2019
ILUSTROWAŁA ELŻBIETA WASIUCZYŃSKA

Czasem jest tak, że spotyka się ze sobą Pisarz i Ilustrator. I jest między nimi takie specyficzne uczucie, które przenosi się na czytelnika. To uczucie to pełne porozumienie. Jednym z takich duetów jest dla mnie Widłak-Wasiuczyńska. To trochę jakby to była jedna istota rozdzielona na dwie, bo tekst Pana Wojciecha tak dokładnie przylega do ilustracji Pani Elżbiety. Nie ma żadnych odstępów, nie ma dziur i nie ma miejsca nawet na szpilkę. Najpierw był oczywiście Pan Kuleczka i jego rodzina. Nie inaczej jest w przypadku Figla i Psikusa. To też związek doskonały. A było to tak… Figiel ma brak figlo-weny. Nic mu się nie udaje, proszek rozśmieszający rozsypuje się nie tam, gdzie trzeba, maść na porost włosów zjada pies, takie zwykłe figle-niewypały. Pewnie zdarzają się każdemu chochlikowi od czasu do czasu. A ja myślę, że po prostu był samotny, ale sobie tego nie uświadamiał. Bo jak wytłumaczyć to, że gdy do drzwi puka nowy sąsiad, Psikus, w Figlu się odblokowuje cały dobry humor? I że chochlik od razu zaczyna znów figlować? No właśnie tak – Figiel i Psikus zostają najlepszymi przyjaciółmi. To taka przyjaźń oparta na podobieństwach i wspólnym poczuciu humoru. Psikus bowiem nie pozostaje dłużny i również z wielką radością płata Figlowi figielki.
Chochliki przeżywają różne przygody – biorą udział w Konkursie Dobrego Humoru (zdradzę, że wygrywają konkurs, chociaż nic nie idzie tak, jak powinno), jeden z nich pisze wiersze, jeden nie znosi zmywać, a raz nawet Figiel staje się poważny… To miłe, radosne historyjki bez przemocy, takie do przytulania, szczególnie przed snem, takie, które tylko Wojciech Widłak potrafi napisać. I tylko Elżbieta Wasiuczyńska potrafi zilustrować opowiadania Widłaka tak, że nic nie uwiera, dokładnie tak, jakby wyjęła je wprost z naszej (i widłakowej!) wyobraźni. Figiel i Psikus to taki duet, jakim są właśnie Widłak-Wasiuczyńska. Obydwaj są niezwykle przyjaźni, nie złośliwi. Dzięki temu od razu zyskują sympatię czytelnika. Z wielką chęcią zostalibyśmy ich sąsiadami. Nawet jeśli czasem zamiast cukru do ciasta Figiel pożyczałby nam sól.