Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

wtorek, 27 września 2016

350. KRÓLESTWO I KRÓL

„KRÓLESTWO”
SCENARIUSZ: JACQUES PERRIN
REŻYSERIA: JACQUES PERRIN, JACQUES CLUZAUD, STEPHANE DURAND
ZDJĘCIA: ERIC GUICHARD, MICHEL BENJAMIN, LAURENT FLEUTOT
MUZYKA: BRUNO COULAIS

Widziałam królestwo. Zwierzęta – wolne, dzikie, nieujarzmione. Człowieka, który obserwował z boku. Łowcę i zbieracza. Zbieracza cały czas, łowcę tylko wtedy, gdy nachodził głód. Człowieka, który potrafił pokłonić się pięknu przyrody, doceniał jej nieskalaność. Człowieka, który nie zabijał dla przyjemności, nie zabijał dla zysku. Człowieka, który współgrał z królestwem.
Niestety królestwo widziałam tylko na ekranie. Wciśnięta w kinowy fotel, od nadmiaru emocji nie mogłam oddychać. Bałam się mrugnąć, żeby nie przegapić żadnej ze scen – lecącego owada, komara na nosie rysia, rodzącego się jelonka, zaśnieżonego futra żubra, niepowstrzymanego biegu dzika, wiewiórki, ogryzającej orzech, sowich oczu…
Właściwie od jakiej iskry zaczął się ten pożar, w którym królestwo płonie? Jak to się stało, że aby zrealizować tak piękny film, trzeba szukać plenerów i nie jest to wcale takie proste? Jak to się stało, że człowiek wprosił się, rozsiadł, zagarnął wszystko ze stołu i jeszcze nie rozumiem, że nie pokazał się z dobrej strony na tym przyjęciu? I co dadzą łzy w moich oczach, ocierane ukradkiem w kinowej sali?
Część ze zdjęć była realizowana w Białowieży. „W Puszczy Białowieskiej zachowały się ostatnie fragmenty lasu o charakterze pierwotnym” czytam w Wikipedii. Drżę o to dziedzictwo, martwię się.
Niektórzy mówią, że królem Puszczy Białowieskiej jest żubr (bo żyje tu największa populacja wolnych żubrów na świecie). Owszem – zwierzę dostojne, pełne siły i powagi, mocne, charakterne, budzące respekt. Ale moim osobistym zdaniem, królem puszczy jest jednak – o ironio! - człowiek. Ale nie człowiek w ogóle, nie człowiek jako rasa, ale jeden, zupełnie konkretny. Z imieniem i nazwiskiem. Tomasz Samojlik. Dlaczego?
Otóż już tłumaczę. Pan Tomasz, podobno skromny i niepozorny, poświęcił swoje życie Puszczy Białowieskiej. Mieszka sobie na jej skraju. Jest doktorem nauk przyrodniczych i pracuje w Instytucie Biologii Ssaków PAN w Białowieży. Swoje życie zawodowe (i prywatne) poświęcił badaniu wpływu człowieka na Puszczę Białowieską. Tego dobrego (bo zdarzały się takie wpływy) i tego złego. Ale nie w tym upatruje jego panowania, bo pewnie naukowców jest wielu i pewnie prac naukowych jest wiele i pewnie dużo mądrych głów codziennie na ten temat się uczy i dyskutuje. Ale król Tomasz zrobił coś, czego nie zrobił nikt inny (no może poza zastępcą króla Tomasza, vicekrólem Adamem Wajrakiem) – zaniósł Puszczę pod strzechy. Rozgarnął trawy i pokazał prawdziwą Puszczę dzieciom. Zaraził miłością. Zarezerwował miejsce za drzewem i dał do ręki lornetkę. Pokazał gdzie patrzeć, wytłumaczył co widzimy.
Uwielbiam Tomasza rysownika, uwielbiam Tomasza scenarzystę komiksów, uwielbiam Tomasza ilustratora. Nie wiem, jak spełnia się w uczelnianym przerzucaniu stosów papierów i naukowym żargonie, ale oswajanie tego żargonu i wtłaczanie w komiksy wychodzi mu po mistrzowsku. A dzieci (wiem z autopsji, obserwacji i ze słyszenia), chłoną „samojlikowe” jak gąbki!

TOMASZ SAMOJLIK
„TO NIE JEST LAS DLA STARYCH WILKÓW”
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2016
SERIA KRÓTKIE GATKI

„To nie jest las dla starych wilków” to ukłon także w stronę dorosłych. Bo dzieci – wiadomo, wezmą, zjedzą, przetrawią, podziękują i będą chciały jeszcze. Ale nie wszyscy dorośli zdzierżą Żubra Pompika, Wilka Ambarasa, rzeszy Ryjówek, czy nawet przesłania Bartnika Ignata. Ale te historyjki po prostu będą musieli pokochać! Jest tu to wszystko, co docenialiśmy w „Sadze o Ryjówkach” - śmiech, łzy, szczypta niebezpieczeństwa, przyroda, Puszcza, las… Ale jest też podtekst, podskórność, podobrazkowość, która będzie zrozumiana raczej przez czytelnika z dowodem osobistym. Bo humor, ten słynny, zupełnie niepowtarzalny humor, jedyny w swoim rodzaju, humor samojlikowy, jest jak i był – niewzruszony. Więc w skrócie – co my tu mamy? Starego wilka (samo przez się rozumie się), pojedynek żubra z dzikiem, wojowniczą łasicę ninja, żubra Żorża, który postanowił opuścić zoo i wrócić na przyrody łono, olśnioną wiewiórkę, jednookiego szopa, który wierzy, że panuje nad puszczą i jego nieodłącznego szopa-podnóżka, dobrze znane dżdżownice – wnuczka i dziadka oraz coś absolutnie fantastycznego: „The Łoś show!”, z którego możemy dowiedzieć się, co tak naprawdę zwierzęta porabiają w Puszczy, gdy nie patrzymy (GDZIE nie patrzymy). 18 minikomiksów, które nic tylko połykać na raz. Cudne! Miodne! Zielone!









TOMASZ SAMOJLIK
„PIKOTEK CHCE BYĆ ODKRYTY”
WIDNOKRĄG, PIASECZNO 2016

Ale jest i nowy bohater. Pikotek. Do tej pory był tylko jeden – pętelka robiona szydełkiem, ot taki zakrętas z włóczki. Ale teraz jest jeszcze jeden. Czerwony. Z zawiniętym w pętelkę ogonem. Z dziwnymi uszami. Z uśmiechem na pyszczku. Ze zmartwieniem. Bo Pikotka nikt nie odkrył. Absolutnie nie wiadomo, jak to się stało, że znalazł się w Puszczy (no może tylko to, że Samojlik, miłość, Puszcza – wiadomo...). Ale skoro już jest, to chciałby być. Istnieć w świadomości. Przyjaźnić się. Znaleźć swoje miejsce. Idzie więc przez Puszczę, a Puszcza jest wielka, ogromna, długa… To i wędrówka długa. A skoro wędrówka długa, to książka też. Ma blisko siedem metrów. To leporello. Więc można ją oglądać na różne sposoby – albo po kawałku, między dwoma okładkami, jak to zwykle czynimy z książkami. Albo w całości, rozciągając na podłodze, mchu, kocu, plaży, drodze… Wszędzie tam, gdzie się dobrze oddycha, gdzie można swobodnie biegać od jednego jej końca do drugiego (można nawet urządzić wyścigi szlakiem Pikotka) i sprawdzać, co mu się przydarzyło i czy będzie szczęśliwe zakończenie. A nade wszystko kogo spotkał po drodze. A kogóż mógł? Żubra! Niedźwiedzia! Wiewiórkę! Dzika! Jelenia! Rysia! Wydrę! Jeża! Zająca! Kreta! Lisa! Sowę! Borsuka! Kaczkę! Nawet żuka jakiegoś! Wciąż głodny akceptacji idzie przez dzień cały i sprawdza, jak im się wszystkim powodzi, kim są, co robią, co lubią, co jedzą i czy któreś z tych zwierząt jest choć trochę pikotko-podobne… A jak czytać tę książkę? Tylko w jeden jedyny możliwy sposób – z przyjemnością! A może to robić każdy. Bo nie ma w niej słów – są obrazy. Słowa trzeba dobrać, wygrzebać z podręcznego słownika, nazwać to i owo, prześledzić historię. Można czytać po wielokroć, bo historii (zwierząt!) jest tu całe mnóstwo.









Czyż król Tomasz nie jest więc Mistrzem? Żeby tak opowiadać Puszczę? Ale co z tego opowiadania wynika? - ktoś mógłby sceptycznie zapytać. Odpowiem sentencjonalnie: poznaj, by pokochać, pokochaj, by chronić...

wtorek, 20 września 2016

349. NA ODWRÓT

CLARE FURNISS
„ROK SZCZURA”
(TŁ. KATARZYNA ROSŁAN)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2016

Drzewiej było tak, że każdy za życia przygotowywał żałobną koszulę. Drzewiej było tak, że gdy umarł, to zbierała się wokół niego cała społeczność – rodzina, sąsiedzi, przyjaciele. Czuwali nad jego ciałem modląc się, rozmawiając, siedząc tylko, myśląc. Ciało nie zostawało samo, sam nie zostawał ten, kto nie umarł – mąż, żona, dziecko. Drzewiej było tak, że wokół śmierci, pogrzebu, żałoby ludzie poustawiali drogowskazy z etykiet, zwyczajów, tradycji. To, że żałobnicy mieli na sobie czarne stroje, że rzucali do grobu grudkę ziemi, że przez rok nosili w klapie czarną chustkę lub wstążkę, pomagało iść przez życie. Bo wiedzieli, co mają robić, wiedzieli, że mają prawo do żałoby. I widzieli też jej koniec. Nie jawiła się jako koniec świata. Żałoba w wielu kulturach trwa rok, jeśli ze zmarłym łączą Cię szczególne więzy. To rok na wstawanie z ziemi, otrzepywanie pyłu i kurzu, osuszanie łez i stawanie na nowo w korkach, jedzenie na nowo owsianki na śniadanie, dzwonienie na nowo do znajomych, znajdowanie na nowo radości w tańcu, piciu herbaty, jeździe na rowerze i wolnym weekendzie.
Matka i córka to więź jedna z najmocniejszych. Dlatego Pearl nie może się pogodzić z odejściem swojej mamy. Jest piętnastolatką, której jeszcze przed chwilą wydawało się, że jest dorosła i nie potrzebuje rodziców. Ale w jednej strasznej chwili okazało się, że wciąż ma w sobie więcej z dziecka, niż chciałaby sądzić.
Jej mama umarła w marcu. Zaraz miała się rodzić wiosna. A urodziła się jej siostra Rose. Siostra, której Pearl od początku nie chciała. Uśmiechała się tylko z grzeczności, widząc radość mamy i taty (formalnie ojczyma, ojca tak naprawdę, z potrzeby serca), sądziła, że jakoś poukłada sobie sprawy, uczucia, sens później. Ale nie zdążyła. To było jak jedno – śmierć i narodziny. Bo mama umarła z powodu jej siostry – jakieś zakażenie ciążowe, czy coś. Jedno jest pewne – to dziecko zabrało jej matkę. „Od chwili, gdy mam mi powiedziała, że jest w ciąży, wyobrażałam sobie pulchne jasnowłose niemowlę żywcem wycięte z reklamy pieluszek. (…) A teraz je zobaczyłam. Skojarzenie było natychmiastowe. Przed oczami stanął mi dzień, kiedy okociła się nasza kotka Sadza. Miałam wtedy pięć lat i czekałam na tę chwilę od wielu tygodni. (…) Każdego wieczora przed zaśnięciem patrzyłam na zdjęcia puszystych kulek ze ślicznymi, szeroko otwartymi oczkami. Aż pewnego dnia mam zaprowadziła mnie do schowka i pokazała otwartą dolną szufladę komody. Wiły się w niej bezładnie ohydne różowe, pomarszczone szczurki.” [s.18-19] Łatwo jest nienawidzić Rose. Jest mała, bezbronna, nie oddycha sama, tylko przez jakieś rurki… Łatwo jest ją obwiniać, bo przecież gdyby nie ona, to mama dalej byłaby obok i kłóciłyby się z Pearl o głupoty, jak zwykle. I jeszcze ojciec, bo zachciało mu się drugiej córki! Pearl nigdy nie sądziła, że przestanie mu wystarczać, że „biologia będzie miała jakiekolwiek znaczenie”. „Kochasz ją bardziej ode mnie?” - pyta i właściwie nie czeka na odpowiedź. Wie. Ucieka. Zamyka się. Znika. Rozpływa się w tej drugiej sobie, nieukształtowanej, niepełnej jeszcze, ślepej i głuchej – w sobie nowo narodzonej: sierocie.
Żałoba to nie tylko stan umysłu. To też zmiany w ciele. Brak łaknienia, bezsenność, ospałość. To brak koncentracji, brak chęci do życia, brak motywacji. To różne inne braki i nadmiary, które dostaje się w pakiecie z rachunkiem za trumnę. Pearl ma wszystkie. I nie wie, jak sobie z nimi poradzić. Odpycha wszystkich wokoło. Tatę – wiadomo. Przyjaciółkę, bo nie rozumie. Babcię, mamę ojca, bo jej własna mama jej nie lubiła. No i Szczura – też wiadomo. Odrzuca rolę córki tego, który został, odrzuca rolę siostry, zapętlona we własnym egoizmie. Odrzuca cały świat zewnętrzny – jedzenie, picie, słońce, szkołę. Można, wolno jej, w żałobie jest przecież, prawda? Pearl na przemian mnie irytowała i wyzwalała pokłady czułości, wkurzała i wywoływała współczucie, zadziwiała i sprawiała, że chciałam ją przytulić. Pearl odrzuca przyszłość, zatrzymuje się w teraźniejszości, jak złapana w pułapkę, jakby wpadła w kleistą maź, od której nie może uwolnić nóg, nie ma siły na walkę, więc zostaje tak w jednym miejscu, trochę zrezygnowana, trochę bo sama chce i uważa, że to najlepsze, co może jej się zdarzyć. Bezruch. Nie-koniecznośc oddychania. Stereotypowe „wszystko będzie dobrze” uważa za bajki dla dzieci bez ziarna prawdy, za potwarz. Ja tu cierpię! - krzyczy do każdego, kto zbliża się choćby na krok. Jest w tym wszystkim całkiem sama. A samotność jest stąd, że nie wie, jak się zachować, co czuć, co myśleć. Nie ma wprawy w żałowaniu, nie ma doświadczenia. I nie może nawet zapytać mamy o radę. To znaczy może. Bo mama jej się ukazuje. Zawsze w tych najważniejszych, najtrudniejszych, beznadziejnych momentach. W tych chwilach Pearl czuje wstyd. Za ta siebie, którą teraz widuje co dzień w lustrze. Za siebie niedostępną, za siebie zamurowaną. I chciałaby wyjść z tego żałobnego stroju, wreszcie odetchnąć, tylko, że łatwiej jest być smutną.
„Oczywiście będzie to najdłuższe i najbardziej gorące lato w historii, a ja jak na złość nie żyję i nie mogę się opalać.” [s.208] – mówi mama. Taka była. Zabawna. Trochę szalona. Nic dziwnego, że Pearl za nią tęskni. Ale przecież nie można się cieszyć ze słońca, gdy mama nie żyje, prawda? Po co sprawdzać wyniki egzaminów gimnazjalnych? Przecież mama nie żyje. Mam kochać siostrę? Jak, skoro mama nie żyje i to jej wina!
Pierwszy rok życia to dla dziecka jak zdobycie całej korony ziemi. Naraz. Idąc na rękach. To jak skok z nieba. Bez spadochronu. Bez skrzydeł. I wylądowanie na dwóch nogach. Bez szwanku. To uczenie się bycia osobną istotą, bez mamy. Rose uczy się tego mimowolnie, zaprogramowana na proces edukacji przez ewolucję. Pearl uczy się tego na-nowo-bycia opornie, z żalem, z bólem, z gniewem, nie chcąc być pilną, pojętną uczennicą, uciekając przed wszelkimi egzaminami. Rodzą się tak naprawdę we dwie. Pearl w większych bólach, bo świadoma nieuchronności tego, co się stało.


To książka o tym, że czasami ktoś musi powiedzieć Ci wyraźnie - „Wolno ci być szczęśliwym”. O tym, że wszystko płynie. O nieuchronności. O żałobie, tej złej i tej dobrej, oczyszczającej. O gniewie i o bezsilności. O umieraniu i o życiu – jedno zawsze wychodzi z drugiego. Czasem tylko zupełnie na odwrót.

czwartek, 15 września 2016

348.MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ KROPKI

JUSTYNA BEDNAREK
„NIESAMOWITE PRZYGODY DZISIĘCIU SKARPETEK (CZTERECH PRAWYCH I SZEŚCIU LEWYCH)”
PORADNIA K, WARSZAWA 2015
ILUSTROWAŁ DANIEL DE LATOUR

Nie bardzo zwracam na nie uwagę. Owszem, lubię kolorowe, choć często je ukrywam pod spodniami albo w trampkach, jednak nie przywiązuję do nich specjalnej wagi. Mam ich krocie i pewnie nawet nie zauważyłabym, gdyby jedna, dwie, trzy, dziesięć, nagle mnie opuściło. Ba! Pewnie wiele zrobiło to już dawno. Czasem nawet parami. Bo gdy wyprowadzają się pojedynczo, owszem, dają się we znaki. O tych pojedynczych zaginionych powstało już wiele teorii – jedne naukowe, inne spiskowe. Krążą o nich legendy miejskie, a jak wiadomo, w każdej legendzie jest ziarnko prawdy. Często w tych legendach pojawia się tajemnicza istota, która je po prostu zjada – biedne, nieopatrznie odłączające się od pary! Ale z drugiej strony – jak dawno zaglądaliście pod swoje pralki? Może rzeczywiście pod każdą z nich jest dziura, przez którą uciekają same, z własnej woli?
Skarpetki.
Niepozorne. Mające w życiu jeden cel, jedną rolę, jedno przeznaczenie – otulać nogi! Jakież to smutne, jakież ograniczające, jakież żałosne! Nie wiem, jaka jest przeciętna życia skarpetki, ale wiem, że skarpetkom należy współczuć, bo jakakolwiek by nie była, to cała podporządkowana jest nogom. Żadnej ucieczki! Żadnej alternatywy! No może tylko jedna na sto, a może jedna na sto tysięcy zostaje świątecznym bałwankiem wypełnionym ryżem, albo skarpetą zawieszoną na kominku w celu przyjęcia do swojego wnętrza prezentów od Mikołaja? A cała reszta? Palce, paznokcie, kości, skóra, no stopy po prostu! Dramat!
Jednak przed skarpetkami, które trafiły do domu Basi (czyli po prostu Be), otwiera się nowa perspektywa – dziura pod pralką! Dziura jest czeluścią, wielką niewiadomą, nieznanym. Żeby w nią wskoczyć z własnej nieprzymuszonej woli trzeba nie tylko być zdeterminowanym, ale też odważnym i mieć mnóstwo wiary w siebie, we własne siły i możliwości. Iw marzenia! A to jest książka właśnie o tym. O tym, że ktoś mówi Ci, że jesteś tylko skarpetką, a ty stwierdzasz, że jesteś AŻ skarpetką. Że ktoś twierdzi, że twoje miejsce jest na dnie kosza z brudną bielizną i nigdzie więcej, a Ty wiesz, że masz w sobie potencjał, by zostać gwiazdą filmową, politykiem, który zmienia świat, prywatnym detektywem albo nawet różą! Dziesięć skarpetek, których losy opisuje niniejsza księga, to skarpetki, które uwierzyły, że są czymś więcej, niż kawałkiem materiału z piętą. Nie chciały podzielać losu i obowiązków swoich sióstr i kuzynek. Skok w dziurę był protestem wobec zastanej rzeczywistości. Niektóre skakały bez zastanowienia (czarna, jedwabna, wysokiej jakości urodziwa skarpetka taty Be), a dwie pasiaste skarpetki z czarną kotwicą boją się ucieczki i jedna nawet w ostatniej chwili rezygnuje z ucieczki i zostaje koszu z brudną bielizną. Te, które decydują się skorzystać z dziury pod pralką, znajdują swoje szczęście. Dla każdej z nich oznacza to coś innego, bo przecież ostra wełniana skarpeta ma zupełnie inne plany i marzenia niż puszysta kolorowa albo śmieszka w kropki. Każdej co innego gra w skarpecim sercu. Nic dziwnego, że jedna otula stopę bezdomnego i to jej daje szczęście w życiu, inna zostaje mysią mamą, a jeszcze inna cieszy się najbardziej z tego, że pewna dziewczyna ją spruła i zmieniła jej los, czyniąc ją kawałkiem swetra swojego ukochanego.
A każda niezwykła historia, zaczęła się od myśli - „jestem inna, jestem dobra, chcę żyć inaczej i mogę to zrobić! Bo drzemie we mnie siła, moc i odwaga!”. 15 września przypada Międzynarodowy Dzień Kropki. Inspiracją do zaznaczenia tego dnia w kalendarzu jest książeczka Petera Raynoldsa „The Dot”, o małej Vasthi, która nie wierzy, że umie malować - nie wierzy w siebie. W końcu, zachęcana przez nauczycielkę, stawia na kartce kropkę. A nauczycielka oprawia obrazek w ramki i tym samym budzi w dziewczynce magiczną, wewnętrzną moc*. Ta moc była w Vasthi od początku, jest w każdym z nas, w każdej jednej skarpetce. Trzeba tylko w nią uwierzyć. A może się tak stać dzięki komuś ważnemu, kogo spotkamy na swojej drodze, albo przez przypadek, w obawie przed wylądowaniem na śmietniku. Od małej kropki zaczyna się zawsze spełnianie marzeń i odnalezienie swojej własnej życiowej drogi! Straszny banał (choć najprawdziwsza prawda), ale gdy mówią o tym skarpetki, to brzmi naprawdę strasznie fajnie!
„Jeśli skarpeta wybiera wolność, to jestem bezsilny.” mówi wezwany przez mamę i Be na pomoc hydraulik. A mama i Be nie panikują, nie zabraniają, nie przywołują, nie zanurzają rąk w dziurze, by wyłapać te, które odłączyły się od pary. Stwierdzają, że mają nadzieję, że skarpetkom nic się nie stanie. „Będziemy na nie czekać” oznajmiają uroczyście. Prawdziwa mądrość i Międzynarodowy Dzień Kropki. Każdego dnia.














*bezwarunkowo słyszę teraz w uszach głos mojej czterolatki, idącej co dzień rano do przedszkola z pieśnią na ustach: „Mam tę moc, mam tę mooooooc!”

czwartek, 8 września 2016

347. W OCZEKIWANIU NA TOM DRUGI

NATALIA SHERBA
„CZASODZIEJE. KLUCZ CZASU”
(TŁ. AGNIESZKA PAPAJ-ŻOŁYŃSKA)
ENE DUE RABE, GDAŃSK 2016

Na studiach chyba po raz pierwszy spotkałam się z pojęciem realizmu magicznego. Zachwycałam się Allende, Marquezem, Esquivel czy Cortazarem. A później mozolnie udowadniałam, że istnieje w prozie ukochanej Tokarczuk. Ale mimo tej dzikiej fascynacji, zawsze omijałam z daleka fantastykę. Nie pociągały mnie światy zmyślone. A przynajmniej zmyślone tak do końca, bo przecież realizm magiczny zakłada chodzenie zwykłego z niezwykłym pod rękę. Trochę z racji wieku, a trochę w wyniku odmiennych zainteresowań, ominął mnie szał, związany z Harrym Potterem*. Czarodziej-sierota otworzył pewne drzwi, przez które tłumnie przeciskały się dzieci, nastolatki i trochę dorosłych. Właściwie przechodzą przez nie do dziś, ale teraz są już znacznie szersze i bogato zdobione. To drzwi z fantastyką, skierowaną w głównej mierze do uczniów, którzy szare mury swoich własnych szkół z chęcią zamieniliby na szkołę magii, którzy dorastali z Potterem i którzy rozumieli doskonale niuanse życia w szkolnej społeczności. Rozrosło się to ogromnie, to teraz już raczej wrota, nie drzwi.
W ten nurt wpisuje się seria rosyjskojęzycznej autorki „Czasodzieje”. Co skłoniło mnie do sięgnięcia po „Czasodziejów”? Po pierwsze – ja też się otworzyłam i z większą chęcią zaglądam do wymyślonych światów. A po drugie – czy ja czytałam kiedykolwiek jakąś współczesną rosyjską literaturę? Właściwie nie mam pojęcia, jak wygląda rynek książki w Rosji, czy się czyta, czy nie czyta i co czytają dzieci. No i okładka „Czasodziejów”… Aż szkoda, że cała książka nie jest ilustrowana, a jedynie numery rozdziałów pisane są zdobionym drukiem.
Trzynastoletnia Wasylisa jest półsierotą. Jej mamy po prostu nie ma, choć nikt nigdy nie powiedział Wasylisie, co się z nią stało. Ojciec zaś zarabia za granicą pieniądze i nie kontaktuje się nią od wielu lat. Wasylisa mieszka z niby-babcią (dziewczynka podsłuchała kiedyś rozmowę, w której Marta Michałjowna wyznała sąsiadce, że tak naprawdę nie są spokrewnione) i jakoś już sobie ułożyła życie w mieszkaniu, w którym królują koty – niepodzielna miłość niby-babci i w szkole, w której nigdy nie była popularna. Jedyny przyjaciel to Loszka, chłopak z piętra wyżej. Największą pasją Wasylisy jest gimnastyka artystyczna, w której jej szczupła sylwetka i zwinne ruchy to atut. Pewnego dnia niby-babcia trafia do szpitala. Jednak cudownym wręcz zbiegiem okoliczności w tej samej niemal chwili zza granicy wraca jej ojciec i chce zabrać Wasylisę do siebie.
Dziewczynka zostaje zawieziona do ogromnego domu, urządzonego z przepychem, pełnego bogactwa i służby oraz trójki rodzeństwa, którego do tej pory nie znała. I z dziurą w miejscu, gdzie powinien być ojciec. Wasylisa długo musi czekać, żeby go poznać. A jest to mężczyzna wysoki, barczysty i niedostępny, który nie okazuje Wasylisie żadnych uczuć prócz ledwo skrywanej pogardy. Wkrótce potem rusza lawina. Okazuje się, że nic nie jest takie, jak się wydaje, że jej rodzina umie przechodzić przez ściany, rzucać czary i posługiwać się chronometrami. Ziemia też nie jest tym, czym się wydaje – świat Wasylisy nazywa się Ostała, że to tylko część większej całości, że kiedyś światy magów i zwykłych ludzi zostały podzielone, a teraz jeden i drugi czeka zagłada. I tylko siedem magicznych kluczy może pomóc tej zagładzie zapobiec…
A Wasylisa, zwykła ruda dziewczynka, musi nagle stawić czoła całej tej magii i zastanowić się, czy chce zostać Czasodziejem?
To, co najbardziej pociąga mnie w literaturze fantastycznej to wyobraźnia. Podziwiam autorów, którzy potrafią wyczarować nowe światy, odmalowują je z wielką pieczołowitością, meblują i wyposażają niesamowitymi przedmiotami, zaludniają istotami niepodobnymi do ludzi, lub podobnymi tylko pozornie, nadają ład i porządek, albo zaprowadzają chaos. Są swoistymi stwórcami, ale żeby ich światy działały, muszą przemyśleć je w najdrobniejszych szczegółach, przewidzieć jakimi mocami obdarzyć wróżki, a jakimi rusałki, kto może jeździć na smukłorogu, w jaki sposób czasodzieje rzucają zaklęcia, komu powierzyć czasowskazówkę, a w czyje ręce raczej nie powinna się dostać. Musi nowym światom wyrysować na mapie kontury, musi opisać działanie magicznych przedmiotów tak, by każdy wiedział, jak działają, musi wyznaczyć kąt każdemu stworzeniu w nowym świecie, żeby mogło tam przeżyć. Czaruje, by powstało coś z niczego. Oczywiście, do dyspozycji, jako budulec, ma całą dotychczasową historię literatury, wszelkie baśnie, legendy, podania, ale nawet wtedy każdy jeden fantastyczny świat to patchwork z wiedzy i fascynacji. To niesamowite, jak z mieszanki słów i wyobrażeń, powstaje tak dopracowana fabuła, która potrzebuje własnego słowniczka!
„Czasodzieje” też zachwyciły mnie właśnie tą równoległością światów, tą możliwością przejścia z jednego do drugiego i plastycznością, prawdziwością tego zmyślonego. Domyślam się, że każda rosyjska (a teraz także polska) trzynastolatka, chciałaby znaleźć się na miejscu Wasylisy, choćby po to, aby przejechać się na smukłorogu (względnie czarnorogu) lub aby wyrosły jej skrzydła i mogła ćwiczyć latanie nad taflą jeziora. Nie mówiąc już o tym, że pewnie przynajmniej połowa z nich miałaby ochotę uczyć się latania od Fesza Dragockiego…
„Klucz czasu” to dopiero pierwsza część cyklu, który w oryginale ma już bodajże sześć części (polski wydawca obiecuje, że wyda wszystkie, kolejny ma się ukazać już w grudniu tego roku). Mam wrażenie, że to jak wstęp, jak badanie gruntu – czy czytelnicy są gotowi na naprawdę szaloną podróż w czasie? Przyznam, że pod koniec akcja nabrała takiego tempa, że tak, napiszę to z przekonaniem, czekam na drugi tom.






*Przeczytałam do tej pory jeden tom i to tylko dlatego, że wyszedł w formie ilustrowanej, a ja zakochałam się w tych ilustracjach. Nie wiem, na czym polega fenomen HP, bo owszem, dobrze się czytało, ale po nocach wolałam spać, niż się uczyć w Hogwarcie…

piątek, 2 września 2016

346. RZECZ W GRUNCIE RZECZY O ZAZDROŚCI

ASTRID LINDGREN
„PIPPI ZAWSZE SOBIE PORADZI I INNE KOMIKSY”
(TŁ. ANNA WĘGLAŃSKA)
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2016
ILUSTROWAŁA INGRID VANG NYMAN

Wakacje ucięte jak nożem. Równo pomiędzy 31 sierpnia a 1 września. Nawet nie wiadomo kiedy minęły. Niby tyle ich było, a nam wciąż mało piachu w butach, źdźbeł trawy we włosach, pyłku dróg wszelakich na podeszwach trampek i smaku lodów. Ciężki powrót do rzeczywistości. Zapinanie się w koszule pod szyję, poranne wstawanie i przybieranie ról. Szara rzeczywistość. Dobre wychowanie, grzeczność, ogłada i poprawne maniery. Poza wakacjami nie można spać z nogami na poduszce, zjadać w gościach wszystkich ciasteczek i raczej nie trzyma się na werandzie konia. No chyba, że jest się pewną małą dziewczynką o rudych, sterczących warkoczach, mieszkającą w Willi Śmiesznotce. Wtedy można dużo więcej. Można w zasadzie wszystko, na co przyjedzie ochota, co podpowie wyobraźnia, co się zamarzy i na co się wpadnie. Pippi jest istotą specyficzną. Jest nieokrzesana, nieprzewidywalna i niesamowita. Wychowuje się sama – Mamusia jest już w niebie, a Tatuś był marynarzem, a teraz może jest piratem, albo utonął, albo jest królem na pewnej wyspie o nazwie, która strasznie trudno wymówić. Samowychowanie Pippi idzie opornie. Zamiast wpasowywać się w ogólnie przyjęte ramy, woli, by świat akceptował ją taką, jaka jest. A jest silna, niezależna, rezolutna, gadatliwa, ma bujną wyobraźnię, dużo za duże buty i torbę pełną złotych monet. Bo tak, jak wszyscy ludzie, musi jeść, a jedzenie najlepiej kupować za pieniądze. Za pieniądze też czasem miałoby się ochotę kupić spunka, ale czasem bywa tak, że nie można go dostać w całym mieście. Zastanawiające jest to, że dorośli, którzy spotykają na swej drodze Pippi, załamują ręce i chcą ją koniecznie naprostować, wychować, zaopiekować się nią i wyedukować. A wszystkie dzieci, które spotykają ją na swojej drodze miejsca się w niej zakochują (no może oprócz Bengta i jego bandy, którym Pippi daje solidny wycisk za znęcanie się nad młodszym kolegą). Oczywiście największą miłością darzą Pippi Annika i Tommy, jej sąsiedzi i najbliżsi przyjaciele. W Pippi siedzi cała ludzka tęsknota za wolnością, za swobodą wyrażania swoich myśli, za beztroską, robieniem tego, co się chce i stawiania na równi świata zabawy ze światem przykrych obowiązków. Dorośli zatemperowani jak ołówki, nakierowani w jedną słuszną stronę, zazdroszczą Pippi po cichu tej niezależności i dlatego usilnie starają się ją zmienić. Żeby już nie tęsknić. A dzieci – bardzo szybko uczą się przy Pippi, że świat może cieszyć i zachwycać, że trzeba tylko poluzować węzeł krawata i pozwolić się ponieść zabawie i śmiechowi. Bo jakie ma znaczenie, że Pippi nie umie tabliczki mnożenia, skoro „zawsze sobie poradzi”?
Wersja komiksowa Pippi powstała na zamówienie wydawnictwa Rabén & Sjögren , które zaczęło wydawać pismo dla dzieci „Klumpe Dumpe”. To tam, w każdym numerze, ukazywał się pierwotnie komiks z Pippi Pończoszanką. Kolejne odcinki bazują na opowiadaniach, wydanych wcześniej w formie książkowej. Ale nie bawiłam się przez to gorzej, mimo że historie są mi znajome. To już drugi tom z komiksami, który wydały Zakamarki. W tym zestawie Pippi daje nauczkę niegrzecznym chłopakom („Pippi wdaje się w bójkę”), poznaje Bloma i Dunder-Karlssona („Pippi i złodzieje”), robi szalone zamieszanie, gdy idzie z wizytą do domu Tommiego i Anniki („Pippi na proszonym podwieczorku”), pomaga uratować dwójkę maluchów z płonącego domu („Pippi i pożar”), dostaje pozytywkę, o jakiej zawsze marzyła („Pippi obchodzi urodziny”), usypuje górkę do zjeżdżania na nartach na dachu domu („Pippi rozbiera choinkę”), przyjmuje u siebie bardzo specjalnego gościa („Pippi ktoś odwiedza”), bawi się w przeciąganie liny zębami z pewnym kapitanem statku* („Pippi ma mocne zęby”), szykuje się do wypłynięcia na Pacyfik („Pippi urządza przyjęcie pożegnalne”), ale w końcu nie wyjeżdża („Pippi wchodzi na pokład”), znajduje spunka, choć nie było wcale łatwo! („Pippi znajduje spunka”), przyjmuje niezwykłych gości na kolacji („Wigilijni goście Pippi”). Jej przygody są jak zawsze trochę szalone, lekko niebezpieczne (choć żadne zwierzę i dziecko nie ucierpiało poważnie na planszach tego komiksu), emocjonujące i nietuzinkowe. Z Pippi nie można się nudzić, a tak zwani dobrze wychowani Tommy i Annika, oddają się zabawie z nią bez reszty, akceptując każdy nowy pomysł, czasem się dziwiąc, ale w końcu ulegając. Bo bez Pippi było im strasznie nudno, a teraz w końcu mają prawdziwe dzieciństwo, o jakim każdy może marzyć. A warto przyjaźnić się z Pippi, bo płyną z tego same tylko korzyści. I w każdej ze swoich przygód, w każdej hecy, w jakiej bierze udział, w każdej roli jest ujmująca, czarująca i doskonała. W czym tkwi sekret i tajemnica? Pippi jest po prostu sobą! Do cna, do trzewi, do głębi.











*i wygrywa, bo je dużo chrupkiego chleba i marchewki. Znaczy to, że chyba jednak jej samowychowanie nie jest takie najgorsze, skoro nie odżywia się wyłącznie cukierkami i fastfoodami.