Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

piątek, 19 kwietnia 2019

615.DUŻO CZYTANIA: NOWE TECHNOLOGIE


DERON R. HICKS
„PRZEKRĘT NA VAN GOGHA”
(TŁ. MARIA KABAT)
WIDNOKRĄG, PIASECZNO 2019

Narodowa Galeria Sztuki w Waszyngtonie. 16:53. Piątek. 15 grudnia. I jasnowłosy chłopak w niebieskiej bluzie naprzeciwko rzeźby Edgara Degasa. Siedzi tam od kilku godzin i tępo wpatruje się w rzeźbę. Nikt nie zwraca na niego uwagi. W końcu podchodzi do niego przewodnik, mówiąc, że zamykają. Pyta chłopaka o imię, ale on nie potrafi odpowiedzieć. Najpierw jest policja. Potem opieka społeczna. W końcu dom pewnej miłej kobiety, Mary, która ma córkę mniej więcej w wieku jasnowłosego chłopaka. Poszukiwania. Zdjęcia w gazetach. I pustka w głowie. Jedynym topem jest bluza chłopaka – z imieniem Arthur. „Będę cię nazywała Art” - deklaruje córka Mary, Camille. Tylko czy na pewno to jego bluza? Jest jeszcze kubek z obrazem Van Gogha, ulubiony kubek Camille. Skąd w głowie Arta tak dużo wiedzy o sztuce, w szczególności o Van Goghu? Przecież nie każdy przeciętny dwunastolatek wie, co to „gotowany olej, kwas solny, tlenek cynku, sepia, sproszkowane muszle ślimacze, realgar, smocza krew, proch mumii, chloran potasu, lapis-lazuli...” [s.253” i że to wszystko to materiały malarskie, używane przez dawnych mistrzów malarstwa. Niektóre trujące… Gdzieś w tle przewija się informacja o odnalezionym dziele Van Gogha „Wejście do parku publicznego w Arels widziane spomiędzy drzew”, które Muzeum właśnie kupuje do swoich zbiorów i za które ma zapłacić sto osiemdziesiąt trzy miliony dolarów… Okazuje się, że to nie przypadek, że Art siedział w galerii właśnie w tym miejscu. Nie chodziło o Degasa. Chodziło o obraz Van Gogha, który wisiał w głębi...
Dużo Van Gogha, dużo sztuki, dużo kolorów, dużo akcji. Bohater, który stracił pamięć i rozwiązuje zagadkę swojego pojawienia się w muzeum praktycznie razem z czytelnikiem. Mistrzowski zabieg (tu miejsce na brawa), choć nie nowatorski w kryminałach. Ale w kryminale dla nastolatków – znak jakości! No i oczywiście muszą być depczący Artowi po piętach przestępcy. Tylko czego od niego chcą? Co takiego ma dwunastolatek, czego może pożądać zgraja najlepiej wyszkolonych przestępców? Art to taki trochę „Kevin sam w domu” - sprytny, zaradny, inteligentny, szybko myślący nastolatek, który musi się wyplątać z wielkich kłopotów. Tyle tylko, że nie jest sam – ma do pomocy rudowłosą Camille, która bardzo chce poznać historię Arta i dowiedzieć się, jaki udział w całej tej farsie ma Van Gogh!
W mojej rodzinie jest taki ktoś, kto odszedł od literatury. Czytał, czytał i nagle porwało go co innego. Ale szczęśliwie trafił na czytnik e-booków. I wrócił do czytania. Mówi, że fascynuje go połączenie czytania i nowych technologii. I może to jest sposób na ten smętny czas nastoletni, gdy młodzież odsuwa się od książek? Władować im do książki nowe technologie? Dokładnie tak, jak tu.
Pomiędzy stronami, wszędzie tam, gdzie mowa o konkretnym obrazie lub rzeźbie, umieszczone są kody QR. Przenoszą na stronę, na której dane dzieło sztuki jest pokazane i omówione w kilku zdaniach. Świetny pomysł! (tu miejsce na brawa). Prosty, acz wyróżniający tę książkę spośród innych.
Oczywiście nic nie zastąpi doskonałej historii i żadne technologie nie są w stanie przykryć w książce nudy. Na szczęście w przypadku „Przekrętu na Van Gogha” nic nie trzeba ukrywać. To historia, od której nie można się oderwać! Kryminał – soczysty, zagadkowy, z twistami i jest nawet trup! Dzieje się tu tyle, że Bond mógłby nie nadążyć. I choć, oczywiście, te wydarzenia są zupełnie nieprawdopodobne, nie przeszkadza to pochłaniać tej historii łapczywie i z pełnym zaangażowaniem (obgryzanie paznokci, przyspieszony oddech, nerwowe przewracanie stron). A do tego zupełnie przypadkiem wchłaniamy trochę wiedzy z historii sztuki.
Wygooglałam sobie, że Deron R. Hicks napisał też „Secrets of Shakespeare's Grave”, a jako że kocham Szekspira, mam nadzieję na kolejne umowy Widnokręgu z Autorem. Trzymam kciuki!

czwartek, 18 kwietnia 2019

614.STARZY PRZYJACIELE


JUSTYNA BEDNAREK
„BANDA CZARNEJ FROTTÉ. SKARPETKI POWRACAJĄ!”
SERIA LATAWIEC
PORADNIA K, WARSZAWA 2019
ILUSTROWAŁ DANIEL DE LATOUR

Dacie wiarę, że dziura pod pralką w domu Małej Be nadal istnieje? Że wciąż mogą uciekać przez nią skarpetki, które znudziły się otulaniem stóp rodziny Małej Be? Albo leżeniem na dnie kosza z brudami. Tak jest w przypadku Czarnej Frotté. Leży na tym dnie już od wielu lat. Chyba od wtedy, gdy na biwaku jej siostra wypełzła z buta stojącego przed namiotem i powędrowała w świat. A do tego, co tu dużo mówić, Czarnej Frotté nie jest najpiękniejsza… Była bowiem pozszywana – czerwoną nitką! Gdy do domu Małej Be ma przyjść sprzątaczka, Mama Małej Be wpada w szał sprzątania (bo przecież nie może pokazać pani sprzątającej takiego bałaganu! Co sobie kobieta o nich pomyśli?!). Na podłogę w łazience wypadają z kosza wszystkie dawno zapominane fragmenty garderoby. Między innymi Czarna Frotté. Oczywiście Mama nalega, by została wyrzucona, więc ona, ostatkiem sił, w akcie desperacji, w pogoni za marzeniem oraz zbiegłą i zaginioną dawno temu siostrą, wskakuje do czarnej dziury pod pralką i tym samy zmienia swój los na zawsze. Czy na lepszy? Oczywiście, że tak, bo czarna dziura pod pralką ma to do siebie, że jak już ktoś się odważy i do niej trafi, to prowadzi go prosto ku przygodzie. Oczywiście nie znaczy to, że jest łatwo i zawsze przyjemnie. Są sztormy, wichury, burze, spotkania z Olbrzymim Tyranem i amią białych rękawiczek. Ale jest też szansa, że pozna się inne skarpetki. I tak właśnie dzieje się w przypadku Czarnej Frotté. Nielegalnie musztruje się na statek (w pogoni za opiekanymi ziemniaczkami), spotyka kogoś kto ma paciorkowate oczy, ale kto w sumie darowuje jej własny stateczek z połówki łupiny kokosa, a potem banda się powiększa. Oprócz Czarnej Frotté w podróż wypływają Blady Niko, Malinowa z Truskawką, Kubarat z Bukaresztu, Gromisław i Cierpisław, a ich tropem podąża tajemniczy Pinkerton. Każda z tych skarpetek ma swoją własną historię, swoje własne marzenia, plany, ale też żal, smutek, zazdrość i tęsknotę. I każda znajduje się na statku Czarnej Frotté nie bez przyczyny…
Jak zwykle czytało nam się świetnie, jak zwykle pokochałyśmy skarpety bez pamięci – nawet tę jedną wredną i te dwie, które wciąż się kłócą. Jak zwykle to nie jest historia tylko o skarpetkach, ale tak naprawdę o ludziach – o wybaczeniu, o rodzinie, o przyjaźni, o poświęceniu, o zemście, którą warto czasem zamienić na rejs w łupinie kokosa. Nie obeszło się oczywiście bez wzruszeń – Bednarek musi zawsze zapodać coś takiego, od czego ja mam mokre policzki i zaczerwienione oczy. Tym razem to rozdział o tym, jak banda Czarnej Frotté przybywa na wyspę porzuconych smartfonów. A co robią te smartfony? Przez specjalną aplikację przechowują stracony czas i stracone okazje. I przechowują je w chmurze, a potem z tej chmury jest deszcz i ludzie zmoczeni tym deszczem mają szansę ocknąć się i spojrzeć na świat, na siebie nawzajem. Więc w tej książce chodzi też o uważność – na drugiego człowieka/drugą skarpetkę. No jak tu nie ryczeć? No jak tu nie beczeć? Nad głupotą człowieka, nad swoją własną nieuważnością i okazji-straconością? Co przechowuje mój smartfon na tej wyspie?
Jak zwykle to nie jest tylko kawał dobrej historii – pod statkiem Czarnej Frotté jest bardzo, bardzo głębokie morze pełne dodatkowych znaczeń, morałów, ukrytych sensów, ale dotrze tam tylko czytelnik, który zanurzy się razem z głową. Można spokojnie płynąc po powierzchni, po prostu doskonale się bawić.
No bo jakaż to jest doskonała historia! Tym razem to nie jest zbiór opowiastek o kilkunastu skarpetkach. To pełnoprawna powieść przygodowa, marynistyczna nawet można by rzec. Pełna zwrotów akcji (przez sztag i przez rufę), pościgów, czarnych charakterów, miłości i wiatru w żaglach. Tak jak poprzednie dwie, trzyma kurs na bestseller!




  




poniedziałek, 15 kwietnia 2019

613.MIŁOŚĆ DO KOSMOSU


RAMAN PRINJA
„PLANETARIUM”
(TŁ. JEREMI K. OCHAB)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2019
ILUSTROWAŁ CHRIS WORMELL

Jest wpół do ósmej. Idziemy spacerkiem do domu. Patrzymy w niebo. Na niebie Księżyc. To jeszcze nie całkiem pełnia. Ale już prawie prawie. „Jak się nazywa taki Księżyc?” - dopytuje Majka. - „Bo wyleciało mi z głowy.” Mi chwilowo też. Kombinujemy coś z dodawaniem i odejmowaniem, z rośnięciem i zmniejszaniem się, ale to ciągle nie to. „Trzeba zajrzeć do 'Planetarium'” - mówię i mimowolnie przyspieszamy kroku. Oczywiście, że jest. „Przybywający i ubywający”. Ustalamy, że gdy widzimy literę C, to go przybywa, a gdy D, to już się z nim żegnamy. Ale od Księżyca do Ziemi, od Ziemi do Słońca, a potem jeszcze Wenus, Mars, koniecznie czarna dziura, no i biedny Pluton, którego ciągle mi żal, bo „w 2006 roku skończył się jego 76-letni angaż w roli najmniejszej planety Układu Słonecznego. Od tamtej pory Plutona uważa się za planetę karłowatą” [s.38] I tak od słowa do słowa, od strony do strony, odbywamy sobie wycieczkę po kosmosie.
A ta wycieczka bardzo pouczająca. Dowiadujemy się, że „Ekstremalnie Wielki Teleskop (Extremely Large Telescope, ETL) po zmontowaniu będzie miał średnicę 39 metrów i będzie w stanie wykrywać zarówno światło widzialne, jak i podczerwień i wyłapie promieniowanie, któremu dotarcie na Ziemię zajęło miliony, a nawet miliardy lat.” [s.13] albo, że temperatura na Wenus dochodzi do 462 stopni. Przypominamy sobie, że Księżyc jest jedynym ciałem niebieskim poza Ziemią, na którym stanął człowiek. Upewniamy się, czym są białe karły (to po prostu „truchła gwiazd”). Czytamy te wszystkie opowieści o kosmosie jak dobrą literaturę przygodową, czasem nawet jak kryminały (czarne dziury naprawdę przejmują lękiem…). Muszę tu podkreślić, że język „Planetarium” nie lewituje gdzieś tak wysoko, że nie można złapać sensu. To ziemski język, zrozumiały. To bardzo ważne dla laików takich jak ja i dla laików, jakimi są dzieci, zanim zaczną zgłębiać fascynującą ich tematykę. Można się w tym planetarium zasiedzieć, zaczytać się w tym kosmosie. Ale ja się najbardziej zaoglądałam! Przepiękne nastrojowe ilustracje Chrisa Wormella! Z chęcią obwiesiłabym sobie ścianę takimi plakatami. Nie mogę przestać patrzeć na te wszystkie planety pozasłoneczne, na Saturna, na gromady galaktyk i na ilustrację przedstawiającą obserwowalny wszechświat.
No i nie mogę nie wspomnieć o rozmiarach „Planetarium”. Jak przystało na książkę o kosmosie, który jest niewyobrażalnie wielki, ona też jest wielka – w tym planetarium starczy miejsca dla wszystkich!
Nigdy nie ciągnęło mnie w kosmos. Wolę podróże w zasięgu przyciągania ziemskiego i nie czytam z zapartym tchem newslettera NASA. Ale ta książka wzbudziła we mnie jakąś przyjaźń wobec kosmosu, jakiś rodzaj miłości nawet… To taka książka o jakiej się mówi: „powinna być w każdym domu”, ale w przypadku „Planetarium” to naprawdę nie jest nadużycie. Piękna...










sobota, 13 kwietnia 2019

612.PLAYLISTA



Wracamy z przedszkola. Mozolnie wspinamy się po schodach na czwarte piętro. „Ciekawe, czy tata już jest?” - zastanawiam się na głos. „Na pewno nie ma” - stwierdza Majka z pełnym przekonaniem. „Skąd wiesz?” - dopytuję. „Bo nie słychać muzyki!” - odpowiada. Tak, u nas w domu ja jestem panią od książek, a tata panem od muzyki. Gdy ktoś pyta mnie, jakiej muzyki słucham, to odpowiadam, bez cienia ironii, że takiej, jaką włączy mój mąż. Bo na naszych regałach książki muszą czasem dzielić przestrzeń z płytami winylowymi, bo mamy wykupione streamingi na platformach muzycznych, bo tak, jak ja przeglądam zapowiedzi książek i szperam na aukcjach internetowych w poszukiwaniu książkowych białych kruków, tak on wie, co w najbliższym czasie wyjdzie na czarnej płycie i ma listę krążków, które chciałby mieć. Koniecznie w stanie excelent lub near mint.
Zatem ta książką będzie w naszym domu idealną lekturą dla taty i córki!
To świetna ekspresowa podróż przez historię muzyki rozrywkowej. Dobrej, mocnej muzyki. Kto będzie naszym przewodnikiem? Fretka i Pies oraz Młody (królik). Zwierzaki zostają same w domu, bo „człowieki” idą na koncert. I Fretka z Psem zabierają się za edukację muzyczną Młodego. Zaczynają od Chacka Berry'ego (wcale nie od Bacha!), ale wykłady, nawet wzbogacone podkładem muzycznym, wydają się królikowi nudne i… wskakuje wprost do głośnika. Chce zobaczyć wszystko na własne oczy. Na przykład trzynastoletniego Jimmiego Page'a, który po występie w telewizji mówi, że chce zostać biologiem i wynaleźć lekarstwo na raka. Albo Paula McCartneya, który właśnie umawia się na pierwszą próbę z The Quarryman – zaraz, jak tylko wróci z wakacji. No i Elvisa P. - niekwestionowanego Króla. Potem sypią się kolejne nazwiska i nazwy zespołów: Clapton, Patti Smith, Niemen, Dylan, The Velvet Underground, Rolling Stones, Prince czy Nirvana. Tyle tu dźwięków, tyle tu kolorów, tyle tu magii! Playlista do tej książki byłaby imponująca! Nie tylko dlatego, że gdyby wrzucić do niej wszystkie utwory (czasem całe płyty), które są tu wspomniane, to byłaby dłuuuuga, ale też dlatego, że byłaby po prostu świetna! Oklejak skupia się na mutatntach muzycznych, na wielkich nazwiskach, na silnych osobowościach, które tworzyły muzykę przełomową, nietuzinkową, kultową. Mówi zawsze parę słów o muzykach, ciekawostki, anegdotki, fakty („W 2005 roku nowo odkryty gatunek ważki otrzymał łacińską nazwę Umma gumma – na cześć płyty Pink Floyd”)… Zostawia nawet pole do dyskusji – Pies i Fretka sprzeczają się czasem o wartość poszczególnych płyt, choć podobno o gustach się nie dyskutuje. Ale wielki mój podziw wzbudza to, jak Oklejak namalowała muzykę. Jak namalowała historię muzyki, zmieniające się trendy (poprzez różnicowanie kolorów, kreski, oddała ducha i popu, i punka, i psychodelii), jak przemyciła żarty, nawiązania, znane motywy. Zachwyt! Oczywiście to tylko wybór i sama Oklejak podkreśla to w zabawny sposób, rysując na końcu kilka zwierzaków, zirytowanych, że w książce nie pojawiają się ich ulubione zespoły i wokaliści: żaba postuluje „Więcej hip-hopu!”, a ptak woła „A gdzie The Doors, King Crimson, Bob Marley, Fugazi, Pearl Jam, Flying Saucer Attack, Spacemen 3,……………………………..?” Bez obaw – muzyki jest tyle, że starczy na kilka całonocnych imprez! No właśnie! Mam jedną przestrogę – gdy zaczniecie czytać „No to gramy!” przygotujcie się na długaśną lekturę. Co prawda tekstu nie jest tu może bardzo dużo, ale jak tu nie zanucić „Radio Ga Ga”, „Let's dance” czy „Cheri cheri lady”? A te śpiewy to tak będą co stroniczkę… To będzie niezapomniana lektura! Miłego muzykowania zatem!














niedziela, 24 marca 2019

611. TYLKO SIĘ NIE WYPROWADZAJ!


Już wiadomo – wyprawa na Antarktydę się nie udała (ale jakaż to była piękna katastrofa!!!). Już wiadomo, że nadopiekuńcza mama Archera wyciągnęła z tej przygody konsekwencje – Archer już nie mieszka w swoich niezwykłym, tajemniczym domu, wypełnionym wypchanymi zwierzętami (które akurat z nim lubią sobie uciąć pogawędkę), mapami, lupami, książkami i innymi pamiątkami z podróży. Mieszka teraz w szkole z internatem. Ze swoimi przyjaciółmi – Oliwierem i Adelajdą rozmawia tylko poprzez listy. Opowiadają mu na przykład o nowej sąsiadce, Kanie, która podobno wpadła do studni życzeń (bo zapomniała wypuścić z ręki monetę) i teraz umie przepowiadać przyszłość. Chłopiec bardzo za nimi tęskni. Chociaż w Kruczym Lesie nie jest w sumie tak źle. Archer zaprzyjaźnił się z Beniaminem, swoim współlokatorem, który jest zafascynowany roślinami i z którym bez przeszkód może rozmawiać o swoich dziadkach. Bo wiadomo też coś innego – dziadkowie Archera żyją! I wracają do domu. Jest tylko jeden problem – w mieście huczy od plotek. A plotki są podsycane przez „Kronikę miejską”. Podobno dziadkowie Archera sfingowali swój wypadek i swoją śmierć na lodowcu, ponieważ mieli problemy w Stowarzyszeniu Podróżników, którego dziadek był niegdyś prezesem. Oczywiście Archer nie wierzy w ani jedno słowo tych oskarżeń. Jeszcze bardziej utwierdza się w przekonaniu, że ma rację gdy w końcu, po tylu latach!, poznaje swoich dziadków. To dla niego magiczna chwila i nie psuje mu jej nawet mama, która usilnie stara się, by podczas przerwy świątecznej syn jak najczęściej był poza domem, jak najrzadziej w zasięgu głosu swoich dziadków. Nad miasto nadciągają nienaturalne mrozy i śnieżyce. Mieszkańcy upatrują w tym klątwy Helmsleyów i coraz więcej osób daje wiarę rewelacjom prezentowanym w „Kronice miejskiej”. Nie pomagają rzetelne artykuły w „Kurierze prowincjonalnym”, którego redaktorem naczelnym jest tata Oliwera. Archer postanawia wziąć więc sprawy w swoje ręce. Musi znaleźć dowody na to, że jego dziadkowie mówią prawdę. Nie będzie to proste, ale ręce ma nie tylko dwie. Oprócz swoich własnych są jeszcze przecież ręce Adelajdy, Oliwera, a teraz także Kany.
W przypadku pierwszej części bałam się o te dzieciaki jak matka – zastanawiałam się, czy nie zmarzną na Antarktydzie bez kurtek, czy nie umrą z głodu, czy nie wypadną za burtę, gdy będą płynąć przez Ocean Południowy. Teraz bałam się o nich jak każdy człowiek o innego człowieka, którego życie jest w niebezpieczeństwie. To już nie jest walka z siłami natury, to nie jest absurdalna wyprawa bez planu, utkana z marzeń i miłości do dziadków. Teraz to walka z realnymi ludźmi – z ludźmi, którzy mają interes w tym, aby zniszczyć rodzinę Helmsleyów. I uciekają się do metod rodem z filmów sensacyjnych. To strach o to, że czwórka dzieciaków staje naprzeciw bezwzględnych dorosłych, którzy mają siłę, determinację, plan i broń. I wielkie ambicje. I chęć zysku. Ale ta czwórka dzieciaków ma z kolei coś, czego nie mają ci dorośli – mają siebie! W pierwszej części to Archer był siła napędową ich wyprawy. Adelajda i Oliwer przyłączyli się do niego, bo mu uwierzyli i dlatego, że każde upatrywało w tej wyprawie czegoś dla siebie. Teraz bez swoich przyjaciół Archer nie miałby szansy, by choćby spróbować oczyścić dziadków z zarzutów. Adelajda, Oliwier i Kana są z nim na dobre i na złe. To banał, ale tak właśnie jest – Archer znalazł prawdziwy skarb, znalazł ludzi, którym może ufać bezgranicznie, którzy pokonują dla niego swój strach i swoje ograniczenia. Gdy trzeba to oni narażają się na niebezpieczeństwo w miejsce swojego przyjaciela. Tylko dlatego, że go kochają, że jest dla nich ważny. To przepiękna relacja! Wśród opisów pościgów, ucieczek, spisków, poszukiwań, wśród opisów map, labiryntów i trujących roślin, to właśnie okazało się dla mnie najważniejsze.
Kolejny raz przeczytałam książkę Gannona z wypiekami na twarzy. I „przeoglądałam”, bo ilustracje, jakie stworzył są dla mnie małymi (wielkimi!) dziełami sztuki. I mam nadzieję, że Gannon nie wyprowadza się jeszcze z tego nadzwyczajnego, wąskiego domu, że załata na dobre dziurę w ścianie (tak! źli ludzie w tej książce są naprawdę bezwzględni!), że pozwoli Archerowi i jego przyjaciołom i wstąpić do Żółtodziobów i że odbędziemy z nimi wszystkimi jeszcze niejedną podróż na koniec świata.







sobota, 23 marca 2019

610. STOPNIOWANIE SAMOTNOŚCI


DAVID WALLIAMS
„GANG GODZINY DUCHÓW”
(TŁ. KAROLINA ZAREMBA)
MAŁA KURKA, PIASTÓW 2018
ILUSTROWAŁ TONY ROSS

Wszystko zaczyna się od przeciągłego krzyku. Wyrażającego bezgraniczne przerażenie. To krzyczy chłopiec z wielkim guzem na czubku głowy. Krzyczy, bo właśnie odzyskał przytomność, a nad jego twarzą pochyla się jakaś inna twarz. Człowieka? Chłopiec nie jest przekonany. Niby tak, ale jest tak nieludzko powykrzywiana, powyginana, pomarszczona. Co prawda z tej twarzy wydobywa się całkiem przyjemny głos, który uspokaja, pyta o samopoczucie, troszczy się. Ale chłopiec nie bardzo chce ufać temu głosowi i jego właścicielowi. Tym bardziej, że niezupełnie wie, gdzie jest i skąd się tu wziął? Nie pamięta nawet swojego imienia. Zaraz, to było coś na „T”… Tom. Tom stopniowo i z mozołem odtwarza wydarzenia - znalazł się w Szpitalu Lorda Funta po tym, jak podczas lekcji WF dostał w głowę piłką od krykieta. Bądźmy szczerzy – nie jest mistrzem sportu. Nie jest w ogóle żadnym mistrzem. Jest ofermą. Bez przyjaciół. Zawsze wyśmiewany. Pokazywany palcami. I bardzo samotny. I jeszcze stęskniony za rodzicami, którzy zazwyczaj są „gdzie indziej”. Podróżują po świecie – ojciec wydobywa ropę naftową i zbija majątek, a matka wydaje ten majątek. Tom nie jest im do niczego potrzebny, więc mieszka w szkole z internatem. I marzy o tym, by jego życie było trochę weselsze i trochę bardziej znośne. A teraz trafił do szpitala. I ten okropny, przerażający człowiek transportuje go na noszach do sali na oddziale dziecięcym.
Tom poznaje grubego Georga po operacji, Amber z nogami i rękami w gipsie, Robina z oczami przewiązanymi bandażem i Sally – łysą dziewczynkę, leżącą w kącie sali. Poznaje to może ciut za wiele powiedziane. Sally cały czas śpi. A cała reszta zdaje się go ignorować.
Noc. Zegar bije dwanaście razy. Rozpoczyna się godzina duchów. Zwykłe dzieci o tej porze już śpią. Szczególnie te w szpitalach – wykończone całym dniem badań i próbami przywrócenia ich do zdrowia. Ale ta trójka dzieci jest niezwykła – ożywiają się właśnie wtedy. Cichaczem wymykają się ze swoje sali… Tom zaś cichaczem idzie za nimi. Okazuje się, że poznał właśnie Gang Godziny Duchów. Dzieciaki, które mają tylko jedną misję – spełniać dziecięce marzenia.
Uwielbiam książki Walliamsa! Są dowcipne – tym dowcipem, jaki chwyta dzieci w objęcia i wyciska z nich śmiech jak z tubki. To żarty często niewybredne, ale dzieci są niewybredne. To żarty przerysowane, czasem nieco suche. Bo dzieciaki śmieszą przecież pękające podczas WF spodenki, puszczanie głośnych bąków w bibliotece, papier toaletowy przeczepiony do buta, kichanie komuś w twarz czy naga staruszka lecąca nad dachami domów na ogromnym pęku balonów (no może to ostatnie nie jest suche ani trochę! I tak, owszem, mnie też śmieszy!). To wszystko jest w „Gangu Godziny Duchów”.
Ale jest też tajemnica – no bo co to jest właściwie ten gang? Skąd się wziął, kto nim kieruje? Jest dreszczyk emocji – Noszowy to naprawdę przerażający typ – jak wyciągnięty z horroru, tego dla najzupełniej dorosłych! Jest przygoda – zawsze tam, gdzie znajdzie się piątka dzieciaków (nawet jeśli jedno z nich może nie dożyć dnia następnego), na małej przestrzeni, jakoś tak sama generuje się nuda, więc tę nudę trzeba trach! raz a porządnie! A tutaj tych „trach!” jest od groma: pościgi, intrygi, wymykanie się szponiastej siostrze oddziałowej, ciemne piwnice, ciasne zaułki, pęki balonów, sterty lodu i dużo niepotrzebnego hałasu! Jednym słowem – recepta na dobrą książkę dla dzieci.
Ale na tej recepcie małymi literkami jest coś dopisane. To dopisek niewidoczny na pierwszy rzut oka – tak, żeby nie psuł zabawy, zjeżdżania po poręczy z 44 piętra i szalonych rajdów karetką po uśpionym mieście. Dopisano tam: „książka o wyższych wartościach – przyjaźni, miłości rodzicielskiej, akceptacji własnego ja, docenianiu drugiego człowieka.” oraz „Uwaga! Książka bardzo wzruszająca! Przyjmować na własne ryzyko. Mogą występować efekty uboczne w postaci niepowstrzymanego potoku łez, guli w gardle nie do wyplucia oraz zasmarkanych stron”.
Bo to jest właśnie siła książek Walliamsa – wypracował sobie pewien sposób mówienia do dzieci o czymś ważnym – sposób przewrotny, oparty na tanich żarcikach, z których czytelnik śmieje się mimochodem, jak ze śmiesznych filmików z kotami w roli głównej. Ale to działa, bo ani się obejrzysz, a ryczysz jak bóbr i uświadamiasz sobie, że to bardzo mądra i piękna książka.
Ta jest o spełnianiu marzeń. A tak naprawdę największym marzeniem każdego dziecka (każdego człowieka?) jest nie być samotnym. Czy samotność jest stopniowalna? Bo mam wrażenie, że w Szpitalu Lorda Funta na oddziale dziecięcym leżą najsamotniejsze dzieciaki na świecie! I nagle ta piątka samotnych dzieci oraz przywódca Gangu Godziny Duchów stają się sobie najbliższymi istotami na świecie – śmieją się razem, bawią się razem, jedzą razem koszmarne szpitalne jedzenie (na śniadanko jeden płatek kukurydziany zalany zimną herbatą. Smacznego!) i w końcu są szczęśliwe.
Czy wszystko się dobrze kończy? Jasne, to przecież Walliams! Ale to nie jest prosty koniec – nie wszyscy tu żyją długo i szczęśliwie. O nie! Bo Walliams nie oszukuje dzieciaków – nie każdego przecież da się wyleczyć, prawda? Ale najważniejsze, by codziennie czynić świat choć odrobinkę lepszym. A Gang Godziny Duchów robi właśnie dokładnie to.

piątek, 22 marca 2019

609. HOP NA WIELKIEGO PSA!


SVEN NORDQVIST
„SPACER W PSEM”
MEDIA RODZINA, POZNAŃ 2019

Co tu dużo mówić. Jesteśmy zakochane w słowie. Ja kocham je jak szalona, wielbię, hołubię, ubóstwiam. Nic dziwnego, że troszkę tej miłości wystąpiło z brzegów i się wlało w serce mojej córki. Ona też przepada za słowem. Docieka znaczeń. Uczy się ich dwoistości. Docenia skłonności słów do zabawy i gier. Nie mnie jednak, gdy trafiają do nas takie książki, jak „Spacer z psem” to wtedy szalejemy z zachwytu nad obrazami.
Ta książka nie ma bowiem słów. Złożona jest tylko z ilustracji. Sven Nordqvist jest mistrzem obrazu. Czytanie przygód Pettsona i Findusa zawsze trwa u nas bardzo długo, bo nigdy nie możemy się dość napatrzyć na te szczegóły, na te dowcipy, które poutykał w ilustracjach między tekstem. To właściwie niekończąca się przygoda, bo owszem, mamy swoje ulubione motywy, ale co rusz znajdujemy coś nowego dla siebie.
Tu jest prawie tak samo. Prawie, bo bez słów. Mała dziewczynka w czerwonej czapce bierze na spacer ogromnego białego psa swojej cioci. Co może być ciekawego w spacerze z psem po dobrze znanym miasteczku? Niby nic, ale gdy zacznie działać wyobraźnia, gdy spuści się ją ze smyczy i pozwoli jej swobodnie biegać, to nagle widzi się rzeczy, których być może wczoraj nie było na tej ulicy, na tym dworcu, na tej polanie. A dzieci mają zupełnie wyjątkowy dar przekształcania świata w wielki plac zabaw. Wszędzie znajdują pożywkę dla swojego zmyślania. A zmyślanie się rozrasta i zawłaszcza świat. Jeśli pozwolisz wyobraźni hasać, to nigdy nie będziesz się nudzić. Ta dziewczynka wie to doskonale. Możemy przypuszczać, że tę trasę z psem pokonywała tysiąc razy, ze zna każdy kamień i każdy zakręt. Ale gdy idzie pod rękę z wyobraźnią, okazuje się, że codziennie trafia do innego miasta. Dlatego zawsze jest taka uśmiechnięta i radosna!
Powinnam sprostować jedną rzecz - „ta książka nie ma słów”. Właściwie, to nie ma liter, a to wielka różnica. Dlaczego? Bo słowa są w niej niewidzialne, zaklęte. Trzeba je jakoś stamtąd wydobyć. Dla każdego formułą magiczną będzie co innego – dla jednych już sama dziewczynka z psem na smyczy, dla innych pani grająca swojemu psu na saksofonie czy chłopiec karmiący ogromnego chrabąszcza, jeszcze inni odblokują słowa widząc kota w spodniach w panterkę albo uroczą Panią Misiową zbierającą truskawki. Albo samochód królika stojącego w korku. Zaczną się porównania, zachwyty, niedowierzania. Zaraz za nimi zaczną się sypać opowieści. Może najpierw nieśmiałe i nieco zagubione, ale zaraz potem pełniejsze od szczegółów, rumiane przymiotnikami i wypełnione po brzegi ciągiem zdarzeń i zwrotów akcji. Połechtana obrazami wyobraźnia pracuje i bucha słowami. Wielką zaletą picturebooków jest dowolność interpretacji. Można naginać te obrazy w swoją stronę, rozciągać, dopasowywać, sztukować do swoich pasji, marzeń i wspomnień. Więc jeśli ktoś chce, to może nadać dziewczynce imię ukochanej przyjaciółki (albo swoje!), jeśli chce to ciocia może być babcią, jeśli chce, to wszystko może się dziać w jego rodzinnym mieście. Brak tu nakazów, zakazów i ograniczeń. Trzeba się tylko wyzbyć wstydu i uwierzyć w to, że ma się w sobie samym dużo opowieści. Więc hop! wskakujemy teraz na grzbiet tego wielkiego białego psa i jedziemy na nim do Krainy Bajdurzenie!