Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

niedziela, 17 czerwca 2018

520. TYDZIEŃ Z DWOMA SIOSTRAMI: MADE IN CHINA


IZABELLA KALUTA
„MAN ZOU. CHINY DLA DOCIEKLIWYCH”
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁ: JACEK AMBROŻEWSKI

Na moje oko 80% rzeczy wokół nas jest „Made in China”. To, w co się ubieramy, to na czym jemy, to w czym nosimy zakupy, to, czym piszemy, to, w czym śpimy na biwakach. Magiczne „Made in China” jest wszędzie. To jak logo, jak znak towarowy, jak tatuaż. Te słowa traktujemy już właściwie jak obraz (no bo kto to czyta, skoro widać na pierwszy rzut oka, o co chodzi). Ale co to właściwie znaczy? Co to są Chiny? Kim są Chińczycy?
Chiny są ogromne! Sąsiadują z 14 krajami. A statystycznie co piąty człowiek na świecie to Chińczyk. A mimo to jest to dla nas wciąż kraj-zagadka. Mamy o nim jakieś wyobrażenie (hasła, które rodzą nam się w głowie, gdy myślimy o Chinach to pewnie ryż, pałeczki i słomkowe nakrycia głowy, ewentualnie smoki, tofu i pismo obrazkowe).
A co, jeśli jesteśmy dociekliwi? Jeśli to nam nie wystarcza i chcemy wiedzieć więcej o tym fascynującym narodzie i jego miejscu zamieszkania?
Odpowiedzią jest podróż. Są wakacje, można spakować walizki, udać się na lotnisko i polecieć bezpośrednim lotem z Polski do Chin (z Warszawy do Pekinu niecałe 9 godzin, choć gdybym miała bez zastanowienia powiedzieć, jak bym obstawiała, to stwierdziłabym, że jakieś 3 dni…). Ale jeśli ktoś ma już zaplanowane wakacje na Mazurach albo na Kaszubach, to nie ma problemu – jest pewien środek lokomocji, który przenosi w to miejsce w jedną chwilę – to książka Izabelli Kaluty.
Książki podróżnicze nie są moim ulubionym rodzajem literatury, ale „Man Zou” po prostu mnie zaczarowało! To niesamowite, jak jeden człowiek może różnić się od drugiego! Jak inne mieć podejście do życia, wrażliwość kubków smakowych, rozrywki, pasje, sporty i sposób spędzania wolnego czasu! Kaluta doskonale pokazuje to w swoje książce. Jest zafascynowana Chinami, odwiedziła ten kraj już 15 razy, a wciąż planuje kolejne podróże w to magiczne miejsce. To widać, że podpatruje Chińczyków (tych współczesnych i tych pradawnych, z którymi może spotkać się już tylko na kartach książek). Na co dzień pracuje jako promotorka literatury dla dzieci. To też nie jest bez znaczenia. Dlaczego? Bo jej opowieść jest skontrowana w specjalny sposób – mówi do dzieci, mówi o tym, co może je zainteresować, co jest ciekawe, inne, czasem dziwaczne. No bo na przykład o co chodzi z tym pismem? Składa się z kilku tysięcy znaków i nawet sami Chińczycy nie znają ich wszystkich (muszą mieć specjalny uproszczony język pisany). Albo ze smokami? Chińczycy wierzą, że smok to symbol potęgi i powodzenia, dlatego smoki są wszechobecne – na kubkach, pałeczkach, ubraniach, mieczach, wachlarzach i na budynkach. A właśnie – budynki… Jedna z najbardziej fascynujących rzeczy, jakie przeczytałam w tej książce, to fakt, że Chińczycy projektując wysokie wieżowce, uwzględniają pośrodku budynków wielką dziurę. Po co? Dla smoków! Przecież gdy smok będzie leciał, to musi mieć którędy przelecieć, inaczej zburzyłby cały budynek! A co ze świętami? Są barwne, pełne kolorów, muzyki, śpiewu, występów. Jedno z nich podoba mi się najbardziej – Święto Środka Jesieni. To dzień „piętnastego dnia ósmego miesiąca księżycowego”. Wtedy Chińczycy podróżują po całym kraju, przemierzają czasem setki kilometrów. Po co? „By wspólnie z najbliższymi pogapić się na księżyc w pełni, jedząc przy tym słodkie owoce i księżycowe ciasteczka” [s.63] . Czyż to nie piękne święto? Nie będę zdradzać, skąd się wzięło – to raczej smutna historia, ale Chińczycy pięknie przekuli ją na pretekst do wspólnego spędzenia czasu, do docenienia swoich bliskich, także tych, z którymi na co dzień nie są na wyciągnięcie ręki. O czym jeszcze jest ta książka? O latawcach. O karate. O medycynie (Chińczycy bardzo o siebie dbają, a medycyna chińska patrzy na człowieka holistycznie – jeśli boli Cię głowa, to lekarz medycyny chińskiej nie przepisze tabletek, ale będzie starał się dociec, dlaczego tak jest. Być może za mało śpisz, albo jesz produkty, które Ci nie służą. A może za dużo oglądasz telewizji, a za mało spacerujesz?). O pandach (no kto pominąłby pandy, pisząc o Chinach? Chińczycy uważają je za swój skarb narodowy). O pekińczykach (kojarzycie to małe śmieszne psy? To jedna z najstarszych psich ras. Wierzono, że potrafi wyczuć demony i zamienić się w lwa, żeby bronić swojego właściciela przed nimi). O Wielkim Murze. O grze „Chińczyk” (tak naprawdę nazywa się „Człowieku, nie irytuj się!”). No i o...kuchni. Temat rzeka! Chińczycy uwielbiają jeść, ucztować i przyjmować gości. Podobno na powitanie pytają „Jadłeś już?” - bo jest to jedna z najważniejszych dla nich rzeczy. Jedzą zupełnie inaczej niż Polacy (niż Europejczycy w ogóle). A przy jedzeniu mlaskają, siorbią i twierdzą, że jest to wyraz uznania dla kucharza. Jedzą makarony, pierożki z różnymi nadzieniami (często gotowane na parze w specjalnym naczyniu bambusowym), mięso (kaczka po pekińsku!), ale też stuletnie jaja i włochate tofu. No właśnie, dziękuję Chińczykom za tofu, które podobno powstało przez przypadek. No i herbata… Herbata, herbata, herbata. Miłość Chińczyków i innych narodów świata. A co z tymi pałeczkami? Ze zdziwieniem przeczytałam, że podobno są to najpopularniejsze sztućce na świecie! I to Azjaci dziwią się, dlaczego nie wszyscy jedzą pałeczkami. Oni pałeczkami jedzą nawet zupę (sic!). „Używanie pałeczek angażuje ponad 30 ścięgien i 50 mięśni palców, nadgarstka, ramienia i ręki, o setkach nerwów nie wspominając. A ponieważ mózg człowieka znacznie intensywniej reaguje na ruchy rąk niż innych części ciała, jedzenie pałeczkami pobudza go i sprzyja wzrostowi inteligencji.” [s.79]
Więc proponuję podróż do Chin. Może być samotna. Ale sugeruję zabrać kogoś ze sobą, bo można dzielić się zdziwieniem, zachwytem, oczarowaniem na bieżąco. Wystarczy otworzyć „Man zou” i przenieść się do Chin… Ja lecę kolejny już raz...













piątek, 15 czerwca 2018

519. TYDZIEŃ Z DWOMA SIOSTRAMI: MINI/MAXI


Po co w ogóle są picturebooki? Takie to jakieś nie-wiadomo-co. Niby książki, a tekstu mało, niby jest co czytać, a kończy się w pięć minut, niby przeczytało się książkę, a nie ma satysfakcji.
To wciąż bardzo popularne podejście do picturebooków, które, na szczęście, powolutku, pomalutku, po cichutku się zmienia. Społeczeństwo uczy się, że nie wszystko trzeba powiedzieć, że czasami obraz robi połowę (trzy czwarte!) roboty, że ilustracja ma takie same znaczenie, jak literki i że bardzo ważne jest to, co w książkach dla dzieci jest narysowane (a nie tylko napisane).
A czasami jest narysowane i napisane pięknie, mądrze i o istotnych sprawach.
Na przykład o miłości. Albo o wolności.

TARO MIURA
„MALEŃKI KRÓL”
SERIA POLECONE Z ZAGRANICY
(TŁ. ANNA ZALEWSKA)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁ AUTOR

O miłości jest „Maleńki król”. Kim jest maleńki król? Właściwie nic nie trzeba dodawać – królem. I to maleńkim. Takim, że jak się przyłoży do niego dłoń dorosłego, to wystaje ponad nią tylko trochę. Takim maciupeńkim, że właściwie aż dziw bierze, że jest królem. I że ma takie ogromny zamek. Że rządzi ogromną armią żołnierzy. Że przygotowują dla niego tak ogromne posiłki. Że jego rumak jest tak ogromny. Że ma taką wielką fontannę w łazience (zamiast wanny) i że jego łóżko jest takie szerokie. Tak szerokie, że nocami w nim leży i się smuci. Bo nie może zasnąć. Może za wielkie, za ogromne ma myśli, jak na małą, maleńką głowę królewską? Czego potrzebuje król, który ma właściwie wszystko? I ma tego dużo, w największych możliwych ilościach? Ma ogrom, choć sam jest maleńki? Nie powiem wiele, bo nie chcę zdradzić tego, czego nie powinnam, ale powtórzę tylko jedno – ta książka jest o miłości! Jest wzruszająca! Na kilkunastu stronach, które przyleciały do nas zza granicy pocztą lotniczą (doskonała seria Dwóch Sióstr) jest o miłości dosłownie wszystko! O tym, że leczy, że bawi, że łagodzi obyczaje, że nie zna granic, że jest największą radością na świecie, że gdy nas wypełnia, to sprawia, iż każdego wieczora kładziemy się w łóżku i po prostu smacznie zasypiamy. I jest nam dobrze. A te ilustracje!!! Taro Miura, japoński autor książek obrazkowych, jest nie do podrobienia! Jeśli go nie znacie, to po lekturze „Maleńkiego króla” rozpoznacie każdą jego książkę bezbłędnie! Lubuje się w geometrii, soczystych kolorach, prostocie i jednocześnie w bogactwie szczegółów. Wyczytałam, że tworzy także ilustrację prasową i grafikę reklamową i gdzieś tam w środku tych jego prac to widać, to czuć. Przekazuje sedno, więc jest idealnym twórcą książek obrazkowych dla najmłodszych.








ISABEL MINHÓS MARTINS
PRZEJŚCIA NIE MA!”
(TŁ. TOMASZ PINDEL)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁ BERNARDO P. CARVALHO

A o wolności to jest książka „Przejścia nie ma”.
Ta książka zaskoczyła mnie zupełnie. Nie podoba mi się kreska Bernardo P. Carvalho, choć bardzo, bardzo ją doceniam. Doceniam jego zabawę rysowaniem, doceniam zmienność stylów, które są tu widoczne (jak inaczej wygląda Króliczek Luis, jak Isabel, a jak Rży-Petarda czy Grunf), doceniam przede wszystkim symbolikę jego ilustracji, która w picturebookach jest bardzo ważna (jeśli nie najważniejsza!). Jeśli tak jak do mnie nie przemawia do Was taka estetyka i nie chwycicie tej książki z półki księgarnianej/bibliotecznej, przejdziecie obok niej obojętnie i pójdziecie dalej, to ja namawiam – zawróćcie! Przejścia nie ma dopóki nie weźmiecie jej do ręki i nie przeczytacie/obejrzycie od deski do deski! Genialnie pokazuje problem totalitaryzmu, siły jednostki, egocentryzmu władzy, psychologii tłumu, ale też umiłowania wolności. Co się dzieje z człowiekiem, któremu się czegoś zabrania? Jak rodzi się bunt? Jak to się dzieje, że jeden człowiek jednym rozkazem obezwładnia masę ludzi? Jak to się dzieje, że czasem budzą się z tego zaklęcia i działają? Jak to się dzieje, gdy musisz opowiedzieć się po jednej ze stron i stoisz sam naprzeciwko rozszalałej gawiedzi? Co wtedy robisz? Jak się zachowasz? Czego będziesz bronić?
To jest książka doskonała! Doskonała pod względem projektowym. Doskonałą pod względem tańca obrazu i tekstu. Choć tu obraz zdecydowanie prowadzi. Tekst jest dopowiedzeniem, doprecyzowaniem, żeby nikt na pewno nie pomylił interpretacji (i żeby łatwiej było tłumaczyć dzieciom „co autor miał na myśli”. Rodzice czasem nie radzą sobie, gdy stają przed wyzwaniem: ilustracje kontra ja. Gdzie jest tekst?). To taka trochę ściąga dla osób, które obcują z książką w sposób konserwatywny. Pomoc, dzięki której łatwiej im się po ilustracji poruszać. Ale całą robotę w tej książce robi obraz! I choć mi się nie podoba, to uważam go za genialny (ot, taki paradoks!). Nie spotkałam się chyba dotąd z takimi tematami w dziecięcych książkach. Nie przypominam sobie, żebym dyskutowała z moją Córką o ograniczaniu praw jednostki, o jednym człowieku, który na siłę chce wpływać na życie innego człowieka, o fanatyzmie władzy totalitarnej. A teraz, gdy jej podsunę ten tytuł, będę musiała. Bardzo ważna książka! Więc ponownie namawiam, jeśli minęliście półkę, na której stoi, do powrotu i zmierzenia się z tematem. Ilustrator zrobił już za was jedną trzecią roboty!








 


To jeszcze raz - po co są tak właściwie te picturebooki? No a jak opowiadać małemu Dziecku o Naprawdę Ważnych Sprawach? Dla mnie te książki to takie maxi w mini. Są krótkie, ale mocne. Są pretekstem do ważnych rozmów i dzięki tak skąpym tekstom dają pole do produkowanie własnych słów, teorii, opowieści. Do dzieła!

środa, 13 czerwca 2018

518. TYDZIEŃ Z DWOMA SIOSTRAMI – O TŁUMACZENIU SŁÓW KILKA



ANNIE M.G.SCHMIDT
„JAŚ I JANECZKA T.1”
„JAŚ I JANECZKA T.2”
„JAŚ I JANECZKA T.3”
(TŁ. MAJA PORCZYŃSKA-SZARAPA)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA FIEP WESTENDORP

Gdzieś tam, w przyszłości, w odległej galaktyce dojrzewania obecnie pięcioletniej mojej córki, wydarzy się rozmowa pomiędzy nią a jej młodszym o cztery lata kuzynem. Może nad piwem, może na biwaku, może przy choince. Przy choince najpewniej, bo podczas Świąt Bożego Narodzenia włącza się automatycznie „nostalgia”. To będzie rozmowa o ich ulubionych książkach z dzieciństwa.
Majka: A pamiętasz „Julka i Julkę”?
Franek: Nieeee… nic mi to nie mówi. Ale gdy tak wspominasz ten tytuł, to kojarzy mi się z „Jasiem i Janeczką”. To były takie przygody dwójki urwisów, sąsiadów, z takimi fantastycznymi czarno-białymi ilustracjami i…
Majka (tonem znawcy): A tak, prawda, ty jesteś młodszy, ty ich znasz pod innymi imionami. Bo wiesz, to ci sami bohaterowie…
I wspominają. Wyciągają swoje ulubione przygody („A pamiętasz, jak się w ogóle poznali? Jaś utknął w dziurze w żywopłocie, bo chciał przejść do Janeczki na skróty!”, „A jak zeżarli po całej tabliczce czekolady od sąsiadki, która dała im je w nagrodę za pomoc w rozwieszaniu prania?” „A jak Jaś się zaczepił nitką od swetra o drzewo i spruł prawie cały?” „A jak zjeżdżali ze zjeżdżalni tak, że aż Jasiowi zrobiła się dziura w spodniach?”).
No to jak to jest z tym tłumaczeniem? Dlaczego Jaś nie mógł zostać Julkiem, a Janeczka Julką? Porozmawiałam sobie trochę ze znajomym tłumaczem i to, co wyciągnęłam z tej rozmowy to konkluzja, że tłumaczenie tekstu literackiego to nie jest wklepanie kilku nieznanych słów w Google translatora. To niejako budowanie nowego tekstu. A jak się buduje tekst? Opierając się na własnym słownictwie. Skąd ono się bierze w człowieku? Skąd na języku, w głowie, w atramencie skapującym z jego pióra? Z doświadczenia! Z tego, jak mówili do niego rodzice, jakie czytał książki, czy znał poezję, czy oglądał dużo telewizji, a jak oglądał, to czy były to filmy czy raczej TV Show, z tego, jakich miał kolegów i jeszcze z tego, jaką miał/ma! pasję. Słownictwo człowieka to poniekąd on sam. Nic więc dziwnego, że każdy z tłumaczy inaczej rozumie tekst. I że chce po swojemu go opowiedzieć. Dla Mai Porczyńskiej-Szarapty oryginalne imiona Jip i Janneke bliższe były polskim Jasiowi i Janeczce.
Zresztą, czy to ważne, jak się nazywają, skoro po długiej nie-bytności i brakach towarowych na półkach, znów pojawili się w księgarniach i mogą bawić kolejne pokolenia dzieci? O ileż świat literatury dziecięcej byłby uboższy bez tej dwójki!
Swego czasu czytałam te książeczki codziennie. Nasze stare egzemplarze są wyczytane i wyświechtane, były cytowane z pamięci i leżały zawsze na nocnym stoliku, żeby łatwo było po nie sięgnąć w dzień i w nocy. I to się nie zmieniło! Gdy Majka zobaczyła nowe wydanie od razu kazała sobie czytać. Jak zwykle się zaśmiewała, jak zwykle wołała „Jeszcze! Jeszcze! Jeszcze chociaż jeden rozdział!”. A że rozdziały są krótkie, to łatwo rodzica naciągnąć na ten „jeszcze jeden”. Ale ja się nigdy specjalnie nie opieram (no może trochę, dla zasady), bo sama uwielbiam przygody tej dwójki. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że to bardzo inteligentne, twórcze, kreatywne, odważne i samodzielne dzieci. No i ciekawe świata. A to czasem prowadzi je do niebezpiecznych sytuacji (zgubili się na przykład razu pewnego w lesie… o stłuczonych kolanach, kłótniach i guzach na czole nawet nie wspomnę…). Tu chciałam pochwalić rodziców. Ich mądrość i spokój. Ich poszanowanie dziecięcej przestrzeni. Oczywiście – te książki były pisane bardzo dawno temu. A właściwie przygody Jasia i Janeczki ukazywały się najpierw w odcinkach w holenderskim dzienniku w latach 1952-1957. To była inna mentalność, inna świadomość, inne metody wychowawcze. Owszem, dużo mniej samochodów na ulicach (to w kontekście wycieczek, które dzieciaki urządzają sobie, idąc nawet kilka ulic dalej na samotne wędrówki). Ale też dużo większe było zaufanie rodziców do dzieci. Wierzyli, że wystarczy powiedzieć raz i dziecko to po prostu przyjmie. Inaczej być nie mogło. A jeśli nie przyjmie? Sparzy się, uderzy, potknie, zgubi, wywróci, zawiedzie, ale drugi raz nie popełni już tego samego błędu. To jego lekcja, dar, którego już nikt mu nie może odebrać. Ale żeby nie było – te dzieciaki są zwyczajne! Psotne, figlarne, lubią jeździć na rowerze, bawić się lalkami (no Jaś może nie do końca, choć robi to czasem dla Janeczki i bawi się z nią jej Lalą), lubią słodycze (lody, czekolady, jabłka i kanapki z dżemem), bajki i małe kotki i pieski. I uwielbiają sobie wyobrażać rożne rzeczy. Wiedzą, że wyobraźnia to absolutnie bezkonkurencyjna, najlepsza w świecie zabawka. A najbardziej lubią się bawić na dworze. Tam jest ich naturalne środowisko i cierpią, gdy mama nie pozwoli im z jakiegoś powodu wyjść na dwór. No i jest jeszcze jedna rzecz, którą lubią chyba najbardziej ze wszystkich – siebie nawzajem!
Drugi powód, dla którego tak cenię tę serię, są ilustracje. Jako, że początkowo były drukowane w gazecie, w dzienniku, nie mogły być kolorowe. Są więc czarno-białe, ale są doskonałe! Ta trudność, narzucona ilustratorce sprawiła, że wymyśliła doskonałych wizualnie bohaterów! Dla mnie to małe mistrzostwo i Fiep Westendorp powinna dostać za to medal (dostała holenderską Nagrodę Złotego Pędzla, nawet za całokształt twórczości, a to był Pędzel stworzony specjalnie dla niej! No i jeszcze pomnik Jasia i Janeczki, który stoi w Zaltbommel). No jak pokazać na tej czarno-białej plamie, która wyobraża dziecięcą buzię, emocje? A tu są! Uśmiech, zaciekawienie, zawstydzenie, przestrach. No wszystko, jak na dłoni (na twarzy!).
Jak to dobrze, że Janeczka wprowadziła się właśnie do tego domu obok Jasia! Inaczej nie byłoby tych uroczych i bezpretensjonalnych książeczek! Mają w sobie jakiś czar, bo mimo że nie opowiadają o przygodach superbohaterów, nie ma tu fajerwerków i czarów, mimo że jest tu po prostu codzienność dwójki pięciolatków, to przykuwają uwagę i po protu nie można odłożyć tych książek na półkę, bez dowiedzenia się „co jeszcze wykombinuje ta dwójka?”.













A na stronie Wydawnictwa zobaczyłam właśnie zapowiedź wersji audio w interpretacji Jarosława Boberka – to będzie COŚ. Czuję, że będą się te płyty obracać w odtwarzaczu non stop. Czekam!!!

poniedziałek, 11 czerwca 2018

517.TARAS U WUJKA


KELSEY OSEID
„CO WIDZIMY W GWIAZDACH. ILUSTROWANY PRZEWDONIK PO NOCNYM NIEBIE”
(TŁ. MAGDALENA KOROBKIEWICZ)
NASZA KSIĘGARANIA, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA AUTORKA

„Przyjdźcie pooglądać gwiazdy” - mówi Wujek Majki. Siedzimy na wielkim tarasie, trochę z dala od ulicznych latarni i wielkich świetlnych reklam, choć nadal w środku miasta i po prostu patrzymy. Tam w górze dzieje się cud. Nie znamy nazw konstelacji, choć potrafimy wskazać Wielki Wóz. Czujemy się, jakbyśmy brali udział w jakimś wielkim, olśniewającym spektaklu, choć nie kupiliśmy biletów. Po prostu unieśliśmy w górę głowy.
Od tego zaczyna się chęć poznania. Bo co to w ogóle są gwiazdy? Bo dlaczego Księżyc raz jest wielki a raz malutki? Czy Słońce świeci też w nocy tak, jak Księżyc za dnia? Czy na Drogę Mleczną naprawdę wylało się mleko?
Na te wszystkie pytania (a także na takie: „Jak wygląda nasz 'kosmiczny adres'?”, „Jaka jest najjaśniejsza gwiazda konstelacji 'Wilk'?”, „Skąd się biorą nazwy gwiazd?”, „Dlaczego mgławice są nazywane gwiezdnymi żłobkami?”, „Jaką średnicę ma Jowisz?”, „Co to są lunar maria?”) odpowiedzi są tu, w „Ilustrowanym przewodniku po nocnym niebie”.
Nigdy nie byłam wielką fanką astronomii, nie marzyłam (i nie marzę!) o locie w Kosmos, nie uczyłam się nazw gwiazd na pamięć, nie miałam nigdy teleskopu i nie byłam ciekawa, czy meteoryt mogę znaleźć tak po prostu, gdy będę szła po bułki do sklepu. Podziwiam oczywiście piękno nieba, bo nie sposób się nim nie zachwycać, ale nie chciałam nigdy badać nieba. Ale tę książkę przeczytałam (i obejrzałam!) z zapartym tchem. Autorka jest chyba w niebo nie tylko wpatrzona, ale zakochana w nim po uszy! Inaczej nie byłoby jej natchnieniem. A ja odnalazłam w tej książce czystą poezję! Oczywiście to wszystko są fakty, liczby, wyniki badań, ale Oseid mówi, że „wiadomości z gwiazd od dawna zajmują ważne miejsce w naszej kulturze”. I w tych gwiazdach te kulturę znajduje. Znajduje historię ludzkości, chociażby w nazewnictwie. Majka oglądając tę książkę pyta mnie - „Co?! Te dwie gwiazdy i kreska pomiędzy nimi mają być liskiem? To wcale nie przypomina liska!”. A ja wyobrażam sobie, że może ten, kto nazwał ten gwiazdozbiór dzień wcześniej po raz pierwszy w swoim życiu widział lisa. I zapisał to na niebie – tak po prostu, na pamiątkę. Może w jego głowie powstawała właśnie jakaś pierwotna wersja „Małego Księcia”? Duża część gwiazd została nazwana przez Ptolemeusza, starożytnego astronoma, a on, szukając odpowiednich nazw, sięgał po motywy z mitologii greckiej, która była dla niego bardzo ważna, tak samo, jak dla ludzi mu współczesnych (nazywał gwiazdy dla ludu, więc musiał posługiwać się językiem, motywami, które są im znane, drogie, ważne dla nich). Stąd na przykład Andromeda (jeden z najbardziej oddalonych od Ziemi obiektów widzianych gołym okiem), Okręt Agro (okręt, którym w greckim micie pływał Jazon wraz z Argonautami), Wielki Pies (utożsamiany z mitycznym Lelapsem, który potrafił dogonić każde zwierzę) czy Hydra (to największy gwiazdozbiór na naszym nocnym niebie). Bardzo ciekawe jest to, że na przestrzeni stuleci gwiazdozbiory były nazywane w różny sposób – każdy mógł stworzyć swoją mapę nieba. Dopiero w 1930 roku zapadła decyzja o ujednoliceniu nazewnictwa. Międzynarodowa Unia Astronomiczna opublikowała mapę nieba, która jest używana do dziś (a na tej mapie ponad połowa z gwiazdozbiorów została ustalona przez Ptolemeusza w II w.n.e.!)
Co jeszcze można znaleźć w tej książce? Drogę mleczną, Księżyc, Słońce, planety, komety, meteory, planetoidy, Program Voyager, mgławice… Całe niebo, które zachwyca w rzeczywistości i zachwyca w tej książce. Jestem urzeczona także fantastycznymi ilustracjami Oseid! Niewiele tu kolorów (zupełnie tak, jak nocnym niebie!), a wiele magii! I ta okładka, na którą nie mogę się napatrzyć! Polecam zabrać tę książkę ze sobą na łąkę za miastem, na plażę, na jakąś górkę w środku miasta lub na taras do wujka, taki taras, z którego doskonale widać gwiazdy. Najpierw, póki światło jeszcze na to pozwala, czytać, czytać, oglądać, czytać, poznawać, dowiadywać się, czytać. A potem, gdy stopniowo będzie zapadał mrok, wchodzić w ten inny wymiar, szukać na niebie gwiazdozbioru swojego znaku zodiaku, starać się wypatrzeć Drogę Mleczną i debatować nad tym, czy gdzieś tam, ktoś tak samo obserwuje nas…?
W książce Oseid nie do końca jest odpowiedź na pytanie: „Czy jest tam ktoś?”, ale tyle wiedzy ile wynosimy z tej książki wystarczy, by patrzeć na niebo i poczuć chęć, by sprawdzić to samemu. A, jak mówi Autorka, warto próbować.