Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

wtorek, 12 grudnia 2017

469. ŚWIĘTA! CZAS NA PREZENTY CZYLI SKŁADAM ZAŻALENIE

KIMBERLY BRUBAKER BRADLEY
„WOJNA, KTÓRA OCALIŁA MI ŻYCIE”
(TŁ. MARTA BRĘGIEL-PANT)
ENTLICZEK, WARSZAWA 2017

Uprzejmie donoszę, że Kimberly Brubaker Bradley jest winna zalania podłogi w pociągu, łysienia plackowatego oraz utraty około 6 godzin z normowanego czasu pracy (które musiałam odrobić w nadgodzinach), a także narażenia na szwank mojej reputacji oraz poprawnych i przyjacielskich stosunków międzyludzkich.
Ta kobieta bezwstydnie napisała doskonałą, wciągającą książkę, która sprawiła, że:
a) poryczałam się w pociągu, którym jechałam do pracy (siódma rano, tłok, ścisk i wszyscy się na mnie gapią!). I to nie raz, oj, nie raz…
b) wyrwałam sobie z głowy chyba tysiąc włosów – w kępkach, po kilkanaście, bezwiednie…
c) po całonocnym czytaniu przyszłam spóźniona (zaspałam!) do pracy i nie mogłam myśleć o niczym innym tylko o Adzie i jej braciszku…
d) podczas czytania „Wojny, która ocaliła mi życie” funkcjonowałam w dwóch światach jednocześnie – tym fikcyjnym i tym rzeczywistym, przy czym w tym rzeczywistym jakby mniej. Nie jeden raz zdarzyło się, że ktoś mnie o coś pytał, a ja patrzyłam na niego z otwartymi ustami, nie wiedząc, co do mnie mówi! Nie potrafiłam odpowiadać na najprostsze pytania i moi interlokutorzy podejrzewali, że piąta klepka wypadła mi z głowy i potoczyła się po chodniku, a potem wpadła do studzienki ściekowej. I już nie wróci… Przyjaciele przestali się do mnie odzywać, bo nie umiałam mówić o niczym innym, tylko o fabule książki. I co jakiś czas wstrząsał mną niekontrolowany dreszcz, gdy pomyślałam sobie o tym, jak bardzo można skrzywdzić dziecko… O! Nadal to mam! Wciąż jeszcze!
Gdyby stanąć zupełnie obok, zdystansować się i strząsnąć z końcówek włosów i z opuszków palców uczucia, to można stwierdzić, że Kimberly Brubaker Bradley napisała książkę z zamierzeniem. Ona chciała, żeby ludzkie światy zachwiały się w posadach, może nawet teraz siedzi sobie, obserwuje te katastrofy i śmieje się cichutko. Bo to książka nastawiona na wymierzenie siarczystego policzka. Na łzy i smarki. Na gorączkowe szukanie chusteczek.
Dziesięcioletnia Ada mieszka z mamą i bratem w Londynie. Ojca nie ma. Już nie do końca wierzy się w to, że był kiedykolwiek. Ot, cień to jakiś zaledwie. Dni być może dobrych – lepszych na pewno. Bo gorsze już być nie mogą… Ada przez dziesięć lat swojego życia nigdy nie wyszła z domu. Zna świat pomiędzy łóżkiem a szafą, podłogą a sufitem. I ten, który obramowany okiennicą – na wyciągnięcie ręki, ale niedostępny. Ada ma bowiem niesprawną stopę. Wykręconą w drugą stronę, niezdolną do normalnego chodu. Po małym pokoju porusza się na czworaka. Powietrze, deszcz, wiatr nigdy nie dotknęły jej skóry. Nie rozmawiała nigdy z nikim innym niż jej brat czy mama. Mówi czasem coś do dzieci, które przechodzą pod oknami, macha do nich radośnie, ale są tak daleko, że nie wiadomo, czy do ich uszu dochodzi głos Ady. Dlaczego Ada nie chce wyjść z mieszkania? Dlaczego nie chce spróbować chodzić? Ada o niczym innym nie marzy! Ale jej mama zabrania. „Co ludzie powiedzą?! Mam chorą, głupią córkę! To twoja wina, że jesteś kaleką!”. Często Ada spędza noc w szafce pod zlewem, skulona, dopasowana do jej wnętrza jak do łona, w śmierdzącym zaduchu – to jej kara, kara za to, że jest niezdarna, głupia, nie dość dobra, inna niż wszyscy, nieidelan, kaleka! To jej kara za to, że jest! Często też na jej głowę, dłonie, plecy spadają uderzenia – to też kara, za te same przewinienia. Gdyby nie Jamie, śliczny, mądry, kochany młodszy braciszek, Ada chyba już by nie istniała. Ale kocha go ponad życie. To dla niego w tajemnicy przed mamą, zaczyna naukę chodzenia. Ciężko stawać po raz pierwszy na dwóch nogach. Krew cieknie, zęby zaciśnięte… Ale Ada jest zdeterminowana. A gdy słyszy pewnego dnia, że zaczęła się wojna, że na Londyn mają spadać bomby, że wszystkie dzieci mogą wyjechać na wieś i tam przeczekać bombardowania, nie zastanawia się długo. Kradnie swojej matce buty, bierze Jamiego i idzie, po raz pierwszy idzie – wsiadają do pociągu i jadą na wieś, gdzie czeka ich inne życie. Wojna to najlepsze, co mogło się Adzie przydarzyć. Wojna zaprowadziła ją do Susan Smith, starej panny, która nigdy nie miała dzieci, która mieszka w wielkim domu, jest bogata, ma kucyka i tak bardzo, bardzo opiera się temu, żeby w jej domu zamieszkało dwoje dzieci.
Ckliwa, uderzająca w emocje, przewidywalna (oczywiście tylko w ogólnym zarysie), oczywista, łzawa i patetyczna. Tylko dlaczego nie mogę się od niej oderwać? Tylko dlaczego łez nie mogę powstrzymać i uciekają mi spomiędzy palców, niezdolna jestem do łapania ich i wtłaczania z powrotem do oczu? Tylko dlaczego wywołuje we mnie tyle przemyśleń, tyle zastanowień, tyle konstatacji? Tylko dlaczego tak mocno ściskam rękę mojej Córki, gdy myślę o tym, jak wiele zła mogą uczynić rodzice dzieciom? Tylko dlaczego podziwiam postać Susan, która musi rozpruć swoje życie i z podszewki wyciągnąć uczucia, których nie używała od tak dawna?
Bo to jest po prostu dobra książka! Najzwyczajniej w świecie, dobra książka!

Niniejszym uprasza się więc o to, by książkę Kimberly Brubaker Bradley „Wojna, która ocaliła mi życie” poznali wszyscy, powtarzam, wszyscy!, czyli młodzi, starzy, kobiety z dziećmi na rękach, mężczyźni w kapeluszach, chłopcy w zbyt krótkich spodniach i dziewczyny z długimi paznokciami. Bo dzięki temu wszyscy zrozumieją fenomen tej książki, szefowie z wyrozumiałością pokiwają głowami nad spóźniającym się do pracy pracownikiem, który w ręku trzymał będzie książkę tej autorki, gdy ktoś się wzdrygnie w sposób niekontrolowany bądź będzie patrzył na swojego rozmówcę bez inteligencji w oczach, nie będzie to postrzegane jako coś dziwnego, śmiesznego, głupiego, zadziwiającego. Wystarczy wtedy powiedzieć „Czytam 'Wojnę, która ocaliła mi życie'” - i wszystko będzie jasne. A wody z potoków łez, można używać do mycia wagonów, a wyrwanych włosów do wypychania poduszek...



468. ŚWIĘTA! PO RAZ PIERWSZY CZYLI OSZUKIWAŁAM

ULF NILSSON
„HURRA, SĄ ŚWIĘTA!”
(TŁ. MARTA WALLIN)
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2017
ILUSTROWAŁA EMMA ADBÅGE

Pamiętam kalendarze z czekoladkami. Nie kojarzę, żebyśmy nazywali je adwentowymi. Ale doskonale pamiętam smak kiepskiej czekolady i obietnicę, jaką składałam sama sobie każdego roku – wytrzymam! Nigdy mi się nie udało… Zawsze zajrzałam w dwudzieste czwarte okienko…. To nawet nie chodziło o to, żeby zjeść czekoladkę, ale żeby zobaczyć, jaki kształt kryje się w każdym kolejnym okienku. Gdy tajemnica została rozwiązana, często zapominałam nawet poczęstować się słodyczem. But, choinka, aniołek, sanki, Mikołaj, gwiazdka… wszystko wiruje mi teraz przed oczami… Nic się nie zmieniło… Dalej nie potrafię cierpliwie czekać…
Zaczęło się od „Wierzcie w Mikołaja”, potem był „Prezent dla Cebulki” i „Święta dzieci z dachów”. Teraz jest opowieść „Hurra, są święta!”.
To historia Prosiaka Rufusa, który ucieka z farmy. Pewien stary knur przestrzegał go przed Świętami – są niebezpieczne dla świń! Uciekaj! I Rufus tak właśnie zrobił… Teraz został sam. Jest trochę szczęśliwy, bo jest wolny (i żywy!) i trochę podekscytowany, bo jest wolny, i trochę przestraszony, bo jest wolny i trochę samotny, bo wolny oznacza daleko od domu. Jedynego domu, jaki do tej pory znał. Z gospodarzem, który go karmił, z jego dziećmi, które nadały mu imię i uczyły go czytać i z wygodnym legowiskiem. Teraz jest wolny, ale bez dachu nad głową, i z brzuchem burczącym z głodu, i z nogami trochę zmęczonymi szalonym biegiem, i z sercem, pełnym niepokoju i tęsknoty. Dość szybko na swojej drodze spotyka kotkę – ustalają, że nazywa się Kici Kici, skoro właśnie na takie dźwięki reagowała do tej pory. Kotka prowadzi Rufusa do opuszczonego domu w środku lasu – to tam mają zamieszkać – skoro dom jest niczyj, to dlaczego nie miałby być właśnie ich? Szybko dochodzą do porozumienia z dwoma myszami, które, jak się okazuje, już mieszkają w tym budynku. Dla wszystkich starczy miejsca. Jest 6 grudnia. A cała czwórka budzi się głodna. I „bezpańska”. Czy może być lepszy sposób na oswojenie nowego miejsca, nowej sytuacji, nowego życia, niż urządzenie Świąt? Ale takich dobrych, pięknych, „bez chrobotania” i zjadania się nawzajem? Nie może! Dlatego zwierzaki stawiają sobie za cel odczarować te straszne i złe Święta i urządzić je po swojemu, po zwierzęcemu – w miłości, przyjaźni, zgodzie i pokoju. Zbierają strzępki informacji, które każdy z nich posiada (jakaś choinka, dobre jedzenie, czysty dom, czerwony obrus, cztery świecie i… Dzieciątko) i przystępują do działania – do Świąt pozostało już przecież tak niewiele czasu…
To nie są Święta z barszczem, srebrnymi sztućcami i z włosami zakręconymi na lokówkę. Ale śmiem twierdzić, że to książka o istocie Świąt! „Razem potrafili wiele zdziałać. Tam, gdzie jedno z nich było za grube, a inni za mali, ktoś trzeci dawał sobie znakomicie radę.” [s.46]. Czyż nie o to właśnie chodzi? O wspólnotę, o współpracę, o uśmiech, który chce się wywołać na twarzy bliskich, o miłość i przyjaźń. Nie o konwenanse, wzdęty brzuch i umiejętność zaśpiewania wszystkich zwrotek popularnych kolęd. Chodzi o „razem” - niekoniecznie o „najlepiej”. A może o „najlepiej” tylko, że o „najlepiej, jak umiemy”.
Powiem od razu - oj, niekonwencjonalna to książka, rzekłabym nawet, że szalona! Z brzydkimi rysunkami (nie podobają mi się, tym razem ilustratorka mnie nie zachwyciła, ale w miarę czytania nabieram do nich coraz większej sympatii), z dziwnymi bohaterami – tłusty Prosiak, który czasem przebiera się w męskie ciuchy, umie czytać co nieco i ma złe skojarzenia, gdy ktoś wypowie słowo „święta”; kotka, która przesypia połowę dnia i jedną trzecią nocy i która nie potrafi przyznać się, że czegoś nie wie i tak długo będzie myśleć, aż wymyśli rozwiązanie oraz dwie myszy, które zawsze mają dwie różne teorie na każdy temat. I stary, odrapany dom, z przeciekającym dachem, którego właściciel (ten ludzki) pojechał do szpitala i najprawdopodobniej umarł i nigdy już nie wróci. Mieszanka wybuchowa, niekoniecznie świąteczna...
Więc ja szukam wymówek, usprawiedliwiam się – muszę przecież poznać treść książki, zanim przeczytam ją Dziecku! Tak postępują odpowiedzialni Rodzice! Ale kto by się na to nabrał? Ja po prostu nie mogę wytrzymać i muszę, muszę!, jak najszybciej poznać zakończenie opowieści! Muszę wiedzieć, czy czwórka dziwacznych bohaterów zrobi te Święta, czy nie, czy będą prezenty, pierniki, czerwony obrus i choinka… No i skąd wezmą Dzieciątko?
Oszukiwałam! Ale mam nadzieję, że będzie mi wybaczone. Bo przy takiej świetnej książce siłą woli mogą się wykazać jedynie Ci, którzy jeszcze nie umieją czytać!










poniedziałek, 27 listopada 2017

467. WEEKEND Z MISIAMI: NIEDZIELA

DANIEL NAPP
„ZWARIOWANE PRZYGODY PANA BRUMMA”
(TŁ. ELŻBIETA ZARYCH)
WYDAWNICTWO BONA, KRAKÓW 2017
ILUSTROWAŁ AUTOR

Majka, lat 5:
„Zwariowana przygody Pana Brumma” są o tym na przykład, że Pan Brumm wyhodował dużą dynię i nie zmieściła mu się w drzwiach. Pan Brumm to niedźwiedź. Jest zwariowany. Lubię go dlatego, że jest zwariowany. Ta książka jest śmieszna. Podobała mi się i to bardzo nawet, była fantastyczna! Mój ulubiony rozdział jest ten, kiedy dostał helikopter. Lubię Pana Brumma dlatego, że jest bardzo śmieszny. Bardzo podobały mi się ilustracje. Pan Brumm jest bardzo podobny do człowieka.

Marta, dorosły czytający „Pana Brumma”, tak, owszem, rozśmieszany przez „Pana Brumma”:
Czytam tę parę słów o Panu Brummie od mojej córki i zastanawiam się, czy coś jeszcze trzeba dodawać? No bo Pan Brumm jest niedźwiedziem. Bardziej pasuje tu jednak słowo „misiem”. Ujawnia bowiem wszystkie te cechy, które sprawiają, że ma się ochotę przytulić do niego, zakumplować z nim, wpaść do niego na kolację, pograć z nim w piłkę czy choćby pogadać przez telefon. Jest gruby, pocieszny, sympatyczny, jest raczej optymistą, a już na pewno czyni optymistę z każdego czytelnika. Hoduje złotą rybkę o wdzięcznym imieniu Kaszalot. Jak każdy miś jest łasuchem. Przyjaźni się z Borsukiem. A jego życie to pasmo zwariowanych epizodów.

A to zaprasza Borsuka na kolację na smażone ziemniaczki i tak je przyprawia, że ziemniaczki znikają z patelni, zanim kolacja się zacznie, a to zaczyna się odchudzać i boi się, czy podłoga się nie zarwie, gdy skacze na skakance, a to hoduje wielką dynię, która nie chce się zmieścić do domu i trzeba znaleźć na nią sposób… Nieskomplikowane żarty, żarciki, których nie da się zignorować – czy ktoś potrafi powstrzymać uśmiech, gdy Pan Brumm z gracją wstaje z łóżka i na deskorolce sunie do kuchni na śniadanie? Czy jest śmiałek, który podjąłby wyzwanie i przeczytał „Pana Brumma” bez jednego uniesienia kącików ust? Nie sądzę! Ci, którzy znają Pana Brumma z dłuższych nieco, pojedynczych, opowiadań, nie będą zawiedzeni. To tak, jakby wziąć jego przygody, namoczyć, wycisnąć z całych sił, strzepnąć i podać tylko to, co najistotniejsze. A najistotniejsze jest, żeby się pośmiać! O to chodzi w życiu Pana Brumma – o uśmiech na twarzy! To jak dowcipy, specjalne przygotowane pod opowiadanie. Choć, jak zwykle, wizualna strona zagadnienia, nie da się zignorować, jako integralna część procesu rozśmieszania. No a Ci, którzy się z Panem Brummem do tej pory nie poznali, na pewno nabiorą ochoty na pogłębienie znajomości, bo tego miśka nie da się nie lubić! Jest istotą misiowatości!  







niedziela, 26 listopada 2017

466.WEEKEND Z MISIAMI: SOBOTA

RYSUNKI PIOTR NOWACKI
SCENARIUSZ MACIEJ JASIŃSKI
KOLORY TOMASZ KACZKOWSKI
„MIŚ ZBYŚ NA TROPIE. SKARB KAPITANA CZARNOFUTRZASTEGO”
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2017
SERIA KRÓTKIE GATKI

Jeden z ulubionych współczesnych misiów powraca w czwartym tomie!
Była już zwyczajna sprawa, na zwyczajnym terenie, ot, w ulu, z którego ktoś kradnie miód. Był już Dziki Zachód i legendarna figurka Złotego Sokoła. Był już nawet Kosmos i znikające żarówki… Teraz czas na kolejny motyw – znany, wyeksploatowany, taki, o którym zawsze myśli się – „nie wyciśniemy już więcej!”. Piraci! A więc wiadomo: mapa skarbów, czaszki ze skrzyżowanymi piszczelami, przepaska na oku, okręt piracki i piękna dziewczyna! No i oczywiście sam skarb – złoto, klejnoty, monety i inne kosztowności, koniecznie w charakterystycznej skrzyni. No i zupełnie obowiązkowo i bez dyskusji musi być drewniana noga! W innym wypadku komiks o piratach się nie liczy! Nie inaczej jest więc w przypadku Misia Zbysia – stałe motywy przewijają się w dymkach i na obrazkach. Ale ani trochę nie jest nudno!
Oto nasza dwójka bohaterów pracuje nad zagadką fali upałów, która nawiedziła miasto. Siedzą sobie nad wodą, zastanawiając się nad możliwymi tropami, gdy wtem słyszą wołanie o pomoc! Okazuje się, że to Lupa, córka kapitana Czarnofutrzastego. Zbyś i Mruk uratowali ją przed porwaniem. A kilku łasych na bogactwo osobników z chęcią porwałoby Lupę, a jeszcze lepiej mapę, którą dostała od ojca przed jego śmiercią – mapę skarbów! Niestety, Lupa nie bardzo wie, jak odczytać mapę i dostać się do skarbu. Ale skoro Zbyś i Mruk są detektywami, to może mogłaby liczyć na ich pomoc? Oczywiście, nie ma sprawy, proszę bardzo… Dzielni miś i borsuk okrętują się na statku Lupy i ruszają po przygodę...
Dlaczego w przypadku „Misia Zbysia” komiks o piratach nie jest nudny, mdły, wtórny?
Po pierwsze dlatego, że to komiks skierowany do najmłodszego odbiorcy – i jest dokładnie dla niego przygotowany. Kolejny raz to duże komiksowe okienka, za którymi łatwo nadążyć, proste dialogi, bardzo kolorowe plansze. Dzięki temu, że to komiks przystosowany dla „maluchów”, nie mają problemu z nadążaniem za akcją. Do tego, ponownie jak zwykle, jest wyszukiwanka. I kilka żarcików sytuacyjno-słownych. I nawet element dydaktyczny – numer 112 pod który Zbyś radzi zadzwonić Mrukowi kiedy to…
A właśnie… kto rozwiązał zagadkę przed Mrukiem i Zbysiem, no kto? Kto wiedział, że największym złoczyńcą jest…? Że taki fortel, taki suspens, takie rozwiązanie zagadki? No ja nie wiedziałam… Że niby dla najmłodszych? Że niby jak się czyta dużo kryminałów to zna się już te wszystkie schematy, mechanizmy i nic nie jest w stanie cię zaskoczyć? No czytuje się tego troszeczkę, ale do głowy mi nie przyszło, że tak to się wszystko skończy! Jak może być nudno, gdy się wymyśla takie zaskakujące zakończenia?

No a po trzecie nie ma prawa być nudno dlatego, że to Miś Zbyś i Detektyw Mruk. Myślę sobie, że są już na tyle sławni, na tyle rozpoznawalni i na tyle kochani przez czytelników (nie tylko tych poniżej osiemnastego roku życia), że obojętnie o czym będzie następny komiks (a jest chyba jakaś delikatna podpowiedź w tekście, czym dwójka detektywów mogłaby ewentualnie zająć się w niedalekiej przyszłości...), obojętnie jak narysowany i pokolorowany, to się przyjmie. Inna sprawa, że nie wierzę, aby Zbyś i Mruk (a wraz z nimi Piotr, Maciej i Tomasz) mogli zawieść oczekiwania – to zbyt solidna firma (pracują nawet na urlopie, jeśli trzeba!), żeby zawodzić kogokolwiek w czymkolwiek. Tym Panom to ja ufam bezgranicznie!  






wtorek, 21 listopada 2017

456. CO NAJBARDZIEJ LUBISZ W KOMIKSACH O MAMIE MU I PANU WRONIE?

JUJJA WIESLANDER
„MAMA MU NA WYCIECZE I INNE KOMIKSY”
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2017
ILUSTROWAŁ SVEN NORDQVIST
KOMIKS NARYSOWAŁA MICAELA FAVILLA, A POKOLOROWAŁA ELIN FAHLSTED

Gdyby ktoś wyszedł na ulicę z wielkim magnetofonem, mikrofonem przypiętym do tego magnetofonu długim przewodem i zadał losowo wybranym przechodniom pytanie: „Za co lubisz serię 'Mama Mu'?” to gwarantuję, że na pierwsze miejsce wysuwałaby się jedna odpowiedź: „Za ilustracje”. Oczywiście dalej byłoby, że za „pióropleksję”, że za uroczego w swej ciągłej irytacji i niezadowoleniu Pana Wronę, za wolność, równość i braterstwo – idee, jakim Mama Mu hołduje całym swoim, dość ciężkim, jestestwem, za humor oczywiście, bo przecież uśmiech Mamy Mu jest jak namalowany markerem permanentnym, za pomysłowość – autora i krowy, za to, że jak się czyta te książki na głos, to co chwilę z otworu gębowego wydobywa się przeciągłe „muuuuuu...”… No co tu dużo mówić – powodów jest wiele, a nawet więcej. I choć Mama Mu w dawkach hurtowych nie trawi się tak dobrze, jak powinna i trzeba ją przyjmować raczej ściśle według zaleceń lekarza, to miłość moja do tej zwariowanej krowy jest wielka. Oczywiście latorośli nie przeszkadza schemat, opozycyjne względem siebie charaktery głównych bohaterów (na czym opiera się zawsze pomysł i komizm tych książek) i mogłaby przyjmować „Mamę Mu” jak chleb z serem – bez ograniczeń!
Nie mniej jednak wracam do meritum – siłą „Mamy Mu” oprócz wybujałej fantazji, chwytnego ogona i tych dłuuuugich rzęs, są ilustracje! A w jakiej formie literackiej jest najwięcej ilustracji?
W komiksie!
I tak oto – jest! Komiks o Mamie Mu i Panu Wronie! Oklaski, zachwyt, ekstaza! Dość powiedzieć, że bez mrugnięcia okiem odczytałam wszystkie cztery historie naraz. I nie miałam dość! Są dobre, jak zawsze! A w wersji komiksowej nawet lepsze, no bo te obrazki i skondensowana forma i ten humor jakby lotniejszy jeszcze niż zwykle. I w ogóle same „ochy!” i „achy!”.
Najpierw Mama Mu, jak zwykle radosna i pomysłowa, postanawia wybrać się na wycieczkę – wiadomo: prowiant, koszyk, kocyk, jezioro… Prowiant? To słowo wytrych, którym otwiera się Pana Wronę! A nie można by tak od razu, tu na miejscu, w stodole zjeść tego prowiantu? Nie można! Jak zje się na miejscu, to nie ma wycieczki, a Mamu Mu ma właśnie ochotę na tę wycieczkę. A do tego jest taka piękna pogoda! Czy Mama Mu i Pan Wrona dojdą do konsensusu i nad jezioro?
Potem, jak zwykle głodny, jak zwykle nie wierzący w siebie, choć udający przed światem, że jest wręcz odwrotnie, jak zwykle niepewny i jak najzwyklej w świecie naburmuszony Pan Wrona odwiedza Mamę Mu, która zachwyca się i pieje z zachwytu nad szczeniaczkami, które dopiero co się urodziły. Uwaga – tutaj fragment, który bawi każdego osobnika niepełnoletniego! Salwy śmiechu wybuchają przy stwierdzeniu Pana Wrony, że jak wszystkim szczeniakom naraz zachce się siku, to powstanie jezioro. A jakie? „Jezioro Sikowickie!” (śmiech do łez, chichot, zaśmiewanie się, czkawka od śmiania, oczy mokre od „śmiesznych” łez...kurtyna, możemy czytać dalej). A dalej to ważne, bo Pan Wrona się przekonuje, że są na tym świecie istoty, które darzą go pozytywnymi uczuciami...
Następnie Mama Mu wymyśla sobie dyscyplinę sportu, którą będzie uprawiać – a mianowicie stanie na jednej nodze. Skoro bociany mogą, to dlaczego ona nie? Oczywiście Pan Wrona stanowczo jej to odradza i oczywiście, od słowa do słowa, okazuje się, że to wrony właśnie są najlepszymi „staczami na jednej nodze” w całym wszechświecie…
A na koniec wielkie wzruszenie, łezka, co się kręci w oku, bo Pan Wrona odsłonił swoje prawdziwe ja! Pokazał swoje wnętrze! Wygarnął Mamie Mu, że nigdy go nie odwiedza i że nawet nie wie, jak jest u niego w gnieździe! „Niech się cieszy, że nie zaglądam do jego gniazdka! Przecież by się zarwało. A może nie…?” - zastanawia się Mama Mu. A teraz krótka instrukcja: zaraz po przeczytaniu tego scenariusza, należy chwycić za telefon i zadzwonić do swojego najlepszego przyjaciela. Albo najlepiej od razu go odwiedzić! Choćby mieszkał na drzewie i choćby się było krową, co nie umie latać! Dla przyjaciół nie ma przecież rzeczy niemożliwych!

Tak samo, jak dla Mamy Mu i Pana Wrony! Ten niepowtarzalny duet umie wystąpić nawet w komiksie!  










czwartek, 16 listopada 2017

464. KLOCKÓW JESZCZE ZOSTAŁO…

- No ale czemu one są takie fajne? - pyta mnie Przyjaciółka.
Siedzimy w kawiarni, pijemy kawę, nasze córki się bawią, a my plotkujemy o… zabawkach.
- Przecież to zwyczajne klocki! - kontynuuje. - No dobra, takie z literkami, ale nadal zwyczajne…
Wsiadłam na swojego konika. Konika z klocków. Bo tak, owszem, takiego konika można sobie z tych klocków zbudować. Albo słonia. Albo co tam się chce. Mało tego, można go nawet podpisać. Bo w tym zestawie jest „ń”. I „ł” też jest. I te wszystkie inne literki, które podpierają się laskami, machają ogonami, te, którym coś wyrosło na głowie i te, na które pada deszcz i śnieg (no co poradzę, że takie właśnie mam skojarzenie z ż i ź...) - cały ten system, którym honorujemy przodków i ich mowę (tak, tak, wszystkie „dziwne” litery polszczyzny zawdzięczamy staro-cerkiewno-słowiańskiemu językowi…).

Przechodziłam w swoim życiu różne fazy. Najpierw chciałam uczyć Majkę czytać wtedy, gdy jeszcze nie umiała chodzić. Ale potem zatrzymałam się na chwilę i pomyślałam - „a co ona będzie robiła, jak inne dzieci będą się uczyły czytać? a co, jeśli ktoś jej zaproponuje inną metodę i sobie nie poradzi? a co, jeśli ja zrobię coś źle?”. Dałam spokój. Do czasu, gdy sama zaczęła pytać o litery. Rozróżniać. Drążyć. Składać. Literować. Litery ją fascynują. I tego już nie mogę zatrzymać. Mogę tylko tę fascynację pielęgnować. Na przykład podsuwając Likocki…

No fakt, no niby zwykłe są… Drewniane klocki z literami. Nic wielkiego. Ale… Ja jestem nimi oczarowana z kilku bardzo ważnych powodów.
1. to klocki z literami! Nie z atrapą liter, nie z czymś, co litery jedynie udaje. To prawdziwe, wyraźne, porządne litery. Wszystko czytelne i bez domysłów.
2. to klocki niezniszczalne. Nie bawimy się nimi co prawda kilka lat i nie próbowałyśmy jeździć po nich autem, ale upadły nam parę… naście… dziesiąt… razy i nic. Istnieją nadal w swoim bycie nienaruszone! Lubię solidne zabawki. Nie cierpię, gdy coś mi się rozlatuje w rękach! I płaczu Dziecka, gdy to coś się rozpadło...
3. są polskie, nasze rodzime, zza ściany! A to taki mój patriotyzm – jeśli mogę, to wspieram „naszych”. Nie będę pisać o gospodarce, o tym, że to wraca, nie będę też udawać, że się na tym znam, ale napiszę tak zwyczajnie – ktoś mieszka w tej samej strefie czasowej i mówi tym samym językiem, jest moim sąsiadem, zrobił coś fajnego, mądrego, ładnego – więc chcę kupić to, zamiast wersji bez „ą” i „ę”…
4. mogą być personalizowane! Serio! Można, tak, jak my, napisać, że się lubi wilki i będzie pudełko z wilkami! A do tego miły Pan, obsługujący sklep, dopyta, doprecyzuje i zrobi wszystko, żeby był efekt „będzie pani zadowolona”. Profesjonalne podejście do klienta!
5. i wreszcie – last but not least - są tworzone przez ludzi z pasją! Takich zapaleńców, co mieli pomysł i zrobili wiele, by go zrealizować. Więc oddam im teraz głos, żeby przekonali Was do tych klocków – zrobią to najlepiej!

Co oznacza nazwa LIKOCKI? Skąd się wzięła?
Likocki to połączenie słów Literki i Klocki. Ale Liklocki brzmiało słabo, więc usunęliśmy 'L' i powstało "LIKOCKI"

Skąd pomysł na klocki z literkami?
Klocki z literkami to nasz pierwszy produkt, ale planujemy znacząco poszerzyć ofertę. Już się pojawiły puzzle, a niedługo będzie więcej. Jednakowoż klocki z literkami pozostaną naszym flagowym produktem. Mamy do nich osobisty sentyment. Pomysł właściwie przyszedł od kolegi. To on zaczął tę Likockową przygodę. Razem z nim zauważyliśmy, że dostępne na polskim rynku zabawki z literkami są bardzo ubogie* - nie można układać z nich wielu wyrazów a zatem nie można dziecka uczyć na nich czytać. A co najważniejsze większość z tych zabawek nie zawiera polskich literek (produkowane za granicą, zawierają tylko łaciński alfabet). Zależało nam, żeby to zmienić.

Jaką macie misję?
Likocki to efekt połączenia kilku bardzo ważnych dla nas idei.
-prawidłowy rozwój dzieci - zabawki, które służą nie tylko zabawie, ale również edukacji i rozwojowi kreatywności są najcenniejsze, a często przegrywają ze świecąco-grającymi tandetnymi bublami.
-troska o przyrodę i wynikająca z niej dezaprobata dla wszechobecnego plastiku. Musimy uczyć kolejne pokolenia, jak ważna jest ochrona środowiska.
-rozwój polskiej gospodarki i promowanie polskich produktów. Chcemy pokazać, że polskie jest dobre!
A dlaczego nasze zabawki nie są pstrokate i rozkrzyczane? Bo szanujemy dzieci. Wierzymy w ich wyobraźnię, która dodaje kolorów i zamienia najprostsze przedmioty w magiczne amulety. Dorośli tak nie potrafią, dla nich słoń musi wyglądać jak słoń, ruszać się jak słoń i trąbić jak słoń – a i tak nie będą przekonani, że jest prawdziwy. Dla dziecka słoniem może być tekturowe pudło. Dlatego unikamy jarmarcznych kolorów i głupawych obrazków. Wolimy prostą formę i nieskomplikowany, choć przemyślany projekt. Wystrzegamy się lśniących pudełek i opakowań, które cieszą oczy i nadają się tylko do wyrzucenia.

Jaki był najdziwniejszy test, któremu poddaliście LIKOCKI?
hmm... Rzucaliśmy nimi o podłogę, zgniataliśmy prasą 12 tonową, przejeżdżaliśmy samochodem po nich, opalaliśmy palnikiem (nie wiem po co:)), wrzucaliśmy je do betoniarki wypełnionej żwirem i kamyczkami i tak kręciliśmy nimi przez pół godziny.

Wymień trzy słowa, które najbardziej pasują do waszych klocków.
Klasyczne, ponadczasowe, niepowtarzalne

A ja dodam jeszcze, że są dość drogie – nie będę oszukiwać. Producenci też tego nie robią i tłumaczą na swojej stronie dlaczego Likocki nie mogą kosztować kilku złotych. Bo są trwałe, bo są polskie (a nie na przykład z Bangladeszu), bo są ręcznie robione, bo są autorskimi projektami, bo są… dużymi, grubymi kawałkami drewna! I raczej ciężko je połknąć (Likocki, czy taki test przeprowadziliście?). Więc można je dać maluchowi. Najmniejszemu maluchowi. A co! Niech sobie obraca w palcach, ślini, dziąsła sobie nimi masuje (można, bezpieczne są dla „organów leptycznych”) a przy okazji oswaja się z wielkimi, złymi literami, którymi będzie się posługiwał do końca swoich dni ;-)
I ja to kupuję! Warto wydać każdą złotówkę, którą sobie za Likocki zażyczą. (Poza tym niedługo będzie chodził Mikołaj…).





No i wisienka na torciku (drewnianym, z klocków oczywiście) – to nie są klocki z przypadkowymi literami, umieszczonymi gdziekolwiek. To są klocki, do zaprojektowania których powstał specjalny program komputerowy, który wypluł najlepsze ustawienie liter na jak najmniejszej ilości klocków. „Za pomocą jednego pełnego kompletu (30 szt. kostek) Likocków możesz ułożyć ponad 2 miliony 640 tysięcy polskich wyrazów!” Mi na przykład przyszło do głowy: WSTRZĄSAJĄCYM BĘDĄC i spokojnie, jeszcze klocków zostało!

czwartek, 9 listopada 2017

463.UŁAMKI

NATALIA OSIŃSKA
„SLASH”
AGORA, WARSZAWA 2017
ILUSTROWAŁ MARIUSZ ANDRYSZCZYK

- Skończyłam – oznajmiam przekraczając rano próg biura.
- I co? I co? - dopytuje koleżanka, którą wcześniej wprowadziłam trochę w zawiłości fabuły.
No to opowiadam. Gestykuluję. Oczy mi się świecą. Zachwalam. Zachwycam się.
- A wiesz, że połowa rodziców, gdyby wiedziała, o czym jest ta książka, to nie pozwoliłaby swoim dzieciom jej przeczytać? - mówi ona.
Gasi płomyk w moich oczach.
- No wiem… - odpowiadam zrezygnowana.
To o czym jest ta książka? Naskórkowo o dwóch chłopakach – Leonie i Tośku. Leon mieszka sam. Sam się utrzymuje. Uczy się dobrze. Gra w szkolnym teatrze. Ze szkoły zawsze biegnie gdzieś do miasta, dawać korepetycje. Od czasu do czasu nosi pranie do pralni – gdy już się nazbiera, bo wcześniej nie opłaca się wynajmować całej pralki. Uwielbia masaże, a czwartki zostawia tylko dla siebie, żeby być samemu ze sobą i myśleć. Nosi w sobie jakąś tajemnicę z przeszłości. Nie bez powodu przeniósł się do nowej szkoły średniej w innym mieście, nie bez powodu powtarzał rok… Nikt nie wie tak do końca co w nim siedzi… No może trochę Tosiek… Tosiek ma na głowie modnego irokeza. Ma piercing, dobre ciuchy, ojca w rozjazdach i ciotkę, która się nim zajmuje. Nie je mięsa, przejmuje się globalnym ociepleniem, też gra w teatrze szkolnym, lubi robić sobie selfie, wszędzie go pełno… I jest z Leonem. To znaczy jest wtedy, gdy Leon mu na to pozwala. Najczęściej wtedy, gdy nie ma nikogo obok. Gdy nikt nie może patrzeć, gdy nikt nie może zobaczyć. Tak jak zeszłego lata, gdy całowali się mocno, ukryci w wysokiej trawie… Albo ewentualnie w pokoju Tośka, pomiędzy zdjęciami z londyńskiej parady równości a tęczową flagą… A, prawda, Tosiek ma coś jeszcze… Ma na przykład piersi. I okres. I pochwę… Bo Tosiek jeszcze do niedawna był Antoniną…
W środku, pod tymi wszystkimi etykietkami, łatkami, pod tą tęczową flagą i tatuażami, robionymi po to, by udowodnić sobie i światu swoją męskość, jest historia o uczuciach. O strachu, o lęku, o potrzebie akceptacji, o miłości, która góry przenosi, o tej, która „nie szuka poklasku”, o każdej jednej młodzieńczej miłości – poza płcią… O dwóch istotach, co się odnalazły we wszechświecie, co przylgnęły do siebie i już tak zostały. Ale coś ciągle uwiera – wzrok obcych osób, brak samoakceptacji, ciężki kamień, który przeszłość położyła na sercu i teraz tak strasznie trudno się oddycha, rodzice, którzy nie akceptują związku i imię swojego dziecka wypowiadają tylko szeptem… Tak bardzo dużo tu traum! I w ogóle wszystkiego! Homoseksualizm, transseksualizm, prawa kobiet, feminizm, czarny protest, niechciana ciąża, poronienia, dopalacze, alkohol, parady, strajki, pochody, Youtube i social media… Wszytko to, czym żyje dzisiaj młody człowiek, wszystko to, czego się boi, co leży w jego łóżku pod prześcieradłem jak cholerne ziarenko grochu i nie daje nocami spać. Pamiętam jeszcze swoje nastoletnie ciało i głowę nim zadziwioną, niepogodzoną ze zmianami, pamiętam wszystkie swoje kompleksy i niepewności… A jeśli pomnożyć to przez wytykanie palcami, brak społecznej akceptacji, napiętnowanie i wyzwiska? Jeśli pomnożyć to przez odpowiednią dawkę hormonów, które trzeba łykać, by dotrzeć do samego siebie, oddalonego o kilka lat od tych siedemnastu, które ma się teraz? To musi być ogromnie dużo bólu, lęku i nieumiejętności radzenia sobie z rzeczywistością! I mnóstwo chęci, by ktoś przytulił, położył rękę na głowie i głaskał…
Najpierw miałam ochotę krzyczeć, wydzierać się, drapać, przeklinać najgorszymi wyrazami, jakie znam, drzeć książkę na strzępy, rzucać przez okno ścinkami papieru i szklankami.
Potem chciałam już tylko zwinąć się w kłębek, w rogal, w precel, zarzucić na siebie najgrubszy koc i tak trwać. Żeby nie było widać mnie. Ani żeby świata nie było widać. Było mi wstyd. Za ludzkość. I tak żal Leona i Tośka. Że ludzie im to uczynili – ten ból – że oni tylko chcieli się kochać… Jeśli mnie tak mocno poruszyła ta książka, to co będzie czuł siedemnastolatek, czytając ją? Wierzę, że odnajdzie tam siebie, swojego kolegę, koleżankę. Że znajdzie receptę, dobre słowo, odpowiedź. Albo siłę, by wyśmiewanemu na korytarzu koledze podać rękę. Bo obok „Slash'a” nie można przejść obojętnie – to niewykonalne! I te obrazy! Andryszczyk porusza, szarpie, rwie ze mnie kawałki mięsa… Te postaci, które stworzył, nie są tylko narysowane – za dużo w nich emocji, za ludzko patrzą kreskowanymi źrenicami…

Myślę o tej połowie rodziców, o tych nawet trzech czwartych… I apeluję, żeby „Slah'a” kupili swoim dzieciom sami, żeby przeczytali tę książkę z nimi, porozmawiali, zadali właściwe pytania. Bo „Slash” dopadnie każdego z młodych ludzi, tego jestem pewna. Warto więc mieć udział w takim czytaniu. Po prostu warto.