Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

środa, 17 sierpnia 2016

345. PEWNOŚĆ

LUKE PEARSON
„HILDA I CZARNA BESTIA”
(TŁ. HUBERT BRYCHCZYŃSKI)
CENTRALA – MĄDRE KOMIKSY,
SERIA CENTRALKA KOMIKSY DLA DZIECI MĄDRYCH RODZICÓW

Jest kilka rzeczy pewnych na tym świecie. Są stałe, niezmienne, to opoki, fundamenty. To na przykład lody. Zapach świeżego chleba z chrupiącą skórką. Smak czereśni, zrywanych prosto z drzewa. Piękno wschodu słońca (nawet, gdy jest zimno). Bujanie na huśtawce - do samej dechy. Balony z gumy do żucia.
Hilda.
Niebieskie włosy. Ogromne oczy. Berecik z antenką. Wyobraźnia bez granic. Oczy, które widzą dużo więcej, niż inne. Dziwne istoty, które dziwnym trafem kręcą się zawsze obok Hildy. To cała ona. Niezwykła. Niekonwencjonalna. Niesamowita. A w tych wszystkich swoich „nie” stała i niezmienna. Jak sobota zaraz po piątku. Czekam na Hildę zawsze z drżeniem, a potem pożeram ją naraz, jeszcze gorącą, na stojąco, w progu, w drzwiach, tuż po wyjęciu z koperty. Obojętnie, co dzieje się dookoła. I przeważnie czytam ze trzy razy pod rząd, coraz bardziej uspokajając się i zwracając uwagę na szczegóły.
Hilda wraz z mamą przeprowadziły się do miasta już jeden tom temu, ale mam wrażenie, że wciąż nie oddychają tu pełną piersią. Miasto najeżone jest niebezpieczeństwami, których nie mają oswojonych, nie wiedzą, gdzie stąpać, by nie nadepnąć na ogon czarnej bestii. A właśnie taka grasuje teraz po ulicach. Rozpisują się o tym gazety, huczą włączone nocami telewizory, strasząc dorosłych, którzy drżą o swoje dzieci i dzieci, które zawsze wyobrażają sobie bestie większe, niż są w rzeczywistości. Mama Hildy też się o nią boi – wygania ją na dwór, bo pogoda piękna, a potem nagle przypomina sobie, że słońce nie gwarantuje bezpieczeństwa. Hilda bardzo się stara żyć w mieście tak, jak w swoich ukochanych górach. Ale „tu nie da się nigdzie rozbić prawdziwego obozu” i trzeba uruchomić pokłady wyobraźni z samych trzewi, by poczuć się choć trochę jak w dziczy. Namiot z koca i latarka, nie dają jednak prawdziwej satysfakcji. Hilda musi czuć powietrze w nozdrzach i ziemię pod stopami – wtedy jest naprawdę szczęśliwa. Okazja zjawia się wraz ze świstkiem papieru frunącym z podmuchem wiatru – u ich stóp ląduje ulotka - „Pierwszy w Trolbergu obóz harcerski”. Nie można przepuścić takiej okazji! Hilda zostaje harcerką.
Przed nią i jej zastępem długa droga, by zdobyć odznaki, a więc najwyższe zaszczyty. Hilda zmobilizowana jest tym bardziej – jej mama była kiedyś harcerką z mnóstwem odznaczeń. Teraz chciałaby zobaczyć swoją córkę, dostającą taką odznakę. I niby nie chodzi o rywalizację, a jednak… Hilda nie chce zawieść mamy, Hilda postanawia pomóc pewnemu zagubionemu, bezdomnemu pokątkowi – domowemu duszkowi, Hilda chce w końcu rozwiązać zagadkę czarnej bestii, bo na miasteczko padł blady strach, a rodzice ryglują w domu własne dzieci, w obawie o ich bezpieczeństwo. Poza tym Hilda postanowiła zdobyć odznakę „przyjaciel zwierząt”, a ugłaskanie czarnej bestii, oswojenie jej, zrozumienie i uratowanie, nadawałoby się do tego doskonale…

Jak już mówiłam, Hilda to pewniak. To jak zawsze dwa światy, przenikające się ze sobą – świat betonowych domów, czajników, gwiżdżących, gdy woda się zagotuje i podłóg, po których trzeba twardo stąpać. Ale jest też ten drugi świat, domów rozciągliwych jak guma, czajników, kradzionych przez pokątki i podłóg, które czasami się rozstępują. Te dwa światy stykają się ze sobą, a Hilda żyje w obydwu naraz, nie dziwiąc się im. Albo inaczej, uważając obydwa za swoje, dostrzegając piękno i jednego i drugiego. Co prawda czasem trudno jest odnajdować to piękno w zwykłym, szarym mieście, ale znacznie lepiej jest, gdy za półką z książkami mieszka osobisty pokątek, który lubi kakao bez pianki.  














niedziela, 14 sierpnia 2016

344. SZARA EMINENCJA

MALINA PRZEŚLUGA
„BAJKA O ROZCZAROWANYM RUMAKU ROMUALDZIE”
TASHKA, WARSZAWA 2016
ILUSTROWAŁA JAGA SŁOWIŃSKA i MOSS PAPERS

Możemy udawać, możemy się wypierać, możemy wargi wydymać w lekceważącym „pffff”, ale każdy z nas ma w sobie potrzebę, by go podziwiano. To nie pycha, to nie egocentryzm, to fakt, że jesteśmy zwierzętami stadnymi. To, że ktoś nas podziwia, znaczy, że nas lubi, docenia, a to z kolei prowadzi do akceptacji w stadzie, do znalezienia tam swojego miejsca, do bycia częścią jakiejś całości. Przyznam, że to jeden z największym moich lęków, jako rodzica – czy Majka będzie przynależeć… Nie będę się zagłębiać w psychologiczne tych lęków aspekty, choć nie byłoby trudno odnaleźć ich przyczynę. Fakt jest taki – każdy człowiek lubi być głaskany.
A co z takimi, których się pomija?
Bo zawsze to królewicz ratuje królewnę z wysokiej wieży, spomiędzy zębów smoka, z rąk złoczyńcy. To on zostaje obsypany kwiatami, złotem i pocałunkami przyszłej żony. Królewna się cieszy, bo uniknęła pewnej śmierci i będzie miała przystojnego męża. Rodzice panny młodej się cieszą, bo nie zostanie starą panną, a do tego trafił im się fajny zięć. Rodzice pana młodego pławią się w gratulacjach na temat „jakiego dobrego, mądrego, szlachetnego, odważnego mężczyznę państwo wychowali!”. Poddani szaleją, bo będzie wesele, a więc uczta.
A co z koniem? Co z rumakiem, na grzbiecie którego królewicz przejechał sto mil, dotarł do smoczej pieczary, na grzbiecie którego stoczył tę ciężką walkę? Konia ktoś odprowadził do stajni. Ewentualnie napoił i nakarmił, może otarł mu boki, może nawet wyszczotkował, czy co się tam z końskimi bokami robi zazwyczaj po trudach walki. Ale nie będzie go na żadnym weselnym zdjęciu, nikt nie podsunie mu kawałka weselnego tortu i na pewno, na pewno nie dostanie słodkiego pocałunku dziękczynnego od królewny. I jak tu żyć, proszę państwa, jak żyć? Jak być dalej mądrym, cieszącym się życiem, akceptującym siebie, w pełni wartościowym i zadowolonym z siebie koniem? Gdy odwala się taki kawał dobrej roboty, a nikt cię nie docenia i ignoruje twoją rolę, twoją osobę, twoje istnienie?
Rumak Romuald jest właśnie z tych trochę rozczarowanych życiem. Bo w swym życiu „odbył już sto wypraw, wożąc stu różnych bohaterów z bajek (a musisz wiedzieć, że niektórzy są grubi i ciężcy), uratował dziewięćdziesiąt dziewięć królewien (bo jedna zakochała się w smoku i nie dała się uratować), a nikt nigdy o nim nie pamiętał. Dlatego, choć żyje w świecie czarów, jest bardzo rozczarowany!” [s.09]
Ale tym razem ta bajka jest właśnie o nim, a los podsuwa mu pod nos/pysk możliwość zabłyśnięcia, zdobycia sławy, bogactw i dozgonnej wdzięczności królewny. Bo oto z jakiejś dalekiej dali ktoś – na pewno, och na pewno królewna w opałach! – woła „Ratunku!”. Woła i woła, powtarza i powtarza. A nie zjawia się żaden królewicz, żeby wskoczyć na grzbiet Romualda i ją ratować. Nie ma nikogo, kto by Romualdem pokierował i ruszył na pomoc „ratunkukrzyczącej”. Więc co? To jest twoja chwila prawdy, Romualdzie! Twoje pięć minut! Twoja szansa!
Oczywiście zakończenia nie zdradzę, bo zakończenia w bajkach są najlepsze. Oczywiście można też się domyślić, że będzie dobre, bo konwencja bajki zakłada, że dobro wygrywa ze złem. Ale Malina Prześluga jest autorką dość przewrotną, więc z nią niczego i nigdy nie można być pewnym. Więc drżenie oczekiwania na finał tym większe, więc niepewność dodaje smaczku tej historii.
To dla mnie mistrzowsko napisana historia o akceptacji siebie, o tym, że aby najbardziej szara z szarych eminencji uwierzyła w siebie, wystarczy błysk, iskra. Żeby być superbohaterem, wystarczy tylko mieć możliwość. To też trochę bajka o sprawdzaniu siebie samego, o tym, że w sytuacjach ekstremalnych każdy może walczyć ze smokiem. Bo jeśli stoisz z nim oko w oko i od Ciebie zależy los świata (albo pięknej królewny) to nie masz wyboru – musisz stać się wielki! Nie ma tu mowy o żadnym wycofywaniu się, ani tym bardziej o rozczarowaniu. Aha, to jeszcze trochę o zadowoleniu z siebie, o satysfakcji, o pokonywaniu barier (i barierek).
Taka sobie zwykła bajka, a taka głęboka. Można ją czytać powierzchownie, śmiać się do rozpuku, bo Romuald jest cudnym, pociesznym i nad wyraz sympatycznym bohaterem (takowoż królewna w opałach), ale Prześluga zazwyczaj pod tymi śmiechami i chichami coś niesie, jakąś myśl mądrą i ponadczasową, więc można też czytać w zamyśleniu.
No i koniecznie, nieodmiennie i w obydwu przypadkach w ogromnym podziwie. Bo jeśli chodzi o ilustracje, ta bajka jest śliczna! Odpowiedzialna jest za to Jaga Słowińska i Moss Papers*, graficznie rozłożyli tekst na kartce dość niekonwencjonalnie i zaskakująco. Ja wiem, że to może być nieco trudne dla początkujących czytelników, ale ja, która kilka książek w życiu już przeczytałam, trwam w niemym nad słowem zachwycie.
Romuald nie tylko uratował królewnę (powiedziałam to, zdradziłam sekret, ale chyba jednak tego to się akurat wszyscy spodziewali), ale też przy okazji zrobił coś jeszcze, z czego chyba byłby w skrytości swego skromnego ducha nieskromnie dumny. Na swoim romualdowym grzbiecie, pędzącym na ratunek „ratunkukrzyczącej” uniósł moje skradzione serce. A do pary, gdzieś tam za ogon, trzyma się serce Majki…







*pamiętacie Łakomą pandę? To też ich sprawka!

czwartek, 11 sierpnia 2016

343. ZAKAZ WJAZDU

KATARZYNA BOGUCKA
„DZIAŁKA DZIADKA DZIAŁKOWICZA”
WIDNOKRĄG, PIASECZNO 2016
ILUSTROWAŁA KATARZYNA BOGUCKA

Na płocie, na wejściu na działki wisiał znak. Okrągły, czerwony, z białym prostokątem w środku. Gdy ukazywał się moim oczom, wiedziałam, że zaraz wysiadamy z Malucha*, otworzymy skrzypiącą bramkę i wejdziemy w całkiem inny świat. Ta brama z zakazem wjazdu to było tajemne przejście, jakiś portal do odrapanych kolan, wspinania się na drzewo, grania w gumę na ścieżce (gdzie wzbijało się tumany kurzu), smaku mechatych owoców agrestu na języku, wyrywania chwastów garściami, małych i dużych grabi i sąsiadów zza rabatki z kwiatami.
Nasza altanka to był stary domek letniskowy, przywieziony skądś przez mojego Dziadka, którego nie zdążyłam poznać. Zielony był i gdzieniegdzie odłaziła z niego farba. A w środku stało łóżko i szafa. W szafie były robocze ubrania, w które moi Rodzice przebierali się zaraz po przyjeździe. A na górnej półce całe stosy gazet i roczniki „Działkowca”. I jakieś pojedyńcze książki o uprawach owoców i warzyw. Chyba stół, choć ta część domku zamazuje mi się w pamięci, jak kawałek naddartej fotografii. Wiem, że po oknie pięły się róże, na które zawsze trzeba było uważać, bo kłuły, a pod drugim oknem jednego roku ja i mój Brat dostaliśmy własny kawałek ziemi na grządki. Świata mi jakieś sianie rzodkiewki… I na pewno domek dla ślimaka, który tam kiedyś zrobiliśmy**.
Za kwiatami działkę mieli rodzice Elizy i jej siostry. To z nią skakałam w gumę. Po drugiej stronie była działka z wielką starą żelazną wanną, z której brało się wodę do podlewania.
Dużo dalej działkę miała rodzina mojej najlepszej przyjaciółki, Ewki. To tam czasem robiliśmy ognisko z kiełbaskami, musztardą w musztardówkach i konkursem „na jedzenie”***.
Pigwa. Doskonale pamiętam jej smak, cierpki i kwaśny, od którego drętwiał język. Rosła przy wejściu na działkę Ewki.
Groszek zielony. Przywodzi na myśl piękne popołudnie. Wszyscy siedzieli przed altanką – moja cała Rodzina, ukochana Babcia I. i wujek T., który zwykle nie przyjeżdżał na naszą działkę. Łuskaliśmy groszek do wielkiej miski. Gadaliśmy. I zajadaliśmy co dziesiąte, co piąte, co drugie ziarenko…
Czerwona porzeczka. Te krzaki były naszą dziecięcą Nemezis, bo musieliśmy obrywać je z owoców czasem całkiem sami, a wydawało się, że to jakiś gąszcz! To była taka okropna nuda! Pamiętam jak urządzaliśmy konkursy na to kto złapie na język więcej podrzuconych do góry porzeczek - smak który pobudzał wszystkie ślinianki i usianą czerwonymi owocami dróżkę obok krzaków…
Czereśnia. Nasza była najładniejsza ze wszystkich. Piękna, dorodna, z ciemnymi, nabrzmiałymi owocami. Czwarta z kolei gałąź należała do nas, dzieciaków, bez trudu się na nią wspinaliśmy. By zrywać owoce, by siedzieć na drzewie – to wystarczało za cały plac zabaw…
Szczaw. Rósł na samej granicy naszej działki. Już przebrani, już z koszami i wiadrami pełnymi owoców, już z pękiem narcyzów owiniętych w gazetę, zaraz po tym, jak Tata zamykał na klucz altankę, ja i mój Brat biegliśmy na grządkę i zrywaliśmy garściami szczaw. Do samochodu, na drogę. Jakie dziwne, że nigdy nie zabrakło szczawiu na naszej działce…
Książka „Działka Dziadka Działkowicza” to dla mnie książka wyjątkowa, pretekst do sentymentalnej podróży, księga wspomnień… Kiedyś, lat temu ze dwadzieścia, trzydzieści, nie robiło się grilla. Jechało się na działkę. I pracowało w pocie czoła. To był relaks. Nagrodą było posiedzenie przed altanką, pochrupanie młodej marchewki, pogadanie z sąsiadem przez krzaki czarnej porzeczki, wymienienie się zbiorami – mamy dużo czereśni, ale grusza nie obrodziła (z czego więc zrobimy gruszki w syropie, idealne na ciasto Fale Dunaju?)… Wymiana towarowa, uśmiech, podanie ręki i wypita wspólnie na znak dobicia targu butelka oranżady. To wszystko jest w zakamarkach mojej pamięci. I wszystko jest w książce Katarzyny Boguckiej. Z niej wyszło, więc ze mnie też. Dziadek Antonii, bohater książki Kasi, zapalony działkowicz, właściciel i pan na włościach, mógłby być naszym sąsiadem za wielkim znakiem zakazu wjazdu. Tym sąsiadem naprzeciwko, który wybudował dom na działce i miał tam nawet pralkę. Albo którymś z psem, biegały tam czasem i lubiliśmy się z nimi bawić. Byliśmy trochę jak „jedna wielka rodzina” - brzmi jak banał, ale tak właśnie było. To jest też w „Działce Dziadka Działkowicza” - ta familiarność. Jest wszystko to, co niosła za sobą działka – ciężka praca, choć jako dzieciaki zaznawaliśmy jej dużo mniej, niż dorośli, przerwa na obiad, wspólnota, wynagrodzenie darami ziemi, sezonowość, powtarzalność. Wiem, że czasem nie chciało nam się jechać na działkę - „Znowu?” - marudziliśmy razem z Bratem… Wolelibyśmy iść na podwórko. Ale podwórko było betonowe, a działka miała trawę i kawał niebieskiego nieba nad głową. I grządki do wypielenia, owoce do zerwania, coś do posiania, coś do posadzenia. Teraz, z perspektywy czasu, doceniam, że mogłam tam rosnąć, spędzić kawał życia na tym kawałku ziemi.
Bardzo cenię sobie ilustracje Boguckiej. Są niepowtarzalne, nie do pomylenia. Odnalazła swój styl i konsekwentnie się go trzyma, a ja ją za to szanuję i podziwiam. „Działka Dziadka Działkowicza” jest książką autorską na wskroś. Piękną graficznie – jak zawsze! - oddającą urok letniej pracy na działce u boku rodziny, oddającą urok tego niepowtarzalnego czasu, zapewne też w PRL. Żałuję tylko, że tekst to wiersz (z niedokładnymi rymami), kilka porad i przepisów. Pięknie by się czytało wspomnienia Kasi, anegdotki i historie rodzinne, oglądało parę zdjęć z działki dziadka Antoniego (jest jedno!), zasuszony kwiat czy liść… Tak bym tę książkę wolała widzieć. Ale i taką kocham ją miłością paroletniej działkowiczki z odrapanymi kolanami, uziemionymi rękoma i sokiem z jeżyn na brodzie.
Ciągle mi serce drży, gdy zdarza mi się jeździć koło „naszej” działki. Nie ma już wielkiego znaku zakazu wjazdu na bramie, ale ja go ciągle widzę. Bo to był mój znak, że zaraz wkroczę w inny świat i najem się do bólu brzucha owoców i warzyw, za które oddałabym bez wahania te, co mam teraz w lodówce. Ciekawe, czy wciąż istnieje działka Dziadka Antoniego???










*Fiat 126 p
** jak to możliwe, że następnego dnia już go nie było? Przecież miał wszystko – wodę i liść sałaty…

*** wujek wymyślił konkurs – nie pamiętam co było do wygrania, ale braliśmy udział ja, Ewka, mój Brat i Brat Ewki. A zadania były smakowe, na przykład zjeść surową cebulę. Albo pigwę...

342. „KIM JEST PRZYJACIEL? TO DRUGIE JA.” [ZENON Z ELEI]

MARIA PARR
„GOFROWE SERCE. LENA I JA W ZATOCE PĘKATEJ MATYLDY”
(TŁ. ANETA W. HALDORSEN)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2016
ILUSTROWAŁA HELEEN BRULOT

Pierwszego dnia wakacji pomiędzy dwoma domami zawisła kolejka linowa. Lena miała pierwsza przejechać na sznurze, rozwieszonym między jednym a drugim oknem. Zawsze pierwsza próbowała takich rzeczy. I przeważnie to ona je wymyślała. W połowie drogi Lenie omsknęły się nogi i zawisła między dwoma domami, na wysokości pierwszego piętra. Kręciołek najpierw zachęcał ją, by szła dalej, ale Lena nie jest zbyt silna. „Wszyscy wygrywają z nią w mocowaniu na rękę” [s. 11], więc wcale niełatwo było jej dalej iść. Kręciołek więc wymyślił jak ją uratować, przytargał z łóżka mamy i taty materac i rzucił go dokładnie pod lądującą Lenę. Na szczęście tym razem obyło się bez wstrząsu mózgu. A wstrząsy Lena już miała – dwa.
Lena jest może niepozorna z wyglądu, ale siedzi w niej całe mnóstwo energii. Tej kreatywnej, tej, której mocno obawiają się rodzice i lekarze na szpitalnych oddziałach dziecięcych. Lena cały czas ma odrapane kolana, poobijane łokcie, a od czasu do czasu zdarza się jakieś złamanie, czy wstrząs mózgu właśnie. Lena jest nieobliczalna, nieposkromiona, nieustraszona, zawsze trzaska mocno drzwiami, a wyobraźnią mogłaby obdzielić nie tylko wszystkich mieszkańców Zatoki Pękatej Matyldy, ale nawet tych z miasta.
Ten, co wolno i mozolnie ciągnie materac, żeby Lena zawsze miała miękkie lądowanie, to Kręciołek. Nazywa się Theobald Rodrik, ale uważa, że jest zbyt mały do tego ogromnego imienia, więc zadowala się Kręciołkiem. Kręciołek jest zwyczajny – ma jasne włosy, dołek w policzku, dużą i gwarną rodzinę i uważa Lenę za swoją najlepszą przyjaciółkę. Ale w związku z tym, że jest taki cichy, niepozorny i zwyczajny, boi się upewnić, czy Lena też uważa go za przyjaciela. I tak sobie żyją w tym związku – jedno wciąż upada, a drugie stara się trafić materacem w to upadające, żeby tym razem nie rozbiła głowy z drobny mak.
Aha, uważam, że Kręciołek jest bardzo, ale to bardzo odważny. A to dlatego, że zawsze się boi tego, co wymyśla Lena. Najczęściej obawia się całkiem słusznie i nie bez przyczyny. Z pomysłów Leny wychodzą bowiem złamane kończyny i wizyty na ostrym dyżurze (a czasem nawet lot helikopterem pogotowia ratunkowego). Ale mimo że się boi, idzie zawsze tą drogę, którą obiera Lena. Bo tak właśnie robią przyjaciele. Mając w zanadrzu pomysł, skąd wziąć materac do spadania, albo tyle siły w nogach, żeby biec bez zatrzymywania od samych gór do domu, żeby sprowadzić pomoc.
Lena i Kręciołek nie mogliby się bardziej od siebie różnić. Cicho-głośni, energiczno-spokojni, szalenie-zdroworozsądkowi. A jednak polubili się na tyle, że „Lena przychodzi [do nas] tak często, że jest prawie swoją własną sąsiadką.” [s.13]. Być może to dlatego, że Pękata Matylda, zatoka, na której mieszkają, jest malutka i uboga w dzieciarnię. Ale może też dlatego, że po prostu potrzebowali jedno drugiego, żeby się uzupełniać, żeby razem sprawdzać, ile zwierząt pomieściła arka Noego, żeby razem zarabiać śpiewaniem w mieście na nową piłkę, żeby razem z dziadziusiem i ciocią-babcią (dwójką przemiłych, serdecznych i szalonych staruszków) urządzać wojny o honor i gofry, czy żeby uratować kobyłkę z górki od niechybnej śmierci w końskiej rzeźni.
„Czym dla ptaka są skrzydła, tym dla człowieka jest przyjaźń: unosi go ponad proch ziemi.” [Zenta Maurina Raudive] – to właśnie o tych dwojgu! Bo Lena pozwalała Kręciołkowi na trochę szaleństwa, była bodźcem, który kazał mu skakać, śpiewać, tańczyć, biegać, zdobywać szczyty, jeździć na pace dziadkowego motocykla i zjeżdżać na sankach z gór, z których absolutnie zjeżdżać się nie powinno (ale jakiż to niepowstrzymany pęd!). Kręciołek dawał Lenie stabilizację, pewność, herbatniki w zawsze pachnącej jedzeniem kuchni i namiastkę rodziny, którą ona miała niepełną. Lenę wychowywała tylko mama; a gdzie tata, który służy do zjadania kapusty? (ani Lena, ani Kręciołek nie lubią gotowanej kapusty, więc całe szczęście dla Kręciołka, że ma tatę, który zjada kapustę za niego). Tata Leny zwiał. Więc Lena szukała w Kręciołku oparcia. I materaca, który lądowałby pod jej tyłkiem zawsze wtedy, gdy spada z pierwszego piętra.
O ”Gofrowym sercu” nie potrafię napisać nic sensownego, wszystko będzie brzmiało, jak banał. No bo, że ciepła? Że rodzinna? Że z humorem? Że do płakania czasem? Że mądra? Że cudna? Że można zazdrościć Lenie i Kręciołkowi? Czego? Swobody! Tego, że mogą chadzać własnymi drogami. Że mają domy pełne miłości, śmiechu i życzliwości. Że nigdy im się nie nudzi, bo gdy się nudzi, to zaraz coś wymyślają. No i że mają siebie, a taka przyjaźń nie zdarza się ot tak, w każdym życiu i w każdej książce.
Brzmi, jak opis serialu na kanale Romantica. Ale „Gofrowe serce” takie właśnie jest – no po prostu jak gofrowe serce. Słodkie. Choć czasem pali w przełyku od łez wzruszenia. Astridolindgrenowe (zresztą podobno „Ronja” i „My na wyspie Saltkrakan” należały do ulubionych lektur Marii Parr). O takich książkach pisze się najgorzej, żeby nie przedobrzyć z cukrem. Więc napiszę krótko, bez tych wszystkich „ochów”, „achów”, „koniecznie musicie przeczytać” i bez anglojęzycznego „must have” (jak by to było po norwesku?).

Dodaję do ulubionych. Po prostu.  







piątek, 5 sierpnia 2016

341. W TAPETOWYCH ODPADACH BRODZĘ CZYLI HISTORIA POMARAŃCZOWEGO NIESMAKU

MARIANNE DUBUC
„DZIEŃ DOBRY, POCZTA!”
(TŁ. MAGDALENA WANIELISTA)
WYDAWNICTWO ENTLICZEK, WARSZAWA 2016
ILUSTROWAŁA MARIANNE DUBUC

Od kilku dni nie mogę umyć włosów. Teraz pomiędzy nimi zamieszkały drobiny pyłu. Nie wiedziałam, że najlepiej szlifować w czapce. Na szlifowanie po cekolowaniu przygotowałam już jedną. Po kolana toniemy w kawałkach okropnej pomarańczowej tapety. Zasypialiśmy i budziliśmy się z nią pod powiekami przez kilka lat. W końcu basta. Zrywamy! Na gołej, poranionej szpachelką ścianie piszę MDM i jeszcze rysuję serduszko. Taka dziecięca przekora i niepowstrzymanie. Szkoda, że wywieźliśmy Majkę do Dziadków, bo też by mogła pobazgrać po tynku. A tak tylko ja mam uciechę. Ale z drugiej strony jej włosy pozostają czyste. I nie ma palców klejących się od gruntu. Trwa remont. Remont sypialni. Tego miejsca, od którego powinniśmy zacząć, gdy kilka lat temu się tu wprowadziliśmy. Trzeba zaczynać od sypialni, żeby mieć dobre sny. Ale najpierw nie było pieniędzy, potem w drodze była Majka i woleliśmy jej zrobić błękitny pokój. Ale teraz NARESZCIE! Umęczeni pyłem, kurzem, wynoszeniem stert książek i łóżka do innych pokojów, zastanawiamy się – po co? Może ta pomarańczowa tapeta nie była wcale taka zła? Ale zaraz wzdrygamy się, przypominając sobie jeszcze ten ohydny szlaczek… Po to! Po to, żeby przestrzeń mieć sobie podwładną, żeby poruszać się po niej z zamkniętymi oczami, bo jest tak bardzo nasza, że to jakby kawałek nogi czy ręki. Po to, żeby zaznaczyć, że to my tu mieszkamy nie tylko plakietką z nazwiskiem na drzwiach. Po to, żeby oddychać swobodniej.
Depcząc skrawki pomarańczowej tapety dumam nad tym, że to zadziwiające, jak różne są ludzkie gusta, jak różnymi rzeczami lubimy się otaczać, jak różne rzeczy lubimy mieć po ręką. Ja muszę mieć książkę. Tata Majki odtwarzacz z wielkimi słuchawkami. Ona kolorowankę, paczkę kredek i wodę w kubku ze słomką. A co pod ręką musi mieć Pan Niedźwiedź? Miód – to oczywiste! Ale czy dacie wiarę, że pluszowego misia? Jak mieści się w małej norce wielodzietna rodzina Królików? Jak długi jest dom Pana Węża? Gdzie ma skrzyknę pocztową Pani Wiewiórka? Który pokój ogromnego mrowiska zajmuje Królowa Mrówek? Gdzie Pani Kret ma spiżarnię? Jaki system nawadniający wymyśliła rodzina Krokodyli? Gdzie mieszka Pani Mucha (na pewno nikt się nie spodziewa), a gdzie Pani Żółw? (tego może spodziewają się wszyscy, ale czy ktoś widział kiedykolwiek jak dom Pani Żółw jest urządzony?). A Skunksy? A Kury? A Yeti???
Gdy byłam mała uwielbiałam odcinek Reksia, w którym pokazali jego budę (tak, był taki!), a tam na ścianie wisiało zdjęcie Reksia jako szczeniaka. Moim lalkom nieustannie budowałam domki, moje zabawkowe koniki zamieszkały na jednej z półek regału, gdzie urządziłam im stajnię z lustrem na ścianie, moje dwa chomiki (jak najbardziej żywe, nie pluszowe), mieszkały w dwóch sąsiadujących ze sobą pokoikach domku dla lalek – nie wiem, czy lubiły na rzecz tego pomieszczenia opuszczać swoje akwarium, ale ja to uwielbiałam! Jest coś fascynującego w zaglądaniu do cudzych domków, w podpatrywaniu półek na książki, stołów kuchennych i przydomowych ogródków. Dlatego tak zazdroszczę Panu Listomyszowi, który co poniedziałek układa na swoim wózeczku górę przesyłek i wyrusza w drogę, żeby przekazać je adresatom. Wspina się na drzewo, by dostarczyć paczki Ptakom, nurkuje z paczką dla Pani Ośmiornicy, wrzuca do jaskiniowej skrzynki paczkę dla Sióstr Nietoperzyc i śmigłowcem dowozi paczkę do Pana Yeti. A w przerwie wpada do swojego kumpla Smoka na grillowane kiełbaski. Nie zdradzę oczywiście, dla kogo niesie ostatnią, specjalną przesyłkę…
- Narysuj coś dla mnie – prosi czasami moja Córka. A ja bezwiednie stawiam cztery kreski. A później jeszcze dwie – na dach. Rysuję okna, drzwi, koniecznie z nierealną architektonicznie klamką. I to jest DOM. Bo dom zawsze pierwszy przychodzi mi do głowy*. Ale ja nie umiem rysować, więc na kartce widnieje tylko kwadrat z trójkątem i mogę sobie jedynie wyobrażać, że na ścianach tego mojego domku są regały z książkami od podłogi po sufit i urządzenie do robienia jajecznicy, które wymyśliłam w przedszkolu wraz z moją przyjaciółką. Ale Marianne Dubuc rysuje cudownie i jej domy nie kończą się na sześciu kreskach. To skomplikowane budowle, wykorzystujące rzeźbę terenu, ciekawe rozwiązania architektoniczne, funkcjonalność i indywidualny charakter mieszkańców. To po prostu mini-cudeńka z moich snów dziecięcych! To prosta książka, z kilkoma zaledwie zdaniami, której nawet nie trzeba czytać, można opowiadać, albo tylko oglądać. Ale jest niesamowita i powinna być w każdym małym lub większym domku. A jeśli twierdzicie, że nie ma na nią miejsca... to co? Remoncik!












*zaraz potem siedzący kot i słoń stojący tyłem – umie go narysować każdy, kto nie umie rysować