Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

505. ZOSTAŁAM PODGLĄDACZEM


KATHARINA VON DER GATHEN
„INTYMNE ŻYCIE ZWIERZĄT”
(TŁ. BARTOSZ NOWACKI)
PRÓSZYŃSKI I S-KA, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA ANKE KUHL

Ta książka jest naprawdę niebezpieczna!
Otworzyłam ją, a ona mnie połknęła! Dosłownie! Na jakieś dwie godziny oderwało mnie od mojej rzeczywistości i rzuciło w świat pełen popędu, zachcianek, miłosnych uniesień, marcowania i rozmnażania. Wszystko tutaj aż huczy, a do zapłodnienia dochodzi dosłownie na każdej ze stron (czasem po kilkaset razy!). Co to za bezeceństwa?! Co to za bezwstydność?! A nic, to tylko Matka Natura… Jakaż ona jest kreatywna! Jakaż ona jest twórcza! Jakaż sprytna, jakaż fascynująca! Zaszczepiła w każdym jednym organizmie na ziemi bezwarunkową chęć przetrwania. Ale także pewność co do swojej śmiertelności, może nawet nieuświadamialną. Jak więc przetrwać? Dzięki potomstwu! To po to Natura wykombinowała sobie popęd płciowy i przyjemność z seksu. Po to, żeby chcieć więcej i więcej i żeby jak najbardziej zaludnić, zaszympansić, zakangurzyć, zalwić, zarekinić, zakocić, zazebrzyć, zakonikować Ziemię.
Ale od chęci do dziecka daleka droga…
Najpierw są zaloty. Okazuje się, że przysłowiowe kwiaty i czekoladki, które działają na każdą kobietę, nie są wcale dziwne. Zwierzęta posługują się bowiem schematami uwodzenia i każdy gatunek ma swój własny rytuał, który na 100% doprowadzi do zbliżenia. Na przykład ryby rozdymkowate pływają blisko dnia i za pomocą płetw tworzą na piasku piękne mandale, tak, żeby samica od razu poznała, że to miejsce jest idealne do złożenia ikry. Altannik lśniący to miłośnik niebieskiego koloru, więc żeby wskazać samiczce drogę do swojej altanki, układa po drodze wszystko niebieskie, co może znaleźć (na przykład koralik, który uciekł małej dziewczynce z bransoletki), a wejście do altanki nawet czasami farbuje sokiem z jagód. Niektórzy śpiewają (na przykład ropusznik świecący. Ale fascynujące jest to, że zazwyczaj samica nie słyszy jego pieśni, dopiero, gdy nosi w brzuchu ikrę, gotową do zapłodnienia), inni stają do walki (jak zające szaraki. A tu ciekawostka, o której nie wiedziałam do tej pory – u szaraków samce nazywane są „gachami”). A gdy już samiec się tak nastara, namęczy, nazmienia ubarwienie i upierzenie specjalnie dla swojej partnerki, gdy ona spojrzy w końcu łaskawym okiem na jego wysiłki, to następuje kopulacja. Baaaaardzo różne są sposoby, czas, długość uprawiania seksu. Cykady robią to raz na 17 lat (sic!), a z kolei bonobo traktują seks jako sposób na nudę, na kłótnie, na porozumiewanie się, więc robią to nadzwyczaj często i we wszelkich możliwych konfiguracjach. Matronice zaś mają na to sposób dość niezwykły – samiec wgryza się w samicę i stopniowo się z nią jednoczy – większość jego organów (na przykład oczy, jelita czy szczęka zanika i staje się od tej pory jedynym dawcą plemników dla swojej samiczki). Jerzyki robią to w powietrzu, pikując w dół i muszą zdążyć przed gruchnięciem o ziemię. Kaczki co prawda opiekują się dziećmi troskliwie, ale za to są brutalnymi gwałcicielami. Samce ważki nie wierzą na słowo swoim partnerkom, zanim zaczną samicę zapładniać, używają swojego penisa do czyszczenia odwłoka samicy z ewentualnego nasienia innego samca. Za to jaszczurki Cnemidophorus to wyłącznie samiczki (na usta ciśnie mi się „Samiec twój wróg!”). Do zapłodnienia potrzeba kopulacji, ale robią to dwie samice i z jajek wylęgają się oczywiście zawsze tylko dziewczynki.
Różnorodne są też narzędzia, którymi ten seks można uprawiać. Tutaj Natura sobie nieźle poszalała (są ilustracje! Chyba największe wrażenie zrobił na mnie skomplikowany układ płciowy kaczora i kaczki).
A gdy już przebrniemy przez akt płciowy, który wywołuje takie zawstydzenie i taki rumieniec na naszych twarzach, wtedy nastaje piękny czas – ciąża. Tu też Natura nie lubi jednostajności. Sposoby na ciążę są przeróżne – u żółwi na przykład płeć dziecka zależy od temperatury, w której inkubują jaja (ciepło będzie dziewczynka, zimno-chłopiec), zające szaraki mogą być w dwóch (niebliźniaczych!) ciążach jednocześnie, a sarna, gdy wie, że warunki są niesprzyjające, może sobie przedłużyć ciążę samoistnie. Rozwiązuje się także zagadka, od czego zależy kolor jajek kury, brązowy czy biały (pewnie teraz wszyscy ci, którzy nie mają pod ręką „Intymnego życia zwierząt” klikają w internecie hasło „od czego zależy kolor jajka”…). No i poród… Najpiękniejszy chyba u delfinów, uczestniczy w nim cała społeczność samic delfinów. Delfinki rodzą się ogonami do przodu i jak tylko małe wyskakują z kanału rodnego, mama lub inna samica nosami wypychają go na powierzchnię, żeby zaczerpnął pierwszy haust powietrza.
A co potem? Potem to już trzeba tylko zaopiekować się swoim młodym (lub nie), nauczyć go sztuki przeżycia (lub nie), zajmować się nim, pielęgnować, bawić (nie wiedziałam, że kruki bawią się ze swoim potomstwem! I to bardzo chętnie. Na przykład tocząc śnieżne kule albo wisząc głową w dół z gałęzi!), karmić, przytulać, strzec przed drapieżnikami… Ciężka praca (bądź nie) tylko po to, by taki osobnik dorósł, dojrzał płciowo i przedłużył gatunek. Koło się zamyka, Natura puszcza oko i bawi się dalej…
To wszystko (dużo, dużo więcej!), przedstawia ta książka. Fakty, fakty, fakty! A fakty są takie, że każdy gatunek na świecie uprawia seks, żeby nie wyginąć, co więcej sprawia mu to czasami ogromną radość. Na intymne życie każdego z gatunków składają się zaloty, akt seksualny, zapłodnienie, ciąża, poród (w dalszej perspektywie wychowanie), więc dziwne, że z takim uporem i wstydem pomijamy pierwszy, jakże ważny element w opowieści o przetrwaniu gatunków. Tutaj wszystko opowiedziane jest z werwą, z humorem, z pasją, z fascynacją. Autorki rzetelnie przekazują wiedzę, nie szczędząc czasem brutalnych przykładów. Ale „life is brutal”. Czasami. Czasami jest tylko miło i pięknie. Nie na darmo wspomniane wcześniej bonobo są znane jako jedne z najbardziej zrelaksowanych zwierząt na świecie...
„Dla kogo ta książka?” - takie pytanie ciśnie się od razu na usta. Niepewność w rozmowach na temat seksu, pruderyjność i wstydliwość, język, który staje kołkiem, gdy ma się powiedzieć słowo… „penis” (cicho sza! to nie istnieje!), każe poszukiwać odpowiedzi konkretnej, zdecydowanej i biorącej odpowiedzialność za całe przyszłe intymne życie naszego dziecka. Wydawca zaleca dolną granicę wieku jako 8 lat. Nie powiem z własnego doświadczenia, bo Majka jeszcze nie jest targetem, nigdy jeszcze nie zadała kultowego i fundamentalnego pytania „skąd się biorą dzieci?”, jest na etapie „cipki” zamiast „sromu” i myślę, że o ile związki homoseksualne przyjęłaby z dużą dozą tolerancji, oglądanie ilustracji fascynujących (sic!) kształtów męskich czy damskich genitaliów potraktowałaby jak oglądanie ilustracji ręki czy wątroby, to przemocy w seks nie chciałabym jeszcze mieszać. Ale pozostaje mi zaufać tęgim głowom (blurba do tej książki napisał sam Andrzej Kruszewicz) i Rodzicom, którzy sami będą wiedzieli, czy ich dziecko jest gotowe na tę fascynującą podróż. Jedno jest pewne. Uchylam wieko okładki i nic już nie jest takie samo! Doskonała książka o przyrodzie!











sobota, 21 kwietnia 2018

504. TAKIEGO PREZENTU URODZINOWEGO NIE MOŻNA KUPIĆ W ŻADNYM SKLEPIE


EWA KARWAN-JASTRZĘBSKA
„HERMES 9:10”
AKAPIT PRESS, ŁÓDŻ 2017
ILUSTROWAŁA DOROTA KOBIELA

Jest taki chłopiec. Ma na imię Karol. Ma 11 lat. Ma marzenie. Dlatego jest podopiecznym Fundacji „Mam marzenie”. O czym marzy Karol? Nie o telefonie, nie o spotkaniu sławnego piłkarza, nie o wyjeździe do parku rozrywki… Karol chce mieć biblioteczkę pełną książek z dedykacjami i wygodny fotel. I lampkę. Jedna z bibliotek w Gdańsku zbiera dla Karola książki. Czytam opis zainteresowań czytelniczych Karola. Pociągi, zwierzęta… Sumuję to sobie w głowie, dodaję marzenie i co mi wychodzi? Biegnę do półki z książkami i sięgam pewnym ruchem po tom w okładce z polem maków… Jest pociąg! A na każdej stronie jest kot! I ta książka jest o wielkich i ważnych sprawach. O takich, o jakich, chcąc nie chcąc, podopieczni Fundacji Mam Marzenie myślą na co dzień.
Zwierzęta podobno mówią ludzkim głosem raz w roku. Ale w świecie Ewy Karwan-Jastrzębskiej jest jeszcze jeden taki dzień – dzień urodzin. Kot Ferdynand nie tylko przemawia ludzkim głosem do Feliksa. Zabiera go w niezwykłą podroż, która zmieni życie chłopca. Najpierw odwiedzają Dróżniczkę Starej Stacji, która wręcza Feliksowi specjalny bilet na pociąg. I zapowiada, że Feliks zostaje właśnie Bohaterem Opowieści. I od tej chwili wszystko, co go dotyczy, będzie zapisane w Księdze Przyjazdów i Odjazdów. Feliks nie jest pewien, czy to go cieszy. Niby jest wybrany, niby to zaszczyt, niby to przygoda, która wielu chciałoby przeżyć, niby to zaszczyt i honor. Ale przecież Feliksowi jest dobrze tam, gdzie jest – w domu z mamą i tatą, z kotem, który na co dzień nie mówi, z tortem urodzinowym, który zje ze smakiem dzisiejszego popołudnia i ze swoim fletem, na którym gra z wielką przyjemnością. No i co, jeśli nie poradzi sobie z zadaniem, które postawi przed nim Dróżniczka? Co, jeśli zawiedzie…? Na przemyślenia nie ma zbyt dużo czasu, bo trafia z powrotem do domu tylko na chwilę. Jeszcze tego samego dnia dostaje wezwanie. Stało się coś strasznego! Zaginęła dziewczynka, Matylda, miała na sobie czerwony płaszczyk, wyruszyła w drogę, a teraz jej nie ma. Wysiadła na Stacji Bez Powrotu i ślad po niej zaginął. To wyjątkowa dziewczynka, bo posiada pewien Dar. Bez niej w życie ludzi wkrada się coraz więcej Wątpliwości. „To ponure istoty, karmią się cudzą niepewnością (..) Zakradają się do serc i pozbawiając woli, odbierają chęć do działania”[s.42-43]. Feliks się waha. To w końcu jego urodziny i chciał je spędzić miło. Tymczasem ma udać się w niebezpieczną podróż w nieznane i szukać dziewczynki, której nie zna… Ale w końcu wciąga przez głowę koszulkę, na której jest napis „I”M HERO”, zakłada nowe buty i idzie drogą, którą wskazuje mu rudy kot Ferdynand. A wkrótce potem wsiada do niezwykłego pociągu – Hermesa. „Witam wszystkich podróżnych” - mówi pociąg i rozpoczyna się jedyna w swoim rodzaju misja ratunkowa…
To będą zupełnie wyjątkowe urodziny! Feliks nigdy wcześniej i nigdy później nie przeżyje już czegoś tak niesamowitego… Takiego prezentu urodzinowego nie można kupić w żadnym sklepie.
Ta książka pełna jest znaków, tajemnic, dziwnych krain, symboli, magicznych przedmiotów. Jest nierzeczywista, a jednocześnie, jeśli dobrać się do samego środeczka tej historii, okaże się, że jest o każdym z nas, o tym, jak niepewność, strach, złość zabierają nam radość życia. A potem trzeba się długo wygrzebywać z mroku, żeby znów cieszyć się życiem. Wszystko dzieje się tu prędko, bo trzeba przecież jak najszybciej uwolnić Zaklinaczkę Smutków, ale jednocześnie są takie momenty, gdy wszystko się zatrzymuje. Na przykład, gdy Hermes mknie przez Dolinę Maków i niemal unosi się nad torami, nad piękną, ukwieconą łąką. Albo wtedy, gdy wydaje się, że już wszystko stracone i Feliks zaczyna grać na flecie kołysankę, którą zna od mamy. No i wtedy, gdy Wielki Mrok już, już prawie łapie za włosy uciekającej Matyldy… Czy wszystko dobrze się skończy? Czy wiele osób, które dopadły Wątpliwości, wrócą do domu, do bliskich, którzy je kochają i które za nimi tęsknią? My już wiemy, teraz czas na Was. I na Karola.






środa, 18 kwietnia 2018

503.TRUDNA TO MIŁOŚĆ…

RENATA KIJOWSKA
„KUBA NIEDŹWIEDŹ. HISTORIE Z GAWRY”
ZNAK EMOTIKON, KRAKÓW 2018
ILUSTROWAŁA ANNA ŁAZOWSKA

„Opowiedz mi coś ze swojego życia” - prosi mnie czasem moja Córka, gdy już leży w łóżku, przytulona do ulubionej poduszki, pachnąca nadchodzącym snem. Opowiadam. Zupełnie tak samo prosili Bruno i Tytus, w jakimś domu na Starym Mieście w Krakowie. W moich opowiadaniach jest dużo zwierząt – psy, koty, świnki morskie, chomiki. Ale w opowiadaniu Renaty Kijowskiej jest dużo większe zwierzę i to właśnie je upodobali sobie Tytus i Bruno. To zwierzę jest ogromne, ma miękkie futro, czasem zjada mrówki, czochra się o drzewa i jest królem polskiego lasu… Niedźwiedź… Ech, nie mam w swoim życiu doświadczenie z niedźwiedziami, dlatego posiłkuję się „Historiami z gawry”.
Wiele razy Renata Kijowska, autorka tej książki, zbierała dla TVN historie z tatrzańskiego parku narodowego. Niejeden raz ich bohaterami były niedźwiedzie. To właśnie te zwierzęta jej chłopcy sobie upodobali i chcieli o nich słuchać wciąż i wciąż i wciąż… Oczywiście wraz z wiedzą pod rękę musiała pójść wyobraźnia. Bo czy małym chłopcom można opowiadać encyklopedię? Nie! Trzeba im opowiadać przygody! A jeszcze lepiej, jeśli pozwolić im choć przez chwilkę poczuć się jak niedźwiedź. I tak powstał Kuba Niedźwiedź. Poznajemy go, gdy właśnie ćwiczy wspinanie się na drzewa. Idzie mu znacznie gorzej niż jego o rok młodszemu bratu. A przecież to on ma niedługo zostać królem puszczy! Na razie jednak patrzy z zazdrością na swoją mamę, która wielka jak głaz, wspina się wysoko po pniu, jakby ważyła tyle, co motyl. No najwyżej mały domowy kot. Mama Marynia jest cierpliwa, opiekuńcza, uczy swoich synów wszystkiego o tym, jak mają przetrwać (a przy okazji i nam daje prześledzić ten fascynujący proces) – na przykład tego, z którego mrowiska zajadać mrówki, żeby przy ich konsumpcji nie zostać ugryzionym w język. Niedługo obydwaj synowie ją opuszczą i zaczną własne życie. Spieszy się więc, by przekazać im całą swoją wiedzę, żeby poradziły sobie w każdej sytuacji. A przede wszystkim, żeby nie wpadły w ręce człowieka. Bo człowiek jest właściwie jedynym wrogiem niedźwiedzia na jego terenie. Szczególnie taki człowiek, który ma serce z lodu i który w futrze niedźwiedzia czy lisa widzi pieniądze, a nie ochronę przed zimnem i gorącem. Właśnie tacy dwaj ludzie, kłusownicy, złapali mamę Staszka. Staszek jest młodym liskiem – dobrze, że chociaż on zdołał się uratować. Tylko co teraz? Jak poradzi sobie bez mamy? Jest taki smutny... Hej, przecież może zostać częścią naszej rodziny, prawda? - wymyślają Benio i Kuba, a mama się zgadza. I odtąd po lesie chadza rodzina patchworkowa: mama niedźwiedzica z dwoma synami, młody lis i od czasu do czasu wiewiórka zwana Wiórą, która lubi jeździć na misiowym grzbiecie, gdy już zmęczą jej się łapy.
„Historie z gawry” są prawdziwe. Są pozszywane ze strzępków opowiadań, które Renata Kijowska usłyszała od badaczy niedźwiedzi. To historie wesołe i smutne, wzruszające i śmieszne, zawsze ciekawe, ale czasem trudne do czytania. Przyznam, że nie jeden raz odkładałam książkę, bo zabrakło mi głosu i nie mogłam już czytać dalej. Wzruszenie sprawiało, że moje struny głosowe przestawały działać. Bo to po części historie związku niedźwiedzia z człowiekiem. A tam, gdzie pojawia się człowiek, zwierzę bardzo często cierpi. Tak było w przypadku rodziny Kuby, która pierwowzór ma w prawdziwych niedźwiedziach. Nie wszystkie przeżyły, a los każdego z nich potoczył się niezupełnie tak, jak chciała Matka Natura. Dobrze, że są tu wymienione też takie osoby, jak strażnicy leśni, którzy z narażeniem życia ratują dzikie zwierzęta, albo jak pan Jakub Pyrek z krakowskiego zoo, który został mamą zastępczą dla małego kangurka, który stracił tę prawdziwą. Gdzieś przewija się też Fundacja VIVA, która ratuje zwierzęta i weterynarze z klinki Ada w Przemyślu, którzy pomagają chorym zwierzętom. Chociaż tak ludzkość może odkupić winę za to, co od zarania dziejów czyni zwierzętom. W nostalgiczny nastrój wprowadziła mnie ta książka, choć nie tylko smutek w niej gości. Jest też humor, jest ekscytacja, są w końcu dwa małe niedźwiadki, które uczą się świata i praw nim rządzących. Zupełnie jak dwaj niesforni mali chłopcy, którzy spuszczeni z oka choć na chwilę, idą własną drogą i nierzadko pakują się w kłopoty. Ale to, czego jest tu mnóstwo, a co przemycone jest w gęstym niedźwiedzim futrze, to wiedza. Mnóstwo ciekawostek (jaki kolor kupy ma niedźwiedź wiosną i dlaczego zielony?), dobrych rad (gdy przyjdziesz w góry, zachowuj się tak, jakbyś przyszedł do niedźwiedzi w gości! I nie wyjadaj im jagód! To tak, jakbyś wszedł do czyjegoś domu i opróżnił mu lodówkę…), opowieści na faktach (na przykład o tym, jak niedźwiedzie wyjmują uszczelkę w szybie samochodu, żeby szyba sama wypadła i żeby mogły wejść do środka i dobrać się do zapasów).  
W podziękowaniach Renata Kijowska wymieniła same tęgie głowy od przyrody, m. in. Adama Wajraka, jego żonę Nurię, Katarzynę Bojarską (to z tych szeroko znanych nazwisk) oraz Pawła Skawińskiego (byłego dyrektora Tatrzańskiego Parku Narodowego) i Filipa Ziębę (superniedźwiedziologa!). A! jest też Grażyna Naczyk z gdańskiego zoo. I wielu innych obserwatorów, miłośników, ochroniarzy przyrody. Cały sztab ludzi czuwał, żeby merytorycznie książka byłą na tip top. Mogę więc po jej lekturze z całym przekonaniem odpowiedzieć na pytanie zadane na okładce – tak, niedźwiedzie jedzą śledzie. Ale tylko w pewnym warunkach. Jakich? Po pełną odpowiedź odsyłam do „Kuby Niedźwiedzia”… Tylko ostrzegam, proszę się zaopatrzyć w pudełko chusteczek. Duże pudełko.










poniedziałek, 16 kwietnia 2018

502. KAŻDY MA W SOBIE COŚ Z BASI


Z lubością wyobrażam sobie taką sytuację – jest piątkowy poranek. Coś między szóstą a siódmą, czyli moment, gdy ściągam kołdrę z mojej córki i kieruję jej somnambuliczne kroki w stronę kuchni i talerza z owsianką. Ale tego piątkowego ranka jest zupełnie inaczej, bo na krześle z przygotowanymi na ten dzień ubraniami jest koszulka z Basią. Majka ubiera się bardzo szybko! Oczywiście do tego getry w paski. Potem je śniadanie z miseczki z Basią, popijając z kubka z Basią i Miśkiem Zdziśkiem (no taki kubek akurat istnieje i my go mamy!), myje zęby szczoteczką z Basią, wyciera twarz w ręcznik z Basią, wkłada buty z Basią i już jest gotowa do wyjścia. Szybciej niż ja, bo Basią dopalona! Piękna wizja! Zamiast chudonogich księżniczek Disneja w sukienkach, w których nie można się swobodnie poruszać, Basia, ta w wygodnych dresach, co czasem się ubrudzi błotem, ta co podjada żelki, czasem się złości, często ma rozczochrane włosy i chodzi do przedszkola. Nasza. Polska. Prawdziwa. Z krwi i kości. Taka, którą można by było spotkać w swoim własnym przedszkolu. Z identycznymi problemami. Ludzkimi. Takimi na tu i teraz. Zawsze powtarzam, że za to cenię Basię najbardziej. No! Właściwie całą jej rodzinę! Za autentyczność. Jak rozleje się mleko, to jest mleczna kałuża. I trzeba powycierać. Jak ktoś włoży króliczka z różowym nosem do prania białych koszul, to potem wszystko jest różowe. I trzeba użyć wybielacza. I to jest najważniejsza rzecz na świcie, żeby te koszule znów były białe, bo tata nie ma co włożyć jutro do pracy. Nie liczy się nic innego i nie można tego wybielania na później odłożyć. Jak się jej chleb, to zostają okruszki. A żółw zostawia żółwie bobki. No nie ma takich cudów, żeby żółw nie zostawiał żółwich bobków. I ja te żółwie bobki kupuję, bo są takie prawdziwe, jak żółwie bobki w każdym innym polskim domu, który ma za lokatora żółwia. I ubrania są zupełnie takie same, i stare samochody, którym odpadają rury wydechowe, i brak pieniędzy na nowego laptopa, i odpadająca klamka, i klej i mazaki wszędzie, w każdym pomieszczeniu – bo tak właśnie wyglądają domy, w których mieszkają pięcioletnie dziewczynki. A co najważniejsze emocje są zupełnie takie same – złość, smutek, rozczarowanie, ale i radość, ekscytacja, miłość. Nikt się tak nie przytula, jak rodzina Basi (no chyba, że moja własna!).
I te emocje idą z duchem czasu pod rękę. W najnowszej części to tablet je wywołuje.


Janek dostał tablet od swojego kuzyna Antka. Tablet ma w jednym miejscu pęknięty ekran i jest już stary, ale wciąż doskonale nadaje się do grania - w owocki na przykład. A to wciąga tak, że czasem trudno się opanować i trzeba bardzo uważać, żeby nie wpaść w nałóg. A co to jest ten „nauk”? - pyta Basia. I jak to zwykle w basiowej rodzinie, w której dużo się rozmawia, mówi się szczerze i żadnego dziecięcego pytania nie zostawia się bez odpowiedzi, rodzice wyjaśniają Basi i Jankowi, co to jest nałóg. To kolejna rzecz, za którą tak lubię Basię! Szczerość i prostolinijność! Tutaj nie ma miejsca na ściemę – jest kawa na ławę. I zawsze tak to wszystko wytłumaczone, że pięciolatka wie. No to ja też ze swoją pięciolatką rozmawiam o tym „nauku” i tablecie i wujku D., który pali papierosy, choć to przecież niezdrowe i „podśmierduje”. „Ale dziwne, że mama tak upominała Basię, że nie może grać długo na tablecie, a sama teraz gra w owocki dwie partyjki.” - kwituje Majka. No, bo dorośli przecież nie są wolni od wad. I czasem im też trzeba przypomnieć, co jest najważniejsze w życiu!







Ta seria jest dla trochę starszych dzieci (pewnie zastępy osób, które wychowywały się na Basi, a które dziś lat mają 2 lub 2,5 raza więcej niż Basia, dziękują autorce i wydawnictwu, że pozwolili im zostać z Baśką na dłużej), bo emocje w niej są trochę inne, bardziej dorosłe, już nie do pomieszczenia w dziecięcym ciałku. Teraz chodzi o Lulę. Alicja zwana Lulą, kuzynka Basi, nie może zasnąć. Następnego dnia jest dzień specjalny. Po raz pierwszy wystąpi w programie baletowym na prawdziwej scenie przed prawdziwą widownią. Dlaczego więc zamiast radości czuje takie dziwne coś w brzuchu i nie może zasnąć? Przecież wszystko umie, jest najlepszą tancerką w całej szkole baletowej, gdy ma tańczyć wietrzyk, to nie tańczy – ona staje się wietrzykiem. Zna cały układ, ma przygotowany strój, o co więc chodzi? Czy tylko o młodszą kuzynkę Basię, która będzie tańczyć z nią, a która na pewno w tańcu nie jest delikatnym i zwiewnym zefirkiem…? W końcu nadchodzi moment, gdy trzeba przygotować się do występu i okazuje się, że w worku ze strojem nie ma rajstop...
To nie jest tylko książeczka o tremie. To historia o doskonałości, o chorobliwym do niej dążeniu. I o tym jak to jest, gdy tak bardzo chce się kogoś zadowolić, że zatraca się siebie. Ale to historia, którą powinni przeczytać też rodzice. Po co? Żeby zastanowić się, jak silny wpływ wywierają na dziecko, gdy mówią „chcę, żebyś była najlepsza”. I jeszcze wtedy, gdy ich nie ma na co dzień, a ich obecność jest świętem. Jak bardzo wtedy dziecko chce się pokazać, żeby zatrzymać na sobie wzrok takiego rodzica? Jak bardzo doskonałe musi być, żeby je zauważył i odłożył ciągle dzwoniący telefon…? Ciężki temat podany w lekkim, stanecko-oklejakowym stylu. Bez łatwych odpowiedzi i bez moralizatorstwa. Taka tylko szpileczka wbita na ułamek sekundy pod rodzicielski paznokieć...







Na koniec wisienka na torcie, coś dla kompletnych basiowych świrów… „Wielka księga słów” Basi to taki przegląd z życia basiowej rodziny. Przegląd ich wartości, pojmowania świata, tego, co jest dla nich najważniejsze, co się wydarzyło, co ma się wydarzyć, tego, do czego przykładają wagę, bez czego nie mogą się obejść, co ich frapuje i co kochają. Jest w niej Dziadek, Mama, jest Basia, jest żółw, jest opiekunka, jest remont, jest alergia, obowiązki, śledzie, zoo, adopcja, żelki (no jasne!), Misiek Zdzisiek, biblioteka i oczywiście… błotne kotleciory! To coś jak słownik, ale bardzo osobisty, nawiązujący do konkretnych wydarzeń z życia basiowej rodziny. Ta książka mocno nas zainspirowała, bo jest trochę jak kronika rodzinna, jak pamiętnik, do którego Basia będzie mogła wrócić za kolejnych 10, 20 czy 30 lat i porównać, czy wszystko ma ten sam sens, czy tak samo rozumie poszczególne słowa, czy te same umieściłaby teraz w swojej „Wielkiej księdze”. My też chcemy to sprawdzić, dlatego wyciągnęłyśmy z szafy piękny zeszyt i zrobimy księgę słów naszej rodziny. Na razie tworzymy spis treści. Część haseł pokrywa się z tymi basiowymi. Dlaczego? Bo każdy z nas jest chociaż trochę jak Basia!










niedziela, 15 kwietnia 2018

501. #GRLPW PO SŁOWIAŃSKU


ELŻBIETA ŻUKOWSKA, KAROL KRL KALINOWSKI
„BORKA I SAMBOR T.1 POSTRZYŻYNY”
MUZEUM POCZĄTKÓW PAŃSTWA POLSKIEGO W GNIEŹNIE, GNIEZNO 2017

Jakiś czas temu moja dobra koleżanka robiła przegląd zgromadzonych przez lata zdjęć. Na swoim profilu na Facebooku wrzuciła fotografie figur Światowida, które stały przy wjeździe do mojego rodzinnego miasta. Łezka zakręciła mi się w oku i pomyślałam, że bardzo bym chciała, żeby wróciły tam, gdzie stały kiedyś. Dlaczego? Bo jeśli myślę o sobie jak o patriotce, to tylko w kontekście patriotyzmu słowiańskiego.
Słowianie oddawali cześć siłom przyrody. Rozumieli, jak ważna jest symbioza ludzi z naturą. Rozumieli, jak bardzo ludzkość jest od natury zależna. Czcili Matkę-Ziemię („Mokosz to dobra i mądra bogini domowego ogniska. Moja mama zawsze ją wzywa, gdy coś jej nie wychodzi i potrzebuje pomocy” [s.28]). Nie budowali świątyń – cześć bogom oddawano w najważniejszych i najbardziej wzniosłych miejscach – w lasach. Bardzo szanowali starszych – ich wiedzę, mądrość, doświadczenie.
I to wszystko mieści w sobie komiks Elżbiety Żukowskiej – literaturoznawczyni, która bada mity słowiańskie i KRL, który te mity doskonale przekłada na język komiksu. Ta dwójka stworzyła coś zupełnie niepowtarzalnego – komiks dla dzieci, osadzony w czasach Popiela i Piasta.
Wszyscy znają historię o myszach, co zjadły Popiela, ale mało kto zaglądał do „Kronik polskich” Galla Anonima, w których opisuje postrzyżyny synów obydwu panów. Podczas tej niesamowitej uroczystości, do Gniezna przybyli dwaj tajemniczy goście. Popiel odesłał ich, nie goszcząc wędrowców na uczcie. A Piast, odwrotnie, pokłonił się do ziemi dwóm starszym wędrowcom, zaprosił do swojego ubogiego stołu, podzielił się tym, co miał, choć jako ubogi oracz nie miał zbyt wiele. Co więcej w dłonie jednego z nich włożył nożyce i prosił, by uczynił mu ten zaszczyt i obciął włosy jego synowi.
Tak, o tym właśnie jest komiks duetu Żukowska i KaeReL. A że syn Piasta, Siemowit i syn Popiela musieli mieć jakichś przyjaciół, tym sposobem w komiksie o początkach państwa polskiego pojawia się Borka i Sambor. Poznajemy ich, gdy „dawno, dawno temu...” bosonodzy idą po lesie nad rzekę na ryby i rozmyślają, co podarować swojemu przyjacielowi Siemkowi w prezencie z okazji postrzyżyn. Borka proponuje jagody albo kwiaty, a Sambor nóż albo łuk. Z dyskusji wyrywa ich nagle płacz – to Kalina, siostra Siemka siedzi nad rzeką i płacze, bo młodzi Popielidzi napadli ją i zabrali jej drewnianego konika-zabawkę. Okazuje się, że nie tylko ona jest poszkodowana. Młodzi chuligani okradli więcej osób. Borka proponuje, że złowi Kalinie na pocieszenie złotą rybkę. Ale Sambor nie wierzy w złote rybki i zanurza wędkę w wodzie, by złowić taką do zjedzenia. Wierzy za to w Wodnika, Leszego i inne bóstwa i demony. Przez chwilę nawet to wodnik właśnie, pod postacią suma, buja się na końcu jego wędki. A już sekundę później Sambor musi ratować swojego przyjaciela Siemka, który przepływa obok, uczepiony wielkiej kłody. We czwórkę postanawiają pójść, odszukać Popielidów i odzyskać wszystkie skradzione przedmioty. A wymaga to wielkiej odwagi, bo młodzi Popielidzi są starsi i silniejsi...
Czytałam ten komiks już kilka razy i mogę śmiało powiedzieć „Lubię te historie!”, cytując hasło cyklu dla dzieci i młodzieży, który wdraża Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie. Właśnie tak się powinno uczyć dziś historii! Z pomysłem, z pazurem, środkami, które mają szansę trafić do dzieciaków i nie tylko zainteresować, ale coś więcej – rozkochać w sobie! Wszystkie chwyty dozwolone, byleby tylko ocalić od zapomnienia!!! Ten chwyt to nie jest cios poniżej pasa, ale w samo serce. Ta kreska zostaje tam już na zawsze. No bo jak tu nie kochać KaeReLa? Jak nie piać z zachwytu nad tą prostą przecież fabułą? A jak teraz doczekać się na drugi tom? Owszem to nie jest komiks stricte historyczny, to komiks z elementami historii i raczej nie można uczyć się z niego do klasówki. Ale na pewno pobudza ciekawość. Ja sama sprawdzałam, co jest prawdą, a co zmyśleniem autorów. I dzięki temu od jednego do drugiego hasła, zwiedziłam sporą część internetu w poszukiwaniu informacji o słowiańskich bóstwach, o kulcie natury, o Piaście i Popielu (no i nie zapominajmy o Rzepisze, ukochanej żonie Piasta!), o tym, że podobno wiele, wiele lat temu, gdy synowie obydwu mieli postrzyżyny, w Gnieźnie naprawdę pojawili się pielgrzymi. Więc może Sambor i Borka też istnieli naprawdę?
Gdybym miała teraz wybrać sobie bohaterkę, w którą wcielam się podczas dziecięcych zabaw, to zdecydowanie byłaby to Borka. Jest inteligentna, sprytna, zwinna, odważna, potrafi rozmawiać ze zwierzętami, ma własną oswojoną mysz, przyjaźni się z bóstwami (Wodnik to jej najlepszy przyjaciel!) i wchodzi w układy z Leszym, demonem lasu. Czy to nie wzór godny do naśladowania? Czy to nie lepsza bohaterka niż jakaś tam księżniczka, która czeka na swojego księcia, a do tego nosi strasznie niewygodną sukienkę i czasem gubi pantofelek, a czasem zjada zatrute jabłko?
Oczywiście, że to pytanie jest retoryczne.