Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

piątek, 23 listopada 2018

577.CO CHCESZ DOSTAĆ W PREZENCIE?


BEATRICE ALEMAGNA
„TULI-PUCHO-KŁACZEK”
(TŁ. PAWEŁ ŁAPIŃSKI)
WYTWÓRNIA, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA AUTORKA

Nadchodzi czas, w którym niespokojnie przebieramy nogami, drapiemy się z zastanowieniem w głowę, przerzucamy banknoty w portfelu i pięć razy więcej klikamy myszką. Czas prezentów! To z miłości przedzieranie się przez oferty sklepów internetowych pod osłoną nocy (gdy mąż i dzieci śpią i nie mogą podejrzeć nic przez ramię); to z miłości wklepywanie w wyszukiwarkę zapytania: „najlepszy prezent dla...”; to z miłości odwiedziny na wszelkich targach rzeczy ładnych, pomysłowych, oryginalnych, vintage, home made i ręcznie robionych. Żeby było najlepsze, najładniejsze, najbardziej od serca-dla serca. Żeby w prezencie, którym obdarowujemy, czuć było tę miłość.
Ja mam na przykład tak, że wolę robić prezenty, niż je dostawać. Że cieszy mnie szelest papieru, zdejmowanego z prezentu, serce bije mi dwa razy szybciej i w napięciu czekam na uśmiech obdarowanego. I to są o wiele większe emocje, niż te, gdy sama staram się odgadnąć co kryje się pod kolorowym papierem przewiązanym wstążką. Dlatego tak doskonale rozumiem Edzię. Edyta ma 5 lat. No właściwie to nawet pięć i pół. Jej mama ma niedługo urodziny. A Edzia podsłuchuje, jak jej starsza siostra mówi: „Urodziny-mamy-tuli-pucho-kłaczek”. O nie! Od siostry mama dostanie coś absolutnie wyjątkowego! A od niej? Przecież ona nic nie umie robić! Ale tym razem musi się postarać. Po prostu MUSI znaleźć jakiegoś TULI-PUCHO-KŁACZKA dla mamy na urodziny. Tylko jak to zrobić? Jak go znaleźć? Ile kosztuje? Od czego ma się przyjaciół! Edzia chwyta swój wściekle różowy bezrękawnik, który tak doskonale widać na każdej stronie (mam podejrzenie, że to swoistego rodzaju podkreślenie – to Edzia jest najważniejsza w tej historii – Edzia i jej determinacja, jej zawziętość, jej chęć sprawienia przyjemności osobie, którą kocha i udowodnienia innym – i sobie! - że jest ważna i że coś jednak potrafi) i biegnie do miasta, paryskimi uliczkami odwiedzając po kolei wszystkich swoich znajomych. Tylko, że – dziwna rzecz – okazuje się, że dla każdego TULI-PUCHO-KŁACZEK to zupełnie coś innego. Jak to się dzieje, że dla Jana to bułeczki maślane, dla Mimi perłowy guzik, a Karol uważa nawet TULI-PUCHO-KŁACZKA za znaczek pocztowy? Bo każdy z nas jest inny! Przecież nawet po francusku TULI-PUCHO-KŁACZEK nazywa się inaczej zupełnie (dodu-velu-petit)…
Co dla mamy będzie TULI-PUCHO-KŁACZKIEM? Czy to samo, co dla Edzi? Zdradzę tę tajemnicę – oczywiście, że tak! A dlaczego? Bo dla mamy TULI-PUCHO-KŁACZKIEM jest to, co dostanie od najważniejszej osoby w swoim życiu – od swojej córki. Tak już mają te mamy…
Edzia to jedna z tych bohaterek, która od razu wzbudza w czytelnikach sympatię. Energiczna, zaradna, dowcipna, świetna obserwatorka. Jeśli istnieje taka główna bohaterka, to może powstać tylko śliczna, zabawna i do tego świetnie narysowana książka. I powstała - historia o małej, rezolutniej dziewczynce, która dowiaduje się, że w życiu ważna jest pasja, wytrwałość i przyjaciele. No i nie będę ukrywać – czytałyśmy zachłannie, żeby jak najszybciej dowiedzieć się… co to w końcu jest ten TULI-PUCHO-KŁACZEK!










Nigdy chyba jeszcze nie pochwaliłam w mojej recenzji drukarni. Ale tu muszę… Różowy Pantone (kolor specjalny!) jest obłędny!!! Brawo Edica!

czwartek, 22 listopada 2018

576. MAŁA DZIEWCZYNKA MEBLUJE DOMEK DLA LALEK


BAEK HEENA
„KSIĘŻYCOWY SORBET”
(TŁ. EDYTA MATEJKO-PASZKOWSKA)
KWIATY ORIENTU, SKARŻYSKO-KAMIENNA 2018
ILUSTROWAŁA AUTORKA

Jest taka koreańska legenda ludowa o królikach, które żyją na księżycu. Podobno dawno, dawno temu władca nieba przebrał się za człowieka i zszedł na ziemię. Udawał przymierającego głodem starca. Spotkał na swej drodze lisa, małpę i królika. Lis nakarmił go rybami, małpa owocami z drzewa, a królik chciał ofiarować sam siebie – wskoczył do ogniska. Władca nieba uchronił go od śmierci i w nagrodę zabrał do swojego domu. Podobno gdy spojrzy się na Księżyc w pełni w jego plamach, koloru ulatniającego się z ogniska dymu, można zobaczyć królika, który rozciera w moździerzu zioła i ryż do ciasteczek na Święto Dziękczynienia. To święto przypada w Japonii na piętnasty dzień ósmego miesiąca księżycowego.
I właśnie tego dnia dzieje się ta historia…
Zaglądamy do kamienicy pełnej wilków. Jeden słucha muzyki, jeden czyta książkę, jeden bawi się z dzieckiem, jeden nalewa coś z butelki do wysokiej szklanki… Jeden leży, inne siedzą czy stoją, ale żaden nie śpi. Parna, pełna światła księżycowego noc na to nie pozwala. Jest za gorąco! Wiatraki i klimatyzacja szumią i trzeszczą, ale nie rozganiają stojącego powietrza. Nagle daje się słyszeć dziwny, nieznany dźwięk… Jakieś „kap, kap, kap...” Okazuje się, że to Księżyc się roztapia!!!
Gdzie będą mieszkać króliki, gdy roztopi się cały? I jak zasnąć, gdy nie ma ani odrobiny światła?
Ta książka to coś zupełnie wyjątkowego! Jej autorka - artystka, pisarka, ilustratorka, lalkarka, animatorka – Beak Heena, stworzyła makietę wilczej kamienicy i grając światłem, a przy okazji naszym zachwytem, zilustrowała to książkowe dzieło sztuki. Nie wierzę, że znajdzie się ktoś, kto nie otworzy szerzej oczu ze zdumienia, kto nie pochwali pomysłu artystki, kto nie przypatrzy się bliżej i dokładniej detalom, kto nie wybierze sobie swojego ulubionego pokoju w tej wyjątkowej kamienicy.
Nie trzeba znać legend i obyczajowości japońskich czy koreańskich, by zrozumieć tę książkę.* Majka mówi o niej, że „jest piękna i że jest w niej dużo wyobraźni.” A wyobraźnię każdy ma swoją i każdy po swojemu może ją odczuwać. Bo to tego rodzaju twór, który się czuje, a nie przy którym się myśli. Ja na przykład dostrzegam w niej historię o cyklach życia – Księżyc zmienia się – czasem się topi, a czasem go przybywa. I o związku człowieka z naturą, jego zależności od niej. O tym, że jeśli natura zrobi nieuważnemu człowiekowi krzywdę, to zawsze będzie potrafiła dać lekarstwo (sorbetowe lody z Księżyca podczas upału – doskonała koncepcja!).
Można też, zupełnie po prostu, nie doszukiwać się żadnych głębszych sensów, tylko cieszyć oczy tym cudem, zaglądać bezwstydnie w okna wilków, sprawdzać, jak są urządzone ich domy, podziwiać kunszt artystki przy oddawaniu najmniejszych szczegółów. Budzi się we mnie ta malutka dziewczynka, która uwielbiała meblować domki dla lalek. I pozwalam teraz tej dziewczynce przewracać strony tej książki w tę i z powrotem. Cieszy się...








*choć, gdy się je pozna, chociaż powierzchownie, wiele rzeczy układa się całość – na przykład sorbety z księżyca to może być nawiązanie do tsukumi dango, czyli słodkich kulek w kształcie księżyca, przygotowywanych z mąki ryżowej jako tradycyjna przekąska na święto podziwiana Księżyca (w ostatnią pełnię lata).

środa, 21 listopada 2018

575. CODZIENNA NIECODZIENNOŚĆ


MARIE-AUDE MURAIL
„BYSTRZAK”
(TŁ. BOŻENA SĘK)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2018

Stoimy w kolejce w warzywniaku. Przyglądamy się pięknym, zupełnie niezwykłym kalafiorom. Przed nami stoi pani, której wzrok też kieruje się w tę stronę. Mimowolnie słyszymy jej rozmowę ze sprzedawczynią:
- A te kalafiory to jak się gotuje?
- Tak samo, jak normalne.
- A jak smakują?
- Bardzo podobnie, jak normalne. Ale mają dużo więcej witamin. Witaminy C mają więcej niż cytryna.
- Acha…
- To kalafiory królewskie – tak się nazywają.
- Królewskie, no ładne, poproszę zwykłego.
Ludzie lubią zwykłe. Boją się nie-zwykłego. Przecież nigdy nie wiadomo, czego po niezwykłym można się spodziewać.
Na przykład po Bystrzaku. To brat Klébera. Kléber ma 17 lat (jeszcze!). A Bystrzak 22. Ale niech cyfry nikogo nie zwiodą. Bo tak naprawdę zatrzymał się jakieś 19 lat wstecz. Jego umysł wciąż twierdzi, że „Mam trzy latka, trzy i pół”. No i nic już się nie da na to poradzić. Żadne tam leki, terapie, wstrząsy. Tak już jest. I tak zostanie. Bystrzak spędził jakiś czas w zamkniętym zakładzie dla upośledzonych umysłowo. Ale przestał wtedy żyć. Tylko pół-żył. I Kléber nie mógł tego znieść. Zrozumiał, że dla ojca, który ma nową żonę i kolejne dziecko w drodze, Bystrzak już nic nie znaczy. Że to nawet lepiej, że przestał się odzywać i reagować na bodźce zewnętrzne (ileż ten Bystrzak gada! A jakie głupoty!!!). Zrozumiał, że jest jedyną nadzieją swojego brata. Wyciągnął Bystrzaka z czeluści Malicroix.
No i załatwił sobie wieczny życiowy stand by!
Bo to tak, jakby mieć ze sobą wciąż i wciąż małe dziecko – tego nie ruszaj, nie wchodź na jezdnię, nie dotykaj ognia, nie odzywaj się (bo ludzie nie rozumieją, że tylko wyglądasz jak dorosły!). Gdy za długo śpisz (jego zdaniem), to po prostu podważa ci powieki palcami. I już. A, no i jest jeszcze ten królik (Pan Królik!!!), którego Bystrzak wszędzie ze sobą taszczy, który jest już bardzo brudny i który jest bardzo ważnym elementem w jego życiu. A gdzie w tym wszystkim nauka Klébera? Gdzie matura? Nie mówiąc już o życiu prywatnym – z Bystrzakiem coś takiego, jak prywatność nie istnieje!
A co z prywatnością Arii, Enzo, Emmanuela i Corentina? Czy jest zagrożona? Bo Bystrzak i Kléber właśnie wprowadzają się do ich mieszkania. I przewrócą to mieszkanie (i ich życie) do góry nogami. Tylko czy dotąd było poukładane tak, jak trzeba?
Śmiałam się, chichrałam, parskałam śmiechem. Co mnie tak bawiło? Książka o gup-ku. Że niepoprawnie? Że nie wypada? Ale przecież Bystrzak robi i mówi śmieszne rzeczy! Nie mogłam tego tak po prostu ignorować. Musiałam się śmiać, to było silniejsze ode mnie. Musiałam, żeby rozładować to całe napięcie, które gromadziło się w moim ciele, gdy czytałam tę książkę.
To doskonała książka. To książka o codzienności. Tylko takiej na opak. Takiej, w której nie ma miejsca na spokój i leniwość, powtarzalność i przewidywalność. Czytałam ją w stanie najwyższej gotowości, bo przecież „Bystrzak na pewno coś zaraz zmajstruje!” i „Bystrzak zaraz coś podpali!” i „Bystrzak na pewno zgubi w końcu tego królika (Pana Królika!!!) i będzie płacz!”. Łatwo mi było stać z boku i tylko wyobrażać sobie Bystrzaka. Z jeden strony te nerwy napięte, bo przecież coś się zaraz wydarzy, ale z drugiej, gdyby nawet podpalił, to co? To przecież nie ja będę cierpieć, nie mnie spali na popiół.
Czy ta książka jest do podziwiania Klébera? W pewnym sensie tak. Przecież on akurat jest fikcyjny, ale dookoła jest mnóstwo takich Kléberów, którzy zmagają się z tą codzienną niecodziennością, z tym wiecznym napięciem, z tym 24/7. Trzeba ich podziwiać, bo to oprócz aktu miłosierdzia, miłości, także akt poświęcenia. Ale ta książka jest chyba w równym stopniu po to, żeby uświadomić, że Bystrzacy żyją dookoła nas, że w każdej chwili możemy się z nimi zetknąć. Czy potrafilibyśmy podać im rękę? Czy potrafilibyśmy pogadać z ich królikiem (Panem Królikiem!!!)? Czy potrafilibyśmy zaprosić ich na obiad, a potem na deser, wiedząc, że nadgryzą wszystkie ciastka wyłożone na talerzyk, żeby sprawdzić, które jest najlepsze? Ta książka jest chyba właśnie do zastanawiania się. Do przećwiczenia, chociaż na brudno, hipotetycznej sytuacji desantu Bystrzaka na nasze terytorium.
To co, przy najbliższej wizycie w warzywniaku kalafior królewski? Tak na próbę?*







*PS. Sprawdziłam, smakuje prawie tak samo. Prawie! Nie może smakować identycznie, skoro jest nie-normalny, prawda?

wtorek, 20 listopada 2018

574. CO MAM DZIŚ NOCĄ POD POWIEKAMI?


JAMES MATTHEW BARRIE
„PIOTRUŚ PAN W OGRODACH KENSINGTOŃSKICH”
(TŁ. ALEKSANDRA WIECZORKIEWICZ)
MEDIA RODZINA, POZNAŃ 2018
ILUSTROWAŁ MARCIN MINOR

Kim tak naprawdę jest chłopiec, który nigdy nie dorósł? Skąd w ogóle wziął się Piotruś Pan? Gdzie mieszkał zanim trafił do Nibylandii? Niewiele osób wie, że był kiedyś zwykłym chłopcem. Urodził się, tak jak każdy chłopiec i dziewczynka, na Wyspie Ptaków. Bo każdy z nas był kiedyś ptakiem. Gdy jest się dzieckiem, można to sobie jeszcze przypomnieć. Im jest się starszym, tym bardziej się zapomina. I nie pomaga już pocieranie skroni i intensywne myślenie. Wydaje nam się, że od zawsze byliśmy u mamy i taty. A tak naprawdę każdy z nas miał kiedyś dziób i skrzydła i umiał latać. Potem przyzwyczailiśmy się do swojego człowieczeństwa, nauczyliśmy się mówić, weszliśmy w ludzką skórę i zaczęliśmy używać piżam. Zabroniono nam też wstępu do Ogrodów Kensingtońskich po zamknięciu bram. A dzieją się tam wtedy cuda i dziwy – wróżki i elfy urządzają bale, kwiaty i krzewy spacerują po alejkach, a drzew przeciągają się i rozmawiają swobodnie. Ale jest jeden Między-i-Pomiędzy, który przez chwilę był prawdziwym chłopcem, a teraz nie jest już ani chłopcem ani ptakiem. To właśnie Piotruś Pan. Chłopiec, który wyfrunął kiedyś swojej mamie przez okno i poleciał na Wyspę Ptaków, zapominając, że nie ma już skrzydeł, ale odkrywając, że można lecieć, gdy się tylko uwierzy, że to możliwe. Nie umiał wrócić do domu, więc został w Ogrodach Kensingtońskich, przyjaźnił się z Salomonem Krakiem, najważniejszym spośród ptaków, przygrywał na fletni wróżkom i elfom do tańca i bawił się całe dnie – po swojemu, zabawkami znalezionymi dla niego przez ptaki. Był szczęśliwy, nawet bardzo. Dziki, nagi, wolny. Na co dzień nie myślał, że jest Między-i-Pomiędzy. Na co dzień był Piotrusiem Panem. Tylko raz jeden poleciał odwiedzić swoją mamę, bo tak mu się zatęskniło za tym słowem, ale nie został na poręczy łóżka, w którym mama przytulała powietrze, jakby przytulała jego. Wyfrunął znów przez okno.
Nie znałam do tej pory Piotrusia Pana. Wydawało mi się tylko, że znam. Wydawało mi się, że jest arogancki, samolubny, że nie zważa na nikogo i na nic. Ale teraz już wiem, że to niezabliźniona rana w jego sercu, że to ciągła tęsknota za matką, za domem, za byciem prawdziwym chłopcem, a nie kimś niedokończonym, tęsknota za matczynymi pocałunkami i pewnością, że zawsze do końca świata będzie na niego czekała i zawsze w jej sercu pozostanie chociaż punkcik, w którym będzie się mieściło jego imię.
To rozdzierająco piękna historia! Pełna magii, dziwności i czarów. Ta magia istnieje tuż obok świata racjonalnego, ale kryje się doskonale. Dzieci są łącznikiem między jednym a drugim światem, ale dorastając stopniowo zapominają wszystko to, co niezwykłe, wpadając w trybiki wyznaczonych ścieżek, konwencjonalnego myślenia i konwenansów. To niesamowita wizja świata i chyba nawet w nią wierzę…
To, co absolutnie mnie ujęło w tej książce, to język. Wyrafinowany, melodyjny, potoczysty i zupełnie niedzisiejszy*. Ogromną rolę odegrała tu tłumaczka, Aleksandra Wieczorkiewicz, bo tak poetyckie frazy zapewne nie było łatwo obłaskawić w ojczystym języku. Ale jej się udało, ubłagała wszystkie wróżki i elfy, żeby się jej dały zamknąć w polskich literach, zaprosiła Piotrusia Pana i on przyjął jej zaproszenie, doskonale wpasowując się w polskie znaki, moszcząc się w polszczyźnie jak w Gnieździe Drozda. Skulił się w niej, zwinął w kłębek i kołysze się, zadowolony, że tak pięknie jego imię brzmi po polsku.
Niewątpliwie czarowność tej książki umacnia wizja Marcina Minora. Narysował Piotrusia nastrojowego, onirycznego, doskonale współgrającego ze śpiewną frazą Wieczorkiewicz (i Barriego oczywiście).
Nie mogę się uwolnić spod uroku tej książki! Nie mogę przestać o niej myśleć. Zasypiać dziś będę z Ogrodem Kensingtońskim pod powiekami...









*sześciolatka odmówiła słuchania, ja zaczytana spędziłam wieczór z tą książką.

poniedziałek, 19 listopada 2018

573: TYDZIEŃ Z ZAKAMARKAMI: ODPOWIEDZIALNY RODZIC


 INGELIN ANGERBORN
„KOSMICZNE ŚWIĘTA”
(TŁ. MARTA WALLIN)
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2018
ILUSTROWAŁ PER GUSTAVSSON

Odpowiedzialny rodzic, zanim da do przeczytania książkę swojemu dziecku, czyta ją od deski do deski. Całą, calutką. Nie omija żadnej strony, żadnej literki. Że to książka adwentowa? Że powinno się codziennie jeden rozdział? Phi! Jakiż byłby ze mnie odpowiedzialny rodzic, gdybym postąpiła tak nierozważnie i poddała się regułom gry!
Tak w tym roku postawiłam się wybronić z mojego nieumiarkowania w czytaniu! Sprytnie, prawda? Przyznaję, że to nadużywanie stanowiska i władzy (rodzicielskiej), ale jak można się powstrzymać od przeczytania na raz tradycyjnej powieści adwentowej od Zakamarków? No jak?! No ja zupełnie nie potrafię!
Zdradzę więc troszkę, tylko troszeczkę, aby uspokoić wszystkich zaniepokojonych rodziców i wziąć na siebie ciężar odpowiedzialności – możecie spokojnie czytać wraz z dziećmi codziennie JEDEN rozdział, od 1 do 24 grudnia (he, he).
Jest dobrze! Jest nawet bardzo dobrze. Jest wręcz...kosmicznie!
A to za sprawą pewnego niebieskiego stworka z planety Koncypiusz…
Zbliżają się Święta. Te jedyne, najważniejsze w całym roku. Rutka już się na nie cieszy. W liście do Mikołaja na trzecim miejscu jest prawie pies (taki z wystawy sklepu żelaznego, który oddycha, bo ma zamontowane baterie), na drugim jest pies prawdziwy, którego i tak nie dostanie, bo tata ma uczulenie na sierść, a na pierwszym… przyjaciel! To pewnie tez niemożliwe. Ale Rutka tak mocno tęskni za swoją przyjaciółką Elsą, która przeprowadziła się do innego miasta. Teraz nie ma tu już nikogo. Ale pewnego dnia okazuje się, że nie będzie miała czasu zastanawiać się nad swoją listą prezentów, bo w rogu jej pokoju pojawia się coś niebieskiego. I to coś ma antenkę na głowie. Trochę przekrzywioną, ale mimo to… antenkę! Okazuje się, że to Kosma z Koncypiusza, który trafił na Ziemię dlatego, że nie słuchał mamy, a teraz nie bardzo wie, jak ma z powrotem znaleźć się na swojej planecie. Jest nieszczęśliwy, stęskniony, a do tego zjada wszystkie metalowe przedmioty, jakie znajdzie w domu Rutki – zniknęły już nożyczki i nóż do sera, a nawet kawałek kłódki… Jak odesłać kosmitę w kosmos? I czy uda się to przed Koncypkami, świętem na Koncypiuszu, który dziwnie przypomina ziemską Wigilię?
Więcej już nie powiem, bo i tak zdradziłam za wiele (powiedziałam na przykład kto zjadł nóż do sera i gdzie leżą nożyczki).
Tegoroczna historia jest dla młodszych dzieci, niż poprzednie historie - jest mniej wymagająca, mniej poważna. Może mniej nastrojowa niż „Święta dzieci z dachów”, na pewno mniej szalona niż zeszłoroczna „Hurra, są święta!”, ale trzyma w napięciu do samego końca. Nie oznacza to, że jest pozbawiona świątecznego nastroju! Co to, to nie! Jest tu wszystko to, co być powinno – świeczki, gwiazdy, Mikołaj, orszak świętej Łucji (szwedzka autorka, to i szwedzkie zwyczaje), prezenty, ciasta, śnieg, goście, choinka i przyjaźń. Więc śmiało można ją upychać w pierwszym okienku kalendarzy adwentowych i cieszyć się nią przez kolejne 24 dni.








niedziela, 18 listopada 2018

572. TYDZIEŃ Z ZAKAMARKAMI: DO CZEGO SŁUŻY SZNURÓWKA?

ELLEN KARLSSON
„SZNURÓWKA, PTAK I JA”
(TŁ. KATARZYNA SKALSKA)
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2018
ILUSTROWAŁA EVA LINDSTRÖM


Wakacje to nie tylko czas, gdy nie trzeba się uczyć i odrabiać lekcji, gdy codzienna rutyna zmienia w codzienne zaskoczenia i nieprzewidywalności. To czas, gdy można uciec od swoich smutków. Na dwa miesiące zaszyć się gdzieś i udawać, że jest się kimś innym niż jest się naprawdę. Selma na przykład ukrywa się u dziadków. Przed czym? Przed nieprzystosowaniem. Przed tym, że w jej klasie nie ma nikogo, kogo lubi i nie ma też nikogo, kto lubiłby ją. Od nowego roku szkolnego zmieni klasę, ale teraz jest pomiędzy. Pomiędzy tym, co było i nie było dobre, a tym, co będzie i przeraża. Bo też może nie być dobre. Selma nosi w sobie nieustannie ptaka, który dziobie ją od środka – za każdą myślą, że się nie nadaje, że nie ma przyjaciółki, że nie jest dość dobra, by się przyjaźnić. Takie dziob, dziob, dziob… Bolesne. Nie da się ignorować. Dlatego Selma cieszy się, że wakacje spędzi u dziadków. Na wyspie jest mnóstwo starych ludzi i bardzo mało młodych. Nie będzie musiała się wysilać, próbować się zaprzyjaźniać. Będzie mogła po prostu być Selmą, czasem dziobaną przez ptaka, grającą z dziadkami w gry planszowe, słuchającą co wieczór opowiadań o duchach, które wymyśla babcia i hodującą wakacyjne stopy. „Chodzę na bosaka po żwirowej drodze tam i z powrotem. Skóra na moich stopach jest miękka, więc szuram piętami po żwirze, żeby zrobić sobie wakacyjne stopy. Wakacyjne stopy są wtedy, gdy skóra zrobi się tak twarda, że można biegać boso po najostrzejszym żwirze i to nic nie boli.” [s.15].
A co, jeśli nagle naprzeciw ciebie staje dziewczynka, mniej więcej w twoim wieku, w śmiesznej czapce i mówi, że ona już ma wakacyjne stopy? I że nazywa się Sznurówka. I na dodatek pyta, czy Selma chce się z nią pobawić. Tak po prostu! No pewnie, że Selma chce!
To powieść o dwóch dziewczynkach, które się odnalazły. Nie wiadomo, czy Sznurówka ma w sobie ptaka, bo to historia Selmy, ale sądzę, że ma. Może tylko postanowiła po prostu go nie słuchać? Sznurówka wydaje się wygadana, pewna siebie, silna. Ale może to tylko tak wygląda dlatego, ze występuje w parze z Selmą, której cała pewność siebie już dawno została zjedzona przez ptaka? Dziobał po okruszku, aż wydziobał wielką dziurę, w którą można włożyć rękę. Ale sznurówki zwykle mają za zadanie związywać, więc Sznurówka po prostu wiąże Selmę w miejscu, gdzie jest dziura. Tak, żeby nie było widać. To też historia przyjaźni uzależniającej i niebezpieczeństwa, że człowiek z wdzięczności może tak mocno zatracić się w kimś drugim, że zapomni o swoim własnym istnieniu. Na szczęście Selma w porę przypomniała sobie, gdzie ma swoje granice i jak się mówi nie. Powieść pełna subtelności, niuansów, ale też doskonale się czytająca powieść o wakacyjnej przyjaźni dwóch dziewczynek. O budowaniu statków w butelce, o drewnianym domku, w którym ma powstać klub, o pogrzebie chomika, o nauce pływania, o wspinaniu się na drzewa, o łapaniu traszek i wyprawie na plażę, gdy pada ciepły letni deszcz.
Jestem szczęśliwa, że Selma trafiła na Sznurówkę, ale też niespokojna, bo mieszkają w innych miastach. Niepewnie więc będę wypatrywać kolejnego z trzech tomów przygód Selmy, żeby zobaczyć, czy dziura po wydziobywaniu zarosła grubą skórą i jak Selma poradzi sobie w nowej szkole. Mocno trzymam za nią kciuki!