Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

czwartek, 23 maja 2019

622. GORĄCO… GORZKO...


KIRAN MILLWOOD HARGRAVE
„DZIEWCZYNKA Z ATRAMENTU I GWIAZD”
(TŁ. MARIA JASZCZUROWSKA)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2019

Co jako pierwsze przychodzi do głowy, gdy ktoś rzuca hasło: „Wyspy Kanaryjskie”? Dużo słońca, morze z krystalicznie czystą wodą, palmy i bajeczne krajobrazy. I jeszcze drinki z parasolką. Same miłe rzeczy. Tymczasem Wyspy Kanaryjskie to wyspy wulkaniczne. A Kiran Millwood Hargrave dostrzegła w nich nie to, co lśni, błyszczy i pyszni się w słońcu, ale to, co pod spodem – długie korytarze lawowe, w których ciemność jest nieprzenikniona. To właśnie pod ziemią narodziła się ta książka.
Isabella i jej tata, Ta, od trzech lat mieszkają sami. Nie ma już ani Ma, ani brata bliźniaka Isabelli, Gabo. Ojciec i córka zostali we dwoje. Wypracowali swoje rytuały – przypalona owsianka co dzień na śniadanie i odsuwanie złych myśli, żeby nie zaczynać dnia od smutku. Ta jest kartografem. Mimo swojej kalekiej nogi, mimo tego, że nie porusza się inaczej, niż o lasce, wciąż jest w nim pragnienie podróżowania, odkrywania nowych lądów, powiększania mapy, nanoszenia na nią odpowiedzi w miejsce „Incognito” - nieznanego. Niestety – gubernator Adori, gdy tylko przybył na wyspę, zamknął ją dla tych, którzy przyjeżdżali i dla tych, którzy chcieli wyjechać. Ta już nie wyruszył w podróż. Rysował z pamięci mapy, wyszywał je specjalnymi nićmi, ale nie powiększył już nigdy znanego obszaru. Swoją wiedzę i umiejętności przekazywał Isabelli, która była zafascynowana mapami, a jej największym marzeniem było sporządzenie mapy terytoriów rozciągających się poza lasem, tak zwanych Zapomnianych Ziem. Nie zwierzyła się jednak nigdy z tego pragnienia nikomu. Ani Ta, który martwi się o nią, czasem nadmiernie, ani Lupe, swojej najlepszej przyjaciółce, córce gubernatora. Lupe żyje w bańce – ma kolorowe sukienki, pokaz fajerwerków na każde swoje urodziny i nie widzi biedy, niepokoju i niesprawiedliwości, które pojawiły się na wyspie wraz z jej ojcem. Isabella też żyje w bańce – jej bańką są mapy i baśń o Arincie – dziewczynie, która tysiąc lat temu uratowała wyspę Moya przed demonem Yote. Pewnego dnia ginie ich koleżanka z klasy, Cata. I tego samego dni bańki Isabelli i Lupe zderzają się ze sobą, rozpadają się i przyjaciółki stają przed straszną prawdą o sobie samych – Lupe dowiedziała się, że jej ojciec jest okrutny, a ona samolubna i ślepa na to, co dzieje się dookoła niej. Isabella dowiedziała się, że Arinta jest wytworem wyobraźnia bajarza, że nie istniała naprawdę, a ona, Isabella, nie jest jej wcieleniem. Gdy dziewczęta poznały prawdę, ich przyjaźń została wystawiona na próbę. A to próba z rodzaju tych najstraszniejszych, wymagających nie lada odwagi. Lupe jedzie na Zapomniane Ziemie – chce ukarać zabójców Caty. A Isabella musi znaleźć sposób, żeby uratować swoją przyjaciółkę – delikatną i nie znającą prawdziwego życia. Tylko, że Zapomniane Ziemie kryją pewną tajemnicę. Okazuje się, że demon Yote być może nie jest tylko mitem...
Boję się schodzić głęboko w dół, boję się tych miejsc, gdzie nic nie widać, boję się nieoświetlonego, boję się być zewsząd otoczona ziemią. I ta książka właśnie taka dla mnie była – przerażająca, duszna, niebezpieczna. Musiałam się z niej wynurzać, żeby zaczerpnąć powietrza, bo coraz bardziej mi go brakowało podczas lektury. Z każdą stroną robiło się goręcej, lawa niemal dotykała moich palców. Ale też ta historia fascynowała mnie i uwodziła. Dlaczego? Dlatego, że autorka w mistrzowski sposób przetworzyła rzeczywistość, te piękne bajkowe krajobrazy, pocztówkowe widoczki i błękit na czerń, suchość w ustach, dłonie rozpaczliwie starające się chwytać skał, by iść prosto, by nie upaść, na krew, łzy, pożar, na mityczne potwory, które czają się pod ziemią i są gotowe, żeby wyjść na powierzchnię i pochłonąć cały ten spokojny świat, zawładnąć nim, spopielić. To typowo baśniowa historia – walka dobra ze złem, odnajdywanie w sobie odwagi, by pokonać silniejszego od siebie Złego, uświadomienie sobie, jak wiele znaczy rodzina, przyjaciele, miłość. Tylko, że moim zdaniem nie ma tu jednoznacznego, dobrego zakończenia. Tak, jakby zło było na tyle silne, że nawet w bajkach nie można go unicestwić. Można jedynie je uśpić, można przysypać złotym piaskiem, można poznać – narysować mapę, wyszyć ją złotą nicią, wiedzieć, gdzie bije serce zła. I podoba mi się to zakończenie – niecukierkowe, do mokrego od łez uśmiechu, do zastanawiania się nad istotą bohaterstwa, nad własną pychą, nad tym, jak bardzo każdy z nas chce być wyjątkowy, jak chce się zapisać w dziejach świata i że często krzywdzi przy tym innych. Gorzka, ale piękna historia.


wtorek, 21 maja 2019

621.”MÓWIŁAM!”


BIBI DUMON TAK
„ZWIERZAKI CUDAKI. KSIĘGA NAJDZIWNIEJSZYCH ZWIERZĄT ŚWIATA”
(TŁ. JADWIGA JĘDRYAS)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2019
ILUSTROWAŁA FLEUR VAN DER WEEL

BIBI DUMON TAK
„ZWIERZAKI ZWYKLAKI”
(TŁ. JADWIGA JĘDRYAS)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2019
ILUSTROWAŁA FLEUR VAN DER WEEL

Dawno, dawno temu (ze stopki redakcyjnej wynika, że w 2006 roku), gdy podczas studiów pracowałam w księgarni, przyszłam jak zwykle po południu do pracy. Zastałam moją szefową siedzącą przy stoliku dla klientów, zaczytaną po uszy. Nie zwróciła nawet uwagi, że weszłam. Ja zaś zwróciłam uwagę na jej wybuchy śmiechu – równiutko co dwie strony… „Jakie to jest dobre!” - wykrzyknęła i już niosła książkę w moją stronę. A ja, nie pałając jeszcze wtedy miłością do literatury z półki z hasłem „dla dzieci”, skrzywiłam się mimowolnie. Ale, bądź co bądź, to szefowa. Wzięłam delikatnie w dłonie ów zielony tom, zastanawiając się już w duchu co powiem, ćwicząc uprzejme „no, ciekawe...” i spoglądając tęsknie w stronę grubych poważnych tomów na półce z hasłem „literatura piękna”. A ona stała i patrzyła. Zaczęłam czytać. I czytałam, czytałam, czytałam. „Jakie to jest dobre!” - powiedziałam na koniec, rozglądając się po rzeczywistości łakomym wzrokiem – szukałam kogoś, komu mogłabym przekazać zieloną książkę – teraz, zaraz, już! Szefowa spojrzała z nieskrywaną wyższością, uśmiechnęła się tylko i powiedziała: „Mówiłam!”. To było pierwsze wydanie „Zwierzaków cudaków” - jednej z najlepszych (nie boję się tego powiedzieć!) książek o przyrodzie, jakie czytałam. Czterdzieści dwustronicowych impresji na temat najdziwniejszych zwierząt na świecie. Bibi Dumon Tak wynalazła największych freak'ów w świecie przyrody* i napisała o nich zabawną i mądrą książkę, pokazującą, że natura jest czystą magią, że w przyrodzie wszystko jest ułożone tak, żeby zawsze się udawało, nawet, jeśli wydaje nam się to pozbawione najmniejszego sensu. No i że „mamo, wiesz, odkryłam dzięki tym książkom, że wszyscy panowie chcą się podobać dziewczynom. No oprócz ślimaka nagiego, bo on sam jest i panią i panem naraz”. Zaraz, zaraz, ale jak to książkom, skoro mowa była tylko o jednej? Bo po siedmiu latach od premiery „Zwierzaków cudaków” ukazała się druga część „Zwierzaki zwyklaki”, której polskie tłumaczenie otrzymujemy właśnie teraz – po latach trzynastu. Z poślizgiem, owszem, ale ważne, że w ogóle! (przy czym korzysta też „starsza siostra”, bo mamy dzięki temu także wznowienie „Cudaków”.) A co tutaj? Zwyklaki? Te wszystkie najnudniejsze stworzenia, które spotykamy na każdym kroku? Że ślimak, że wróbel, że królik, że mysz, że biedronka, że… gołąb? Naprawdę – gołąb? Nu-da! Nic bardziej mylnego. Mówiłam przecież, że natura co krok robi darmowe show ze sztuczkami magicznymi i że w zwykłym można znaleźć cuda. Okazuje się na przykład, że królik… zjada własną kupę (ale tylko tę miękką). Że śledzie porozumiewają się między sobą za pomocą pierdnięć. Że bez sójki mogłoby nie być lasów dębowych. Że dzięki osie powstał papier. I że gołąb jest jednym z najbardziej troskliwych rodziców w przyrodzie. Czyli jednak nie jest tak „normalnie”, jak by się mogło wydawać...
Świetne, świetne, świetne książki! Z serii tych, o których mówi się na spotkaniach ze znajomymi: „A wiesz, że istnieje coś takiego, jak ośmiornica koc?”. Po tych trzynastu latach nadal jestem zachwycona! Zmieniły się tylko dwie rzeczy. Nareszcie znalazłam odpowiednią osobę, która doceniła „Zwierzaki cudaki” tak, jak ja 13 lat temu – moja córka! A po drugie – mamy do kochania dwa razy więcej tekstu, bo oczywiście „Zwierzaki zwyklaki” pokochałyśmy również!** Teraz będziemy zarażać tą miłością każdego, kto nam się nawinie. Nie odpuścimy nikomu! A potem będziemy tylko stać i patrzeć i czekać na moment, gdy będziemy mogły spojrzeć z nieskrywaną wyższością, uśmiechnąć się tylko i powiedzieć: „Mówiłyśmy!”









* ”Mamo! Rurkoczułkowiec olbrzymi? Prawie połknęłam gumę ze zdziwienia!”
**Wymyśliłyśmy nawet grę, w którą grałyśmy już kilka razy. A gra się tak:
1. otwórz spis treści „Zwierzaków zwyklaków” i „Zwierzaków cudaków”.
2. wybierz z listy jedno ze zwierząt i wskaż jego nazwę przeciwnikowi
3. jego zadaniem jest w ciągu 10 sekund opowiedzieć jakąś ciekawostkę o tym zwierzaku, zapamiętaną z lektury.
4. teraz zamieniacie się rolami.


poniedziałek, 20 maja 2019

620. PRZYJACIÓŁKA ANI SHIRLEY


KIMBERLY BRUBAKER BRADLEY
„WOJNA, KTÓRĄ W KOŃCU WYGRAŁAM”
(TŁ. MARTA BRĘGIEL-PANT)
ENTLICZEK, WARSZAWA 2019

„-Tęsknił za tobą – powiedział Fred. - Wszyscy za tobą tęskniliśmy.
Nigdy wcześniej nikt za mną nie tęsknił.” [s.48]
I tu, panna Ado, mylisz się bardzo. Ja tęskniłam! Ja wypatrywałam za Tobą oczy! Ja wołałam, bo miałam nadzieję, że odpowiesz, że nie zginęłaś w czasie bombardowań, że jakoś udało ci się przetrwać wojnę, że, och, o tym nawet nie śmiałam marzyć!, masz naprawioną szpotawą stopę! Och, Ado, jak ja się bardzo o Ciebie martwiłam, jak Twoja historia nie mogła dać mi spokoju, jak sen z powiek zdejmowała, chichotała podstępnie i kazała o sobie myśleć wciąż i wciąż! Och, Ado, jak się cieszę, że Twoja stopa jest już po operacji, że Susan namówiła cię na zabieg, że wszystko się udało i że zaczynasz chodzić! Że w końcu wszystko jest tak, jak powinno – prawidłowo! Że nie ma już powodu, byś nie wierzyła, że jesteś mądrą dziewczyną, wartą, by ją kochać.
Ale, jak mówi Ada „możesz sobie wiedzieć, co chcesz, ale to jeszcze nie znaczy, że w to wierzysz.” [s.7]
Ada nie wierzy. Nie wierzy, że ktoś mógłby ją pokochać. Jest jak czerwona mrugająca dioda – wciąż gotowa, by się pakować (a cóż mogłaby pakować? przecież nie ma żadnej swojej własności!) i iść. Gdziekolwiek. Dokądkolwiek. Jeśli tylko Susan, jej prawna opiekunka, się nią znudzi. Ada nie pozwala sobie na głębszy oddech. Nigdy. Oddycha zawsze płytko, żeby nie zabierać za dużo powietrza. Musi być w pogotowiu. Musi być w oczekiwaniu. Boi się, że jeśli tylko da sobie prawo do sekundy nie-myślenia, nie-czekania, to będzie musiała radzić sobie znów sama. Wydaje jej się, że jej obowiązkiem jest być idealną. Inaczej będzie musiała odejść. Kolejny raz, myśląc o Adzie, kulę się w sobie. Jak wielką krzywdę można zrobić swojemu dziecku – świadomie, nieświadomie? Matka Ady była potworem, ale nawet ona nie mogła sobie zdawać sprawy, jak bardzo zniszczy życie swojej córki. Teraz Susan powoli je odbudowuje. Razem z Adą i jej bratem mieszkają w nowym domu (stary został zbombardowany), Ada miała operację szpotawej stopy, hodują kota i konia. Starają się żyć normalnie (na tyle, na ile to możliwe w miasteczku w stanie wojny). Susan wciąż jednak zapomina, że Ada jest jak rozlatujący się szkielet, na którym nie ma skóry – są same nerwy. Że żeby ją dotknąć, trzeba uprzedzić, bo ona musi się na dotyk przygotować. Bo nie wierzy, że na niego zasługuje. Nie wierzy, że zasługuje na cokolwiek. Myślałam, że skoro Ada już tyle wycierpiała w pierwszej części książki, to teraz Autorka da jej trochę spokoju. Naprawi stopę rękoma dobrego doktora i wszystko będzie już teraz w kolorach tęczy. Ale Kimberly Brubaker Bradley nie pisze po to, by wszystko było w kolorach tęczy. Pisze po to, by pokazać, że człowieka z upadku nie jest łatwo podnieść. Pisze o wojnie ważniejszej niż II woja światowa – o wojnie, jaka toczy się w młodej dziewczynie, którą trafił odłamek nie-miłości. To walka o przetrwanie – o zaakceptowanie siebie. Szpotawa stopa – powód jej braku samoakceptacji, już nie istnieje. Matka – okrutny oprawca, który konsekwentnie niszczył poczucie własnej wartości swojej córki – też już nie istnieje. Zginęła w bombardowaniu Londynu. Co ma czuć Ada w związku z tym? Nawet o to się martwi w kontekście pozostania u Susan – czy jeśli nie będzie jej źle i przykro, to Susan pomyśli, że jest nieczuła i ją odeśle? Myślę, że Ada doskonale dogadałaby się z Anią z Zielonego Wzgórza. Ania też dług nie pozwalała sobie uwierzyć w swoje szczęście, w to, że ktoś może ją kochać. Robiła wszystko, by udowodnić światu, że ma wartość. Obie są przekonane, że nie wystarczy tylko być, że to o wiele za mało. I obie są tak cholernie dumne! Aniu, Ty doświadczyłaś tych wszystkich uczuć dużo wcześniej, niż Ada, więc powiedz jej, gdy będziecie stały obok siebie na półce w swoich własnych książkach, że jest nadzieja, że niektóre historie kończą się dobrze. Niech uwierzy trochę szybciej niż na 378 stronie i niech ze zdania: „Możesz sobie wiedzieć, co chcesz, a pewnego dnia może w to nawet uwierzysz” [s.378] wykreśli czym prędzej to „może”. Bo ja nie śpię po nocach. I zamartwiam się o nią. Bo ją kocham...

niedziela, 19 maja 2019

619. WEEKEND Z KOMIKSAMI: NIEDZIELA ZAKOCHANA


SCENARIUSZ I RYSUNKI ISABEL GREENBERG
„ENCYKLOPEDIA WCZESNEJ ZIEMI”
(TŁ. ŁUKASZ BUCHALSKI)
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2019

Biegun Północny i Biegun Południowy. Dwa krańce świata. Właściwie nigdy nie powinny się ze sobą zetknąć. Ale zetknęły się – Północ przypłynęła morzami i oceanami do Południa pod postacią chłopaka. Przypłynął, bo na Południu pewna dziewczyna miała kawałek jego duszy, bez którego nie mógł być szczęśliwy. Przepłynął przez cały świat, żeby znów poczuć się całością. I odnalazł brakujący kawałek siebie w rękach dziewczyny. Zakochał się z miejsca. I ona się zakochała. Taką miłością na zawsze. Był tylko jeden problem – bogowie namieszali w ich życiu i pole magnetyczne Ziemi nie pozwalało im zbliżyć się do siebie, nie pozwalało im się dotknąć.
Tak zaczyna się ta magiczna historia…
To dzieje ludzkości, które może się kiedyś wydarzyły, a może było zupełnie inaczej, ale są tak piękne, że po prostu postanowiłam przyjąć, że tak właśnie było.
Słowo „encyklopedia” w tytule sugeruje, że to będzie jakiś zbiór definicji, jakiś zbiór wiadomości o wczesnej Ziemi. I coś w tym jest – jest tu władza, jest tu mądrość, jest tu szaman/szamanka, jest tu bóg, jest tu wojna, jest zazdrość, jest zawiść, jest morderstwo, a nade wszystko jest miłość. Tak naprawdę wczesna Ziemia nie różni się od Ziemi aktualnej tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. Ludzka historia jest powtarzalna, jest kołem, które obraca się bez ustanku. Człowiek sprzed oddychania tak samo wojował, tak samo zazdrościł, tak samo fascynowały go historie. Tylko kochał tysiąc razy mocniej.
Isabel Greenberg stworzyła piękną mitologię – pozlepiała ze sobą rożne wierzenia, kawałki Biblii z wierzeniami ludów północy, mitologią egipską, fizyką i astrologią (ileż jest tu tych odwołań, tych zaczepek, tych obrazów pozbieranych ze świata!), doprawiła własną wyobraźnią, powkładała historie – jedną w drugą i w następną, jak matrioszki, żeby na samym końcu rozkładania zostało jedno, czego nie da się już rozłożyć na części pierwsze: miłość. To piękna wizja – co prawda według tej mitologii człowiek powstał trochę przez przypadek i nie do końca z miłości boskiej (raczej z nudy), ale sam potrafi się bronić przed światem właśnie miłością. I opowieściami. Słowo ma wielką moc, więc trzeba je szanować. Szanuję także słowo widzialne – Dan Berry zrobił z odręcznego pisma autorki czcionkę (wspomina o tym w podziękowaniach). To dla mnie znak, sygnał, że ta powieść jest dopracowana w każdym szczególe, że nic nie pozostało dla przypadku – wszystko wzięła Isabel Greenberg w swoje ręce, ulepiła dokładnie tak, jak chciała.
Najtrudniej pisze się o takich książkach – które zachwycają tak mocno, że aż zaczyna brakować słów. Bo co napisać? Że to jedna z najpiękniejszych historii miłosnych, jaką się czytało? Banał!
Są takie książki, które mnie oplatają, pną się po mnie, zapuszczają we mnie korzenie, wprost do samego serca trafiają i do krwiobiegu. "Encyklopedia wczesnej ziemi" jest właśnie taka: wrosła we mnie. A tak wrosnąć umieją tylko naprawdę dobre historie.















sobota, 18 maja 2019

618. WEEKEND Z KOMIKSAMI: SOBOTA NA WSPOMINKI


SCENARIUSZ I RYSUNKI DANIEL CLOWES
„GHOST WORLD”
(TŁ. WOJCIECH GÓRALCZYK)
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2019
WYDANIE II POPRAWIONE

Kultowe. Co właściwie oznacza to słowo? Dużo, dużo więcej niż popularny. Podstawowy, biblijny niemal. Taki był komiks „Ghost world”. Określany mianem klasyki gatunku i jedną z najsłynniejszych powieści graficznych w historii, otrzymał niezliczoną ilość nagród i był zekranizowany (przekształcił się w nie mniej kultowy film ze Scarlett Johansson). Pewnie w 2006 roku, kiedy Kultura Gniewu wydała go po raz pierwszy, polscy fani szaleli. Jak jest dzisiaj? Czy się broni, czy jest aktualny, czy ma szanse podbić serca nastolatków z roku 2019? Ja na przykład wciąż szaleję…
To nie jest łatwy komiks – nie ma tu superbohaterów i super zwrotów akcji. Nie ma tu szalonego napięcia i stron przewracanych jedna za drugą w takim stresie i niepokoju, że mogą się naderwać. Nie ma tu akcji – owszem, dzieje się, dzieje się całe mnóstwo, ale jedna połowa w głowie bohaterów (i tego nie widać), a druga połowa to zwykłe życie. Dwie przyjaciółki, nastolatki, kończą szkołę średnią. Szlajają się. Gadają. O życiu. Mało o przyszłości. Jakoś przyszłość niby jest, niby trzeba ją zaplanować (iść do college'u czy zostać tu i zacząć pracować?), ale żadna z nich nie poświęca jej szczególnej uwagi. Będzie, co ma być. Jest, co jest. Trochę marazm. Trochę ekscytacja codziennością. Głupie żarty. Rytuały dostępne tylko dwóm kilkunastoletnim dziewczynom. Przekleństwa (tak dużo przekleństw, że wydawca umieścił na okładce ostrzeżenie: „Uwaga! Niecenzuralne słownictwo!”). Popkultura. Media. Pseudointelektualne dyskusje. Intelektualne dyskusje. Kłótnie z bezsilności. Nuda. Szukanie własnego ja. Chłopaki. Seks, który zdarzył się raz, kiedyś. Seks, który być może jeszcze się wydarzy. Pierwsze zakochanie. To „na poważnie”, które ma trwać może i całe życie. Wizyta w sex shopie skąd wynosi się maskę kobiety-kota. Manifestacja siebie, choć przecież nie wiadomo tak do końca, kim się jest. Przebieranki – raz ma się na sobie skórę i ćwieki, raz małą czarną. Szukanie. Nieustanne szukanie środków wyrazu. Szokowanie, albo tylko pragnienie szokowania. Nauka jazdy. Testy na studia. Krążki cebulowe. Huśtawki i zjeżdżalnie. I bardzo wielka niepewność co do tego, czy już się jest dorosłym czy jeszcze dzieckiem. Łzy, gdy chce się posłuchać płyty z dzieciństwa, a nie można jej znaleźć na półce. Połowa tego komiksu właściwie jest nienarysowana. Jest samym odbiorcy. We mnie uruchamia wspomnienia. W rówieśnikach Enid i Rebecci pewnie uruchamia współodczuwanie. I to przekonanie, że „mam tak samo, jak ty”. Bo to komiks o tym, jak to jest być nastolatką. Banalne? Nie do końca! Głębokie, choć uszyte ze zwykłości i codzienności. Bo bycie nastolatką to szarość dnia. To nie jest jak bycie Supermanem. To nie jest kostium. To codzienność, z którą trzeba żyć, więc trzeba się jakoś ułożyć. Znaleźć na nią sposób. Wzruszające, jak bohaterki czasem nie potrafią sobie z tym poradzić.
Nie zestarzał się ten komiks i to chyba się kryje pod hasłem kultowe. Że 13 lat – lata świetlne! - nie zrobiło mu żadnej krzywdy, żadnej różnicy. Że nadal jest tak samo aktualny, bo uczucia jest nie starzeją. Samo życie. A największa sztuka to przecież ta, która je udolnie naśladuje.












piątek, 17 maja 2019

617. WEEKEND Z KOMIKSAMI: PIĄTEK W LESIE


SCENARIUSZ TOMASZ SAMOJLIK
RYSUNKI MARCIN PODOLEC
KOLORY AGATA MIANOWSKA
„BARDZO DZIKA OPOWIEŚĆ. 1.LAS ZŁAMANYCH SERC”
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2019
SERIA KRÓTKIE GATKI

Serce mam złamane! Roztrzaskane na drobne kawałeczki. Właściwie nie ma już co zbierać. Stała się bowiem rzecz straszna – jestem człowiekiem. I wstyd mi za ludzkość ogromnie. I najchętniej schowałabym się w jakiejś norze i przykryła leśną ściółką. Tyko czy ja w ogóle mam jeszcze wstęp do lasu? Może być ciężko, bo zwierzęta zwierają szyki…
A zaczęło się od Ryśki. Ryśka jest kotem wychowanym w sklepie zoologicznym. O, proszę, ma jeszcze wciąż cenę na futerku! Żyła tam sobie dość wygodnie, dokarmiana kocimi saszetkami, oglądając reality show „Dom wszystkich zwierząt”. Swego czasu miała nawet przyjaciela – miłego, pozytywnie nastawionego do świata psa, z którym mieszkała w jednej klatce, dopóki ktoś go nie kupił… Niestety właściciele sklepu zbankrutowali i właśnie odwożą Ryśkę do schroniska. Czy kotka przeczuwa, jaki czeka ją los? Chyba tak, skoro na jednym z leśnych parkingów wyskakuje niepostrzeżenie z auta i ucieka. Ma bowiem jedno wielkie marzenie – dostać się do „Domu wszystkich zwierząt” i żyć tam jak w bajce – w zdrowiu, szczęściu, pokoju… Na drogę ma trzy saszetki z kocim żarciem i dużo optymizmu. Do czasu, gdy na parkingu spotyka żółwia (którego właściciel koniecznie chciał zmutować) i papugę – porzucone zwierzęta domowe oraz sowę, która zawsze czai się nieopodal na nieznające życia „mieszczuchy”, którymi będzie mogła napełnić sobie żołądek. Czy wspominałam, że sowa ma rozdwojenie jaźni? Jakież to genialne! Jedno oko ma pomarańczowe, drugie różowe i swoje dymki też ma w dwóch kolorach. Z miejsca została moją ulubioną bohaterką! Okazuje się, że ten parking to takie „miejsce wyrzutowe” - to tutaj zajeżdżają samochody, otwierają się drzwi, na asfalcie stają łapki, nóżki, o asfalt skrzypią pazurki i uderzają bezszelestnie miękkie poduszeczki łapek. A potem trzask zamykanych drzwiczek, pisk opon… Ale łapki, nóżki czy kopytka zostają… Znudziło się, za dużo je, alergia, za dużo gada, za, za, za… A sowa zaciera skrzydła… No ale Ryśka jest zdeterminowana! Ona się nie da zjeść, bo ona ma cel! Dom wszystkich zwierząt! Swoim entuzjazmem zaraża żółwia i papugę i wyruszają w drogę razem. Tylko, że przy okazji, zanim dotrą do celu, muszą ocalić las. Ale jak to zrobić? Las jest rezerwatem przyrody – ściślej mówiąc rezerwatem rysia. I dopóki ryś w nim mieszka, dopóty nie można go sprzedać, zrównać z ziemią, wyasfaltować albo zalać betonem. Nie można tu postawić domów, nie można wytyczyć drogi. Problem jest jeden – ale w sumie zasadniczy… Od dawna nikt nie widział rysia. Rysia bohatera i obrońcy, rysia gwaranta życia, rysia, który ocala… No i dlatego to ocalenie spada na Ryśkę. Czy poradzi sobie z a)udawaniem rysia, b)odstraszeniem bandy psów i ich chciwego pana, c)odnalezieniem prawdziwego rysia? Z jednej strony – to przecież Ryśka! Ona potrafi wszystko, bo widziała wszystkie sezony Domu wszystkich zwierząt! Jest zdeterminowana! Z drugiej strony – w ringu w przeciwnym narożniku stoi człowiek. Najstraszniejsze monstrum, bezwzględny niszczyciel przyrody, istota bez serca (i bez rozumu!). I jest zdeterminowany dwa, tysiąc!, razy bardziej niż Ryśka – chce pieniędzy!
Z jednej więc strony czytało mi się tę historię doskonale. Zresztą nie po raz pierwszy powtarzam – gdy Samoljik weźmie się za komiks, to wiadomo, że będzie dobrze. Nawet, jeśli tym razem jest tylko sterem (scenarzystą), a okrętem (rysownikiem) i żeglarzem (kolorystką) jest zupełnie kto inny (Marcin Podolec i Agata Mianowska). No i jest tak, jak być powinno – świetna, mądra, wzruszająca historia, napisana i narysowana z humorem, dreszczyk emocji i niepokoju, suspens oraz taki koniec, że ma się ochotę jechać do Hajnówki, zapukać do drzwi Samojlika i wyegzekwować wszelkimi możliwymi sposobami pokazanie, natychmiast!, scenariusza kolejnego tomu. A z drugiej – to serce rozdarte, ta żałość i boleść – dlaczego w ogóle muszą powstawać takie komiksy? Dlaczego scenarzyści komiksowi i rysownicy muszą się angażować w uświadamianie społeczeństwa co do rzeczy elementarnych? Nie śmieć – nigdzie, ale w lesie, to potrójnie! Nie wyrzucaj zwierząt domowych! Szanuj przyrodę! Nie sprzedawaj lasu, który jest czyimś domem, tylko dla osobistego zysku! Czytam ten komiks i coraz niżej opuszczam głowę. Bo tak mi wstyd za ludzkość! Tak mi cholernie wstyd! Nadzieja jest jedna – że mali ludzie wezmą sprawy w swoje ręce. A żeby wzięli, trzeba z nimi czytać właśnie takie komiksy.