Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

niedziela, 26 marca 2017

400.TROCHĘ STARSZY TYDZIEŃ PO RAZ CZWARTY CZYLI DLACZEGO MAM MOKRĄ PODUSZKĘ

„WILCZE DZIECI” (TOMY 1-3)
HISTORIA: MAMORU HOSADA
ILUSTRACJE: YU
PROJEKT POSTACI: YOSHIYUKI SADAMOTO
(TŁ. MONIKA SEKULAR)
WANEKO, WARSZAWA 2016

A wiedzieliście, że mangę czyta się „od tyłu”? Że jest rysowana przeważnie czarno-biało (oprócz okładki i kilku pierwszych stron) i wydawana na podłym papierze? Ja nie miałam pojęcia. Nie znałam dotąd mang, choć w głowie dźwięczy mi jeszcze muzyczka z „Czarodziejki z Księżyca”, oglądanej w dzieciństwie. Ale dla tej historii musiałam zacząć czytać od prawej do lewej…
Hana się zakochuje. Tak zupełnie nagle i niespodziewanie. Ten chłopak jest piękny, tajemniczy i zamknięty w jakiejś nieodgadnionej skorupie. A Hana jest prostolinijna, szczera, otwarta. Jest jak otwarta dłoń – niczego nie kryje, wszystko daje od siebie. To ona pierwsza wyciąga rękę. Ale on za nią chwyta. Idą dalej razem – przez łąkę, przez życie. Okazuje się, że chłopak faktycznie coś ukrywa. Każe jej zamknąć oczy, a gdy Hana je otwiera, stoi przed nią wilk. „Mój ojciec był potomkiem jednego z ostatnich japońskich wilków. Ten gatunek wymarł przed około stu laty.” Hana nie ucieka, nawet nie odchodzi…
Trochę później dzwoni do chłopaka, a w dłoni trzyma książkę „Poród w domu” - przecież nie może iść do lekarza zrobić badań, przecież dziecko w jej brzuchu ma teraz postać wilka, prawda?
Hana i chłopak-wilk są szczęśliwi, są najszczęśliwsi, jak tylko mogą być, znaleźli siebie, stworzyli rodzinę. Mają dwójkę dzieci – Yuki i Ame. Wszystko jest tak, jak być powinno na tym najlepszym ze światów – miłość, miłość, miłość… Ale świat czasem gryzie, mocno, do krwi. Tuż po narodzinach Ame, chłopak-wilk idzie zapolować – być może to instynkt, być może chciał przynieść świeżo upieczonej matce coś pożywnego, być może takie prezenty wilki darowują sobie w leśnej dziczy. Ale ten wilk już nie wraca. Ciało „wielkiego psa” znajdują policjanci pod mostem. Jak teraz Hana ma żyć? Jak wychowywać dwójkę małych dzieci-wilcząt? Jak ukrywać ich wycie do księżyca przed właścicielem domu, który nie pozwala swoim lokatorom trzymać w mieszkaniach zwierząt? Jak ukrywać uszy, które nieustannie wyskakują z głowy niesfornych szczeniąt-dzieci? Jak trzymać z dala od ostrych ząbków sprzęty? Jak wciąż odprawiać opiekunkę społeczną, która sprawdza, czy z dziećmi wszystko w porządku, skoro nie pojawiają się na obowiązkowych szczepieniach? Jak zarabiać na życie, skoro nie może oddać dzieci do przedszkola, by iść do pracy?
Hana ucieka z miasta. Ucieka w góry, bo takie było kiedyś marzenie chłopaka-wilka. Znajduje najbardziej odosobniony dom, stary, rozpadający się, ale tani. I zaczyna nowe życie. Życie, w którym jej dzieci mogą swobodnie wyć do księżyca. Życie, w którym przestała tak bardzo bać się innych ludzi. Życie, w którym jest miejsce na wybory – jej dzieci będą musiały wybrać, czy chcą być ludźmi, czy wilkami. A jeśli ludźmi, to będą musiały nauczyć się trzymać we wnętrzu swoje wilki.
Jaką drogę wybiorą? I czy Hana będzie potrafiła pogodzić się z każdym ich wyborem?
Nie umiem czytać tej historii spokojnie, z dystansem, jak fikcji. Wywołuje w mojej głowie scenariusze, budzi wspomnienia. Sprawia, że mam ochotę złapać za rękę moją córkę i już nigdy, nigdy jej nie puścić! To najpiękniejsza historia o macierzyństwie, jaką znam! I nie wyobrażam sobie, żeby „Wilcze dzieci” mogły zostawić kogoś obojętnym! Jest w tej mandze tyle emocji! I tyle czystej, bezwarunkowej miłości. Hana mówi, że popełniła mnóstwo błędów wychowawczych, ale ja nie widzę żadnego. Tak mądrze i pięknie podążała za swoimi dziećmi, tak mądrze i pięknie je kochała… Przyjęła je dokładnie takimi, jakimi są – z ogonami, pazurami i kłami. Nigdy nie zwątpiła, nigdy nie krzyczała, nigdy nie złorzeczyła. Nie znała teorii – wahała się pomiędzy weterynarzem a pediatrą, a zamiast książek o noworodkach czytała książki o lesie, wilkach i dzikiej zwierzynie, ale ani na moment nie przestała swoich dzieci kochać. I to okazało się najważniejsze i najlepsze, co mogła im dać.

Niesamowity, piękny, wspaniały komiks, napisany/narysowany na podstawie scenariusza filmu animowanego (który też kocham!). Komiks od którego mam mokrą poduszkę. Komiks, przez który wyglądam jak typowa mangowa bohaterka – z wielkimi oczami napełnionymi łzami. Przez który, albo może raczej dzięki któremu. Bo to łzy wzruszenia, emocji, łzy, od których się myśli, analizuje i od których dochodzi się do wniosku, że kocha się swoje dziecko bez względu na wszystko!  





















sobota, 25 marca 2017

399. TROCHĘ STARSZY TYDZIEŃ PO RAZ TRZECI CZYLI O PYPCIACH NA JĘZYKU

MAŁGORZATA STRĘKOWSKA-ZAREMBA
„DOM NIE Z TEJ ZIEMI”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2017
ILUSTROWAŁ DANIEL DE LATOUR

Zaskoczył ją w krzakach. Obserwowała coś i wyraźnie chciała być niewidzialna. Nie udało jej się, bo przecież ją zobaczył. Podszedł chyba tylko dlatego, że był tu nowy – nowy na tej ulicy, nowy w szkole. Nie miał przyjaciół, a chyba bardzo chciał mieć. A do tego ta dziewczynka wydawała się inna, dziwna, niesamowita. No i chciał wiedzieć, co obserwowała, ukryta między gałęziami. Przestraszyła się i nie chciała mówić. Tylko, że chyba ona też potrzebowała przyjaciela. Nawet sobie tego nie uświadamiała, ale to wypłynęło z jej wnętrza samo. W końcu powiedziała, że obserwuje dom, bo to nie jest dom zwyczajny. Daniel nie wierzył, trochę nawet się nabijał, ale wkrótce zobaczył, że Marysia nie ma w oczach źrenic i tęczówek, ale odbicie tego domu. Zobaczył i dotarło do niego, że to nie jest taki zwykły, żółty dom na nowo powstałej ulicy. W jednej chwili zrozumiał, że to dom zaczarowany i że nie jest to dobry czar...
Jak odczarować dom, który zamienia tatusiów w lwy? Jak odczarować dom, który zamalował sobie okna, żeby ukryć to, co w środku? Jak odczarować dom, w którym nieustannie pada śnieg i jest strasznie, okropnie zimno? Jak odczarować dom, który nie rzuca cienia na zewnątrz, a do środka? Jak odczarować dom, który spycha małe dziewczynki z drzew, obija o swoje sprzęty, uderza i robi im siniaki?
Babcia Marysi mówiła, że jest na to jeden sposób – potrzebny jest przyjaciel…
Drżałam podczas tej lektury. Było mi zimno i nie potrafiłam zapanować nad szczękaniem zębami. Czekałam na najgorsze, bo od samego początku przeczuwałam katastrofę. Przeczuwałam, że domy, które robią krzywdę, domy, przed którymi są piaskownice, w których wiaderka muszą stać pod linijkę, że domy, które wyrastają z ziemi bez wody nie mogą być dobre. Że to domy-koszmary… Patronat Rzecznika Praw Dziecka na okładce książki sugerował, że takie domy trzeba odczarować jak najszybciej, żeby dzieci odzyskały swoje prawa…

Absolutnie niesamowita lektura! Młodszy czytelnik, ten idealista, który nie wie jeszcze, co to krzywda, znajdzie w niej emocjonującą powieść przygodową. O przyjaźni chłopca i dziewczynki, którzy idą na niebezpieczną wyprawę, żeby uratować mieszkańców strasznego, zaczarowanego domu od zatrucia się nim, od zniewolenia, od lęku… Czytelnik starszy, który zła liznął i wciąż ma po nim pypcie na języku, znajdzie powieść psychologiczną – o tym, jak rodzi się przemoc i co się dzieje z tymi, których dotyka. Dużo metafor tak trafnych, że zapierało dech, dużo symboli i niedomówień – chyba po to, by łatwiej łykało się prawdę – gorzką jak napar na ból brzucha ze zdenerwowania… Literacki majstersztyk – pokazać miejsce po uderzeniu, pokazać furię i przemoc młodemu czytelnikowi tak, żeby nie przestraszył się i nie zachłysnął niesprawiedliwością i zgnilizną świata! Ja jednak choruję po tej książce, choć jest piękna. Myślę o niej i przestać nie mogę. Jest mocna, brutalna, przejmująca, choć trzeba zajrzeć w głąb. A można czytać po wierzchu i cieszyć się zwycięstwem na domem. Można czytać między wierszami i martwić się, jak potoczą się losy Marysi, gdy już wszystkie lwy zostały zamknięte w klatkach...









czwartek, 23 marca 2017

398. TROCHĘ STARSZY TYDZIEŃ PO RAZ DRUGI CZYLI WSZYSCY W JEDNYM WORKU

SHARON M. DRAPER
„TYLKO W MOJEJ GŁOWIE”
(TŁ. ROBERT PUCEK)
BIAŁA PLAMA, WARSZAWA 2016

Idę ulicą i widzę kogoś z Zespołem Downa. Idę ulicą i widzę kogoś uderzającego się po głowie. Idę ulicą i widzę mamę, która pcha wózek z chłopcem o powykręcanych nogach i cieknącej z ust ślinie.
Zupełnie nie wiem, jak się zachować. Czy odwrócić wzrok, żeby nie pomyśleli, że się gapię. Czy patrzeć, żeby nie pomyśleli, że odwracam wzrok… Nie mam takiego dylematu z blondynką z telefonem przy uchu, przystojnym chłopakiem w kapturze na głowie, dziewczynką w różowej spódniczce. To naturalne – raz patrzę, raz nie, prześlizguję się po nich wzrokiem, nie myśląc, ile czasu zajmują mi te oględziny. Tymczasem tych „innych” nie potrafię traktować tak samo. Nie odróżniam symptomów chorób, nie wiem, które to porażenie mózgowe, a które autyzm. No może jedynie Zespólł Downa. Wszystkich innych wrzucam do jednego worka, pewnie mówiłabym do nich głośno i wyraźnie i zastanawiała się, czy w ogóle mnie słyszą. I na pewno nie dałabym im do czytania poezji, bo przecież nie zrozumieją…
A gdyby tak wejść na chwilę w skórę kogoś, kto siedzi na tym wózku i ślini się, kto patrzy na mnie spod lekko przymkniętych powiek i będzie patrzył całą drogę, jaką wspólnie pokonamy autobusem, bo po prostu nie może odwrócić głowy? Co, gdyby oddać komuś na przechowanie swoje mięśnie i utracić władzę w nogach, rękach i szyi? Co, gdyby przy tym zachować wszystko to, co myślę, co czuję, co wiem, co słyszałam, co widziałam? Jak potwornym miejscem byłby dla mnie świat?
A co, gdybym miała do tego fotograficzną pamięć? Gdybym była doskonale mądra, zachwycająco inteligentna, bezsprzecznie genialna, a w swojej szkole musiałabym co dzień uczyć się od nowa alfabetu? Tak właśnie jest z jedenastoletnią Melody. Jej ciało nie należy do niej, jest balastem, jest ciężarem, jest ograniczeniem. Nie umie się nim posługiwać. Nic w nim nie działa tak, jak trzeba. Urodziła się z porażeniem mózgowym, porusza się na wózku, nie może sama iść do toalety, zjeść śniadania i nigdy w życiu nie wypowiedziała żadnego słowa. Choć zna ich tysiące. Do jej głowy wpada wszystko, ale nic z niej nie ucieka. Zostaje tam na zawsze. Numery telefonów, adresy, smaki, zapachy, teksty piosenek, urywki rozmów, trudne wyrazy i instrukcje obsługi. Wszystko. Melody gromadzi świat, przywłaszcza go sobie na jedyny sposób, jaki jest jej dany. Tyle tylko, że wszyscy w jej obecności zachowują się, jakby była nie tylko głucha i ślepa, ale także głupia. Świat, system, szkoła, państwo, nie jest przygotowany na osoby takie, jak ona. Na wybitne jednostki w mało wybitnym i mało reprezentatywnym ciele. Sprowadzają ją do roli mięsa, z którym trzeba coś zrobić, żeby się nie zepsuło. Jedynymi osobami, które widzą w niej człowieka, które widzą w niej kogoś, kim jest naprawdę, są jej rodzice i niania. A pozostali… „Te dzieci potrzebują nieustannego powtarzania, bo nie zapamiętują informacji tak samo jak my”...
Nie ma dla niej miejsca w normalnej szkole, tylko w „przechowalni”, gdzie trafiają dzieci z różnymi schorzeniami, wszystkie te, które się „nie nadają”: jedne mądre, inne nie, jedne ciche, inne nie, jedne zainteresowane nauką, inne nie, jedne potrafiące mówić, inne nie – wszyscy w tej samej klasie, codziennie, każdego dnia wysłuchują płyty z piosenką „Old MacDonald Had a Farm” i codziennie powtarzają alfabet…
Pewnego dnia, nowa nauczycielka chce coś zmienić – wprowadza grupy mieszane i Melody po raz pierwszy ma okazję uczestniczyć w lekcji w prawdziwej szkole. W tej „normalnej”, gdzie uczniowie mogą naprawdę się uczyć. Przed dziewczynką otwierają się nowe drzwi – może za nimi będzie przyjaźń, może wygrana w międzyszkolnym turnieju Whiz Kids, a może absolutnie nic się nie zmieni i Melody będzie tylko pragnęła wrócić tam, gdzie była i zamknąć te drzwi z hukiem?
Przejmująca książka o tym, jak ludzie chcieliby być tacy sami. O tym, że nie są przygotowani na inność. Że tylko udają różnice, a gdy zderzają się z kimś naprawdę innym, recytują alfabet, bo nie potrafią nic innego. O tolerancji, akceptacji, o tym, jak jest trudna. O stereotypach. O ucieczkach, nad którymi nie panujemy. O brutalności – czasem niezamierzonej, wobec kogoś, kto ma inne odbicie w lustrze. O strachu i nerwowym myciu rąk po spotkaniu z taką osobą. O tym, jak silna musi być osoba niepełnosprawna, żeby wstać rano z łóżka – i nie chodzi tu o siłę fizyczną, ale o zmaganie się z codziennością, trudniejszą, niż nasze smarowanie rano masłem chleba, pójście do pracy i zrobienie wieczornych zakupów. Napisana pięknym językiem historia o braku słów. O braku słów na to, jak bardzo człowiek jest istotą słabą i tchórzliwą. I jeszcze o tym, że są tacy, co z tym walczą.






wtorek, 21 marca 2017

397. TROCHĘ STARSZY TYDZIEŃ PO RAZ PIERWSZY CZYLI O ZAGROŻONYCH GATUNKACH

GAVRIEL SAVIT
„ANNA I PAN JASKÓŁKA”
(TŁ. ZUZANNA BYCZEK)
JAGUAR, WARSZAWA 2017
ILUSTROWAŁA LAURA CARLIN

Na początku Anna ma 7 lat i piękne imię i nazwisko. I tatę, profesora na Uniwersytecie Jagiellońskim. I mnóstwo przyjaciół, z którymi rozmawia we wszystkich językach świata. Ale nagle zostaje zupełnie sama. Tata idzie na jakieś ważne zebranie z Niemcami na uczelni. Zostawia ją pod opieką Herr Doktora Fuschmanna w zaprzyjaźnionej aptece. Ale gdy nie wraca jedną, dwie, trzy, godziny, gdy nie wraca cały dzień, okazuje się, że z „zaprzyjaźnionego” Doktor przeistacza się w „nieprzyjaznego”. I nagle Kraków staje się pustynią. Choć Anna zna każdy język, jakim posługują się mieszkańcy tego miasta, nie ma z kim rozmawiać. Dla takiej dziewczynki, jak ona, która żyła dotąd wśród słów, rozmów, gadania, mówienia, to jak koniec świata. Drzwi jej mieszkania tao zamknął na klucz. Anna ostatni raz widziała go przed apteką, więc to tam postanawia na niego czekać. Nie ma do roboty nic innego. Nie ma pomysłu na to całe nie-mówienie. Ale czeka zupełnie na próżno. A to dlatego, że jest wojna. Że są Niemcy, Polacy, Żydzi. Że ktoś nagle dał sobie prawo decydowania, kto może zachować życie, a kto nie. Że ktoś ułożył zupełnie szalony i nieprawdopodobny plan, który można określić bardzo trudnym słowem „eksterminacja”. Dlatego Anna siedzi pod apteką dawnego przyjaciela zupełnie sama. I mogłaby tak siedzieć chyba do śmierci, gdyby nie pewien niezwyczajnie wysoki i niezwyczajnie szczupły mężczyzna, który pojawił się właśnie tam i zapytał Annę, kim jest. A potem użył języka, którego Anna nie znała – języka ptaków. I chyba ją zaczarował, bo poszła za nim i dobrowolnie oddała mu swoje imię. Od tej chwili była skarbem, złotkiem, córeczką, ale nie Anną. „Anna” była zbyt niebezpieczna, „Anna” była zbyt osobista, „Anna” była znakiem przeszłości, „Annę” można było wyśledzić, a Anna miała pozostać niewidzialna tak długo, jak tylko zdoła.
Od tej chwili jej życie polegało na drodze.
Bardzo szybko poddała się nowym rytuałom, sprawnie zapanowała nad tęsknotą. Przeistaczała się w grzeczną mała Niemkę lub grzeczną mała Rosjankę – w zależności, z której strony świata przekraczali akurat granicę. I wędrowała za Panem Jaskółką, który zazdrośnie strzegł swego imienia, miał w torbie pistolet i fiolkę z lekami i mówił w wielu językach, choć nie w tylu, w ilu ulatujący z pamięci ojciec. Szła wszędzie tam, gdzie Pan Jaskółka, goniła jego kroki, stawiała stopy w odciski jego podeszew na drodze, po to, by się nie zgubić, by już nigdy nie być sama.
„- Panie Jaskółko? Dokąd my idziemy? (…)
- No więc – zaczął Pan Jaskółka – ty i ja bierzemy udział w misji o kluczowym znaczeniu dla nauki. (…) Czy wiesz, co to jest zagrożony gatunek? (…) Gatunek to taki rodzaj zwierząt. A kiedy jest zagrożony, to znaczy, że z jakiegoś powodu zwierząt tego rodzaju zostało bardzo mało.
- O – powiedziała Anna. Zrobiło jej się smutno. - Wcale mi się to nie podoba.
Pan Jaskółka potrząsnął głową.
- Mnie też nie. Właśnie dlatego tutaj jesteśmy. W tym kraju żyje pewien ptak, niezwykle rzadki i bardzo, bardzo zagrożony. Został tylko jeden. A ja pragnę go ocalić.” [s.84-85]
Czy to możliwe, że ten ptaki mówi w dziwnym języku jidysz?…
To powieść drogi, ale właściwie drogi donikąd. Drogi-ucieczki, drogi w kółko, drogi po własnych śladach. Anna i Pan Jaskółka uciekają – wiedzą przed czym (przynajmniej on to wie), ale nie mają pojęcia dokąd. To bardziej droga-misja, która nie prowadzi do celu. Bo ich celem jest tylko to, by iść – póki się idzie, ma się szanse na przeżycie. To też przepiękna historia miłosna. Nie o miłości między kobietą i mężczyzną, ale o miłości między człowiekiem i człowiekiem, o tym, jak się trzeba jej nauczyć, dopuścić ją do siebie, pozwolić jej rosnąć. I o tym, że prawdziwa miłość wymaga poświęceń, czasem tych największych.

To powieść dla starszych czytelników, dla tych, którzy odczytują już metafory bez podpowiedzi „co poeta miał na myśli”. Dla tych, których nie przerazi seria z karabinu, bujające się na gałęzi drzewa zwłoki i ostre, szczekliwe brzmienie niemieckiego w ustach zmęczonych żołnierzy. Albo inaczej – to przeraża każdego. I powinno przerażać!, bo takie przerażenie świadczy o człowieczeństwie. Ale to książka dla tych, którzy będą potrafili zasnąć, odrzucając te obrazy i śnić coś innego niż dół pełen ciał… Bo jest piękna, bo jest niedosłowna, ale jednak czuć woń krwi i zabiera oddech, zaciskając się pętlą na szyi...