Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

wtorek, 1 sierpnia 2017

434.1 SIERPNIA

„BAJKA NA KOŃCU ŚWIATA. 1. OSTATNI OGRÓD”
SCENARIUSZ I RYSUNKI MARCIN PODOLEC
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2017
SERIA KRÓTKIE GATKI

To musiało być jak koniec świata.
Wtedy, 73 lata temu.
Kiedy zaczęły płonąć domy, kiedy zaczęły lecieć bomby, kiedy zaczęli ginąć rodzice.
Czasem było tak, że mała dziewczynka przyjaźniła się z psem. I ona i on przeżyli. I po prostu wyruszyły. Dokąd? Szukać rodziców. Bo przecież gdzieś są! Bo to codzienne błyski na wieczornym niebie to znaki, którymi się trzeba kierować. Bo na pewno ich znajdą – dziewczynka i jej pies, Bajka. Bajka to piękne imię. Bajki kończą się dobrze. Bajki przetrwają nawet na zgliszczach, nawet tam, gdzie brak jedzenia, nawet tam, gdzie czasami kończy się nadzieja. Bajki są zawsze. Zupełnie tak, jak psy. Więc wędrują sobie – Wiktoria i Bajka… Czasem jest już prawie dobrze, a czasem zupełnie źle. Na przykład wtedy, gdy jakiś dziwny zmienny kształt, pokazuje im stary sklep ze słodyczami, jest dobrze. Ale wtedy, gdy kradnie im zapasy słodyczy, już tak dobrze nie jest. Dobrze jest wtedy, gdy wieczorami nie słychać przerażających dźwięków, źle jest wtedy, gdy pies i dziewczynka powtarzają sobie „nie ma się czego bać!”, ale w głębi duszy wiedzą, że coś stoi za ich plecami. Dobrze jest, gdy okazuje się, że to tapir! Bo tapiry są przyjazne, sadzą nasiona, żeby wyrastały z nich nowe rośliny, na zgliszczach, na wypalonej ziemi, na ugorze, po którym przeszedł świata koniec, budują coś nowego. A tym nowym jest ogród. Ogród zawsze zaczyna się od jednego nasionka. Źle jest wtedy, gdy okazuje się, że tapir jest już chyba ostatnim tapirem na świecie, że nie ma już jego domu, że jego bliscy nie żyją… Ale dobrze jest wtedy, gdy tapir nie traci siły i robi to, co do niego należy, naprawia. Gdy daje Wiktorii i Bajce nasionka, żeby je siały tam, gdzie idą.
Koniec świata, no owszem!, ale to już było. Teraz pora na nowy początek.
Tak sobie pies i dziewczynka wędrują od tego dobrego do złego i z powrotem. I wydawałoby się, że to sceneria świata tuż po końcu, to nie jest dobrze miejsce na historię dla Dzieci, że za zimno, za ciemno tam, że powinno się oczy i uszy im zakryć, a tu - niespodzianka! - piękny komiks o przyjaźni, o miłości, o tęsknocie, tak, o tęsknocie też, ale przecież tęsknota jest właśnie z miłości, prawda? I o celu, który na pewno da się osiągnąć. I o nadziei. Chociaż beznadzieję też wyczytuję między wierszami.

Mimo że to postapokalipsa, że dzieje się nie w przeszłości, ale za chwilę, to ja umiejscawiam go dziś w Warszawie sprzed 73 lat. Wyobrażam sobie, że te same emocje towarzyszyły „warszawskim dzieciom” - strach, niepokój, niepewność, tęsknota, smutek, przerażenie, głód, ale też czasem, choć na chwilę, beztroska i radość z rzeczy małych. Taki jest ten komiks – pomimo zgaszonego słońca, cały świetlisty. I jest nawet trochę zielonego. Jakaś roślina tu i ówdzie na wysuszonej, zranionej ziemi się rodzi, jest nawet ogród – być może ostatni na świecie, ale jest! Czyli nadzieja! Czyli musi być dobrze! Wierzę, że Wiktoria i Bajka dotrą tam, gdzie powinny. Nie może przecież być inaczej, prawda? Marcinie Podolcu, nie zrobisz im tego?! Przecież bajki powinny się kończyć tak, żeby można je było czytać na dobry sen...











wtorek, 18 lipca 2017

433.KIM CHCIAŁAM BYĆ, GDY DOROSNĘ…



ANETA CHOLEWIŃSKA-SZKOLIK
SERIA MISIA I JEJ MALI PACJENCI
„WETERYNARZ Z LIPOWEJ KLINIKI”
ZIELONA SOWA, WARSZAWA 2017
ILUSTROWAŁA AGNIESZKA FILIPOWSKA

ANETA CHOLEWIŃSKA-SZKOLIK
SERIA MISIA I JEJ MALI PACJENCI
„NIESPODZIEWANI GOŚCIE”
ZIELONA SOWA, WARSZAWA 2017
ILUSTROWAŁA AGNIESZKA FILIPOWSKA

Gdy miałam jakieś 9 czy 10 lat korespondowałam z pewną 13-to letnią Agnieszką. „Korespondować” - och, jak lubiłam to słowo obracać na języku! Było takie dorosłe i tajemnicze. A oznaczało po prostu pisanie listów. Połączyło nas to, że obie chciałyśmy zostać weterynarzami. Byłam przekonana, że nic innego robić nie będę, bo kochałam zwierzęta i miałam na uwadze ich dobro. Pamiętam, jak Agnieszka w jednym z listów zaczęła uświadamiać mi, że praca weterynarza to nie tylko głaskanie kotków i piesków. To także przyjmowanie porodów krów i badanie wnętrzności świni. Naprawdę? - byłam zdumiona. No i weterynarzem nie zostałam…
Być może dlatego, że nie miałam Dziadka weterynarza, tak, jak Misia. Nie mogłam przyglądać się jego pracy, podbierać bandaży i maści przeciwbólowej i zaglądać do jego mądrych książek. A może dlatego, że nie miałam domku na drzewie, w którym mogłabym urządzić potajemnie swoją własną klinikę dla zwierząt? I to nie taką z plastikowymi, zabawkowymi instrumentami medycznymi, ale z prawdziwym stetoskopem, którym bada brzuszek wróbelka i z prawdziwą strzykawką, którą podaje pokarm zagubionemu jeżowi.
A Misia ma! Jest wesołą, radosną siedmiolatką, która ma piegi i rude włosy, zawsze zawinięte w dwa koki, lubi malować farbami i spędzać czas w ogrodzie. Tam mieści się Lipowa Klinika. To lecznica, którą Misia którą otworzyła dla okolicznych zwierząt – ma na niej nawet szyld, wymalowany farbą w kolorze śliwki.
Ale największą tajemnicą Misi nie jest wcale to niesamowite miejsce. Prawdziwą tajemnicą, której strzeże przed całym światem jest to, że rozumie mowę zwierząt! Zupełnie tak, jak Doktor Dolittle, z ukochanej książki Misi! Wie o tym tylko dziadek i Popik, ukochany piesek dziewczynki.
Wesołej siedmiolatce bez studiów medycznych bardzo przydaje się w pracy ze zwierzętami taka umiejętność. Właściwie to dzięki temu może pomagać małej wiewiórce, która wypadła z dziupli i zraniła nóżkę, sówce, która zaplątała się w kolczasty drut, czy szczeniakowi najbliższej przyjaciółki, który dziwnie często drapie się w ucho. Na szczęście, gdy konikowi w gospodarstwie cioci i wujka coś wbija się w kopyto, Misia tylko stawia diagnozę i wzywają wykształconego weterynarza. Uwiarygadnia to postać Misi. Podoba mi się też to, że jej rozmowa ze zwierzętami to proces magiczny, że dzieje się poza nami. Zwierzaki do niej nie mówią – autorka nie przytacza dosłownie ich słów, nie zapisuje ich w tekście zgodnie z zasadami interpunkcji – od myślnika i nowego wiersza. Misia jakby odczytywała ich myśli, upewnia się, czy dobrze je zrozumiała, referuje, jest pośredniczką między światem ludzi i zwierząt.
Ta książka otwiera dzieci na kontakt z naturą, na uważność wobec jej świata, na troskliwość wobec zwierząt, na odczytywaniu ich potrzeb. Misia traktuje swój „zawód” jak misję, jest dokładna, poważna, skupiona. A poza tym całe dnie spędza na dworze, nie zamyka się w domu, przed komputerem i nie gra w grę o tym, jak zostać weterynarzem. Ona ubiera kalosze, gdy akurat pada i idzie do parku, zbierać kasztany i liście. Albo zrywa poziomki w ciepły letni dzień. Albo wystawia na łąkę sztalugi i maluje portret swojego pieska. Nie chce siedzieć w czterech ścianach, woli biegać, skakać, huśtać się na huśtawce. Poza tym ma pasję! I to pasję, która wymaga od niej zdobywania wiedzy i doświadczenia.
Misia to wymarzony wzorzec dla dziewczynek i chłopców. Jest mądra i „poukładana”, ale jednocześnie to radosne dziecko, które lubi piec babeczki. Postać Misi jest dobrze wyważona – jest trochę bohaterką, kimś tajemniczym i niezwykłym (rozmawia przecież ze zwierzętami!), a jednocześnie jest zwyczajną dziewczynką, która kocha truskawki i kakao z pianką.
Muszę też wspomnieć o warstwie wizualnej książki – ilustracje są urocze, trochę cukierkowe, słodkie, ale na tyle, by pokochały je dziewczynki, nie na tyle zaś, by wrzucić je do wielkiego pudełka z napisem KICZ.

I bardzo się cieszę, że zamiast wkładać długie sukienki, obsypane brokatem, zamiast umieszczać na głowie plastikowe korony albo doczepiane warkocze, dziewczynki zawiną włosy w dwa koki, ubiorą ogrodniczki (z przedniej kieszeni koniecznie będzie musiał wystawać stetoskop) i każda z nich będzie chciała być weterynarzem, zupełnie tak, jak ich nowa idolka Misia. A w okolicznych bibliotekach i księgarniach zabraknie książek o Doktorze Dolittle!

niedziela, 16 lipca 2017

432.744 KILOMETRY WEDŁUG MAPY GOOGLE


PIOTR KARSKI
„W GÓRY!”
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2016

PIOTR KARSKI
„W MORZE!”
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2017

Od Tatrzańskiego Parku Narodowego do Rozewia jest 744 km według mapy Google.
Te dwa punkty łączą dwie „książki do robienia*” wydane przez Wydawnictwo Dwie Siostry. W 2016 roku Piotr Karski zapraszał „W góry!”. Partnerem wydania książki był Tatrzański Park Narodowy. Stąd jeden koniec mojego wyszukiwania. Po drugiej stronie jest morze – czyli my! Co prawda na co dzień mieszkamy w Gdańsku, ale – niespodzianka! - w Gdańsku nie ma morza! Jest tylko Zatoka Gdańska, a to niezupełnie to samo… Rozewie zaś jest umowną granicą Zatoki Gdańskiej – tam to już naprawdę jest morze! Stąd drugi kraniec mojego wyszukiwania. Bo w tym roku Karski wybiera się dokładnie tam – „W morze!”
To bardzo grube knigi, można więc zabrać je jako jedyne „książki do robienia” (nie wyobrażam sobie bowiem żadnego wojażu bez choćby jednej takiej pozycji w plecaku) na przeciętny wyjazd rodzinny, który trwać ma dwa tygodnie i nie polegać tylko i wyłącznie na „robieniu książki”, ale na przykład dodatkowo na zwiedzaniu, spacerowaniu, robieniu rodzinnych fotografii, wypisywaniu kartek pocztowych do krewnych i znajomych, odpoczywaniu, spaniu, czytaniu książek, kupowaniu pamiątek i jedzeniu pysznych regionalnych dań. A robić te wszystkie inne rzeczy będzie naprawdę ciężko, bo od tych książek bardzo trudno się oderwać! Są zjawiskowe!!! Nie nie dość, że są grube, nie dość, że są naprawdę piękne (minimalizm kolorystyczny pozwala poszaleć z kolorami, które my, własnoręcznie wprowadzimy na karty tych książek), to jeszcze mają prze-fantastyczne zadania do wykonania, wymagają kreatywności, ruszenia mięśniem wyobraźni i poszerzają wiedzę o górach/morzu.
No bo na przykład jest sobie strona o świstaku (którego można pokolorować). Zawiera kilka ciekawostek, a wśród nich informacja, że dziennie to małe zwierzę zjada nawet 1,5 kg roślin, co stanowi 1/3 masy jego ciała. Zadanie – zważ się, podziel wynik przez trzy, zapisz go i narysuj swój obiad – jakby wyglądał, gdyby ważył 1/3 ciebie?
Albo narysuj kwiaty dwulistnika muszego, jednej z najrzadszych roślin w Polsce (autor już narysował łodygę). Czego to wymaga? – znalezienia informacji, jak właściwie ten dwulistnik wygląda.
Albo na przykład można zagrać w dzięcioły i chodniki – autor przygotował specjalne zasady gry oraz plansze do grania (to coś jak statki, ale dzieje się w górach i nawiązuje do osoby dzięcioła trójpalczastego…).
Albo zaprojektuj ambifię – to pojazd, który i jeździ po lądzie i pływa.
Albo dorysuj wodorosty, które otaczają pławikonika i które mają za zadanie go zamaskować – pławikoniki to mistrzowie kamuflażu (ach ,jakież to fantastyczne ćwiczenie dla ręki!!! Takie samo jak przy zadaniu „stwórz ławicę” albo „narysuj plankton” - to typowe „odrabianie szlaczków” bez nazywania ich szlaczkami i bez wyznaczonych linijek i kratek).
Albo trzeba narysować człowieka, który wraca do oceanu – jak będzie wyglądała jego przemiana?
Albo – trzeba zamknąć oczy i narysować rafę koralową – ale, ale… na czarnym tle, czyli białą kredką… a to oznacza, że – biała kredka, która jest w każdym dużym zestawie kredek, w końcu będzie potrzebna! (wszystkie białe kredki, na co dzień zapomniane, niechciane, wręcz wyszydzane w swojej nieprzydatności, na ręce Piotra Karskiego składają w tym miejscu serdeczne podziękowania za ich rehabilitację, a wręcz udowodnienie nieodzowności ich bytu!).
Jest też na przykład instrukcja, jak zrobić DIY meduzę albo wyjaśniony eksperyment, badający ciśnienie wody.
I jest nawet gra planszowa „Żółwie morskie”, w której możesz zostać zjedzony przez lisa lub mewę, albo poszatkowany przez kraba, utknąć w plastikowym pojemniku (i stracić kolejkę), zaplątać się w żyłkę albo może cię oślepić światło plażowego baru, a wtedy mylisz kierunki, zamiast do oceanu wchodzisz na deptak, a tam… wiadomo… – a ta gra ma zwrócić uwagę na to, że wskutek działalności człowieka żółwiom morskim grozi wyginięcie. Jeszcze nie graliśmy, ale na pierwszy rzut oka nie wiem, czy w ogóle da się dojść do mety. A jeśli się da, to z duszą na ramieniu… Mocne!
Na góry patrzy się poziomo, wysoko trzeba zadrzeć wzrok, aż do samego nieba. Dlatego „W góry!” jest w poziomym formacie. A morze? Zapewniam, wymaga patrzenia zupełnie prosto przed siebie, jak najdalej da się sięgnąć wzrokiem, bez ćwiczeń gałek ocznych góra-dół, tylko za horyzont. Dlatego „W morze!” ma format poziomy. Pozwala mi to sądzić, że wszystko jest tu dopracowane, przemyślane, nieprzypadkowe. „W góry” Dwie Siostry jechały rok temu, „W morze” zapraszają w 2017. I widać, że przez ten rok pracownicy linii technologicznej zgłaszali wnioski racjonalizatorskie, bo „W morze!” jest szyta! A co za tym idzie – można ją rozłożyć na płask. Ułatwia to robienie zadań. Ułatwia do nich powracanie – można zacząć na przykład rysować co ma w torbie pelikan, przerwać ilustrowanie, pobiec zrobić zamek z piasku, pomoczyć nogi, przyjrzeć się meduzie, zebrać garść muszelek, wrócić i zabrać się do roboty dokładnie w tym miejscu, w którym się zaczęło. Bo książka pozostaje otwarta dokładnie tak, jak ją zostawiliśmy. Wystarczy przycisnąć strony kamykiem, bo z doświadczenia wiem – morski wiatr bardzo lubi przewracać kartki w pozostawionych samotnie książkach i sypać piasek między strony.

















Takie uzupełnione książki, mogą być doskonałą pamiątką z podróży – fajnie opisać je datą, przybić pieczątkę na miejscowej poczcie, odrysować dłonie wszystkich tych osób, które maczały palce w jej uzupełnianiu, pomiędzy kartki włożyć zasuszony kwiat, znaleziony na którymś z wakacyjnych spacerów, albo bilet na pociąg, którym się przyjechało w morze/w góry.


*nazywamy tak książki, których się nie czyta (albo przynajmniej nie tylko), po których można (trzeba!) mazać, które zawierają zadania, łamigłówki, labirynty, krzyżówki, polecenia i miejsce na narysowanie czegoś.  

piątek, 14 lipca 2017

431. STRONA 333

ÉVELYNE BRISOU-PELLEN
„LIAM I MAPA WIECZNOŚCI”
1 TOM CYKLU „DWÓR”
(TŁ. PRZEMYSŁAW SZCZUR)
WIDNOKRĄG, PIASECZNO 2017

Liam ma piętnaście lat. Liam chorował na raka. Liam już jest wyleczony. Ale po długiej, ciężkiej chorobie, która wyniszczyła jego organizm, potrzebuje rekonwalescencji. Dlatego rodzice wysyłają go do sanatorium. Oni też są zmęczeni, bo dzień i noc, na zmianę, czuwali przy jego łóżku. A pod opieką mieli jeszcze przecież młodszego brata Liama. Pewnie dlatego w podróż do sanatorium wysłali go samego. Zapakowali go do taksówki i z jedną walizką wysłali w świat. Liam troszeczkę się martwi, że będzie tam sam, ale z drugiej strony… ma już przecież piętnaście lat, prawda?
Taksówka wreszcie się zatrzymała. Na kompletnym odludziu! W środku lasu! Przed ogromnym, XV-wiecznym gmaszyskiem! Taksówkarz życzył mu „powodzenia” i odjechał. Przy drzwiach nie ma dzwonka, jest za to staromodna kołatka w kształcie lwiej łapy.
„'Bum, bum…' - usłyszałem potężny dźwięk, który wcale mnie nie uspokoił. Musiałem się opanować, żeby nie rzucić się do ucieczki.” [s.7]
Ale Liam nie ucieka. Otwiera mu dziwaczny majordomus i prowadzi do równie dziwacznego doktora Roya. Do doktora, który nawet go nie bada, nie zapisuje żadnych leków, pozwala jeść wszystko to, na co Liam ma ochotę i daje jedno jedyne zalecenie – nie dotykać innych pacjentów...
W sumie to nic dziwnego, bo wydaje się, że to sanatorium spełnia kilka funkcji, między innymi szpitala psychiatrycznego, bo są w nim osoby, które wydają się niespełna rozumu. O, jak choćby ten dziwaczny, lekko przerażający mężczyzna, który każe mówić do siebie per „Leonidas” i utrzymuje, że jest królem Sparty…
Wkrótce okazuje się, że zniknęła walizka Liama, a wraz z nią wszystkie ubrania na zmianę oraz telefon komórkowy i komputer, czyli cała łączność ze światem, bo… w tym dziwacznym dworze nie ma prądu! Wiadomo, że rekonwalescenci potrzebują ciszy, spokoju i odpoczynku, ale to już gruba przesada! I jeszcze te wszystkie dziwaczne rytuały, którym wszyscy kuracjusze poddają się bez mrugnięcia okiem, a których Liam zupełnie nie rozumie…
A w gabinecie doktora Roya Liam odkrywa dziwaczną interaktywną mapę… jak działa, skoro nie ma tu prądu? I dlaczego do tej pory rodzice Roya się z nim nie skontaktowali?
Wiele, wiele pytań. Od samego początku atmosfera niepokoju i niedowierzania. I chyba trochę zbyt dużo tego „dziwacznie”, jak na sanatorium… Czytelnik wraz z Liamem, staje się coraz bardziej podejrzliwy, węszy podstęp, szuka tropu, myszkuje tam, gdzie nie powinien. Ale to przecież nie jest zwyczajna sytuacja. To jakaś pułapka, z której nie wiadomo, jak wyjść. Tylko, że Liam jest zdeterminowany!
A ja, rozpalony do czerwoności czytelnik, chcę dowiedzieć się wraz z nim… Dlaczego ubrania kuracjuszy same się czyszczą? Dlaczego w ogrodzie raz jest komin a raz go nie ma? Dlaczego nie można schodzić do piwnicy? Dlaczego na śniadanie pojawia się zawsze tylko to, co się lubi najbardziej? I jak stąd wrócić do normalnego świata?
Książka ma 348 stron.
Na 149 czegoś zaczynam się domyślać, na 231 jestem coraz bliżej rozwiązania zagadki, na 333 dowiaduję się prawdy… 333 stron niepewności, dreszczy, nerwowego przerzucania kartek, poganiania w myślach bohaterów, marszczenia brwi, przysuwania książki bliżej oczu, żeby potwierdzić, że czytam dokładnie to, co jest napisane… a na końcu takie oto rozwiązanie?!?…

no, pani Évelyne Brisou-Pellen… Toś się Pani zabawiła moi m kosztem… no, no, no… I powiem tylko jedno: BRAWO! Podobała mi się ta zabawa! I chcę jeszcze! Bo ta jedynka na grzbiecie książki sugeruje, mam nadzieję, że będzie kontynuacja! Świetnie skonstruowana powieść przygodowa, która okazała się nie tylko mądra i trzymająca w napięciu, ale też… cholernie wzruszająca! Oj, pochlipało mi się w zaciśniętą w dłoni chusteczkę higieniczną, pochlipało...





czwartek, 13 lipca 2017

430. DOBRZE, ŻE ZNAM ZAKOŃCZENIE

ADAM WAJRAK
„LOLEK”
AGORA, WARSZAWA 2017
ILUSTROWAŁ MARIUSZ ANDRYSZCZYK

Tuż przed spotkaniem z Adamem Wajrakiem jedna z kilkuletnich dziewczynek kupiła książkę. Obserwowałam ją ukradkiem, gdy w oczekiwaniu na gościa zaczęła czytać . Widziałam, że pochłania tekst, że coraz bardziej tonie w tej historii.
Zadała Wajrakowi pytanie: Skąd wiadomo, co przeszedł w swoim życiu Lolek?
Wajrak odpowiedział to samo, o czym napisał w posłowiu tej książki. A odpowiedź była dla mnie wstrząsem. Że tak do końca nie wiadomo, ale że można to sobie wyobrazić, oglądając jego rany i blizny. Przełknęłam nerwowo ślinę. Już nie byłam taka pewna, czy chcę czytać tę książkę, czy dam radę przebrnąć przez te wszystkie litery, które układają się w okrucieństwo, w przemoc, w bicie, w upokarzanie… Odważyłam się tylko dlatego, że już znam zakończenie…
Początek jest wesoły – psia mama, obdarzająca miłością, rodzeństwo do zabawy, codziennie miska pełna kaszy z tłuszczem, radość spokojnego, psiego, ustabilizowanego życia. A potem nowy „dom”. Ta ogromna psia radość, gdy ktoś chce zostać psim panem! To oddanie aż po koniuszki psich łap! To ogonem merdanie! To siusianie z radości… Siusianie, gryzienie, skomlenie, obłażąca sierść… No właśnie… Czasem nawet nie musiało być powodu. Raz za razem, spadały na psi grzbiet razy… Marzenie o dobrym domu prysło, może nie pierwszego dnia, bo pierwszego było jeszcze niedowierzanie… Którego? Wtedy, gdy pies pierwszy raz nie dostał jeść? Wtedy, gdy pierwszy raz ktoś go kopnął? Wtedy, gdy przypiął go łańcuchem do budy? A w tej budzie Lolek, który nie był jeszcze wtedy Lolkiem, nie chciał spać – wyczuwał tam złe zapachy, opowieści, które zostawili poprzednicy – psie łzy, psie zawodzenie… Psy są wierne, czasem zbyt wierne, więc nie mógł tak po prostu uciec. Ale pewnego dnia… gdy nad psią głową uniosła się siekiera (może wcale tak nie było… może to był nóż, albo pałka, albo tasak…), instynkt samozachowawczy wziął górę. Łańcuch pękł pod naporem żądzy życia. Pies uciekł. Choć mógł przecież rzucić się na człowieka i zagryźć go. Ale psy tak nie robią. Są przecież dobre z natury...
Nie wiadomo ile czasu pies błąkał się po polach i lasach. Ostatkiem sił dotarł na zaplecze warsztatu samochodowego. Co przywiodło tam Adama Wajraka z żoną? Czy naprawdę tylko przegląd samochodu?
Gdy w cieniu budynku ukazał się jakiś duch, który kiedyś był psem, Wajrak się przeraził. Nie dlatego, że bał się duchów! Przeraził się ludzi, bo w wychudzonym, skołtunionym ciele ledwo żywego psa, dostrzegł ludzkie okrucieństwo…
Nie było innej możliwości – trzeba było uratować to zwierzę. Za wszelką cenę!
To piękna, wzruszająca historia! Przepięknie zilustrowana – subtelnymi, wymownymi obrazami, stonowaną kolorystyką. Mariusz Andryszczyk wyłapał zupełnie nieprawdopodobne kadry, niecodziennie, nietuzinkowo spojrzał na Lolka. To z jednej strony ilustracje pełne rozpaczy, ale tej podskórnej, tej, która już pewnie nigdy z tego psa nie wyjdzie, bo z drugiej jest w nich jednak szaleńcza psia radość. Patrzę na nie i w gardle rośnie mi wielka gula – przemieszanie strachu, złości i radości, bo znam już zakończenie...
To dobrze, że ta książka jest szczera, że nie ukrywa przed Dziećmi prawdy. Że Lolek to nie jest pies w różowej obróżce i z gumką na włosach. Że to pies żywy, z krwi i poobijanych kości. To dobrze, że świadczy o ludzkim okrucieństwie – trzeba świadczyć, żeby je wytępić, inaczej nie ma na to szansy. Poza tym dziecięce serce zawsze otwiera się na takie zwierzęta automatycznie. W moim ciągle, od kilkudziesięciu lat jest Lampo i Biały Bim Czarne Ucho. Nigdy nie przestałam o nich myśleć. Dzieci mają w sobie naturalną empatię. Nie szukają winnych, nie chcą ich karać – to należy do dorosłych. Nie pytają w pierwszej kolejności „Kto to zrobił?”, ale „Czy wszystko będzie dobrze?”. I przytulają! Dla nich jest ta książka, żeby odpowiedzieć: „Tak, wszystko będzie dobrze!”.

Zakończenie jest piękne… kupka nieszczęścia stała się pięknym, kudłatym psem, który mieszka sobie w Teremiskach razem z Adamem i Nurią. Co prawda wciąż boi się wejść do domu i nie śpi nigdzie poza werandą, co prawda do snu układa się z gumowym kurczakiem, co prawda, gdy ktoś wkłada go do samochodu, to zapomina jak się oddycha, ale żyje… ma na imię Lolo, zdrobniale Lolek, a to andaluzyjskie słowo pełne radości. I zaufał! Podziwiam Lolka – ja bym już chyba nie dała rady. Wielkie jest psie serce!  






wtorek, 11 lipca 2017

429. BRUDNE TENISÓWKI I CHLEB Z MASŁEM I CUKREM

ANTONINA TODOROVIĆ
„DUSZAN. PRZYGODY PRAWIE PRAWDZIWE”
TADAM, WARSZAWA 2017
ILUSTRACJE I SKŁAD DOROTA WOJCIECHOWSKA

Gdy byłam mała dobre wakacje można było poznać po ilości kurzu na tenisówkach, ilości kromek chleba z masłem i cukrem, chwyconych w locie i ilości czasu, który spędzało się poza zasięgiem wzroku dorosłych.
Teraz jest zupełnie inaczej. Teraz rodzice kontrolują każdy krok dziecka, panicznie bojąc się niebezpieczeństw, które na niego czyhają, karmią je zbilansowanymi posiłkami o stałych porach i załamują ręce, gdy dziecko akurat nie jest głodne i pomimo tego, że wszyscy mają automatyczne pralki, ciągle w powietrzu unoszą się napomnienia: „tylko się nie wybrudź!”, „nie dotykaj tego, bo brudne!”, „nie wskakuj do tej kałuży, bo się pobrudzisz!”. A w ogóle to Dzieci siedzą w domach, spędzając dzieciństwo w wirtualnych światach.
Tacy byli Duszan i Janek, dwaj bracia, którzy na wakacje z wielkiego miasta, przyjeżdżają do Zalesia.
Są takie miejsca na ziemi, gdzie czas nie jest ważny. Gdzie w wakacje trzeba być brudnym i chodzić bez koszulki. I są takie osoby, jak Babcia Duszana – magiczne, czarodziejskie, choć przecież z krwi i kości.
Na dzień dobry Babcia pyta chłopców, co umieją. I pierwsze, co przychodzi do głowy Duszanowi, to że zna trzy języki.
„Phi, ale nie znasz tego najważniejszego, mówi nim najwięcej istot na Ziemi, to najpotężniejszy ze wszystkich języków świata. (…) to język zwierząt, mój chłopcze. (…) Żeby się go nauczyć, musisz najpierw oswoić wilka, odnaleźć marzenia, wskoczyć w ogień, zagubić się i odnaleźć.” [s.7].
I tak się zaczynają te wakacje. Od sceptycyzmu (oswoić wilka? język zwierząt???), od zderzenia dwóch odmiennych rzeczywistości, od Pradawnego i Współczesnego, które nagle się ze sobą spotkały, od miasta i wsi, od małego chłopca, który staje właśnie u progu największej i najpiękniejszej przygody swojego życia, ale jeszcze o tym nie wie! Potem będzie już tylko lepiej! Szałas w lesie, jazda na ośle, kapsuła czasu, zakopana dla potomności, kąpiele w jeziorze, łąki, pola, las, tajemnicze sny, które się ziszczają, Brat u boku, którego się kocha tak, że można za nim skoczyć w ogień… i wilk. Prawdziwy, niepodrabiany wilk, który leży sobie na dywaniku obok łóżka, gdy otwiera się oczy po pierwszej nocy w starej leśniczówce! Czy da się go oswoić?
Nie umiem znaleźć dobrego słowa, żeby opisać tę książkę… Cudowna, piękna, fenomenalna… ech jakieś zbyt egzaltowane i ułożone te słowa, jakieś banalne i nieprzystające do historii o dzikości, o przyjaźni, o miłości, o naturze i o tym, że Dzieci od wieków są takie same – potrzebują udowadniać sobie swoją samodzielność (a my nie możemy ich śledzić zza krzaka), potrzebują coś tworzyć, potrzebują oddychać świeżym powietrzem, potrzebują kontaktu z przyrodą dookoła siebie… A to wszystko zamknięte w trzymającej w napięciu książce przygodowej! Moja wewnętrzna dziesięciolatka obgryzała paznokcie ze zdenerwowania (czy im się uda? czy wszystko będzie dobrze?), drapiąc do krwi ugryzienia po komarze na kostce nogi. Ja dorosła marzyłam o tym, żeby być chociaż trochę taka, jaka jest Babcia Duszana – mądra w kochaniu, obserwująca z boku, wskazująca pytania, a nie dająca odpowiedzi, zespolona ze swoim światem tak mocno, że teraz może przekazywać swoim wnukom mapę do jego tajemnic.
A do tego Dorota Wojciechowska…! Na przemian niemieję z radości i wyję z zachwytu! Nie wyobrażam sobie, że inny mógłby zilustrować tę książkę – nie byłaby już tym samym, nikt inny nie wyłuskałby z historii Todorović właśnie tego, co powinien! W tych ilustracjach widać, że to opowieść, którą ktoś wyłuskał Wojciechowskiej spod samego serca i oblekł w słowa.

Nie będę polecać, nie będę zachwalać, za mało znam słów, którymi mogłabym to zrobić dobrze. Przypomnę tylko, że jak byłam małą dziewczynką, to moje ulubione książki wkładałam pod poduszkę, by nie musieć się z nimi rozstawać nawet w nocy. „Duszan” na pewno by tam trafił!