Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

poniedziałek, 13 stycznia 2020

645. O MIEJSCU URODZENIA


HANS CHRISTIAN ANDERSEN
„DZIKIE ŁABĘDZIE”
(TŁ. BOGUSŁAWA SOCHAŃSKA)
TAKO, TORUŃ 2017
ILUSTROWAŁA JOANNA CONCEJO

Jest takie miejsce na mapie Polski. 18 km od morza. Nazywa się Słupsk. Stamtąd pochodzę. Tam się urodziłam. Jest taki moment, gdy jestem bardzo dumna z tego, że właśnie tam. Moment, gdy otwieram kolejną książkę ilustrowaną przez Joannę Concejo. To jedna z tych artystek, które cenię najbardziej. Jedna z tych, które wypracowały swój własny, niepodrabialny styl. Ilustrowane przez nią książki głaszczę i przytulam. Obrazy przez nią stworzone mieszkają pod moimi powiekami. Za delikatną, filigranową kreską, taką jakby nieśmiałą, kryje się zawsze mocny, ważny przekaz. I miłość do natury, która na ilustracjach Concejo jest obecna chyba zawsze.
„Dzikie łabędzie” nie są w czołówce najbardziej znanych baśni Andersena. Zdecydowanie wypiera je „Dziewczynka z zapałkami”, „Królowa śniegu”, „Brzydkie kaczątko” i „Calineczka”. Nie będę jednak, mimo wszystko, streszczała fabuły – powiem tylko, że to opowieść o wygnanej z domu Elizie, pięknej dziewczynce o czystym sercu, której nie ima się zła magia, o jej ojcu królu, który sprowadził do domu złą macochę i bardziej zawierzył zazdrosnej kobiecie niż własnej córce i o jedenastu braciach Elizy, którzy nieszczęśliwym zrządzeniem losu, wynikającym z zawiści i zaborczości macochy, zostali zamienieni w białe łabędzie. Wspomnę, nie zdradzając zakończenia, że można czytać tę książkę dzieciom bez obawy o ich kruchą psychikę – wszystko będzie dobrze, Eliza się uratuje (w przeciwieństwie do dziewczynki z zapałkami) – nawet Andersen nie byłby chyba w stanie uśmiercić tak dobrego dziecięcia, jak ona. O czym jest ta baśń? Każdy pewnie dałby trochę inną odpowiedź na to pytanie. Podobno sam Andersen powiedział, że jego baśnie to pudełka - dzieci oglądają opakowanie, ale to dorośli mają zajrzeć do środka. I wydobyć sens. Dla mnie to książka o wielkiej sile siostrzanej miłości. O wytrwałości. I o sile dobra.
To piękna baśń, ale jej piękno wynika dla mnie z oprawy graficznej. I z mojego podziwu dla ilustratorki, która nie idzie krok w krok za tekstem. Concejo przeczytała baśń, wzięła ją sobie do serca, a potem namalowała tylko to, co ją w niej poruszyło. Dopowiada, rozszerza, pogłębia, czasem igra z tekstem, jest wierna, ale niezależna.
Chciałabym, żeby każde dziecko czytało Andersena w takiej oprawie.
Myślę o wszystkich wydaniach klasyków baśni, które są na wyciągnięcie małych rączek – o tych wszystkich Czerwonych Kapturkach, Królewnach Śnieżkach, Calineczkach i brzydkich kaczątkach, które leżą nisko na półkach w księgarniach i kosztują kilka złotych. Bez redakcji, korekty, dobrego składu. I z infantylnymi obrazkami. I porównując je z „Dzikimi łabędziami” duetu Andersen-Concejo, widzę, jak te niedopracowane obrazki spłycają treść, jak odbierają wolność interpretacji, jak blokują wyobraźnię! Concejo niesie moje myśli, uruchamia mi w głowie milion dodatkowych znaczeń, rozbudowuje tekst Andersena, dobudowuje piętra znaczeń. Dzięki niej ta książka jest dziełem sztuki!
I na koniec jedno zdanie do przemyślenia: książki powinni ilustrować ilustratorzy – niby oczywistość, ale dlaczego w dzisiejszych czasach stała się postulatem?









czwartek, 2 stycznia 2020

644. UNGUNGUNURUMUNUR


SHAUN TAN

„OPOWIEŚCI Z GŁĘBI MIASTA”
(TŁ. ANNA WARSO I WOJCIECH GÓRALCZYK)
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2019
ILUSTROWAŁ AUTOR

Jak w ogóle napisać o takiej książce? Jak powiedzieć o czym jest? Jak przełożyć zapierające dech w piersiach obrazy i równie olśniewające teksty na parę słów, z których ma na końcu wyniknąć „polecam!”? Jak nie spłycić?
Te oniryczne, napisane pięknym językiem historie relacji ludzi ze zwierzętami to nie są proste bajki do czytania przed snem. To raczej szkice, w których autor pokazał kontakt zwierzę-człowiek w zupełnie nieoczywisty, symboliczny sposób. Ryby, które latają po niebie, konie, pędzące wzdłuż pasa szybkiego ruchu w samym środku miasta, lisy, które rozgaszczają się w naszych domach, zaraz, gdy zamkniemy oczy i odpłyniemy w sen. Każde z tych stworzeń żyje na co dzień obok nas. Tan je umagicznił, żeby zwrócić na nie naszą uwagę. Jak nudny i niezauważalny jest ślimak, czasem tak bardzo, że przez przypadek rozdeptujemy jego skorupkę w drodze dokądś-dokąd-się-tak-bardzo-spieszymy. I nawet tego nie zauważamy. Ale ślimak-gigant, który uczy człowieka miłości? Nie da się go ominąć. Cóż znaczy jeden motyl, który przysiądzie ci na nosie? Pewnie nawet czasem zgonisz go niecierpliwym ruchem, żeby nikt nie zauważył i nie uznał tego za śmieszne. Ale motyle w „liczbie przekraczającej policzalność” wyciągają ludzi z ich utartych torów i wrzucają w sam środek zachwytu. Przez ułamek chwili wszyscy ludzie są tylko patrzeniem na motyle, niczym więcej.
Shaun Tan to klasa sama w sobie. To marka. To znak jakości. Ale tym razem przeszedł samego siebie. Dla mnie „Opowieści z głębi miasta” to lektura, której nikt nie powinien ominąć. Z jednej strony, owszem, jest symboliczna, niedosłowna, momentami dziwna, więc dla tych przywiązanych do linearnych opowieści z zakończeniami „i żyli długo i szczęśliwie” może być ciężka do czytania. Nie pojmuje się jej bowiem rozumem, nie pyta dlaczego. Raczej się ja czuje podskórnie, tym zwierzęcym pierwiastkiem naszego „ja”, które nie zadaje pytań.
Jest w tych historiach miejsce na prywatną interpretację, na odczytywanie znaków, na osobiste wzruszenia i zamyślenia. Ale wniosek raczej zawsze powinien być jeden: „co my zrobiliśmy braciom naszym najmniejszym?”. Nie wszystkie ze zwierząt Tana cierpią. Ale każde z nich musi być cierpliwe. Żeby przeczekać człowieka. Czy tak powinno wyglądać nasze współżycie ze zwierzętami? Z opowieści Tana wyłania się nie tyle współ- co nadżycie. Ludzkie nad wszelkim innym. Na krokodylim, które ktoś zamknął na osiemdziesiątym siódmym piętrze, nad świńskim, które „zapada się na tyłach naszego mieszkania”, nad wielorybim, zabranym przez ludzi od matki. Jeszcze jako tako ukochaliśmy psa, jeszcze niektórzy szanują owcę, jeszcze czują respekt przed tygrysem, ale co z gołębiem, nosorożcem, rekinem? Zwierzęta są wszędzie – Tan je zauważył. Oddaje im głos, choć one nie potrafią mówić ludzkim językiem i są na co dzień mało słyszalne. Znamienne, że na końcu książki, ostatnim zwierzęciem jest człowiek – trzeba w końcu zauważyć, że przeciwstawny kciuk nie daje nam prawa do rządzenia światem. Daje nam obowiązek opieki nad tymi, którzy nie radzą sobie, gdy zabetonuje się ich świat.
Poczułam ogromny wstyd, gdy czytałam o niedźwiedziach pozywających ludzkość. „Wystarczyło przeczytać choć fragment materiału dowodowego przeciw ludzkości, gromadzonego od jakichś 10 000 lat, by wpaść w skrajną rozpacz. 'Kradzież'. 'Rabunek'. 'Bezprawne zajęcie'. 'Deportacja'. 'Niewolnictwo'. 'Morderstwo'. 'Tortury'. 'Masowa zagłada'. Nie wspominając o przestępstwach, o których w życiu nie słyszeliśmy, takich jak 'Duchowe wykluczenie', 'Sępienie', czy 'Ungungunurumunur'.”
Dla mnie to książka-przesłanie. Książka-przestroga. I czasem książka-przepowiednia. Książka-wskazówka. Zauważ. Pokochaj. Szanuj.







wtorek, 31 grudnia 2019

643. LATEM TEŻ


MAJA LUNDE
„ŚNIEŻNA SIOSTRA”
(TŁ. MILENA SKOCZKO)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2019
ILUSTROWAŁA LISA AISATO

„U nas Boże Narodzenie pachnie mieszaniną świerkowych gałązek, kadzidła, pierniczków, klementynek, cynamonu i kakao, które, tak przy okazji, lubię najbardziej na świecie” - mówi Julian. A przynajmniej tak było kiedyś, właściwie jeszcze rok temu. Teraz wszystko wskazuje na to, że świąt w domu Juliana nie będzie. Czy zostaną odwołane także jego urodziny, które wypadają w Wigilię? Julian tego nie wie. Nie wie właściwie nic. Od dawna wszyscy jego bliscy, gdy już rozmawiają, mówią tylko o pogodzie. Ale od jakiegoś czasu właściwie w ogóle ze sobą nie rozmawiają. Od pół roku. Od czerwca. Od wtedy, gdy jego starsza siostra Juni umarła. Nie ma jej. Ale jest zupełnie tak, jakby nie było też jego młodszej siostry August, którą do tej pory nazywano Dynamitem, a która teraz się wypaliła. Nie ma jego mamy, która śmiała się najgłośniej na świecie, ani taty, który tak bardzo kochał ten śmiech. Są dwa automaty, które robią wszystko, co trzeba w domu – piorą, sprzątają, gotują. Ale gotują tylko rybę – kotlety rybne, paluszki rybne, burgery rybne. Ale przecież i tak nic już nikomu nie smakuje. No i nie przytulają. Od bardzo, bardzo dawna rodzice nie przytulają. Nie ma nawet Johna, najlepszego przyjaciela Juliana, bo jak nazwać przyjaciela, który też nie mówi o niczym innym, tylko o pogodzie? Powoli przestaje też istnieć Julian, bo przytłacza go ta beznadzieja, szarość, smutek, brak słów. No i niepewność, czy jeszcze kiedykolwiek coś będzie kolorowe i będzie pachniało klementynkami?
Ale pewnego dnia, tuż przed świętami, wydarza się coś zupełnie niesamowitego – Julian poznaje Hedvig. Zwykła dziewczynka, zwykły chłopiec. Zupełnie zwykła sytuacja. Ale tylko pozornie, bo to że Julian zobaczył nos Hedvig przyciśnięty do szyby basenu, na którym trenuje, to, że rudowłosa dziewczynka podaje mu rękę i się przedstawia, to, że zaprasza go do swojego ustrojonego świątecznie domu i przygotowuje kakao, to wcale nie jest przypadek. To najbardziej niesamowita rzecz, jaka może się przydarzyć dziesięcioletniemu chłopcu, który czuje, że został sam na świecie, choć wokół siebie ma tyle osób. Tylko jedno nie daje Julianowi spokoju – kim jest starszy człowiek, który ma klucz do domu Hedvig, ale nigdy nie wchodzi do środka?
„Śnieżna siostra” to propozycja Wydawnictwa Literackiego na opowieść adwentową. Ale cieszę się, że przeczytałyśmy ją już po świętach. Dlaczego? Bo absolutnie nie wytrzymałabym bez podglądania kolejnych rozdziałów. Nie da się po prostu! Zagadki, zagadki, zagadki… Uporczywe milczenie Hedvig, gdy Julian zadawał zbyt dużo pytań, przerażający starszy mężczyzna, światło, które tak dziwnie pada na bujany fotel w tym przytulnym domu Hedvig… i dziewczynka, którą ulepili wspólnie ze śniegu, a która tak bardzo zaczyna przypominać Juni…
To książka o zdrowieniu. O wychodzeniu z żałoby. O pragnieniach. O rodzinie. O naprawianiu. Wzruszająca. Nie tylko trzymająca w napięciu, ale trzymająca w objęciach. Nie możesz tak po prostu jej zamknąć i wyjść. Nawet jeśli choć na chwilę przerywasz, to ta historia siedzi w tobie i woła, popędza, „wracaj do mnie!”. A potem rezonuje. Myślisz i myślisz. Zachwycasz się. „Ja po prostu nie mogę przestać jej czytać, mamo, jest taka ciekawa i wciągająca! - mówi Majka. I delikatnie gładzi okładkę. Bo jest też śliczna. Olśniewające ilustracje Lisy Aisato chciałoby się wysyłać jako kartki świąteczne – jakiż ta kobieta ma talent! A najpiękniej na świecie maluje radość! Zaraża nią! Bo po prostu nie ma siły, żeby się nie uśmiechnąć do tej rudej dziewczyny z przerwą między górnymi zębami. Ilustracje, do których trzeba się uśmiechać, to najlepsze ilustracje, jakie ktoś może stworzyć. Tekst, który moczy się łzami – bólu, strachu, żalu, współczucia, a potem radości – to najlepszy tekst, jaki ktoś może napisać. Dlatego do Hedvig będziemy zaglądać nie tylko w święta, nawet nie tylko zimą. Latem będziemy czytać równie zachłannie.










niedziela, 22 grudnia 2019

642. POWÓD DO PRZYTULENIA SCHUTTENA


JAN PAUL SCHUTTEN
„CIAŁO. TY I MILIARDY TWOICH MIESZKAŃCÓW”
(TŁ. MAŁGORZATA DIEDEREN-WOŹNIAK, IWONA MĄCZKA)
FORMAT, WROCŁAW 2019
ILUSTROWAŁA FLOOR RIEDER

Od czasu do czasu patrzymy na siebie w lustrze. Widzimy oczy, usta, policzki, włosy. Gdy mocno zbliżymy oko do tafli, jesteśmy w stanie zauważyć, jak pod wpływem światła rozszerza i zwęża się nasza źrenica. Gdy wzrok mamy dobry, to uda nam się dojrzeć pory skóry. Ale co jest w środku? Od tej drugiej strony? Jak wygląda skóra pod spodem? I co pod tą skórą? A w samym środku człowieka? Te słynne flaki? No i jak to się właściwie dzieje, że wszystko trzyma się razem, że się nie rozpada, a do tego mówi, tańczy i konstruuje rakiety? No i co się dzieje z jedzeniem, które pochłaniamy? O tym jest ta książka. Jan Paul Schutte potwierdza: ta książka jest o tobie, zasługujesz na książkę o sobie, bo jesteś kimś wyjątkowym. Człowiek to nadzwyczajna konstrukcja. Nie ma na świecie nic innego, co jest tak skomplikowane i tak niejednoznaczne! I to właśnie stara się przekazać Autor. A robi to tak, że każdy czytelnik nagle staje się ekspertem od działania własnego ciała. W czym tkwi sekret? Przede wszystkim w języku! Schutte jest dowcipny, Schutte mówi wprost do młodego czytelnika (ale starszemu czytelnikowi czyta się to równie wyśminicie!). Schutte od razu zastrzega, że owszem, będzie się w książce pojawiać dużo dziwnych nazw, czasem po łacinie i że ilustratorka też je bardzo lubi i wyrysowuje na swoich ilustracjach, ale absolutnie nie musimy ich pamiętać. Najważniejsze jest to, żeby poznać zasadę, mechanizm, wiedzieć „co w człowieku piszczy”. Więc Schutte porównuje – na przykład mózg człowieka do trzypiętrowego budynku (gady mają tylko parter) albo do mapy Europy, gdy chce zobrazować działanie pamięci (nareszcie wiem, o co chodzi z pamięcią krótko- i długotrwałą!). A układ nerwowy do sieci linii telefonicznej. Omija szerokim łukiem te wyświechtane porównania – na przykład jego zdaniem mózgu nie można porównać do komputera. Choć jest sporo podobieństw, to różnice są znacznie ważniejsze – komputer nie ma emocji! Jest w tym swoim docieraniu do czytelnika dokładny, ale ważniejsze, że jest pomysłowy! Skanuje człowieka literami i sprawił, że gdy stoję przed lustrem, to widzę już nie tylko źrenicę – wiem, że gdyby nawet moje oko było zdrowe, ale obszar mózgu odpowiedzialny za widzenie był uszkodzony, to nie zobaczyłabym nawet lustra! Zarzuca haczyki, na które łapię się z łatwością. No bo kto nie chciałby znać odpowiedzi na pytanie: „co wspólnego mają ze sobą producenci gipsu, fani filmów grozy i komary?” Albo „dlaczego rysowanie serduszek jest głupie?” No a „dlaczego należy uszkadzać mięśnie, żeby nabrać siły?” albo „dlaczego nastolatki trafiają na pogotowie częściej niż bibliotekarki?” No i pytanie najważniejsze z ważnych, na które do tej pory nikt nie dał mi odpowiedzi: „dlaczego czujesz motyle w brzuchu kiedy jesteś zakochany?” Nareszcie wiem! I już za samą tę informację chciałabym uściskać Schuttena! W rozdziale o śnie daje dobrą radę co zrobić, gdy nie chce ci się spać (a powinieneś!). Że najlepiej wtedy poczytać sobie książkę przy delikatnym, przytłumionym świetle. No ale chyba nie miał na myśli swojej własnej książki! Bo ta jest tak genialnie napisana, że jak już się zacznie, to trzeba przeczytać do końca! Co prawda Schutten umniejsza swoją rolę, bo stwierdza, że jest „zwykłym autorem książek dla dzieci”, a wszystkie informacje zawarte w książce wyczytał u specjalistów i to im należy podziękować za to, że powstało „Ciało. Ty i miliardy twoich mieszkańców”, ale ja tu kręcę głową z zapałem! Żaden inny autor nie zafascynował mnie tak bardzo moim własnym wnętrzem. To bez wątpienia (i bez ściemy!) najlepsza książka o ludzkim ciele, jaką czytałam!







sobota, 21 grudnia 2019

641. KSIĄŻKA WYSTARCZA!


DAVIDE MOROSINOTTO
„RENOMOWANY KATALOG FIRMY WALKER & DAWN”
(TŁ. EWA NICEWICZ-STASZOWSKA)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2019
PROJEKT GRAFICZNY STAFANO MORO

Mogę doskonale wyobrazić sobie sytuację, gdy jakiś znudzony nastolatek przyjeżdża do babci na święta. Jego telefon i komputer zostały zarekwirowane, żeby „w pełni mógł się cieszyć atmosferą świąt”. Ktoś zajada pierniczki, ktoś ogląda „Kevina” w TV (co za nudny film! Bez efektów specjalnych i z durną fabułą!), ktoś zajrzał do albumu ze starymi zdjęciami, ktoś rozmawia, a ktoś właśnie włącza płytę z kolędami. Nuda! Nie ma w pobliżu żadnego innego nastolatka, a do tego pod choinką znalazła się książka! Książka! Też coś?! Z tej nudy, z tych nudów (zdecydowanie w liczbie mnogiej!), z tej absolutnej bezsilności wobec niezaskakującej atmosfery świąt, sięga po tę książkę. „Renomowany katalog firmy Walker & Dawn”. Serce zaczyna mu bić troszeczkę szybciej, gdy czyta słowo od Autora: „Akcja tej powieści toczy się w minionej epoce, w czasach kiedy nikogo nie dziwiło spożywanie alkoholu i palenie papierosów przez nieletnich, gry hazardowe, aluzje seksualne lub rasistowskie komentarze, a także wszystkie inne opisane tu gorszące praktyki, które mogą zasiać zamęt w sercach i umysłach współczesnej roztropnej młodzieży. Dlatego też, współczesna i roztropna młodzieży, radzę Wam czytać tę książkę po kryjomu, żeby przypadkiem nie wpadła w ręce Waszych rodziców.” [s.5] Prawda, że Autor to szczwany i przebiegły manipulator? Tak zupełnie bezwstydnie zaciekawił młodego odbiorcę i tymi kilkoma słowami wstępu sprawił, że stał się on czytelnikiem? A nawet Czytelnikiem przez wielkie C, bo przez najbliższych parę godzin ten młody człowiek, który jeszcze przed chwilą nudził się i miał ochotę tylko iść spać, żeby święta szybciej się skończyły, teraz czyta zapamiętale, nie mogąc się oderwać.
Bo tak działa ta książka! Jest absolutnie „nieodkładalna”! Wszystko zaczyna się od przyjaźni – jak wiele najlepszych rzeczy w życiu. Luizjana, rok 1904. Czwórka najlepszych przyjaciół: silny, przystojny, odważny Te Trois, Eddie Świerszcz, okularnik, nieco strachliwy hipochondryk, który twierdzi, że umie rozmawiać ze zwierzętami, Tit, mały czarnoskóry chłopiec, który nigdy się nie odzywa i jego białoskóra siostra Julie – piękna, sprytna, ale niewierząca w siebie dziewczyna, na którą wołają Joju. To taka przyjaźń na śmierć i życie, na „skoczę za tobą w ogień”, na „możesz zawsze na mnie liczyć” i na „na zawsze razem”. Taka przyjaźń, która jeśli się nawet z jakiegoś powodu skończy to i tak trwa całe życie. Czwórka dzieciaków spędza ze sobą każdą wolną chwilę. Nad brzegiem wielkiego bagna zbudowali Kryjówkę czyli szałas, do którego bardzo trudno jest dojść i o którym wie tylko ich czworo. To tam spotykają się codziennie, nierzadko ukrywając się przed domowymi obowiązkami, rozdzielanymi hojną ręką przez ich rodziców. Ale jak pracować tego lata w kurniku albo w chlewie? Gdy można na przykład kończyć szlifować własnoręcznie wyciosane czółno, na którym Julie właśnie ostrym nożem ryje nazwę: Postrach bagien? Cała czwórka chce je wypróbować, więc wskakuje do środka i wypływa na ryby. Ale zamiast sumika czarnego Te Trois łowi blaszaną puszkę. W pierwszym odruchu chce ją wrzucić z powrotem do wody, ale Julie powstrzymuje go i okazuje się, że to najlepsza rzecz, jaką mogła zrobić. W środku zardzewiałej puszki pobrzękują monety – trzy dolary! To ogrom pieniędzy! Tylko jak podzielić trzy dolary na cztery osoby? Po prostu się nie da, więc przyjaciele postanawiają, że za te pieniądze kupią coś z Katalogu. „RENOMOWANY KATALOG OKAZJI MISTER WALKERA & MISS DAWN: NAJNIŻSZE CENY! – DOBRZE WYDANE PIENIĄDZE! – ZWROT GWARANTOWANY! Jak głosiła reklama, była to druga po Biblii najczęściej czytana książka w Ameryce, ale ja myślę, że w rzeczywistości była pierwsza, bo w naszych okolicach niewiele osób potrafiło czytać, a w Katalogu można było przynajmniej obejrzeć ilustracje.” [s.19] Było tam absolutnie wszystko i ciężko było zdecydować, co wybrać, ale wybór padł na rewolwer policyjny. Kto nie chciałby mieć rewolweru? Te Trois przekonał pozostałych, że to najlepsze, co mogą kupić za trzy dolary i jeszcze zostanie im reszta na cukierki! A potem będą się przechadzać z rewolwerem po miasteczku i na pewno im zaproponują, żeby zostali szeryfami. No a do tego jeśli tylko będą mieć rewolwer to będą odważni, prawda? Przegłosowane, przypieczętowane. Zamówienie nie było proste, ale po wielu, wielu tygodniach w ich rękach w końcu znajduje się paczka. Tylko, że w środku wcale nie ma rewolweru, ale stary, zniszczony, niedziałający zegarek… Od zegarka wszystko się zaczęło. A może od zamordowania Mister Darsleya?
Co za historia! Co za książka! Dawno nie czytałam powieści przygodowej. Żadnego tam fantasy, young adult, społecznie zaangażowanej obyczajówki czy kryminału, ale soczystej, pełnowymiarowej, trzymającej w napięciu książki przygodowej, po której ma się ochotę chwycić za plecak i ruszyć w świat. A teraz przeczytałam coś, od czego autentycznie nie mogłam się oderwać, co pożerałam strona po stronie, gdy tylko miałam moment na czytanie, nawet idąc po ulicy! Świetnie napisana historia, z wyrazistymi bohaterami, z fascynującą fabułą (może trochę zazgrzytało mi na samym końcu, w rozdziale z serii „po wielu, wielu latach…”, ale wybaczam to drobne potknięcie). O niektórych książkach mówi się, że to gotowy scenariusz na film. Zwłaszcza o tych przygodowych, gdzie dużo się dzieje, gdzie niesamowite zwroty akcji następują jeden po drugim tak szybko, jak szybko przewracasz strony. Ale „Renomowany katalog firmy Walker & Dawn” absolutnie nie należy do takich książek! Dlaczego? Bo filmowi, który oglądasz w swojej głowie podczas czytania, nigdy nie dorówna żaden film na wielkim ekranie. Stajesz się nagle najlepszym reżyserem, specjalistą od castingu (dokładnie wiesz, jak powinna wyglądać Joju, a jak Tit!) i scenografem. Dobraliście się idealnie ze scenarzystą Davidem Morosinotto. Ten duet zgarnia wszystkie nagrody filmowe roku. Właśnie tak się dzieje, gdy dostaniesz do rąk doskonałą, wciągającą książkę. Książka wystarcza!







piątek, 20 grudnia 2019

640. NIEEKONOMICZNY WYBÓR


CHRISTELLE DABOS
„ZIMOWE ZARĘCZYNY”
(TŁ. PAWEŁ ŁAPIŃSKI)
ENTLICZEK, WARSZAWA 2019

Jakiś czas temu rozmawiałam z moją koleżanką księgarką na temat tego, w jaki sposób ludzie wybierają książki w księgarniach. Czasem okładka, czasem opis, czasem autor, czasem wydawnictwo, czasem polecenie, czasem blurb. Ale jest jeszcze jeden sposób wybierania książek – patrzenie na ilość stron (czy tak wybierają ekonomiści, obliczając cenę jednej strony w książce?). Jeśli patrzeć w ten sposób, to „Zimowe zaręczyny” są hitem. Jest w tym jednak pewien haczyk… Ci przeliczający mają z tyłu głowy myśl: „gruba książka na dłużej starczy!”. A tu niespodzianka. Bo okazuje się, że 490 stron można przeczytać w dwa dni! Co ja mówię! Można zacząc rano i skończyć jeszcze tego samego dnia.
W czym tkwi sekret?

W wyobraźni!
Ofelia jest mieszkanką Animy, arki ożywionych przedmiotów. Jej krewni potrafią „dogadać się” z przedmiotami – za pomocą dotyku naprawiają rozbite filiżanki lub scalają rozdarty papier. Wiedzą, co mówią domy i krzesła. Albo są, tak jak Ofelia, czytaczami. Jeśli ich dłoni nie skrywają specjalne rękawiczki czytacza, to każdy dotknięty przez nich przedmiot opowiada im swoją historię. Na wiele lat wstecz. Im lepszy czytacz, tym głębiej może sięgnąć w historię przedmiotu. Ofelia jest jedną z lepszych czytaczek na Animie. Jest też niezdarna (z rąk zawsze lecą jej filiżanki, potyka się i przewraca), niepozorna i nieatrakcyjna (zawsze z rozwianym włosem, skrywająca ładne oczy za szpetnymi okularami, wiecznie zakutana w długaśny, postrzępiony, stary szalik). Z miejsca skradła moje serce! To bohaterka nieoczywista – nie od razu widać, że ma silny charakter, swoje zdanie i ciekawą osobowość. Taka samo, jak nie od razu widać, że ma jeszcze jedną niesamowitą zdolność – potrafi przechodzić przez lustra. Jeśli nie są ustawione bardzo daleko od siebie i jeśli już kiedyś widziała pomieszczenia, w których je ustawiono. Gdy była mała i odkryła swoją moc, utknęła kiedyś na długo między dwoma lustrami. Stąd jej niezgrabność. Ofelia żyje sama dla siebie, prowadzi muzeum, przyjaźni się ze swoim stryjem, starszym panem pracującym w archiwum i nie chce by jej życie wyglądało inaczej. Nie podziela przekonania, że aby być szczęśliwą powinna mieć męża i dzieci. Odrzuciła już kilku kawalerów. I ma nadzieję, że starszyzna w końcu da jej spokój. Niestety! Okazuje się, że Nestorki dogadały się z rodziną jej przyszłego męża. A skoro maczały w tym palce Nestorki – nie ma już odwrotu. Ofelia musi się poddać ich woli. Najgorsze jest jednak to, że będzie musiała wyjechać z Animy! Jej narzeczony, Thorn, jest mieszkańcem Bieguna i to tam, bardzo, bardzo daleko od animy, będzie musiała wyjechać Ofelia. Jest zdruzgotana! Ale nie ma siły, by przeciwstawić się starszyźnie. Więc umówionego dnia wsiada na pokład sterowca i opuszcza swoją ukochaną arkę, by zamieszkać na zimnej, śnieżnej arce swego małżonka – ogromnego, mrukliwego, grubiańskiego Thorna, pochodzącego z klanu Smoków.
Arki, Smoki, Nihiliści, iluzje, tkanie, czytaczka, klepsydry… ta książka to dla mnie namacalna forma wyobraźni! Czyta się to z wypiekami na twarzy, nerwowo przerzucając kolejne strony (co dalej, co dalej?? Czy Ofelia przeżyje na dworze Faruka, ducha rodziny przyszłego męża? Kto jest jej sprzymierzeńcem? Czy może ufać Thornowi, jego ciotce Berenildzie, czy oni też mają swój plan wobec niej? Dlaczego musi udawać służącego i nie może nikomu wyjawić swojej tożsamości? Dlaczego nikt na całym Biegunie nie lubi Thorna? Czy Kawaler naprawdę zabije ciotkę Ofelii? Dlaczego Gaëlle nosi taki dziwny monokl? Czy Ryży przyjaźni się z nią tylko dla jej niebieskich lub zielonych klepsydr?), akcja nie zwalnia ani na chwilę, a kończy się w takim miejscu, że nie wiadomo, jak wrócić do rzeczywistości bez poznania dalszego ciągu! To, co wymyśliła Christelle Dabos to majstersztyk! Banał, ale niestety (ależ mnie zżera zazdrość!), nie dysponuję taką wyobraźnią, jak autorka, żeby napisać coś błyskotliwszego.

piątek, 6 grudnia 2019

639.DOWODY NA ISTNIENIE M.


HIROKO MOTAI
„MILION MILIARDÓW ŚWIĘTYCH MIKOŁAJÓW”
(TŁ. KAROLINA IWASZKIEWICZ)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2019
ILUSTROWAŁA MARIKA MAIJALA

No to jak jest w końcu z tym Mikołajem? Istnieje czy nie istnieje (oczywiście, że tak!). I co wspólnego mają z Mikołajem dorośli? Oraz listy dochodzące do Mikołaja mimo braku znaczka oraz szafa, do której nie można zaglądać w okolicach Świąt, choć cały rok nie ma z tym problemu? Przez moje życie przewinęło się wiele teorii (niektóre spiskowe). Ale dopiero teraz wiem, jak jest naprawdę! Kiedyś, dawno, dawno temu był tylko jeden Święty Mikołaj. Ale było na świecie dużo mniej dzieci. Zaledwie kilkoro. Więc udawało mu się bez problemu odwiedzić wszystkie. Każdemu wręczał prezent. Może nawet chwilę pogawędził. Może został na herbatę lub ciastko. Ale ludzi przybywało, dzieci przybywało i Mikołaj już nie nadążał. „Przecież się nie rozdwoję” - pomyślał pewnie i może to powiedzenie podsunęło mu rozwiązanie. Jedna prośba do Boga i… Mikołajów było dwóch. Co prawda o połowę mniejszych, ale dwóch. Robota szła więc dwa razy szybciej. Ale ludzi nie przestawało przybywać. Więc Mikołajów też musiało być coraz więcej i więcej… Cztery, osiem, szesnaście… Aż nagle… Milion Mikołajów! Wyobrażacie sobie, jacy musieli być maleńcy? Jacy wciąż SĄ maleńcy? Problem powstał jeden, ale znaczący – byli tak maleńcy, że nie byli w stanie unieść żadnego, nawet najmniejszego prezentu. Co teraz? Nieco parafrazując znane przysłowie: jest problem, jest i rada! Mikołaj/e wymyślili na to sposób, stosowany z wielkim powodzeniem po dziś dzień. Jaki? No przecież każdy, absolutnie każdy go zna! Nie wierzycie? Chcecie dowodów? Odpowiedzi, rozwiązań, potwierdzeń? Zajrzyjcie do tej cudownej, przewrotnej, pomysłowej, nietuzinkowej, dowcipnej mikołajowej książki! Jestem zachwycona, jestem oczarowana! Śliczna, świetnie narysowana, z przymrużeniem oka (jest nawet jeden golusieńki Mikołaj!) książka, która raz na zawsze rozwiązuje dylemat czy Mikołaj istnieje czy nie (oczywiście, że tak!).