Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

wtorek, 29 września 2015

279. PRÓBA ZŁOTA

EVA LINDSTRÖM
MATS I ROJ. KTOŚ SIĘ WPROWADZA”
(TŁ. MARTA WALLIN)
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2015
ILUSTROWAŁA EVA LINDSTRÖM

Mats i Roj pewnie nigdy by się nie poznali. Bo Roj mieszkał tu, a Matsa do tej pory tu nie było. Ale pewnego dnia za żywopłotem coś się zaczyna dziać, jakieś stukoty, dziwne, nieznane dotąd głosy. Ktoś się wprowadza. To nie ulega wątpliwości. A to wprowadził się Mats. Z malutką siostrą i z mamą. Ale bez taty, bo tata już nie będzie z nimi mieszkał. Skoro Roja i Matsa dzieli tylko żywopłot, nietrudno się zaprzyjaźnić. To taka przyjaźń, jaka zdarza się tylko wśród dzieci. To przyjaźń oparta na codzienności, na zwykłości, na szarzyźnie, na nudzie, ale też na wielkich przygodach i szukaniu ekscytacji w każdym aspekcie świata. Bo gdy się strasznie mocno nudzi, można przecież iść do kolegi oglądać jaszczurkę. Jaszczurka jest zagrzebana w piasku, liściach i patykach, nie widać jej nawet ogona, ale to nie chodzi o to, by widzieć jaszczurkę – chodzi o samo czekanie, wspólne. A potem, gdy jaszczurka kolegi umiera, to trzeba koniecznie zrobić wyprzedaż garażową, żeby dorzucić się na kupno nowej. Przecież kiedyś spędziło się całe popołudnie na oczekiwaniu, aż jaszczurka wychynie spomiędzy kamieni. Co z tego, że nie wyszła? Można też z zupełnie zwyczajnego kamienia uczynić kamień księżycowy i nie jest to wcale takie trudne. Trzeba tylko wystrzelić ten kamień z gumki, zawieszonej na palcach – mocno, z całej siły. A on nie wraca i to w takim razie oczywiste, że jest kosmiczny. Można zbudować szałas, ot tak, z patyków, liści i kory. Bez przygotowania i planów zagospodarowania terenu. Ale najważniejsze, żeby ten szałas był tajny, żeby nie wiedział o nim nikt prócz Matsa i Roja. Tyko wtedy taki szałas się liczy. A gdy przypadkiem jedzie się na wakacje oddzielnie, to koniecznie trzeba napisać list, a po drugie nie bawić się tak doskonale jak wtedy, gdyby mieć przyjaciela u swojego boku.
To książka właśnie o tym – o przyjaźni. Zadzierzgniętej ot tak, bo się blisko mieszka, bo się jest dzieckiem, które ciekawie spogląda za żywopłot. To książka o przyjaźni, która trwać będzie najpewniej całe życie, bo Mats i Roj nie dzielą z sobą tylko niezwykłych chwil – są ze sobą w godzinach nudnego grzebania patykiem w piasku i wtedy, gdy pada deszcz i woda wlewa się za kołnierz i właściwie nie ma co robić. Będą przyjaciółmi, bo codzienność zmusza ich do wspólnego kreowania fantastycznego świata, do walki z nudą, do tego, by dwóch małych chłopców stanęło z nią w szranki. A wyobraźni im nie brakuje! I ta opowieść tak się właśnie snuje – raz leniwie, powolutku, bez akcji, a potem nagle któremuś wpada do głowy jakiś dziecięcy pomysł i wstępuje w Matsa i Roja energia i działają, a akacja biegnie za nimi jak pies z wywieszonym językiem. Życie.
Mam wrażenie, że Eva Lindström podpatrywała jakichś dwóch chłopców, że podkradała się i podsłuchiwała ich dialogi, że pomysły, jakie wtłoczyła do głowy dwóm papierowym przyjaciołom, są podkradzione ze świata, z relacji istniejących dzieci. Genialnie pokazała dziecięcy świat – emocje, kreatywność, uczucia.
Mam jednak z tą książką duży problem. Należę bowiem do społeczeństwa „błyskotliwego” – wolimy błyskotki. A rysunki „jak ręką dziecka” trawimy tylko u prymitywistów, których nazwiska widnieją już w encyklopedii, albo u własnych dzieci, względnie zaprzyjaźnionych dzieci sąsiada. Dlatego tym razem nie chcę oglądać tej książki. Chcę ją tylko czytać – czytać wyobrażając sobie Matsa i Roja po swojemu, czytać wymazując obraz dwóch brzydkich, grubych chłopców, których namalowała Eva Lindström. Piękna książka/niepiękna książka. Czyta się jak złoto, ogląda jak tombak.









[Książkę czytałyśmy głównie w Chacie Miłkowskiej, bo co innego mogłyśmy czytać właśnie tam, jeśli nie Zakamarki? vide Wakacyjny konkurs Zakamarkowy].  

czwartek, 24 września 2015

278. RYJÓWKA PO RAZ PIERWSZY, RYJÓWKA PO RAZ TRZECI


TOMASZ SAMOJLIK
„POWRÓT RZĘSORKA”
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2015

RYJÓWKA PRZEZNACZENIA”-WERSJA AUDIO
Koncepcja i produkcja: Sound Tropez
Scenariusz: Tomasz Samojlik
Reżyseria: Marcin Kardach
Narrator: Artur Barciś
Obsada: Marcin Hycnar (Dobrzyk), Julia Kamińska (Śmiłka), Marieta Żukowska (Korina)
W pozostałych rolach: Mariusz Bonaszewski, Robert Czebotar, Grzegorz Heromiński, Agnieszka Mrozińska-Jaszczuk, Grzegorz Pawlak, Miłogost Reczek, Agata Skórska, Anna Sroka-Hryń, Mirosław Zbrojewicz, Wojciech Żołądkowicz.

Sprzedane!

Tomasza Samojlika podziwiam od dawna. Od dawna, od pierwszego zaczytania, składam mu hołd za sławienie polskiej przyrody, za zerkanie pod nogi, by nie zdeptać ryjówki, która jest tak mała, że zniknęłaby pod butem, za każdego robaczka i źdźbło trawy, które rysuje w swoich komiksach, za dawkę wiedzy, przekazywaną przez kartkowanie, a przyswajanie za pomocą śmiechów, chichów, rechotów. W cyklu o ryjówkach ukazały się trzy pozycję – ominęliśmy „Norkę zagłady”, środkową, bo od dawna wyczerpany był nakład. Ale wydawnictwo nadrabia i pewnie niedługo uzupełnimy braki. W każdym razie powiem od razu – nasza luka nie przeszkadzała w odbiorze, bawiłam się doskonale! Po tym, jak Dobrzyk uratował swoją dolinę od inwazji śmieci i obcych w „Ryjówce przeznaczenia” (i podobno od inwazji krwiożerczych norek w „Norce zagłady”), wydawałoby się, że czas na odpoczynek, że może leniuchować, że może jakieś zapasy na zimę zrobić i cieszyć się towarzystwem Śmiłki. Nic bardzie mylnego! W świecie przyrody ciągle coś się dzieje, a w związku z tym, że człowiek to wielki niszczyciel, ryjówka przeznaczenia znów musi ratować świat. I to nie tylko swój – jeśli uratuje kawałek polany, uratuje cały leśny ekosystem. Samojlik doskonale pokazuje zależności w przyrodzie, to, jak od jednej małej ryjówki może zależeć bóbr, salamandra, jeż czy żółw. A na końcu największy, najpotężniejszy i najgłupszy – człowiek. No nie mają ryjówki (ani nietoperze, ani żaby, ani dżdżownice, ani pająki) dobrego zdania o ludzkości. Ale też człowiek nie daje im na to szans, stwarzając co i rusz zagrożenie i powodując katastrofy ekologiczne. Często zapomina, gdzie bije jego serce – w puszczy, w borze, w lesie, tam, gdzie drzewa, gdzie strumyk płynie z wolna… Tym razem niebo płonie, więc wszyscy są w niebezpieczeństwie. Trzeba działać, bo "pieczyste z ryjówek" staje się z każdą minutą bardziej prawdopodobne!
Uwielbiam poczucie humoru Samojlika i w „Powrocie rzęsorka” odnalazłam jego kwintesencję! Genialna jest wprost rodzina bobrów – mąż, żona i małe dziecko!

Świetne są „Powrót rzęsorka” utwierdził mnie w przekonaniu, że kocham całą ryjówkową ferajnę! Gdzieś mi ostatnio mignęła informacja, że Samojlik chce wrócić do ich świata i że będzie czwarty tom – oby!





Po raz pierwszy za to ryjówki zyskały głos. Dobrzyk mówi bardzo podobnie jak Marcin Hycnar, a Śmiłkę można by pomylić z Julią Kamińską. A to dlatego, że za „Ryjówkę przeznaczenia” wzięło się Sound Tropez. Do tej pory zachwycałam się dorosłymi komiksami, które przetransportowali drogę płytową na audio (to chyba taka swoista forma audiodeskrypcji komiksu, level hard). Teraz mam okazję słuchać ryjówek – Majka chce je włączać zawsze na trasie Gdańsk Chełm – Gdańsk Oliwa, gdy jedziemy do cioci. Fabuła pozostaje dokładnie taka sama – Czarny Nieprzyjaciel, który zaśmieca świat i jest tuż tuż od wywołania katastrofy ekologicznej. Pomóc może tylko jedna osoba – ryjówka przeznaczenia. Ale czy ryjówka, wielkości palca wskazującego, może naprawdę poradzić coś na całe zło świata? I czy w ogóle wie, że to ona ma wyruszyć w drogę, by powstrzymać Tego, którego imienia się nie wymawia? 
Fascynujące jest jednak to, jak różny jest obraz od dźwięku, jak inaczej odbierałam komiks, a jak wsłuchuję się w głosy. Po raz pierwszy dotarło do mnie, co znaczy Dobrzyk – że to pochodzi od „dobry”! Dobrzyk jest bowiem taki sam, jak w komiksie, tyleż nieporadny, co empatyczny, współczujący i zważający na innych. Dostrzegłam to mocniej, gdy powiedział mi to Artur Barciś!

Sound Tropez jak zwykle na medal! Nadal, wciąż i nieprzerwanie podziwiam ich pracę, ich pomysły. To niewiarygodne, że można słuchać komiksów – wciąż nie mogę wyjść z podziwu nad taką niesamowitością!

środa, 23 września 2015

277. MUZYKA RZECZYWISTOŚCI

STARE RADYJKO
„STARE RADYJKO KOŁYSZE DO SNU”
MUZYKA I TEKSTY TOMASZ GARSTKOWIAK

Nigdy nie tworzyliśmy komnat. Majka od zawsze egzystowała w zgiełku świata. Otwieraliśmy jej uszy. Pozwalaliśmy zasypiać w pobliżu zastawionego stołu wśród gwaru głosów, przy muzyce i przy cykaniu świerszczy. Od zawsze zasypiała w odgłosach codzienności – szczekający za ścianą pies, podeszwy kapci szurające po podłodze, upuszczony na podłogę widelec. Nie pozwalaliśmy zaciemniać świata, wyciszać świata, wymazywać, by spać. Sen miał być naturalną częścią życia.
Dlatego właśnie tak bardzo polubiłam tę płytę. Ona jest właśnie o tym!
Co dzień Majka prosi o jej włączenie, nieodmiennie śpiewamy „Śpij maleńka śpij, białe gwiazdy lecą z nieba, po firankach biegną słonie i lwy” - na dwa głosy. Dopiero wtedy jest moment, że wycisza się i słucha, że pozwala powiekom z wolna ciążyć. Nim uśnie, zawsze jeszcze chce wiedzieć, o czym są te piosenki. „O śnie” - odpowiadam. O tym, że może być przygodą, nie tylko odpoczynkiem. Że śniąc można wyglądać pięknie. I że nawet jeśli się śni o zwykłym, to zamienia się to w magię.
To płyta delikatna, nastrojowa. Utkana z dźwięków gitary i klawiszy, w które wpleciony jest świat, co gada. Szczeka psem, szumi morzem, śmieje się dzieckiem, dzwoni tramwajami… W nagraniu płyty wzięli udział nie tylko muzycy, ale też „pies Tobik, molo w Brzeźnie, świerszcze na Ujeścisku, samochody i tramwaje w Dolnym Wrzeszczu i Starej Oliwie”. To wszystkie te odgłosy, które są już oswojone, które łowimy uchem, gdy idziemy rano do tramwaju albo gdy niespiesznie spacerujemy tymi samymi ulicami, po których chwilę wcześniej szli muzycy z mikrofonem. To dźwięki bezpieczne, zza naszego okna. Ale przemieszane z kojącym głosem Tomasza Garstkowiaka. To jest w tej płycie najpiękniejsze. Ta zwykłość, codzienność i jej niezwykły, niecodzienny czar. To, że w trawie pełnej świerszczy może leżeć parę słów „Przemieniłaś się w sen, najpiękniejszy sen” - trzeba je tylko zebrać i zaśpiewać do ucha córce na dobranoc, znajomymi dziękami ukołysać ją do snu.



W czerwcu byłyśmy na koncercie Starego Radyjka, które kołysało do snu, w księgarni Firmin. Pełne słońce za oknem, a w środku było magicznie i bajecznie, sennie i czarodziejsko. A muzycy są niezwykle skromnymi ludźmi, Ledwo udało nam się wyprosić podpis – Tomasz w ogóle nie czuje się gwiazdą, nie miał ze sobą nawet długopisu…  


wtorek, 22 września 2015

276. MATKA SAMOLUBNA

JUSTYNA STYSZYŃSKA
„LAS I JEGO ZWYKLI-NIEZWYKLI MIESZKAŃCY”
KSIĄŻKA Z NAKLEJKAMI
TEKST MICHAŁ KOZIŃSKI
WIDNOKRĄG, PIASECZNO 2015

Są takie książki*, które gromadzę na zapas. Które nie pozwalają mi przejść obok siebie obojętnie, chwytają za serce, za ręce, za łydki, przyciągają wzrok genialnym designem, wartościowymi ilustracjami, albo tekstem wabią i mamią. Upycham je po szafach i szafkach, na zaś, na kiedyś, bo była promocja, bo na pewno już nigdy więcej nie dostanę tej książki, bo nakład już, zaraz, tu i teraz właściwie, się wyczerpie. Chomikuję. Przetrzymuję. I jestem samolubna. Bo gdy uda mi się czasem upolować coś pięknego, chowam przed Dzieckiem. Bo za kilka chwil naklejkę wyklei prosto a nie krzywo, bo będzie się cieszyć naklejaniem chwil kilka, zamiast wykleić cały arkusz w jednej chwili. Bo sama chętnie stworzyłabym kilka stworów, ale chcę, żeby Majka też miała zabawę.
Do książek w skrytce należy „Las”.
Urzeka.
Szatą graficzną. Malunkami-rysunkami, które trafiają w mój gust.
Tematyką. Las, w którym oddycha się wspólnym powietrzem z drzewami, w którym można czasem dostrzec sarnę, w którym ładuje się baterie wewnętrzne**. W którym można biegać bez ograniczeń, bo pod stopami miękki mech.
Pomysłem.
Kilka zwierząt zaledwie, parę słów o każdym z nich. Przy wilku trudne słowo „wataha”, przy jeżu informacja, że mieści się na dłoni taty, przy lisie, że jego ogon jest prawie wielkości całego ciała. To wystarczy. Tu nie chodzi o zdobywanie informacji. Tu chodzi o kreatywność. Bo na ostatnich stronach są naklejki. Jest nos niedźwiedzia, poroże jelenia, przenikliwe oczy lisa, pysk wilka, wąsy rysia. Można przykładnie, dokładnie stworzyć zwykłe zwierzęta. Sowę z ostrym dziobem, niedźwiedzia z niepozornym pyskiem, albo rysia z pędzelkami na uszach. Ale co by było gdyby zwierzęta stworzyć niezwykłe? Na przykład dzika z porożem albo borsuka z dziobem? Jakiegoś wilkorysia? Albo jeżołosioniedźwiedzia? Można modyfikować do woli, nie ingerując w naturę, można się bawić, stwarzając alternatywne światy, nadawać zwierzętom cechy, jakich nie posiadają, kreować inny świat… Po to, by potem poustawiać wszystkie zwierzęta na leśnej polanie, żeby napoić jelenia ze strumyka, ukryć lisa w jamie, a sowę posadzić na gałęzi i dać jej zasnąć.
Czekam jeszcze chwil kilka, żeby jeż nie zginął pod niedźwiedziem. Wyrodna matka. Samolub estetyczny.








275. OCZY, SZAFA, OSOBOWOŚĆ

EWA MADEYSKA
„OKULARKI”
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2015
SERIA MAŁE KATASTROFY
ILUSTROWAŁA KASIA MATYJASZEK

A właśnie, że Frania nie założy patrzałek! Woli mrużyć oczy. Bo Wiktor, obok którego siedzi w przedszkolu, śmieje się do rozpuku. I mówi „okularnica!” i jeszcze, że Frania nie widzi bez okularów, że nie widzi. I jeszcze dużo innych rzeczy. A Franię boli wtedy brzuch i ma ochotę zostać w domu ze swoją malutką siostrzyczką. I z Rysiem, swoim konikiem, który akurat nie mógł iść do przedszkola, „bo go bolą rodzynki”. I nie wychodzić już nigdy więcej!
Pamiętam, gdy ja po raz pierwszy usłyszałam słowo „okulary” skierowane w moją stronę przez okulistkę. Zepsuła mi cały dzień, wieczór cały płakałam w poduszkę. Bałam się, że ludzie mogą przestać mnie lubić, bo będę nosiła bryle. Albo jeszcze gorzej – mogą nawet nie zacząć mnie lubić. Bo okulary widać na pierwszy rzut oka, bo łatwo się do nich przyczepić, bo są istnieje już gotowy zestaw słów i zwrotów, którymi można dokuczać okularnikowi. Tylko brać i rzucać. Ja miałam 15 lat – byłam „dorosła”. Trochę obrosłam już twardą skórą, ale wciąż bałam się zranienia. Nie wyobrażam sobie, jak mocno musi bać się agresji Dziecko. Także tej słownej. Bo ona czasem boli bardziej. Rana się zagoi, zasklepi w strupek, który można odrywać z rozbitego kolana. To co się usłyszało wpada do samego środka – przez ucho do serca. I tam zostaje – czasem nawet po wiek wieków.
A ludzie nie lubią inności, choć deklarują, że chcą być inni. Niektórzy malują włosy na zielono, niektórzy przekłuwają pępek, niektórzy ubierają się tylko na czarno. To tylko poza – odrzucę, zanim mnie odrzucą. Bo każdy człowiek boi się samotności. Woli utonąć w tłumie, niż nie mieć z kim bawić się w piaskownicy.
Idąc tym tropem, ale po dorosłemu, trafiłam ostatnio znów po latach na studencką etiudę Romana Polańskiego „Dwaj ludzie z szafą”. Oglądałam kiedyś jako smaczek, w ramach „zaliczania” filmografii wielkich reżyserów. Teraz oglądałam świadomie, nastawiona na otwieranie metafor ostrym nożykiem dosłowności, na łamanie na pół symboli, wysysanie wnętrza. Konkluzja jest jedna – obcy, inny, odstający, szafę niosący, musi się dostosować, bo jeśli nie, nie ma dla nich miejsca w społeczeństwie.
O tym są „Okularki” - o niezrozumieniu inności, wyśmiewaniu, by z innością sobie radzić, o życiu pod linijkę i o tym, jak znaleźć piękno w defektach, w odstępstwach od normy, w czerwonych okularach… I jeszcze o radzeniu sobie, o budowaniu silnego charakteru, o przezwyciężaniu własnych lęków, słabości i dumie z siebie na sam koniec. Na przykład wtedy, gdy można odpowiedzieć Wiktorowi coś najmądrzejszego w świecie.
Zrobiło się nagle mocno ciężko, więc powiem, że „Okularki” to niezwykle lekka książka. Napisana tak, jak lubię. Delikatnie odstającym od normy językiem, stylem własnym, nieprzystającym.

Rodzina Franki jest zwyczajna i dlatego właśnie piękna. Z Mamą-wielorybem i Tatą okularnikiem. Z chaosem porannego wstawania i rozlanego kakao. Kochają się, mają swoje małe rytuały, swoje wady i niedoskonałości. Zarysowani są kilkoma zdaniami, słowami pojedynczymi zaledwie, ale to wystarczy, żeby wykreować indywidualności, charaktery, z których każdy lubi się za coś innego. Oj, lubi się bardzo!