Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

piątek, 27 marca 2015

261.GRAĆ CZY NIE GRAĆ

Są Muminki. Co prawda tylko na pudełku, ale to już przecież wystarczy, żeby się zakochać. Tam w środku jest Bobek – ten złośliwy typek, który baaardzo lubi wszystkim psuć szyki.
Jest czekolada (zdrowsza, bo z owocami – są przecież jagody i truskawki).
Jest nietypowa kostka – zamknięta w śmiesznym urządzeniu, które trzeba przycisnąć z całych sił – czasem są z tym problemy, ale gdy odpowiednio daleko wysunie się język, to można sobie poradzić.
Jest element losowy i element „na myślenie” - to prosta gra, oparta ciut ciut o mechanikę memo. Rozrzucamy na stole czekoladki, owocami do dołu i kostka mówi nam, czego szukamy – jagody, czy truskawki. Jeśli trafimy, to czekoladka jest nasza, jeśli nie – wiadomo, próbujemy dalej. Jeśli w czekoladce kryje się Bobek – zabiera nam jedną z już zgromadzonych czekoladek i oddala się śmiejąc się wrednie pod wąsem.
Jest szansa na wygranie z mamą – ten błysk w oku, ta radość, gdy przelicza się zebrane czekoladki i jest więcej, niż po przeciwnej stronie stołu, duma z siebie! (a ja nie udaję, nie poddaję się, nie chachmęcę, by podbudować ego mojego Dziecka - naprawdę jestem słaba w grach pamięciowych!!!)
Muminki Choco – zwróciłam na nią uwagę, szukając Muminkowych gadżetów. W Tactic jest ich kilka – puzzle, memo, lotto… (ja ostrzę sobie zęby jeszcze na Muminki na Rivierze!). Nie jest tajemnicą, że opakowanie sprzedaje produkt. A opakowanie muminkowe – nie trzeba więcej dodawać. I można by pod muminkowym futrem ukryć wszystko – także coś, co nie działa, nie bawi, nie cieszy. Ale plus dla Tactica za to, że postawił na sprawdzone, dobre formuły – domino, chińczyk, kręgle i upiększył je, podkolorował, uatrakcyjnił.
Co odróżnia dobrą grę od złej? Grafika, mechanika, regrywalność, tematyka, innowacyjność?Wszystko po trochu, ale przede wszystkim jedna bardzo prosta rzecz - to, że chce się w nią grać. W Muminki Choco Majka chce, choć teraz akurat jest na Bobka obrażona („Bobek jest niedobry, zabrał moją czekoladkę, a ja przecież nie chciałam, żeby ją zabrał!”, z żalem i łezką w oku spogląda na jagodową czekoladkę, którą unosi w dłoniach mały podstępny chochlik…)







Zawartość:16 czekoladek (8 truskawkowych, 7 jagodowych, 1 Bobek), kostka pop-o-matic, zasady gry.
3-7
2-4
25+



środa, 25 marca 2015

260.UROCZE KREW POT I ŁZY


FRANCES WATSS
„KRZYSIA I TAJMENICA MIECZY”
„KRZYSIA I INTRYGA Z TRUZIZNĄ”
(TŁ. GRZEGORZ STABEUSZ)
LITERÓWKA, WARSZAWA 2015
ILUSTROWAŁ GREGORY ROGERS

Czy historia o rycerzach może być urocza? Zdawałoby się, że ciężkie zbroje, zapach końskich odchodów na butach, pot, łzy i krew nie tylko z rozciętego palca, wykluczają taką ewentualność.
Ale okazuje się, że nie jest to wcale niemożliwe.
Krzysia jest dziewką kuchenną na Zamku Jutrzenki. Zazwyczaj dzierży w dłoni nożyk do obierania warzyw. Ale często nożyk nie obiera i nie kraja marchewek na królewską zupę, ale śmiga w powietrzu, naśladując ruchy ćwiczebnych mieczy giermków. Krzysia mogłaby przesiedzieć cały dzień, obserwując trening przyszłych rycerzy. Ale Pyza, zamkowa kucharka, zła jest na Krzysztofę za to wieczne przesiadywanie w drzwiach kuchni. Dziewczyna powinna przecież stać przy garnkach i uczyć się, jak doprawiać mięso i ubijać jajka. Dziewczyny nie bywają przecież giermkami i są zawsze niżej w hierarchii wobec chłopców. Dlatego gdy Krzysia broni kotki Lili przed bezmyślnym atakiem Rufusa, wymaga to od niej wielkiej odwagi. Okazuje się jednak, że kotka mówi, a w dodatku jest przyjaciółką sir Benedykta, najważniejszego rycerza na Zamku Jutrzenki. Rycerz powinien wykazywać się odwagą i dobrym sercem, więc Krzysia jest idealną kandydatką na rycerza. Do tego jednak jeszcze długa droga. Na razie zostaje… Strażniczką Mieczy!
Co robi Strażniczka Mieczy? Czy potrafi strzec jak oka w głowie miecza sir Waltera Łysego? Czy będzie potrafiła zapobiec atakowi na sir Waltera? Czy jest wystarczająco dobra, zwinna, inteligentna i sprawna, by być rycerzem, czy będzie musiała znów ubrać podartą sukienkę i usługiwać do stołu?
Krzysia ma szansę zostać ulubioną bohaterką dziewczynek – jest nietuzinkowa, choć skromna, gada ze zwierzętami, jest zawsze uśmiechnięta i potrafi pobić w uczciwej walce chłopaka! A do tego występuje w książce, gdzie są duże, czytelne litery – jeśli będzie postacią z pierwszej samodzielnie przeczytanej książki, to tym bardziej rozpali serca dziewczynek. Chłopców też, bo w końcu Krzysia jest na dobrej drodze, by zostać rycerzem!
Można by było dorabiać do tych książeczek jakąś ideologię, jakieś równouprawnienie, jakieś podteksty i drugie dno, ale po co? To po prostu świetne historie o rycerzach! Są tu miecze, które mówią, Krokodilus pływający w fosie dookoła zamku, spisek z trucizną dla króla i mała urocza dziewczynka, która zamieniła sukienkę na spodnie i wzięła do ręki miecz!







[Gadającymi mieczami walczymy dzięki Literówce]

wtorek, 17 marca 2015

259.OSOBIŚCIE MEDALUJĘ

NICK BRUEL
„ZŁY KOCUREK I DZIECKO”
(TŁ. MARTA PANEK)
MAMANIA, WARSZAWA 2015
ILUSTROWAŁ NICK BRUEL

Najpierw się oburzałam. Że jak to tak, że nie przystoi, że to trochę obraźliwe, że to przecież krew z krwi mojej. Potem zaczęłam sama to zauważać. Gdy wydawała pierwotne dźwięki przy jedzeniu. Gdy śliniła się, nie panując nad tym odruchem. Gdy starała się czołgać, choć jeszcze nie potrafiła. Gdy stawiała pierwsze rozdygotane kroki. A nade wszystko, gdy pakowała do buzi kurz z podłogi, piłkę, swoje skarpety, pilot od telewizora i papier toaletowy. To, że Majka jest zwierzęciem, że czasem jej zachowania ktoś porównuje do zachowań swojego psa czy kota. Teraz dorośleje, staje się coraz bardziej ludzka, zanika w niej pierwotność, górę zaczyna brać wychowanie, cywilizacja.
A piszę o tym przy okazji książki bardzo zabawnej, książki która puszcza oczka zza kartek, która jest książką trochę serio, ale dopiero tam w głębi, gdy myśli się o niej mocniej, intensywniej.
Mowa o złym Kocurku.
Nie znaliśmy się do tej pory – on i ja. I od razu stanęliśmy ze sobą twarzą w twarz w sytuacji ekstremalnej. Bo do tej pory Kocurek był sam. „I życie było dobre”. Potem przyszedł Pies. I trzeba było nauczyć się ignorować brzydki zapach, ślinę, przyjacielskie lizanie po twarzy. Kocurek nauczył się nowego świata, poznał reguły gry i życie w końcu znów stało się dobre. Okazało się jednak, że Pies był niegroźnym przeciwnikiem, bo oto nadeszła cudowna niespodzianka – ONA. „Ale co to jest do diaska?” Dziewczynka. Całkiem mała. Przeciwnik w kociej olimpiadzie, konkurentka, wygrywająca każdą kategorię – w ilości pochłanianego jedzenia, w śmierdzeniu na odległość, w gadaniu bez końca. W każdej konkurencji, w której do tej pory wygrywały zwierzęta. Kocurek próbuje się pozbyć owej ONEJ, bo czuje, że jego pozycja w domu jest zagrożona, że być może już nigdy życie nie będzie dobre. Ale jedno zdanie zmienia nagle cały świat, wywraca na nice jego niechęć, sprawia, że Kocurek i Ona stają się najlepszymi przyjaciółmi. Podpowiem tylko, że to coś o miłości, że to coś o przytulaniu, że to coś o opiece, że to coś, co jest w życiu najważniejsze. Więcej nie, bo trochę ściska mnie za gardło i wśród łez śmiechu, ukradkiem płyną te wzruszenia.
To książka pełna humoru – prostego, najprostszego, który rozbawi nawet dziecko i który wraz z dużymi literami sprawia, że to może być książka na „pierwsze czytanki”. Ale dla mnie jest pełna refleksji, pełna miłości. Na końcu jest rozmowa z autorem - też wypełniona po brzegi absurdem i uśmiechem pod wąsem. Ale jest tam jedno zdanie, co łapie mnie za gardło i trzyma. To odpowiedź na pytanie „Co uważasz za swoje największe osiągnięcie?”.
„Adopcję naszej wspaniałej córeczki, Isabel.”
Podium. Medal. Kwiaty i szampan dla tego Pana.








[Za możliwość udziału w kociej olimpiadzie dziękujemy Wydawnictwu Mamania]

poniedziałek, 16 marca 2015

258.LEW KONTRA ZASKRONIEC

WOJCIECH MIKOŁUSZKO
„Z TATĄ W PRZYRODĘ”
MULTICO OFICYNA WYDAWNICZA, WARSZAWA 2015
ILUSTROWAŁ TOMASZ SAMOJLIK

Gdy byłam mała, za kieszonkowe kupiłam sobie pewną małą, poręczną książeczkę. W środku były ciekawostki o zwierzętach, naklejki i ranking – za każde zobaczone na własne oczy zwierzę, zbierało się punkty. Pamiętam, że sarna miała stówę i była najlepiej punktowanym stworzeniem. Przez jakiś czas dzięki tej książeczce, moje zmysły się wyostrzyły i patrzyłam na świat dookoła uważniej. Chciałam zobaczyć biedronkę, chciałam zobaczyć żuka, szukałam wróbla i żaby, wypatrywałam zaskrońca. A jak już zauważyłam kłos zboża czy grzyb (tak, kilka roślin też tam było), muchę, do tej pory odganianą ze wstrętem niecierpliwą dłonią albo dżdżownicę, nagle okazywało się, że są dużo piękniejsze, niż do tej pory sądziłam, że mają ciekawsze życie i że obserwując je ubogacam swoje wnętrze.
Teraz znów jestem mniej uważna i nie wiem, czy przeleciał nad polem sokół czy jastrząb, czy to drzewo, które rośnie obok mojego domu to jesion i jak wygląda traszka. Zamknęłam się na przyrodę, z trzaskiem drzwi. I myśląc o tym, żałując tego, z zazdrością, z zapałem, z fascynacją sięgnęłam po „Z tatą w przyrodę”.
Tym tatą jest Wojciech Mikołuszko – naukowiec, dziennikarz, redaktor, biolog. Facet, który pod wpływem swoich dzieci, zaczął inaczej patrzeć na świat. Bo dzieci pytają, bo są ciekawskie, bo chłoną rzeczywistość i muszą ustalić sobie ciąg przyczynowo-skutkowy. I potrafią się zachwycać. Płoszycą szarą, pustym gniazdem ptasim, żukiem gnojarzem.
Kacper, syn Mikołuszki, stwierdził pewnego dnia, że polskie dzieciaki właściwie lepiej znają dzikie zwierzęta od tych rodzimych, że gdyby spotkały w lesie lwa, to wiedziałyby od razu, że to lew. A jeśli spotkają zaskrońca, dzięcioła, chruścika? Czy podadzą bezbłędnie ich nazwy i będą wiedziały, czy zmykać im z drogi, czy to raczej one będą pierwsze do ucieczki?
Od grudnia 2011 Mikołuszko zaczął zapisywać wrażenia z wypraw ze swoimi dziećmi w przyrodę. To wyprawy w najbliższe otoczenie, ale to, co mamy najbliżej czasem najłatwiej umyka. Kacper, Ida i mały Jacuś są doskonałymi obserwatorami natury, są chętni do poznawania świata, aktywni. Nie boją się wyjść w deszcz, czy zimno, wspinają się na drzewa, biegają po kałużach. I pytają. I słuchają odpowiedzi. A gdy jadą z tatą na Akcję Bałtycką, żeby pomóc obrączkować ptaki, to wstają o szóstej rano, bo a nuż w siatkę złapało się coś więcej, niż tylko zwykły rudzik…
Genialnie spisał się tęż Tomasz Samojlik (ale cóż, jam nieobiektywna może, bo kocham kreskę Tomasza od jakiegoś czasu już). Jego rysunki, to nie tylko ilustracje tekstu – to takie małe streszczenia – na jednej planszy potrafi opowiedzieć całą historię, zaznaczyć najważniejsze punkty, komiksowo skrócić tok myślenia, żeby zaciekawić.





I jeszcze słów kilka o samym wydawnictwie Multico Oficyna Wydawnicza. To unikat na polskim rynku – przeglądam ich stronę i co rusz wpadam w zachwyt. Bo „Głosy ptaków”, bo „Idąc za wilkiem”, bo „Jaki to grzyb?”, bo „Drzewa naszych lasów”… W żadnym miejscu nie znalazłam tylu treli, pisków, wycia do księżyca, tylu polskich smaków – grzyby, maliny, jagody, jabłka, tylu zapachów, tylu obrazów, które w oczy wchodzą, gdy otwieram okno. O tym jest też „Z tatą w przyrodę” - o tym, że powinniśmy docenić własne.

czwartek, 5 marca 2015

257.ODWRÓCENIE RÓL

PETER BROWN
DZIECI TO KOSZMARNE ZWIERZĄTKA DOMOWE”
(TŁ. JOANNA WAJS)
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2015
ILUSTROWAŁ PETER BROWN

Mój chomik miał na imię Koralik. Imię podpowiedziała mi mama – był rudy, więc kojarzył się trochę z koralikiem jarzębiny. Miał kumpla – czarnego Dżekiego, któremu imię wymyślał Brat – zupełnie samodzielnie (pewnie pod wpływem „Dżekiego i Nuki”). Nasze chomiki niejednokrotnie jadły z lalczynych talerzy, spały w lalczynym łóżku w domku dla lalek i często podróżowały plastikowym autobusem do stacji Pokój Duży i z powrotem do Dziecięcego. Nie wiem, czy wolały to, czy karuzelę, która czyniła z nich swego rodzaju Syzyfów...
Owszem były kochane i karmione najświeższą koniczyną, ale z perspektywy czasu myślę – czy były szczęśliwe? Zastanawiam się nad tym, co bym poczuła, gdyby ktoś włożył mi na głowę czapkę lalki i zawiózł na drugi koniec świata plastikowym czymś na kółkach. Nie pytając co prawda o bilet, ale też o zgodę.
Nasze chomiki przyszły mi na myśl, gdy zobaczyłam przebranego za kangura chłopca w kieszeni przebranego za kangura niedźwiedzia, na okładce pewnej sugestywnej książki...

Pewnego pięknego dnia Lucyna Beata Niedźwiedzińska ćwiczy piruety na leśnej polanie. Z ukrycia obserwuje ją mały chłopiec – ich oczy spotykają się i Lucyna już wie – wróci do domu z małym chłopcem!!! Jest zachwycona i szybko przekonuje mamę, że będzie się chłopcem opiekować i bierze za niego pełną odpowiedzialność – mama nie ma zamiaru się nim zajmować. Lucyna jest szczęśliwa, bo w końcu ma zwierzątko domowe – jaka szkoda, że dzieci to prawdziwe koszmary, jeśli chodzi o hodowlę...
Oczywiście bardzo łatwo odczytać tę książkę jako poradnik o nietrzymaniu zwierząt w pewnych warunkach domowych (gdy Majka kiedyś w przyszłości zażąda psa, z półki z książkami na pewno zdejmę te pozycję), jak przestrogę o niekupowaniu zwierząt pod choinkę, jak lekcję odpowiedzialności. O tym, że w niemowlęcych spodenkach pies może się dusić i że koty nie lubią głaskania pod włos. Łatwo, tym bardziej, że taką interpretację sugeruje autor, przytaczając historyjkę ze swojego życia o tym, jak przyniósł do domu żabę... I koniec – trochę wzruszający, trochę dydaktyczny, a trochę śmieszny – Lucynka niby nauczyła się lekcji, ale wciąż pozostaje dzieckiem o niezmiennych pragnieniach.
Ale dla mnie to także książka o tym, że każdy może być obcy. Że gdy człowiek zostaje pupilem niedźwiedzia, to niedźwiedź nazywa go Piskaczem, bo nie rozumie jego mowy. I o tym, że obcy jest interesujący, zabawny, inny, ale zawsze będzie w nas podświadoma chęć, żeby innego oswoić, a później przyciąć do własnej miary i kazać mu załatwiać się do kuwety.
Świetna książka – minimum słów, maksimum treści. I genialna szata graficzna!







[Ku przestrodze od Naszej Księgarni]