Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

środa, 21 lutego 2018

482. I SPEAK POLISH. WHAT'S YOUR SUPERPOWER?

JUSTYNA BEDNAREK, AGNIESZKA FRĄCZEK, MIKOŁAJ GOLACHOWSKI, ROKSANA JĘDRZEJEWSKA-WRÓBEL, EMILIA KIEREŚ, EWA NOWAK, ZUZANNA ORLIŃSKA, ZOFIA STANECKA, MARCIN WICHA, WOJCIECH WIDŁAK
„SYLABORATORIUM CZYLI LEKSYKON MŁODEGO ERUDYTY”
WSTĘP JERZY BRALCZYK
KONCEPCJA GRAFICZNA KSIĄŻKI, ILUSTRACJE I SKŁAD PAWEŁ PWALAK
EGMONT, WARSZAWA 2017

„Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj”. Znane? Oczywiście! Jest to najstarsze znane zdanie zapisane w języku polskim. Piękne! W wymowie i w brzmieniu. Szczególne. Wyjątkowe. Bliskie memu sercu. Bo ja lubię polszczyznę. Jest śpiewna. Uwielbiam te wszystkie szeleszczenia, ogonki, „ó kreskowane” i dwuznaki, ciągnące się przez pół linijki. Lubię jej dwuznaczność. I akcent. Choć czasem trudny i nieoczywisty.
Zawsze najbardziej, egoistycznie i egocentrycznie, lubiłam słowa na „m”, bo na „m” zaczyna się moje imię. I jeszcze: miłość, mistyczny, magiczny, merytoryczny, młotek, mordęga, mątwa, melanżowy, moczymorda, majestat, maj i motyl. I Majka oczywiście. Ale oprócz tego jest jeszcze: huncwot, żagiew, źródłosłów, urwipołeć, szczękoczułek i łapserdak (jeśli któregoś nie znacie, warto zajrzeć do „Sylaboratorium”). Prawda, że piękne? Prawda, że lśnią, iskrzą, bawią i się uśmiechają? I tyle w nich tańca języka – ekspresyjnego, gdy obija się o zęby, podnosi i opada, drga i drży!
Jest też słowo erudyta… Ale kim właściwie jest erudyta? To taka osoba, która lubi wiedzieć, która pyta, nie błądzi, zgłębia, sprawdza, interesuje się i zapamiętuje. To ktoś oczytany, ktoś, czyja wiedza sięga od przecinków, poprzez morza całego świata i skład chemiczny wody po nazwisko pierwszego człowieka w Kosmosie. Taki erudyta zna dużo słów. I posługuje się nimi odpowiednio.
Dla osób, które chciałyby być erudytami, powstało „Sylaboratorium”. Ten tytuł to taka wariacja, połączenie sylab (języka) z laboratorium (badaniami, eksperymentami).
To nie jest bowiem zwykły leksykon słów. To nie jest słownik. Cała ta książka to jedna wielka zabawa słowem, jeden wielki ukłon w stronę polszczyzny. To magia języka polskiego uchwycona w locie, zatrzymana na chwilę i włożona do książki. To cudo między dwiema twardymi okładkami. To psota, figiel grupy osób, które zaprosiły nas do swojego świata. No bo jak inaczej nazwać załogę, w której znaleźli się Justyna Bednarek, Agnieszka Frączek, Mikołaj Golachowski, Roksana Jędrzejewska-Wróbel, Emilia Kiereś, Ewa Nowak, Zuzanna Orlińska, Zofia Stanecka, Marcin Wicha i Wojciech Widłak? Każda z tych osób piękną poprawną polszczyzną, czasem wierszem, czasem króciutkim opowiadankiem, a czasem swoimi słowami, wyjaśniła słowa niejasne, słowa przestarzałe, słowa trudne, słowa poszarzałe od nieużywania. Takie, które są pozłacane – łatwo nimi błysnąć w towarzystwie. Ale tylko w takim, które docenia polszczyznę. I zabawę słowem. Są tu słowa, które może nigdy nie przydadzą się w rozmowie, ale warto je poobracać na języku, sprawdzić, jak się układają i powiedzieć je sobie kilka razy, dla samego ich brzmienia i sensu.
PARANTELA
ŹDZIEBKO
PRESTIDIGITATOR
KAPODASTER
NAFTALINA
WIORSTA
No pięknie jest przecież, rzekłabym, że magicznie…
No i wisienka na torcie – jest jeszcze Paweł Pawlak, który to wszystko z nie mniejszym humorem (i dużym talentem!), zilustrował. W ten swój wyjątkowy, autorki sposób. Mało tego! On to w zupełnie niezwykły sposób złożył (czyli poukładał na stronie). Ach te wszystkie podkreślenia, zakreślenia, wytłuszczenia (brzmi o wiele mocniej, ładniej i grubiej niż zapożyczone „wyboldowania”)!
A tych nieprzekonanych jeszcze poezją języka polskiego i doskonałymi nazwiskami, przekonam może zestawem naklejek z literkami , które na samym końcu książki czekają na autorskie słowotwórstwo! Sześć arkuszy pełnych alfabetu! I można sobie ponaklejać te wszystkie „T”, „H”, „Ź”, „Ą” i „Ó” oraz „M” oczywiście jak się chce i gdzie się chce. W słowa już istniejące albo w takie, które istnieć dopiero będą.
Trwam w nieustannym zachwycie nad tą książką! To coś naprawdę niezwykłego, czego nie można przegapić. To po prostu MUST HAVE po polsku!













piątek, 16 lutego 2018

481. SUKIENKĄ DO PODŁOGI


JACQUELINE KELLY
„NIEZYKŁY ŚWIAT CALPURNII TATE”
(TŁ. KATARZYNA ROSŁAN)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2017

Gdy byłam mała, miałam w sobie dodatkowy organ. Ten organ nazywał się detektor zwierząt. Wyszukiwałam je wszędzie. Szczególnie te biedne. Na przykład bezdomne psy, które z moją ówczesną najlepszą przyjaciółką, dokarmiałam kiełbasą kupioną za kieszonkowe albo karmą podkradaną jej osobistemu psu. Albo koty – jeden taki zamieszkał w dziecięcym wózku sąsiadki, zostawianym na noc na półpiętrze klatki schodowej. Chomiki, świnki morskie, rybki – takie zwierzaki mieszkały w naszym „klubie”, który urządziłyśmy sobie w nieużywanej suszarni w piwnicy naszego bloku. Chodziłam do schroniska dla zwierząt, żeby pomagać i zaglądać w oczy mojej ukochanej suczce, która nazwałam Wera i o której pisałam opowiadania w zeszytach w jedną linię. Dlatego tak świetnie, tak doskonale rozumiem Travisa. Kim jest Travis? To młodszy brat Calpurnii. Nie tak wyrazisty i temperamentny, jak ona sama, nie tak interesujący i fascynujący, ale bliski memu sercu. Coś jak odbicie w lustrze, trochę zamazane, niedoskonałe, ale rozpoznawalne. Travis kocha zwierzęta. Jest wrażliwcem, wyczulonym na ich los. To typ „zbawcy świata”, ale nie fałszywy, ale o czystych intencjach. Jest chłopcem z dobrego domu, najedzonym, umytym, zaopiekowanym, jest szczęśliwy i chce to szczęście widzieć wokół siebie. Dlatego zbiera ptaki ze złamanymi skrzydłami, Króliki, a czasem nawet pancerniki, które są po prostu „śliczne”. Travis stoi trochę w opozycji do Calpurnii. Ona jest Naukowcem, kierującym się przede wszystkim rozumem, chcącym wzbogacać wiedzę, doszukiwać się prawdy, dowiadywać się, zgłębiać, badać. Bez problemu kroi na pół żabę, żeby zbadać jej układ krwionośny, podczas gry Travis wtedy zieleniej i mdleje. Travisa nie interesuje wiedza, Travis chce po prostu kochać. To paradoks, bo to właśnie Travis, jako chłopak, ma szansę na kształcenie, na zdobywanie wiedzy, Calpurnia jest dziewczynką, która powinna właśnie kierować się uczuciami, bo jej zadaniem jest haftowanie, robienie skarpet i rękawiczek na drutach, gra na pianinie i dyrygowanie służbą. A „kochanie” będzie jej bardzo potrzebne, żeby kiedyś, w przyszłości kochać swojego dobrego, wykształconego, mądrego i przedsiębiorczego męża i gromadkę dzieci, które mu urodzi.
Mimo to Travis i Calpurnia stanowią uroczą parę – dopełniają się, choć ich poglądy są tak różne. Doskonale się czyta o ich przygodach, o tym, gdzie najlepiej ukryć pancernika, o traszce Izaaku Newtonie i wężu, który mieszka w ścianie, o tym, jak obydwoje zaprzyjaźniają się z nowym weterynarzem i co z tego wychodzi (na przykład cuchnąca czarna fontanna, tryskająca ze zranionego kopyta konia), o uporze i determinacji Callie, o jej pierwszej pracy i o tym, jak budzi się jej świadomość społeczna. I o Dzikusie, nade wszystko o Dzikusie. Kim jest Dzikus? Nie mogę zdradzić, to trzeba przeczytać samemu!
Nową„Calpurinię” powitałam jak przyjaciółkę od serca, z którą widuję się rzadko, bo mieszka na drugim końcu świata, ale z którą zawsze mam o czym rozmawiać. Zaczynamy nieśmiało, z pewną rezerwą. Calpurnia troszkę urosła od ostatniego razu, troszkę dojrzała, ma trochę więcej eksperymentów na swoim koncie i nowy Zeszyt Naukowy, ale wciąż jest tą samą dziewczyną, którą tak pokochałam. I już po chwili jest tak, jak dawniej. No prawie…. Bo z jednej strony Calpurnia stała się bytem bardziej autonomicznym, pewniejszym siebie. Oczywiście Dziadek (doskonała fantastyczna! wspaniała postać!!!) wciąż jest jej autorytetem, doradcą, przewodnikiem, najwyższą instancją, ale Calprunia nauczyła się egzystować niezależnie od niego. Uwierzyła w swoje możliwości – on dał jej skrzydła, a ona powoli rozpościera jest, strzepuje, przymierza się do lotu i w końcu leci – w te miejsca, w których nie potrzebuje go już tak mocno. Szuka siebie, wciąż szuka siebie i coraz bliżej jest rozwiązania zagadki „kim jestem i po co jestem?”.
Ale z drugiej ta nieco szalona dziewczynka, sama staje się nagle tą wyższą instancją, tą mądrzejszą, sprytniejszą, więcej-wiedzącą. To nagroda za bycie ciekawą świata, za sprawdzanie, gdy się nie wie, za dociekanie i głód wiedzy. Może teraz uczyć kogoś. Nie pouczać – Calpurnia nie ma takiej natury. Może współuczestniczyć w eksploracji świata – Travis wytycza teraz swoje ścieżki. A ona stoi z boku, podaje rękę, gdy on tego potrzebuje, czasem koryguje nieco jego marszrutę. Jest nie tylko starszą siostrą, która imponuje młodszemu bratu, jest Naukowcem. Travis widzi w niej kogoś „zaraz po Dziadku”, kogoś, kto oswoił wiedzę. Co prawda ta wiedza wydaje mu się zbędna, on woli działać, instynktownie i z potrzeby serca. Nie mniej jednak podziwia kogoś kim stała się Calpurnia, uważa ją niejako za swoje dopełnienie – wtedy, gdy brak mu doświadczenia, puka do jej drzwi.
Oczywiście Jacqueline Kelly nie porzuciła wątku emancypacji kobiet. Zgrzytam zębami, wbijam paznokcie we wnętrza dłoni, gryzę palce…. Czuję tak wielką bezsilność, gdy Calpurnia traktowana jest jak ktoś gorszy, niż jej bracia, tylko dlatego, że jest dziewczynką. Ta mądra, zdolna, utalentowana dziewczyna z pasją, ta, która wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi, będzie mądrą, zdolną utalentowaną kobietą z pasją, walczy z bezsensownymi uprzedzeniami początku XX wieku. To trochę tak, jakby przeszkadzała jej sukienka, jakby chciała biec, ale ktoś (specjalnie czy przez przypadek?) przydeptał poły materiały. I Calpurnia wyrywa się, walczy, ale widzi tylko plecy szybko oddalających się braci, którzy mają na sobie krótkie spodenki. Spodni nikt nie może nadepnąć, nikt nie może spodniami przygwoździć kogoś do ziemi. Spodnie to wolność. A Calpurnia jest uwięziona w falbanach, fiszbinach, gorsetach i kokardach. Za dużo materiału, żeby można było swobodnie oddychać.
Dlatego to nie tylko świetna książka przygodowa o Przyrodzie, ekscentrycznym Dziadku, zwierzętach przybłędach i pracy weterynarza, ale ważna książka o sile małych dziewczynek, które zmieniają świat.




piątek, 9 lutego 2018

480. NAJZWYCZAJNIEJ W ŚWIECIE


SCENARIUSZ SZTYBOR
RYSUNKI PIOTR NOWACKI
KOLOR I SKŁAD ŁUKASZ MAZUR
„W KORONIE 2. JESZCZE BĘDZIE LAS, BY ODPOCZYWAĆ”
TADAM, WARSZAWA 2017

Kiedyś, dawno temu. Twarde ławki. Znudzeni nastolatkowie, uczniowie liceum ogólnokształcącego. Lekcja WOS-u. Nauczycielka, znudzona nie mniej, tylko bardzo dobrze się maskująca, monotonnym głosem rozpoczyna lekcję: „DEMOKRACJA – dyktuję definicję”. Długopis śmiga po papierze. Zajrzę do tego materiału jeszcze tylko raz w życiu, tuż przed klasówką… Nie pamiętam już ani słowa z tej definicji. No może tylko jak przez mgłę „władza ludu”.
A gdyby tak tę lekcję ożywić? Gdyby tak wprowadzić żółwia i małpę i jeszcze korniki?
Pamiętacie Tudo? Tego żółwia, któremu skradziono skorupę i poszedł mieszkać na drzewo? Mało tego – został tam Prezydentem? Co u niego? Czy demokracja się sprawdza?
Sprawdza się, dopóki wszystko jest proste. Żyją sobie na dębie we trzech – on, Małpa Simia i Kret Alejandro. Rozlokowali się na gałęziach tak, jak lubią, wiodą ciche, spokojne życie. No może tylko przetykane gdzieniegdzie strasznymi snami o tym, że ktoś kradnie żółwiowi skorupę. Ale ogólnie – życie jest piękne, rządzenie jest proste, a demokracja to najdoskonalszy ustrój… Dopóki na drzewie nie pojawią się… nieproszeni gości!
Alarm podnosi Simia. Jest strach, panika, niepewność. Na gałęzi usiadły dwie papugi. I CHCĄ TU ZAMIESZKAĆ! Okazuje się, że w ich krainie wybuchła wojna i teraz szukają miejsca dla siebie. Tudo oczywiście chce przyjąć ptaki, ale… Małpa: „Sama nie wiem...”, Kret: „Też się waham...”. I nagle okazuje się, że rozmawiają o mniejszości i większości głosów, o narzucaniu innym swojego stylu życia, o podejmowaniu przez prezydenta decyzji niezgodnych z wolą większości… Padają mocne hasła: „Precz z ptakizacją tego dębu!”, wybucha protest… A za chwilę okazuje się także, że dąb służy za pożywienie rodzinie korników. Następuje bardzo poważny konflikt między tymi, którzy dąb uważają za posiłek, a tymi, dla których ten dąb to Dombo, ich dom… „Jakie to dziwne, że jedna demokracja może być tak różna od drugiej” - martwi się Tudo. I staje przed bardzo trudnym zadaniem – uratować swój lud i ich dom przed kornikami. Tylko jak? Jak tego dokonać?Czy wypowiedzieć wojnę czy negocjować? Teoretycznie są silniejsi od rodziny korników, to przecież będzie taki proste – konflikt zbrojny i… wygrają… Ale wtedy jedna z papug daje mu znaczek, który znalazła po drodze, znaczek, który kiedyś Tudo nosił na swojej skorupie – to pacyfka. I Tudo nagle sobie przypomina, że jest przecież żółwiem-pacyfistą! Jak rozwiąże się problem uchodźców i najeźdźców?
Wszystko jest w tym komiksie! Cała ta demokracja – wszystkie definicje, które byłyby potrzebne, by w teorii wyjaśnić założenia ustroju państwa demokratyczniego grupie znudzonych nastolatków na lekcji WOSu.
Że komiks? Że śmiech na sali, że kpina? Wręcz przeciwnie! Ja nie trywializuję! Ja tłumaczę! Sztybor, Nowacki i Mazur własnymi słowami (i obrazami) opowiadają czym jest (czym powinna być!) demokracja. Jakie są jej jasne strony i pułapki.
To bardzo mocny komiks, choć różowy i występują w nim żółwie bez skorupy i krety w ciemnych okularach.
A dla Dziecka? Dla Dziecka to chyba trochę komiks o oczywistościach. O tym, że powinno się być dobrym. I już. Najzwyczajniej w świecie.