Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

piątek, 28 lutego 2014

165. LOTY NIE PRZYMIERZAJĄC KOSMICZNE

ANNE-CATH. VESTLY
„8+2 I DOMEK W LESIE”
(TŁ. MILENA SKOCZKO)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2014
ILUSTROWAŁA MARIANNA OKLEJAK

[Dwie Siostry – dwa razy więcej radości!]

W pewnym małym domku w leśnej gęstwinie mieszka sobie 26 nóg. 16 z nich należy do dzieci i ma od dwóch do dwunastu lat. Dwie to nogi mamy, dwie noszą tatę, na dwóch porusza się babcia, a cztery włochate brązowo-rude to nogi psa. Dodatkowo do całej menażerii można doliczyć cztery koła, bo przed domem mieszka też czerwona ciężarówka.
Domek nie jest duży, ale jest przytulny, nie ma łazienki, ale ma studnię i piec, w którym zimą wesoło buzuje ogień, ma tylko trzy sypialnie, ale każdy ma w nim swój kąt. To miejsce, które dwanaście serc i jeden silnik pokochało mocno i dozgonnie. A biorąc pod uwagę, że jeszcze do niedawna te serca biły w rytmie klaksonów samochodowych, że nogi biegały po dwóch zaledwie pokojach, domek wydaje się być jak pałac i kusić przestronnością wnętrza.
Poza tym jeśli jakieś miejsce jest kochane, to rośnie, w szwach nie trzeszczy i może przyjmować coraz więcej i więcej – przyjaciół, którzy przyjechali z miasta w odwiedziny albo szkolnego kolegę, albo nawet kurnik, jeśli będzie trzeba.
Ośmioro dzieci to Maren 12, Martin 10, Marta 9, Mads 8, Mona 6, Milly 5, Mina 4 i mój faworyt, ulubiony z ulubionych Morten 2 (zwany w poprzedniej części i w innym tłumaczeniu Morciszkiem, czego odżałować nie sposób i niepodobna). Te cyferki przy imionach to oczywiście lata, jakie dzieci już przeżyły, a wiek swój nauczyły się dodawać do imion automatycznie, jak nazwisko.
Pies nazywa się Hanibal Rurek, ale tego Hanibala nikt już nie pamięta.
Tata to tata, Mama to mama, a Babcia to babcia i jest jednocześnie najbabciowniejszą babcią na świecie i najmniej babciową, jaką można sobie wyobrazić. Bo owszem, piecze pyszne domowej roboty gofry, opiekuje się dziećmi, robi na drutach najcieplejsze skarpety, a do niedawna mieszkała na stałe w domu spokojnej starości, ale prawdą jest też, że czasem przez parę godzin jeździ na nartach, żeby się rozgrzać, gdy zapomina klucza do domu, a gofry od czasu do czasu zdarza jej się sprzedawać turystom, żeby potem kupić za to całej rodzinie niespodziewany prezent.
Niby zwyczajna to rodzina, bo przecież nic szczególnego się u nich nie dzieje – ot, czasem Morten zrobi w całym domu przeciąg, czasem Rurek ucieknie do lasu i trzeba go szukać, ale koniecznie z puzonem, czasem, gdy babcia zostaje z dziećmi sama w domu, to ten dom napadają Indianie, czasem mama się poślizgnie idąc po lodzie z dwoma wiadrami wody, skręci kostkę, a Morten będzie patrzył na wszystko z nocnika postawionego na środku pokoju, czasem wszystkie dziewczynki będą musiały obciąć długie włosy w imię wyższej konieczności, a czasem po prostu wszyscy pojadą sobie na wycieczkę do wesołego miasteczka.
Siłą tej rodziny jest ich liczebność. I to, że lubią być razem. Że nie przeszkadzało im spanie na podłodze w dwóch pokojach, bez łóżek w „8+2 i ciężarówka”, bo cenili sobie to, że mają na kogo liczyć, że nigdy nie jest im nudno i że potrafią się cieszyć z najmniejszego drobiazgu.
Takich rodzin już prawie nie ma – takich, gdzie jest 8+2 i jeszcze babcia z psem na dokładkę. Gdy liczba dzieci przekracza trójkę, sąsiedzi popatrują zdziwieni. Model rodziny wieku XXI to coś koło 2+1 ewentualnie 2+2 (z czego średnia to 2+1,5), dlatego czyta się tę książkę trochę jak fantastykę. Ale ja chciałam do tej fantastyki tak, jak się czasem marzy, by polecieć w kosmos. Do tego domu w środku lasu, do jagód, które się zbiera prosto z krzaka, do zastawionego na 11 osób i psa stołu, do beztroski, do spokoju, jaki mają w sobie te dzieci, do tej ufności, jaką pokładają w nich dorośli, do zabaw na świeżym powietrzu i do długiej drogi do szkoły przez las – ale we czwórkę.
I mimo że domek w lesie nie jest zbyt duży, to teraz największy dom w całej Norwegii – bo który inny mieści 26 nóg, 12 głów i na dodatek czerwoną ciężarówkę?







[My dwie i one dwie – Dwóm Siostrom kłaniamy się w pas w podziękowaniu za egzemplarz]

czwartek, 27 lutego 2014

164.COŚ DZIECIĘCEGO

ANTONI FERDYNAND OSSENDOWSKI
„ŻYCIE I PRZYGODY MAŁPKI”
ZYSK I S-KA, POZNAŃ 2013
ILUSTROWAŁ MARCIN LASZCZAK

[Zysk i S-ka sięga w przeszłość dla czytelnika niepełnoletniego]

Pomysł jest nader prosty – pisarz miał kiedyś małpkę, którą dostał od przyjaciela z Afryki. Nazwał ją Kaśka, choć w dżungli miała inne imię. Małpka była wspaniałą towarzyszką – wesołą, pogodną, umiała różne sztuczki i nawet coś tam sobie pisała ołówkiem na papierze. Po latach, gdy małpka zniknęła, w szufladzie biurka pisarz odnalazł jej zapiski, a pewien mądry pan, który uczył się języka szympansów, odczytał wszystko to, co małpka napisała i przełożył na ludzki język.
Tak powstał niezwykły pamiętnik zwierzęcia, które urodziło się w samym sercu dżungli, mieszkało wraz ze swoim stadem w gorącej Afryce, co dzień jadło banany i papaje, co dzień doświadczało świata innym zmysłem. Uczyło się żyć – szybko pić wodę przy wycieczce do wodopoju, rozpoznawać w nieruchomej kłodzie aligatora, a w nieruchomej skale hipopotama, skakać po drzewach, bo na ziemi jest zbyt niebezpiecznie i słuchać każdego ostrzeżenia obrońców stada. Uczyło się, że największym i najbardziej nieprzewidywalnym wrogiem w dżungli jest człowiek, a szczególnie człowiek o białej skórze – to on potrafi zabić dla przyjemności, to on potrafi zabić dla bogactwa, ukrytego w kłach słonia, albo w skórze lamparta. To jemu trzeba uciekać najszybciej. Ale pewnego dnia małpka, która w Afryce nazywała się Ket, zostaje schwytana. Kończy się jej wolność i kończy się nauka – teraz będzie musiała korzystać ze wszystkich umiejętności, które posiadła, żeby zawojować ludzki świat i nie dać się przywiązać łańcuchem do katarynki.
To nie jest książka, która oszczędza małego czytelnika. Jest tu cała prawda – o eksperymentach na zwierzętach, o polowaniach, wiele jest zwierząt zjedzonych przez drugie zwierzę, ran od kłów i zadrapań, jest trochę alkoholu, trochę uderzeń kija – po grzbiecie małpki, ale też dziecka, są kradzieże i kłamstwa. I w tym wszystkim mała małpka, która potrzebuje, żeby ją przytulić, bo straciła tatę, który bronił stada i została wyrwana z miejsca, które dobrze znała, by tańczyć tak, jak zagrają jej ludzie.
Smutna ta książka – przy całej niewoli, jaką musi znosić Kaśka, przy całym potępieniu, jakie dla tej niewoli ma autor, wciąż w podtekście to człowiek pozostaje najsilniejszym i najmądrzejszym stworzeniem na świecie. Owszem, jest okrutny, owszem, nie umie panować nad swoimi żądzami, owszem, jako jedyny gatunek potrafi zabijać dla zabawy i zabijać w okrutny sposób, ale pozostaje panem świata, bo ma duszę i inteligencję, a zwierzęta niekoniecznie.
Zatrważającym wydaje się wykład starego szympansa, który wykorzystywany był do badań laboratoryjnych, a gdy „odsłużył” swoje został wypuszczony na wolność – Ngu-Ngu opowiada, że czuje się dumny, iż mógł pomóc człowiekowi w poznawaniu chorób i pokonywaniu ich, że ma nadzieję, iż te badania przydadzą się nie tylko gatunkowi ludzkiemu, że może kiedyś człowiek pomyśli o leczeniu szympansów, skoro dla siebie znajdzie już lekarstwo?
Ale odczytałam tę książkę w jeszcze inny sposób, który nasunął mi się jako oczywisty - choć pewnie Ossendowski, podróżnik i badacz, który być może faktycznie hodował afrykańską małpkę, nie miał pewnie zamysłu innego, niż przybliżenie małpiego rodu dzieciom i ich rodzicom, to ja widzę w tej historii opowieść o małym dziecku. Wyrwane jak z dżungli, ze swojego naturalnego środowiska, którym było łono matki, teraz musi nagle przystosować się do świata, w którym nic nie jest oczywiste – ktoś go bierze na ręce, kiedy ma ochotę, przenosi, wynosi, oddaje, kładzie do łóżka, albo ubiera. Coś tam nawet mówi, nawet tłumaczy, ale małpka/dziecko nie zna wielu słów, nie domyśla się znaczenia pojęć „czas”, „spać”, „jeść” czy „zimno”. Potem coraz lepiej je przyswaja i coraz domyślniej obchodzi się ze słowami. Coraz lepiej też komunikuje własne potrzeby. Wielu rzeczy nie umie powiedzieć, ale dźwięki, gesty, naprowadzają opiekunów na jakiś trop, ślad i jakoś dzieje się między nimi komunikacja. Często Kaśka jest przerażona tylko dlatego, że nie zna kontekstu, że nie wie, co ją czeka, że nie potrafi w żadnej mierze przewidzieć konsekwencji swoich działań. To zupełnie jak z dzieckiem, które sięga po zapałki! Albo z dzieckiem, które mama prowadzi pierwszy raz do lekarza. Albo nawet z takim, które pierwszy raz wychodzi na spacer, wkłada buty, czy idzie w odwiedziny. To dla małego człowieka wyprawy jak z dżungli do „cywilizowanego świata”. Jak podróż Kaśki w nieznane. I fascynował mnie w tej książce najbardziej ten proces poznawczy, jakiemu podlegała mała Ket, przeobrażenie mieszkańca dżungli, w małpkę, która robi sztuczki i uczy się pisać ołówkiem po papierze. Fascynował i trochę przerażał. I dawał do myślenia.
Pod wieloma względami.








[Dziękujemy Zyskowi i S-ce za dostęp do małpich pamiętników]

środa, 26 lutego 2014

163. POMIĘDZY

EZOP
„BAJKI”
ADPATACJA JEAN-PHILIPPE MOGENET
(TŁ. DOROTA HARTWICH)
FORMAT, WROCŁAW 2011
ILUSTROWAŁ JEAN-FRANÇOIS MARTIN

Mój Mąż jest pomiędzy.
Nie lubi Mamoko („Czemu te ulice są pod takim dziwnym kątem?” - pyta, badając je okiem konstruktora - „I czemu wszystko jest zielone? Jakby ktoś gaz tu wpuścił!”), nie do końca pasuje mu humor Soledad Bravi („To nie jest ból, to pinezka!”, ale za to gniazdko elektryczne, co robi „Nie!” uwielbia pasjami). Nie lubi chińskich książeczek ze zbyt rozległą paletą kolorów, ale te zbyt niejednoznaczne go przerażają i odstraszają. Gdy dawałam mu Formatowego Ezopa miałam trochę obaw. A on się zauroczył, choć to słowo do niego nie pasuje. Zapatrzył się, zagapił, zachwycił.
O samym Ezopie nie trzeba pisać – Ezop to geniusz. Wystarczy mu kilka splecionych ze sobą słów, parę zdań, żeby powstała bajka i żeby obnażać prawdę o ludzkości i jej przywarach. Chyba każdy zna choć jedną ezopowa bajkę. Choćby tę o wyścigu zająca z żółwiem. Albo o lisie, kruku i serze. Może w oryginale, może w pięknym przekładzie, a może w jakiejś wersji „hard disnej”, ale coś tam zna na pewno.

Więc nie będę mnożyć słów, nie będę ich tracić na laurki, które zaraz wylądują w koszu. Bo w tym konkretnym wydaniu nie chodzi o treść. A przynajmniej nie tylko. Pani Treść ustępuje tu bowiem pola Pani Formie. Nie znaczy to, że mamy tu do czynienia z przerostem Formy nad Treścią. To raczej wspólnota, przyjaźń, co najwyżej mecenat. Nawet adaptacja Mogeneta i tłumaczenie Harwtich jakoś tę formę uwypukla, kondensuje Ezopa do sensu stricto, ogranicza język do paru linijek i daje pretekst do ilustracji, do popisu malarskiego Martina, do rozmachu, bynajmniej nie barwnego. To dość mroczne obrazy, czasem drastyczne (jak w „Wilku i czapli”, gdzie na pierwszym planie czaszka i kości), niepokojące i na pewno bardzo dalekie od chęci zabawienia najmłodszego czytelnika. To raczej obrazy, które z chęcią powiesiłoby się na całkiem dorosłej ścianie, których misją jest zaciekawić, zadziwić, czasem trochę wstrząsnąć, tak, żeby odbiorca wzdrygnął się mimowolnie. Ale jednocześnie są piękne i niebanalnie. I te wszystkie jelenie, lwy, lisy i kozły w garniturach... „Świetnie, że są w gajerkach!” - mówi mój pomiędzy-Mąż i to jest dla mnie rodzaj najwyższej pochwały.   









WBREW SŁOWOM POETY...

...w czasie deszczu Dzieci się nie nudzą! To, co się dzieje w czasie deszczu to można nazwać jedynie cieniem nudy, nudy ułudą, nudy zapowiedzią. Dzieci nudzą się, tak naprawdę się nudzą, w czasie choroby!
Ale gorzej, gdy się nie nudzą, gdy są tak słabe, że nawet na nudę nie mają ochoty. Gdy leżą w ramionach rodzica i po prostu nic innego się nie dzieje, tylko to leżenie i głaskanie ewentualnie i czekanie na to, aż zacznie się nuda, bo to oznacza, że choroba powoli się pakuje i zaraz będzie wyjeżdżać.
No więc chorujemy – całą rodziną. To podobno wirus przewodu pokarmowego, połączony z przeziębieniem, a u Majki dodatkowo z nowym zębem.
W przebłyskach świadomości czytamy. Stos książek do pokazania rośnie, tych, które czytamy też - a czytamy naraz 4, do tego ja swoją własną dorosłą i mały stosik hitów, które kartkowane są cały czas, w kółko i w kwadrat. O 3 Majka budzi się i nie chce już spać, bo przecież przespała cały dzień. Więc otwiera oczy szeroko i woła „Bobo!”. Udaje mi się wynegocjować opowiedzenie bajki własnymi słowami i po 40 minutach zasypiającą jednak Majkę transportuję do łóżka. O 5.30 Majka otwiera oczy, już nieodwołalnie, i krzyczy „Pepa!”. 9 odcinków z naszej płyty znam już co do słowa, dobrze, że istnieje internet, w którym można obejrzeć troszkę więcej niż to.
Ale nie narzekam.
Rozumiem ją. Resztkami sił i resztkami głosu, zmienionego od chrypki, czytam. Czasem kilka różnych książeczek/rozdziałów naraz, a czasem tylko jednego „Bobo” między snem a snem. DVD przy wtórze włączonego non stop inhalatora, mieli „Pepę” na zmianę z „Robaczkami z zaginionej doliny” i poważnymi filmami dla dorosłych. Gdy Majka zasypia zerkam do własnej lektury, albo rozkładam na części pierwsze komedię, szukając filozoficznego podtekstu.

I marzę, żeby Majka w końcu zaczęła się nudzić.
  

środa, 19 lutego 2014

162.WARSTEWKA LODU TOPI SIĘ...

EWA KARWAN-JASTRZĘBSKA
„AGATA Z PLACU SŁONECZNEGO 3. AGATO, ZOSTAŃ!”
MARGINESY, WARSZAWA 2013
ILUSTROWAŁA ANNA POL

[Bo jeśli obcuje się z dziełem, to nie tylko na Marginesach]

Gdy stoimy oko w oko z rozstaniem, świat zaczyna obracać się w drugą stronę. Nagle mamy przemożną ochotę wciąż się przytulać, nie umiemy puścić dłoni osoby, która odchodzi, wymyślamy całe miliony błahostek w nadziei, że któraś tę osobę zatrzyma. Albo jeden ważny powód – zazwyczaj to zwykłe/niezwykłe „kocham”...
Nieznośne Trojaczki i bliźniaki właśnie stanęły naprzeciw rozstania z Agatą. Rodzice wrócili z Papui Nowej Gwinei i zamknięci w swoich gabinetach piszą jakieś artykuły, czy książkę. Od czasu do czasu wychylają głowy z tych miejsc – albo zjedzą z dziećmi obiad, albo zmierzwią w przelocie jedną z pięciu czupryn, albo, gdy dobrze pójdzie, opowiedzą o stroicielach snów.
Po drugiej stronie zamkniętych drzwi, po tej właściwej, gdzie piątka dzieci łaknie uwagi i uczucia, została z nimi Agata. Żadne z rodzeństwa nie wyobraża sobie już świata bez niej. Zajadają się jej wypiekami, podporządkowują się chętnie dyscyplinie, którą narzuca, a ich wyobraźnia wciąż jest łechtana, rozkwita i pączkuje. Ale Agata wie, że musi odejść – rodzice są na miejscu, a gdzieś w świecie jest całe mnóstwo dzieci, które teraz potrzebują jej opieki.
Ale ona też opóźnia kroki do wyjścia – ona też pokochała tę rodzinę, wpisała się w nią, zajęła miejsce, weszła w rytuały, stworzyła nowe światy. Rozumie się doskonale z bliźniakami, podziwia siłę i zdolności Matyldy – na pewno nie jest zwykłą dziewczynką, skoro potrafi widzieć niewidzialne i sama to niewidzialne przywołać z niewidzialności – i trojaczki już trochę ucywilizowała. Jest trochę tak, jakby rodzice swym powrotem zakłócili ład, wywiercili dziurę w nowym świecie i teraz wycieka z tego świata cała jego pewność i stabilność. Dzieci z niepokojem myślą o niezjadliwych posiłkach przygotowywanych zwykle przez mamę, a w głębi serca, choć za nic nie chcą się do tego przyznać, pewnie i o tych zamkniętych drzwiach, zza których płynie muzyka Boba Marleya, o roztargnieniu i o tym, że dzieci z Papui Nowej Gwinei trochę ukradły ich własnych rodziców. Niby wrócili, a wciąż są tam. Tutaj, na miejscu, są jakby nieobecni, stęsknieni tamtego świata i pewnie za chwilę, za kilka miesięcy znów spakują plecaki i pojadą do ludożerców. Oczywiście, że wszyscy się kochają. Oczywiście, że dzieci są dla nich najważniejsze na świecie. Tylko, że są najważniejsze jakoś na odległość i wciąż te drzwi zamknięte między nimi i stuk klawiszy...
Dlatego potrzebna jest Agata. I dlatego w tej części Agata jest miękka, przyjazna, ma ramiona długie i szerokie, które obejmują całą piątkę. Bliska rozstania odsłania trochę siebie, bliska rozstania od środka ocieplona, topi tę warstewkę lodu, tę formalną barierę między sobą a dziećmi. I mam wrażenie, że bliska rozstania zsyła im najpiękniejsze, najbardziej wymyślne przygody, żeby tylko szybko, szybciutko, dać im jeszcze coś, jeszcze więcej, jeszcze piękniejsze wspomnienia – jest wyprawa do krainy Muminków, wizyta kuzynów, którzy w żadnym wypadku nie są zwykli, są odwiedziny u Królowej Żab, jest Kobieta, Która Nie Śpi i spotkanie z kuzynem Manu, jest nawet pies, którego w poprzedniej części poznała Adelajda.
Trojaczki wpadają więc na pomysł, jak zatrzymać przy sobie nianię – muszą jej po prostu podarować najpiękniejszy prezent na świecie. A Adelajda wie, że najpiękniejszym prezentem są korale, które pewnego lata widzieli na wystawie sklepu z pamiątkami nad morzem. Albert i Antoni muszą więc wyruszyć z niebezpieczną misją i przywieźć niani te klejnoty.
Bo przecież Agata musi zostać!
Agato, zostań!




[Dziękujemy Marginesom za marginesy do notatek]

161.DODAJ DO ULUBIONYCH

SŁUCHOWISKO Z SERII „OPOWIEŚCI ZE STAREGO RADYJKA”
„PAN LENIWIEC I PANTOFELEK KOPCIUSZKA”
TEKST MAGDALENA SZKUDLAREK
MUZYKA TOMASZ GARSTKOWIAK
WYSTĘPUJĄ: MAGDALENA ŻULIŃSKA, JACEK MAJAK, KATARZYNA DAŁEK, WIOLETA KARPOWICZ, JACEK LABIJAK, HANNA MIŚKIEWICZ

[Ten post miał prawdziwe pecho-nieszczęście. Miał się pojawić 13 lutego na Światowy Dzień Radia, ale mój internet jakiś znudzony, pojechał sobie na wakacje – raz się pojawiał, raz znikał i często wpierał Małej Ka(f)ce, że jest wirusogenna, choć nieprawda to całkowita była. Ale dotarł, już jest, a ja się cieszę, bo nie mogłam się doczekać, żeby powiedzieć o...]

...Przekraczasz próg biblioteki. Masz całą listę książek i choć zwykle świetnie się orientujesz, gdzie co leży, to bibliotekarz wie to dużo lepiej, a Tobie się spieszy. Musisz koniecznie posiedzieć w czytelni, a Twoja córka koniecznie chce już iść. Wołasz więc zagubionego wśród regałów bibliotekarza, ale w końcu odnajdujesz go zwisającego wśród książek, bardzo zaspanego, jakby wrócił z innego świata. Pan Leniwiec jest naczelnym bibliotekarzem. I jest ni mniej ni więcej tylko leniwcem.
Gdy mama przegląda stos książek, Ela zagląda do bajek. Niby czytała już każdą z nich, niby zna na pamięć zakończenia, ale przecież bajka zawsze jest dobra na mamo-czekanie. Więc otwiera jedną z ulubionych ksiąg. A z niej wypada list. Zza ramienia Eli Pan Leniwiec, wcale nie leniwie, pyta, z którego miejsca wypadła wiadomość. Bo to jest list SOS, wezwanie, alarm. Z Kopciuszka...
Chwytają się więc za ręce – zdezorientowana Ela i pewny siebie Pan Leniwiec, wskakują do książki – Ela ze zdumieniem, a Pan Leniwiec z wdziękiem i lądują wprost w „Kopciuszku”. A tam zamieszanie!
Bo zginął pantofelek!
I bajka nie będzie się mogła odbyć i dzieci, gdy otworzą książkę w miejscu, gdzie ostatnio skończyły czytać, nie zobaczą ciągu dalszego – może jedynie strapionego księcia i zezłoszczonego Kopciuszka? Albo nic? Może się zniechęcą i już nigdy więcej nie sięgną po żadną bajkę?
Pan Leniwiec to taki człowiek do zadań specjalnych – na przykład do odnajdywania zagubionych pantofelków, które powinny mieć swoje nienaruszalne miejsce w bajce. I do ratowania fabuły. I do wszelkich potknięć i nieszczęść, które mogą generować bajki. A przede wszystkim do tego, żeby dzieci mogły bez przeszkód czytać książki.
Jestem zauroczona tą historią! Świetny Pan Leniwiec, bystra Ela, Kopciuszek, co nie do końca jest taki, jak się o nim sądzi i jej dwie siostry, które w rzeczywistości są jej najlepszymi przyjaciółkami, Śnieżka, która zaprasza na ciasto w przerwie od przegryzania zatrutego jabłka, Królowa Śniegu, co ma wielki zamek i fajrant latem, bo nikt nie chce w wakacje o niej czytać, Baba Jaga i niesforna Małgosia, co ledwo zdąża do bajki i wilk, który najchętniej przesiaduje u Królowej Śniegu zajadając się lodami. Świetnie zagrane – z uczuciem, z werwą, z iskrą i z zapałem. Dokładnie tak, jak brzmieć powinny słuchowiska dla dzieci. W dzieciństwie miałam swoje ulubione, na kasetach jeszcze, które w starym radyjku chodziły na okrągło, rozciągając taśmę do granic słuchalności. Znałam na pamięć każde zdanie. „Pana Leniwca” będę zaś grać Majce – już przesłuchany dwa razy*, już kolejne dwa w planach...
I tylko mam cichą nadzieję, że to nie koniec, że jeszcze jakaś bajka wezwie Pana Leniwca, że na przykład w Dzieciach z Bullerbyn jakiś alarm zadzwoni, albo w Pippi, albo w Akademii Pana Kleksa!




* a przy słuchowiskach można na przykład malować po kartonach rozłożonych na podłodze...

[Płytę wygrało nam Stare Radyjko – dziękujemy!]

środa, 12 lutego 2014

160.NASZ CHORY CIERPLIWY

 MARKUS OSTERWALDER
„BOBO. HISTORYJKI OBRAZKOWE DLA NAJMŁODSZYCH DZIECI”
HOKUS-POKUS, WARSZAWA 2010
„BOBO POZNAJE ŚWIAT”
HOKUS-POKUS, WARSZAWA 2013
(TŁ. MARIA BORZĘCKA)
ILUSTROWAŁ MARKUS OSTERWALDER

Dziś Światowy Dzień Chorych (dla mnie wciąż jeszcze 11 lutego, bo spać jeszcze nie poszłam, dnia nie zakończyłam). A naszym chorym, którego trzeba uczcić niewątpliwie, jest Bobo. Już kilka razy zapadał w Naszym domu na grypę. Kilka razy witał go doktor i kilka razy dostawał czopek.




Bo Bobo już taki jest, że najmłodsze dzieci zaprzyjaźniają się z nim równie łatwo, co z ulubionym misiem, czy kolegą w piaskownicy. Bobo jest koszatką (jak w ogóle wygląda koszatka???), ale jest też małym chłopcem. I dzień mu się dni jak małemu chłopcu – bawi się, robi z mamą zakupy, czasem idzie do zoo, a czasem na plac zabaw. I gdy tata siada w ulubionym fotelu i chwyta gazetę, to Bobo koniecznie chce się pobawić – nie ma zmiłuj i nie ma taryfy ulgowej! Jest Bobo, a Bobo ma dwa lata i potrzebuje być w centrum uwagi, w źrenicy oka swoich rodziców i w pępku świata. Więc tata odkłada gazetę, tęsknie spoglądając w jej stronę i czyta swojemu małemu chłopcu. Czyta mu dużo. Albo pomaga rozbierać lalkę, albo pozwala jeździć na swoim brzuchu. Tata modelowy, ale tata sprzed lat 30tu (pierwsze wydanie Bobo to 1984). I o tyle sprzed-wieczny, że na tle mamy, która gotuje, prasuje, robi obiad, trzyma dyscyplinę i sprząta.
Ale podoba mi się, że celebrują czas spędzony z Bobo, że robią zdjęcia i gdy wybierają się całą rodziną do zoo, to tata ubiera garnitur, żeby wyróżnić ten dzień, nadać mu rumieńców, podrasować.
W ogóle podoba mi się Bobo. Gdy zaczyna mi się podobać trochę mniej, bo odwiedza nas zbyt często, to kładkę książkę na ciut wyższej półce. Ale z chęcią ściągam ją na niziny Majkowe. To łatwa lektura, obrazki w dwóch kolorach (to ciekawe, że nie czarny i biały, tylko pomarańczowy i granatowy) same tę książkę opowiadają. Kilka zdań to tylko dodatek, to coś, od czego można wyjść, opowiadając dziecku o Bobo, to frazy, które stanowią zaledwie fundament – można tworzyć strzeliste wieże historyjek na nich. Albo niskie domki rymów.








A dziś przyszła do nas paczuszka z książkami. Otworzyłam, Majka zaglądała mi przez ramię i pośród stosu innych wypatrzyła niepozorną okładkę, koszatkę unoszącą dłoń - „Bobo!” - wykrzyknęła, wyszarpnęła tomik z kartonu, usadowiła się na moich kolanach – to znaczy czytaj! Zadziwiła mnie, bo Bobo, owszem, przez kilka (-naście) wieczorów był jej ulubionym bohaterem, ale na okładce numer dwa wygląda nieco inaczej. A ona poznała mimo to – niesamowita jest dziecięca spostrzegawczość i zdolność faktów kojarzenia! Dopiero zaczęłyśmy, więc Bobo 2 jest jeszcze dla mnie zagadką. To, co rzuca się w oczy, to trochę inna szata graficzna, więcej kolorów, bardziej opływowe kształty. I w tym wszystkim mama Bobo zeszczuplała. I Bobo urósł – sam już wstaje z łóżeczka i nie zasypia na koniec każdego rozdziału. I tylko mam nadzieję, że nauczył się już czytać, bo Tata już tego nie robi...