Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

czwartek, 28 listopada 2013

129.TYLKO BEZ COFANIA!

HEINZ JANISCH
„PAN JAROMIR I ARCYZŁODZIEJ”
(TŁ. JOANNA BORYCKA-ZAKRZEWSKA)
BONA, KRAKÓW 2013
ILUSTROWAŁA UTE KRAUSE

[Królowa Bona otworzyła Polskę na świat, Bona otwiera Polskę na niesłusznie zapomniane książki]

Olej na desce 118x161 cm.
Stu sześćdziesięciu ośmiu chłopców i siedemdziesiąt osiem dziewcząt. W zależności od eksperta siedemdziesiąt osiem do osiemdziesięciu dziecięcych zabaw.
Dzieci rzucające orzechami. Dzieci rzucające kamyki, piłki. Dzieci chodzące na szczudłach. Dzieci puszczające bańki. Dzieci stojące na głowie. Dzieci robiące fikołki. Dzieci ujeżdżające płot....
"Zabawy dziecięce"

To wszystko i wiele, wiele więcej widać na obrazie „Zabawy dziecięce” Bruegla Starszego.
I wszystkie te dzieci naraz nagle zniknęły.
Do tej pory mieszkały na obrazie w wiedeńskim muzeum, ale teraz obrazu już nie ma na ścianie. Leciutki, migotanie kamery, ułamek sekundy i obraz znika. Żadnego alarmu. Żadnych śladów włamania. Po prostu puste miejsce na muzealnej ścianie.
Oczywiście taką sprawą nie może się zająć nikt inny, tylko lord Huber – starszy pan, poruszający się o lasce, niepozorny i dystyngowany, o nienagannych manierach. Ludzie mijają go na ulicy i nawet nie przypuszczają, że w jego lasce ukryty jest telefon, szkoło powiększające, dyktafon i mnóstwo innych potrzebnych detektywowi rekwizytów. Bo lord Huber jest detektywem w stanie spoczynku, którego hobby to tropienie, węszenie, szukanie, rozwiązywanie zagadek...
U jego boku ponownie występuje Pan Jaromir – pies równie dystyngowany, uczący się angielskiego, co dzień czytający angielską prasę i posiadający niezwykły zmysł obserwacji. Co prawda wątpi on w swoje zdolności detektywistyczne i uważa, że lord Huber świetnie poradziłby sobie sam, w rozwiązaniu nawet najbardziej zagmatwanej zagadki, lecz w istocie jest inaczej – to Pan Jaromir potrafi stać się niewidoczny, Pan Jaromir potrafi wejść pod kanapę i tam czekać na rozwój wypadków, Pan Jaromir potrafi przyczaić się przy tylnym wyjściu i to Pan Jaromir w końcu może wziąć udział w przedstawieniu cyrkowym w dziecięcym cyrku Kusta.
Znów się dzieje – dzieje się niby niespiesznie, niby leniwie, niby ospale i powoli. Ale każde zdarzenie jest tu ważne i ma znaczenie – nawet poranne śniadanie – pod skorupką jajka na miękko może się przecież kryć wiadomość od tajnego współpracownika Ferdynanda!
Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że to nie jest pierwsza tego typu kradzież – już wcześniej, w Paryżu iw Londynie, ginęły obrazy – tak samo bezszelestnie i tak samo bezśladowo. I znajdowały się po jakimś czasie – zupełnie nienaruszone, tylko w innym miejscu...
Kolejny raz świetna intryga, kolejny raz mam ochotę ukłonić się lordowi Huberowi i Panu Jaromirowi z szacunkiem i nie śmiałabym nigdy, ale tak naprawdę to chciałabym ich uściskać.
„Powinienem znów potrenować chodzenie do tyłu – pomyślał Pan Jaromir. - Każdy dobry detektyw powinien umieć wycofać się szybko i bezszelestnie.” [s.63]
A my Panie Jaromirze apelujemy – tylko bez wycofywania! Na szczęście w Rzymie ze skarbca zniknął stary manuskrypt dotyczący aniołów... I myślę, że Pan i lord Huber już jesteście w drodze do Włoch!




[Dziękujemy królowej Bonie za mecenat]

wtorek, 26 listopada 2013

128. PIERWSZE CZYTANIE

LOTTA OLSSON
„WIERZCIE W MIKOŁAJA!”
(TŁ. AGNIESZKA STRÓŻYK)
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2013
ILUSTROWAŁ BENJAMIN CHAUD

[Zakamarki – gdzie modzie i sztampie mówi się wielkie NIE!]

Był kiedyś taki czas, gdy byłam mała. Zaraz na początku grudnia ja i mój Brat dostawaliśmy kalendarze adwentowe z czekoladkami w środku – zwykłe, banalne, sztampowe, z jakimś widoczkiem zimowym, z Mikołajem i z reniferami koniecznie. Nic wyszukanego, nic, co mogłoby podnieść ciśnienie, wprawić serce w szybsze bicie, zmącić oddech... A jednak... Nigdy mój kalendarz nie wytrzymał do Wigilii. To nawet nie chodziło o czekoladki, bo przecież smak co roku był ten sam, lekko margarynowy i wcale, ale to wcale nie zaskakujący. Chodziło o kształty – czy będzie gwiazdka, czy dzwoneczek, czy płatek śniegu, czy bałwanek. Zawsze okienko na 6 grudnia było trochę większe. No i na 24 to już w ogóle okno było, nie okienko. Nie wiem, czy rozumiałam sens kalendarza, nie pamiętam, czy miał dodatkowe znaczenie, jakieś ukryte przesłanie. Wiem tylko, że słaba ze mnie jednostka!
Tym razem też nie dałam rady...
Bo zakamarkowe „Wierzcie w Mikołaja!” to kalendarz adwentowy w książce. Na każdy dzień jeden fragment – od 1 do 24 grudnia.
Ale jak, jak oprzeć się Chaudowi? Jak oprzeć się Olsson, kiedy napisała historię z dreszczykiem? Obiecałam sobie, że chociaż zacznę tak, jak należy, 1 grudnia, ale nic, absolutnie nic z tego nie wyszło...
Gdy Majka poszła już spać, ja otworzyłam przepiękny tom i zginęłam...
W ciemnej, zimnej Skandynawii zimowe noce są długie. W czasie adwentu więc wszyscy starają się je rozświetlić. Żeby choć jakaś nadzieja świtała w oknach. Wieszają zapalone gwiazdy. Dekorują domy i place kolorowymi lampkami. Stawiają szopki. A raz w tygodniu zapalają jedną świecę w czteroramiennym świeczniku.
Czas do świąt odlicza się nie tylko na palcach.
W tym roku jednak wszystko idzie nie tak.
Najpierw gwiazda w oknie nagle gaśnie. Nie pomaga wymiana żarówki. Nie pomaga nawet kupno nowej. Dzieje się tak nie tylko w oknie rodziny małej Tiny. Dzieje się tak w całym mieście. Szczęściarzom gwiazdy palą się kilka godzin. Ale w końcu każda z nich zamyka oczy. Tradycyjne szafranowe bułeczki nie dadzą się upiec, czasem nawet eksplodują w piekarniku. Glögg nie smakuje tak, jak powinien. Świecie topią się zbyt szybko. Choinki gubią igły. Świeżo posadzone kwiaty spadają w parapetów.
Mieszkańcy są cierpliwi, bo pragną czuć świąteczny nastrój. Z mozołem więc przygotowują kolejną porcję ciasta na ciasteczka, albo zapalają uparte świece. Ale Tina wie doskonale, że dzieje się coś, czemu nikt nie potrafi zapobiec. Ktoś chce zniszczyć przygotowanie do Świąt! I na dodatek obserwuje Tinę i jej rodziców przez lustro, zawieszone w przedpokoju!
To historia o dzisiejszych czasach. O lampkach zapalanych w marketach tuż po tym, jak zgasną listopadowe znicze. O bałwanach, których nikt nie chce lepić. O Mikołajach, które przyjmują maile w miejsce ręcznie pisanych listów. O długiej liście zakupów w miejsce listy pragnień. O tym, że „masz synku stówkę, kup sobie coś, zapakuj,a potem włożymy pod choinkę”. O tym, że nikt już nie ma umączonych ciastem na pierogi dłoni. O tym, że talerz dla niespodziewanego gościa ląduje co roku w szafce bez zmywania. O tym, że dwanaście potraw i sianko pod obrusem jest tylko w telewizji. O mięsie na Wigilię...O tym, że właściwie nie ma co napisać do Świętego, bo przecież wszystko już jest na półkach. A w ogóle to przecież Świętego nie ma... To tylko sąsiad, wynajęty przez rodziców do odegrania scenki z „grzecznymi dziećmi”...
To dla mnie książka o tym wszystkim, choć tylko o tym, że ludzie przestali wierzyć w Mikołaja.
Wracając do czasów kalendarza adwentowego z wyrobami czekoladopodobnymi w środku... Może nie smakowały najlepiej czekolady w paczkach pod choinką. Może dostawało się tylko jedną rzecz z listy pragnień, którą układało się w głowie jeszcze w wakacje – długo i mozolnie. Ale najważniejsze było to, żeby czuć w powietrzu magię. Girlandy i światełka na fasadach domów zawisały tuż przed Wigilią. Bombki z pudełek po butach wyjmowane były z najwyższą ostrożnością. I każda miała swoją historię. Kolęd nie było na płytach, śpiewało się samemu. Albo ewentualnie włączało się telewizor na uroczysty koncert.
I wierzyłam bez mrugnięcia okiem, że Święty zagląda mi przez ramię i patrzy wciąż, czy nie biję się z Bratem, czy pomagam Mamie, czy sprzątam swój pokój i czy grzecznie odnoszę się do starszych. Bo od tego zależało, czy coś będzie czekać pod choinką. I co roku robiłam rachunek sumienia i bałam się rózgi, która po trosze zawsze należy się każdemu dziecku...
Piękna, przepiękna książka, która poruszyła we mnie czułe struny, która zmusza do refleksji, do zastanowienia się nad sensem Świąt. I przygotowuje do tego magicznego czasu – krok po kroczku w 24 rozdziałach, z których każdy przybliża do rozwiązania zagadki – czy Święta w tym roku w ogóle się odbędą?
Mogę tylko obiecać, że drugie czytanie będzie prawdziwsze, bo z Majką – tak jak należy, co dzień tylko jeden malutki kąsek, jedna smakowita ociupinka. I nie dam się – będę odkładać na najwyższą półkę!
[za zamkniętymi drzwiami śpi moja córka, a ja potajemnie podczytuję książkę adwentową...]






[Dziękujemy Zakamarkom, że wpuściły nas w swoje bez-ogonkowe ;-) królestwo]

Wczoraj pierwszy śnieg za oknem, kilka dni temu napisany list do Mikołaja, powolne zastanawianie się, w jakim kolorze choinka będzie miała ubranko...

Zaczynamy:

127.PRAWOŚĆ NIE LEWOŚĆ

WALTER R. BROOKS
„WAKACJE FRYDERYKA”
(TŁ. STANISŁAW KROSZCZYŃSKI)
JAGUAR, WARSZAWA 2013
ILUSTROWAŁ KURT WIESE

[Najważniejsza nie materia, a treść Jaguarowych opowieści]

Kogut Karol wstaje pierwszy. W całym gospodarstwie państwa Bean wszyscy jeszcze śpią. Ale on ma zadanie do wykonania – musi obudzić wszystkich tych, którzy wcześnie wstają. Pana Beana nie stać na budzik, więc w Karolu pokłada swój rozkład dnia i ufność. Jednak Karol chyba nie do końca to docenia. Nie docenia też faktu, że po porannej pobudce, jego cały dzień może wypełnić lenistwo. Jest kogutem raczej z tych narzekających i tego właśnie ranka przyszedł ponarzekać do stajni. A to, że musi wcześnie wstawać. A to, że żona suszy mu głowę o różne drobiazgi. A to, że siostry jej w tym wtórują. A to, że siódemka dzieci na utrzymaniu, a przede wszystkim, że jest mu zimno!
Za oknem bowiem jesień i śnieg już czuć w piórach. I zaraz, zaraz mróz zapuka w okna. I jeszcze chwilkę, a będzie musiał do płotu, na którym pieje, brnąć przed śnieg. A pan Bean nawet nie pomyśli, żeby my sprawić podgrzewaną grzędę...
Koń Hank również w kopytach czuje już drobinki śniegu. I też drży na myśl o kolejnej zimie. Bez derki, pod którą mógłby schować grzbiet.
Tak to sobie narzekają, gdy nagle spod sufitu sfruwa do nich jaskółka i rzecze w te słowy - „Idźcie na południe!”. Opowiada im, że prawie wszystkie ptaki migrują, że ich piórka są za cienkie na siarczyste mrozy i gdy tylko przylatuje do nich pierwszy zimniejszy podmuch powietrza, szast-prast, pakują się i lecą na Florydę.
To jest myśl!
Kogut Karol postanawia zorganizować wyprawę – wszystkie zwierzęta NA FLORYDĘ!
Jednakże Dżok, mądry owczarek szkocki, stanął w obronie farmy i pana Beana – nie można zostawić go samego! Karmi ich, dba o nich, leczy, gdy chorują, więc nie mogą porzucić go wszyscy – muszą wybrać tylko te zwierzęta, które nie są niezbędne w zimie na farmie.
Odbyło się więc wielkie losowanie i do wyprawy przygotowują się:
kot Jinx, krowa pani Wanda, koń Hank, pies Robert, kaczuszki Alicja i Emma, cztery małe myszki – Ik, In, Quik i Augustus oraz szanowni państwo Webowie czyli małżeństwo pająków. No i oczywiście prosiaczek Fryderyk. Kogut Karol i jego żona Henrietta początkowo mają zostać w domu, ale w końcu i oni dołączają do wielkiej wyprawy florydzkiej.
I jak się okaże – każdy najmniejszy uczestnik tej podróży będzie niezbędny!
Ostatnio mamy szczęście trafiać na wiekowych bohaterów. Ale jak powiedział Da Vinci „starość ma mądrość za pokarm” - wiadomo więc, że te spotkania udane są.
Bo Fryderyk i jego przyjaciele mają po sześćdziesiątce, a potrafią i pobiegać, i poskakać, i popływać, i polatać i na pstryknięcie raciczkami wywołać uśmiech. To jedna z tych książek, które powinno się znać na pamięć, jak fragmenty „Kubusia Puchatka” czy „Dzieci z Bullerbyn”.
No bo raz, że przygoda – spotkanie z aligatorami (i Pradziadkiem Wszystkich Aligatorów!), zapobieganie kradzieży samych siebie, szalona jazda z górki w dziecięcym wózeczku (to Jinx), spotkanie z samym prezydentem, odnalezienie skarbu i nawet zyskanie kolejnego towarzysza podróży.
Dwa, że język – lekki, wartki jak strumień, bez potknięć i przestanków, na których czeka się, by akcja ruszyła dalej i niecierpliwie przestępując z nogi na nogę w końcu przeskakuje się parę kartek. Trzy, że ilustracje – staroświeckie i urocze. Czarno-białe, a lśnią kolorami. Bez grama brokatu, a skrzą się i cieszą oko.
A cztery, że to jest lektura, w której liczy się honor, przyjaźń, lojalność. Brzmi górnolotnie i brzmi banalnie, ale mimo że to wartości podstawowe, to mało ich jakoś w naszym świecie. A tu są – są też owszem źli ludzie (i złe zwierzęta), ale najważniejsze, że zawsze na końcu wygrywa bycie prawym, nie lewym. I to, że na Florydzie jest piękne słońce i plaża, ale w domu jest własny kąt i legowisko, które zna każdą fałdkę naszego ciała.




[Dziękujemy Jaguarowi, że z cętek swoich historię nam podarował]

126.I DWA MISIE KARTONOWE... (KARTONY DZIEWIĘĆ I DZIESIĘĆ)

...na dokładkę...

[Przegląd kartonów* ulubionych i mniej]

AGATA KRÓLAK
„RÓŻNIMISIE”
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2012
ILUSTROWAŁA AGATA KRÓLAK

O tym, że misie się różnią. Że jeden jest gruby, a drugi chudy. Tamten się pobrudził i kredkowy brud ma po uszy, a tamten aż lśni czystością (lśni naprawdę!). Jest jeden, który jest całkiem do mnie podobny, to miś leniwy – leży rozparty na środku strony i tylko patrzy – ja pewnie byłabym z książka w dłoni. Ten na sąsiedniej stronie, to miś bardziej Majkowy – ma tysiąc rąk i macha nimi, biega, skacze, jest wulkanem energii – to miś pracowity. Tak jak on, Majka nigdy nie ustaje w swoim pędzie – przewraca strony, rysuje, biega, wyciąga skarpety z szafki, myje ręce, zjada kiszonego ogórka, na przemian z jabłkiem... Jest też mała, a ja jestem duża, jak misie mieszkające obok siebie na stronie. A miś suchy jest wysuszony przez słońce, a na mokrego pada deszcz. Ten wolny jest na początku strony, a ten szybki już z niej ucieka...
Agata Królak to moja idolka od chwili, gdy pierwszy raz jej kreskę ujrzałam. Jest moim mistrzem, bo zrobiła z kilku maźnięć, które nawet ja bym potrafiła odtworzyć, wielką sztukę. Ale była odważna, wyszła ze swoimi mazajami w świat i się przyjęło i się sprzedało i każdy ją rozpoznaje teraz. Ale nie będę pisać laurki ku czci. Kto kocha, ten wie... A „Różnimisie” są też sentymentalne, bo kupiłam je Majce na Targach Warszawskich AD 2012, gdy siedziała u mnie w brzuchu jeszcze. Chyba pierwsza książeczka dla niej i tylko dla niej kupiona. Cudna, choć niektóre dzieci w kolorowych kropkach widzą najpierw tylko deszcz...







JAMES MAYHEW
„CAN YOU SEE A LITTLE BEAR?”
FRANCES LINCOLN CHILDREN'S BOOK
ILUSTROWAŁA JACKIE MORRIS

To taka książka, które ostatnio kochamy najbardziej – z wielością szczegółów, z konkretnym zadaniem - „Znajdź!”. Tu trzeba znaleźć misia który przez pory roku, przez części świata, przez pory dnia, przez kolory, kluczy, błądzi, ucieka, chowa się i pojawia. Anglojęzyczna, ale wierszyk jest prosty, melodyjny, wpada w ucho. I jest niejako częścią plansz, krój czcionki wpasowuje go w obraz.
A obrazy – różnimisie od Królak Agaty...



Poetyckie, nastrojowe, szczegółowe, dopracowane, malarskie, pełne przepychu, ale paradoksalnie bardzo lekkie. I też po części oparte na przeciwieństwach, albo raczej na różnicach... Bo lwy są żółte, a pawie niebieskie, żyrafy wysokie, świnki morskie niskie, wieloryby pływają, a mewy latają... a niedźwiadek chłonie to wszystko, świat cały łapkami zagrania po kawałeczku, pokazuje nam, że wszędzie jest piękno, a na koniec zasypia w ramionach swojej mamy – bo tam jest równie wielki świat, co go mieści kula ziemska. Jestem zachwycona tą książką, jestem zachwycona Jackie Morris, jej talentem – to ją powinnam nazwać autorką, a tekst Mayhew tylko dodatkiem, smaczkiem, uzupełnieniem. Niesamowita jest!
I refleksję mam na Dzień Misia taką, że chylę czoła i pokłony biję – wydawcom, że nie boją się nowych stylów i nowych wyzwań, a autorom, że chcą tworzyć takie dzieła sztuki, choćby miały być „tylko” maleńką, kartonową książeczką dla dzieci.

*nasze książeczki z twardymi stronami, idealne dla małych rączek

poniedziałek, 25 listopada 2013

125.PLUSZOWY NA TROPIE

MACIEJ JASIŃSKI
„DETEKTYW MIŚ ZBYŚ NA TROPIE. LIS, ULE I MIODOWE KULE”
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2013
RYSUNKI PIOTR NOWACKI/ KOLORY NORBERT RYBARCZYK
KOMIKS WYDANY W SERII KRÓTKIE GATKI

[Kultura gniewu to chaos, z którego wypadają perły]

Na drzwiach niedbałym pismem wymalowano informację: „Prywatny detektyw Miś Zbyś i jego asystent Borsuk Mruk”. Za drzwiami, opierając się nonszalancko o poręcz krzesła, siedziała królowa. W rzeczywistości maskowała zdenerwowanie. Ktoś kradł miód z jej uli. A ona nie wiedziała kto. Przyszła do Zbysia po pomoc. Wielkie oczy zdradzały, że się boi. Ale Zbyś był nieustraszony, obiecał, że się tym zajmie. „Miś Zbyś rozwiąże każdą zagadkę” - obiecał. Na jej ustach zakwitł piękny czerwony uśmiech.
Zbyś ponaglił swojego mrukliwego asystenta. Wiedział, że trzeba działać szybko. Zignorował zrzędliwe komentarze wiecznie niezadowolonego borsuka. Udali się na miejsce zbrodni. Znaleźli ślad i zastawili pułapkę. Już tej nocy mieli się dowidzieć, kto kradnie miód i że jest sprytniejszy, niż myśleli...
Tej nocy mieli też wyruszyć jego śladem w krainy, o jakich do tej pory nawet nie myśleli...
Czy wyjdą z tego cało?
Jest zagadka do rozwiązania. Jest niebezpieczne śledztwo, najeżone przeciwnościami losu. Jest daleka podróż. I bohater – nietypowy miś, który nie zna strachu, ni zmęczenia. A detektyw musi mieć przy sobie asystenta – więc jest! Równie nietypowy borsuk, który nie tryska optymizmem ni entuzjazmem, ale jest spostrzegawczy i niezastąpiony. I do tego różowy!
Soczyste kolory, mały kapelusik na głowie Zbysia, pełne szczegółów plansze (to co misie lubią najbardziej!), nagłe zwroty akcji i wyścig z czasem.
Świetny komiks dla najmłodszych!







[Dziękujemy Kulturze gniewu za pełną gniewu kulturalnego pozycję]  


środa, 20 listopada 2013

124.NA NIEBIESKO


 
SERIA ANIELSCY Z NIEBIESKIEGO

IWONA CZARKOWSKA
„BALBINKA PECHOWA ANIELINKA”
MUZA SA, WARSZAWA 2013
ILUSTROWAŁA KASIA KOŁODZIEJ

IWONA CZARKOWSKA
„TYMEK MAGIK CZY ANIELINEK?”
MUZA SA, WARSZAWA 2013
ILUSTROWAŁA KASIA KOŁODZIEJ

[MUZA SA otwiera ramiona i chce zagarniać Dzieci, czytając im dobre książki]

Niebieskie to takie miejsce, w którym wszystkie domy pomalowane są na błękitny kolor. Niebieskie to takie miejsce, gdzie nie jeżdżą tramwaje, nigdy nie pada śnieg, a deszcz pojawia się bardzo rzadko. Niebieskie to takie miejsce, do którego przychodzą wszystkie listy adresowane „Do szanownego anioła”, albo „Do jakiegoś anioła”, albo zwyczajnie „Do anioła”. Zazwyczaj ludzie piszą obok Niebo, ale na poczcie zawsze odruchowo wkładają do Niebieskiego worka. Bo Niebieskie to takie miejsce, gdzie mieszkają anioły. Jest też kilku ludzi – na przykład pani Analiza, co z połamanego parasola potrafi zrobić poidło dla ptaków, albo Żurawiusz Mrówka, który nieustannie chodzi z zeszytem i wszystko zapisuje – bada zwyczaje aniołów, żeby potem wszystko przekazać swojemu profesorowi na dowód, że istnieją. A ich zwyczaje są całkiem podobne do tych ludzkich – śniadanie, na które jedzą chleb z dżemem, chodzenie do szkoły i tabliczka mnożenia, co ucieka z głowy i wychodzenie z psem na spacer. Jedna mama jest specjalistką od zdrowej diety, a ktoś inny strażakiem. Od ludzi różnią je skrzydła – ale takie małe, które nie furkoczą na wietrze. I dziury w swetrach, żeby można było przez nie wystawić pióra. No i jeszcze to, że gdy człowiek wzywa anioła na pomoc, to jakiś anioł zawsze leci – obojętnie, czy chodzi o dziury w zębach, smutną córkę czy ułamaną rączkę szczotki do kominów.
W Niebieskim mieszka Balbinka – mała anielinka, która ma pecha – towarzyszy jej wszędzie – w domu, gdzie wpada na płot, na ulicy, gdzie potrąca pewną panią i łamie jej parasol, w autobusie, gdzie upada i uderza się w głowę, w szkole, gdzie zawsze się spóźnia i dostaje uwagi. W wyniku pechowego (a może właśnie wcale nie?) zbiegu okoliczności, Balbi zostaje adresatką listu niejakiej Krewetki, która prosi „przyjedź i powiedz mojemu tacie, żeby się nie wyprowadzał i nie przestawał mnie kochać”.
Balbinka powinna być pocieszna, powinna być zabawna, powinna na swoich skrzydełkach lecieć i wznosić za sobą cały tekst, nadawać mu lekkości i wdzięku. A dla mnie jest taka trochę sztuczna, jakby jej piórka w skrzydłach nie były do końca pierzaste. Wciąż rozprawia o tym, że ma pecha i liczy ilość schodów, po której ma zejść, czy aby nie trzynaście. I wszystko, co wie, czytała w internecie. I jej akcja ratunkowa właściwie kończy się, nim się na dobre zaczęła... Nie przepadam za aniołami, jeśli mają na imię Balbina.
Zdecydowanie bardziej zaprzyjaźniłam się z Tymkiem. Ta część serii jest właśnie zwiewno-anielska. Ale też ciepła, jakby jakiś anioł otoczył cię skrzydłami. Tymek chce koniecznie zostać magikiem, ciekawią go czarodziejskie sztuczki, to jak króliki wchodzą do kapelusza i którędy z niego wychodzą. Wierzy, że można się nauczyć czarować, a potrzebne mu to jest w bardzo ważnej sprawie – chce, żeby tata wrócił do domu... Nie ma go już długo, bo pojechał leczyć zęby ludożercom. I w Tymku rozrosła się obawa, że po leczeniu kanałowym, któryś z ludożerców na pewno tatę zje...Trzeba więc szybko nająć się na staż do Jogurtusa Karambola z Opola, póki ten nie wyjedzie w tournée i nie zabierze ze sobą swojej czarodziejskiej księgi. Ale jakimś sposobem, ta księga znajduje się w szkolnym plecaku Tymka. Teraz trzeba tylko odnaleźć odpowiednie zaklęcie...
Po tej historii króliki z ciemną plamką pod okiem, skaczą tam i z powrotem, dzieje się dużo, szybko i zabawnie. Tymek jest równie nieporadny co Balbinka, bo jak można sobie złamać skrzydło?, ale jest pełen wdzięku i autentyczności.
Jest dokładnie taki, jak go maluje Kasia Kołodziej – niski, okrąglutki, z wielkimi okularami na nosie i kręconą czupryną na czubku głowy. Dokładnie taki, jaki powinien być mały anioł, który kiedyś będzie pomagać małym i dużym ludziom.







[Dziękujemy wydawnictwu MUZA SA, że zaprosiło nas do gry i rozdaje instrumenty]

123.SYMPATYCZNA PODRÓŻ W CZASIE

ROMAN WILKANOWICZ
„BURY MIŚ. UCIESZNE PRZYGODY MAŁEGO NIEDŹWIADKA”
ZYSK I S-KA,
ILUSTROWAŁA ALEKSANDRA MICHALSKA-SZWAGIERCZAK NA PODSTAWIE ORYGINALNYCH ILUSTRACJI LUDWIKA MOE

[Zysk i S-ka sięga w przeszłość dla czytelnika niepełnoletniego]

Nie wiem ile lat tak naprawdę ma Bury miś. Jego ojciec, Roman Wilkanowicz, co wyrzeźbił go ze słów, żył w latach 1886-1933. W przepastnych internetu kufrach znalazłam informację o wydaniu tego wiersza z 1924 roku. Nie wiem, czy wtedy pierwszy raz chwalił się niesfornym niedźwiedzim synkiem?
A niedźwiadek istny indywidualista! Mądry, wykształcony, pochodzący z dobrej, szacownej rodziny (i chyba bogatej, bo na ilustracjach widać, że w jego domu rodzinnym zamiata kura, gotuje kaczka, a pranie robi pani borsuczyca). I rezolutny. I własne zdanie ma. I właśnie, gdy kończy szósty miesiąc swego niedźwiedziego życia, postanawia się ożenić. Wie dokładnie, kto zostanie jego żoną – wybrał sobie córkę hiszpańskiego Granda. Ni mniej ni więcej, tylko dziewczynę. Człowieka.
„Bowiem taki głupi czas
Był już ongiś, jak i dziś,
że być Misiem nie chciał Miś,
Co ma zresztą każdy z nas...”
W głowie mu bale, korale, wyższe progi i czapka z piórkiem na łepku.
A że Miś miał szyk, ogładę i dobre maniery, że miał dyplom Smorgońskiej Akademii*, szybciutko podbił serca całego dworu i w mig rękę królewny dostał na wyłączność. Ślub miał się odbyć już za chwileczkę, już za momencik... Zewsząd przybywają świetni gości, muzycy stroją instrumenty... cisza przed burzą...
Ale w końcu maleńka, płynna, złota rzecz staje między Misiem a królewną...
Ciężko się czyta tę książeczkę – zwłaszcza na głos. Potykam się na „koperczakach”, „Imci”, „blamażu” i „strugach”, co są jednostkami miary, na troszkę innym szyku zdania, na rytmie, w którym brakuje czasem paru taktów, na tym roku 1924... Nie, żebym nie rozumiała wiersza! Każde słowo znajome, ale jakoś obco to wszystko poskładane, jakoś grudowato mi z gardła te słowa wychodzą...
Ale jednocześnie ma ta książeczka swój czar. I to, paradoksalnie, też tkwi w tym 1924 roku – to morał, którego nie można bajce odmówić, to urok całej historii, gdy Miś zawitał na dwór, bo chciał być kimś lepszym, niż zwykły Niedźwiedź, to w końcu magia ilustracji. Z radością zobaczyłabym oryginały, bo pewnie mniej kanciaste, mniej „graficzne”, bardziej w kształtach opływowe. Nie zmienia to jednak mojego zafascynowania – kojarzą mi się ze starymi książkami z bajkami, wyciąganymi z jakichś sekretnych szuflad babci, ze starymi pocztówkami, które wysyłało się dzieciom „w powinszowaniu urodzin” i bajkami puszczanymi na ścianie z projektora...
Miła rzecz, ciekawostka, powrót do czasów, w których nigdy nas nie było...

*żartobliwe określenie sławnego w Europie ośrodka, w którym Cyganie tresowali niedźwiedzie (op.cit.)








[Dziękujemy Zyskowi i S-ce za zyskowne prezenty do spółki z uśmiechem]