Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

środa, 31 października 2018

554. GENDER W NOKTURNII


LAURA ELLEN ANDERSON
„AMELKA KIEŁ I BAL BARBARZYŃCÓW”
(TŁ. MARIA JASZCZUROWSKA)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2018
ILUSTROWAŁA AUTORKA

Świeżo wyciskany sok spod pachy? Podsmażane noski nadziewane kozami? Panierowane strupy? Spleśniałe ptysie z woskowiną z uszu? Bleeee… Buuu… Ależ tak, Buuu też tu jest. To właśnie on podaje do stołu te wszystkie przysmaki. Jest bowiem kamerdynerem w rezydencji Państwa Kłów (a przy okazji duchem, który nie cierpi braku kultury). Państwo Kieł to nikt inny jak rodzina wampirów – Hrabia Kieł Trzeci (czyli inaczej tato Drak, który uwielbia hawajskie koszule i krzyżówki), Hrabina Frywolita Kieł (mama) i córka Amelka Kieł. Jest jeszcze Dyńka – Dyńka to zwierzątko domowe Amelki i jedna z jej najlepszych przyjaciółek. „Dyńka lubi podskakiwać i się przytulać, a nie lubi, jak się ją podnosi za ogonek. I nie znosi być z dala od Amelki.”
Wszystko w Nokturnii, mieście, w którym mieszkają Państwo Kieł, toczy się swoim pięknym ustalonym rytmem. Poprawka: obrzydliwym ustalonym rytmem. Mieszkańcy Nokturnii śpią w dzień (bo boją się Świetlistych Istot, które w dzień się budzą), a w nocy chodzą do szkoły i pracują. Amelka jest w klasie ze swoimi przyjaciółmi – Florką Kudłacz, rzadko spotykanym gatunkiem Yeti, która nie lubi, jak się o do niej mówi per „bestio” (i zawsze mówi WIELKIMI LITERAMI, bo jest po prostu ogromna i nie umie mówić cicho) oraz Kostkiem Ponurakiem – jego mama to znana powszechnie Kostucha. On póki co uśmierca swoją kosą tylko rozgniecione żaby. I ma śmierćfona.
W rezydencji Państwa Kłów właśnie panuje nieco gorączkowa atmosfera, ponieważ Pani Kieł, jak co roku, wydaje Bal Barbarzyńców i, delikatnie mówiąc, niepokoi się przygotowaniami. Amelka jest nieszczęśliwa, ponieważ na bal nie mają wstępu żadne dzieci, a ona musi tam być, żeby mama mogła się nią pochwalić. Nuuuuuda! Okazuje się jednak, że w tym roku zaproszenie przyjął w końcu Król Vladimir, który od śmierci swojej żony (10 lat temu pożarła ją wróżka) nie wychodził ze swojego zamku. Nikt też nie miał okazji do tej pory poznać syna króla, księcia Tadżina. Drak i Vladimir kiedyś byli kiedyś najlepszymi przyjaciółmi i grali razem w gałę oczną, ale od tej straszliwej tragedii…
Amelka nieszczęśliwa zamienia się w Amelkę szczęśliwą, bo w końcu na balu zjawi się ktoś w jej wieku. Tylko, że Tadżin jest najbardziej rozpuszczonym, najbezczelniejszym, najohydniejszym chłopcem, jakiego widziała Nokturnia. I nie, to nie jest w tym wypadku komplement. Dość powiedzieć, że ukradł Amelce jej ukochaną Dyńkę. Ale jak do tego doszło? To już trzeba przeczytać w tej obrzydliwej książce, pełnej obciętych palców, rąk, nosów, uszu, „Trumiennych rewolucji” i obślizgłych klamek...
Nie przepadam za tym sposobem kupowania uwagi młodego czytelnika – za epatowaniem obrzydlistwem. Ale muszę przyznać, że w tej książce wszystko to było po prostu… urocze! I zabawne. Nie przypuszczałam, że będę się tak dobrze bawić i że będę tak ciekawa, co będzie dalej. Oczywiście w pewnym stopniu ta książka jest schematyczna – wiadomo, że znajdzie się w niej wszystko co nieapetyczne, odrażające i wstrętne. Wiadomo też, co kieruje Tadżinem – chęć zdobycia przyjaciół i przeogromna nieumiejętność zabierania się do rzeczy w tym temacie. Wiadomo też, że na końcu Dyńka trafi z powrotem do Amelki, a paczka przyjaciół będzie liczyła już nie trzech członków, a czterech. Zapytałam Majkę – potwierdziła, wiedziała, że wszystko skończy się dobrze. Nie przeszkadzało nam to jednak uśmiechać się od ucha do ucha podczas lektury. Przepiękna jest scena, gdy zmęczona kłótniami dzieci nauczycielka (Pani Szkieletor), odkręca sobie głowę i wsadza ją do szafki, bo potrzebuje chwili spokoju. Praktyczne? Praktyczne! Zazdroszczę! A już szczególnie podobało mi się, że brokat, róż, jednorożce i wróżki okazują się śmiertelnym zagrożeniem! „Amelka i jej przyjaciele uwielbiali czytać książki o Świetlistych Istotach: o potwornych lśniących jednorożcach (Nokturnijczycy nade wszystko obawiali się brokatu i wszystkiego, co błyszczące), o bezlitosnych migoczących wróżkach i puchatych, mięciutkich, straszliwych aniołkociakach.” No jakbym znalazła się w pokoju jakiejś małej dziewczynki! (albo w którejś z sal zabaw w hipermarkecie). Fuj! Och, zdecydowanie lepiej czułabym się w Nokturnii niż w Królestwie Światła i w Brokatowicach. Odczytuję tę książkę jak maleńki (być może nieuświadomiony) proteścik przeciwko generalizowaniu – nie wszystkie małe istoty rodzaju żeńskiego lubią brokat i wróżki. Gender w świecie wampirów? Czemu by nie?
Więc tym razem kupuję tę konwencję „oswajania obrzydliwości”, która rośnie w siłę co roku w okolicach 31 października. A Majka dorzuca się ze swojej skarbonki i płaci za nią razem ze mną. Powiem więcej, czekamy na drugi tom, bo bardzo chcemy wiedzieć, czy uda się odnaleźć matkę Tadżina.












wtorek, 30 października 2018

553. NIE MUSZĘ NAWET ZAMYKAĆ OCZU...


KATARZYNA BAJEROWICZ
„RAFA KORALOWA”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2018

...wręcz przeciwnie! Otwieram je bardzo szeroko. Ze zdziwienia. Bo nagle okazało się, że nurkuję i mam rafę koralową na wyciągnięcie ręki. Z zachwytu, bo jest taka piękna! Zupełnie taka, jak o niej mówili. Że to cud świata. Że nieporównywalna z niczym innym. Że ma kolory, jakich nie ma nigdzie indziej na świecie. Nie podróżowałam daleko. Tylko do półki z książkami. Nawet nie musiałam nakładać maski tlenowej. Z wrażenia i tak przestałam oddychać. Katarzyna Bajerowicz przeniosła rafę koralową między okładki. Nigdy nie widziałam prawdziwej rafy, ale wydaje mi się, że może budzić podobne odczucia – potrafię zachwycać się ilustracjami tak, jak czymś, co jest trójwymiarowe. Więc się zachwycam! Tekstu tu mało, ale po co tekst, skoro są obrazy? Wystarczy, że autorka zaprasza do zabawy – wejdź do wody, zanurkuj, a potem ciesz się tym, co masz przed oczyma. To nie jest książka przyrodnicza, a przynajmniej nie do końca. Jest tu kilka wiadomości, którymi można zabłysnąć na lekcji biologii: na przykład o symbiozie między koralowcami i glonami, które zamieszkują ich ciała – glony dzięki światłu produkują pokarm dla koralowców, a koralowce oddają im swoją… kupę. Ale nie o to tu chodzi. Jak dla mnie ta książka to hołd dla świata natury, który ma zaczarować. A czaruje, jak bardzo czaruje – szczególnie strona z meduzami!
Bajerowicz wciąga w tę książkę jak w najgłębsze wody oceanu. Mówi: „znajdź!”, „zaobserwuj!”, „policz!”. Mówi nawet „narysuj!”. Angażuje odbiorcę. A na dokładkę jeszcze pokazuje, że można sobie zrobić swoje własne akwarium z kawałka kartonu, a żółwika z opakowania po jogurcie czy ciastkach (są instrukcje!). Nie jest to więc także typowy picturebook. Ale za to jest to typowy Bajerowiczbook. Pełen szacunku do świata natury i pełen ślicznych obrazów. Rekomenduję, aby w obcowaniu z Bajerowiczbook mieć raczej oczy szeroko otwarte. A i tak będzie jak w najpiękniejszym śnie.








poniedziałek, 29 października 2018

552. ZALAŁAM POCIĄG


KATHERINE APPLEGATE
„DRZEWO ŻYCZEŃ”
(TŁ. MAŁGORZATA GLASENAPP)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA SARA OLSZEWSKA

Jadę sobie pociągiem relacji Warszawa-Gdańsk. Zwyczajna sobota. Tuż po 12 w południe. Czytam sobie książkę. I im jestem dalej w tej książce, tym niżej osuwam się na pociągowym fotelu. Tym szczelniej przykrywam się szalikiem i zasłaniam książką. A potem jest już tylko kap, kap, kap… Zastanawiam się, kiedy przyjdzie konduktor i zapyta „No i kto to wszystko posprząta?”. Zastanawiam się, czy w pociągu jest w ogóle sprzątaczka/sprzątacz z mopem, żeby wytrzeć ten zalany kawałek pod moim siedzeniem. Bo poleciało ze mnie jak z otwartego do oporu kranu. Wszystko – całe zło, nienawiść, rasizm, krzywdzenie innych, podejrzliwość, nieufność, niszczenie przyrody, nieżyczliwość, niemiłość… I razem z tym płynie wszystko to, czego pragnę – szacunku do wszystkich istot żywych, ocalenia od zapomnienia, tolerancji, pielęgnowania pamięci o przeszłości i przodkach, miłości… Tak, owszem, to wszystko jest w książce dla dzieci. W wyjątkowej książce, której nie można czytać ot tak, bez emocji, w biegu, opychając się bułką. W książce, po lekturze której trzeba na pewno porozmawiać z dzieckiem, któremu się ją czytało. Szczerze. Co może być trudne. Bo jak wyjaśnić jednemu człowiekowi dlaczego drugi człowiek potrafi być tak okrutny? W książce o pewnym drzewie. Drzewie o imieniu Dąb, które ma 216 słojów (czyli 216 lat) i które już bardzo niedługo, za kilkanaście stron, ktoś będzie chciał ściąć.
„Trudno się rozmawia z drzewami. Pogawędki to nie nasza specjalność.
Co nie znaczy, że nie umiemy robić różnych rzeczy, których wy nie potraficie.
Umiemy na przykład kołysać do snu puchate sowięta. Utrzymywać koślawe domki na drzewie. Fotosyntezować.
Ale rozmawiać z ludźmi? Nie bardzo.” [s.11]
Pewnie, też nie chciałabym gadać z człowiekami, gdybym była drzewem. Bo ludzie nie zdają sobie sprawy, czym jest drzewo. Że jest życiem. Że jest schronieniem. Że jest domem. Że jest istotą. Że czuje. A TO drzewo jest wyjątkowe. Bo nie dość, że postanowiło porozmawiać z ludźmi, nie dość, że przekazało pewną wzruszająco historię, to jeszcze stanęło w obronie człowieka. Ile ludzi robi to samo dla drzew?
A było to tak… Dawno, dawno temu ktoś na gałęzi tego Dębu powiesił swoje życzenie. A że się spełniło, co roku coraz więcej osób zawieszało tam swłasne. Na kartkach. Lub na materiale. Zdarzało się, że nawet na bieliźnie. Marzenia są różne, bo o nowym komputerze, o zdrowiu, o miłości. A jedno marzenie powiesiła na gałęzi Dębu Samar, dziewczynka z sąsiedniego domu. Napisała je na skrawku materiału – różowego w kropeczki. Marzenie było niby proste – chcę mieć przyjaciela. Ale w rzeczywistości do najłatwiejszych nie należało – mama Samar nosiła chustkę na włosach, Samar miała ciemniejszy kolor skóry, jej rodzina jadła inne potrawy niż reszta. Wprowadzili się kilka miesięcy wcześniej i Dębowi wydawało się, że ubogacą dzielnicę, bo byli tak bardzo różni od pozostałych, nowi, kolorowi… Stało się inaczej. Nie znaleźli zrozumienia, ludzie nie mówili im „dzień dobry”, dzieci śmiały się z Samar, a ich rodzice odwracali głowy od jej rodziców. Coś złego zaczęło się dziać i wybuchło, gdy na pniu Dębu jakiś chłopak wyrył śrubokrętem z żółtą rękojeścią słowo: „Wynocha!”. To dlatego Samar nie miała przyjaciół – Muzułmanie w angielskiej dzielnicy nie miewają przyjaciół. A drzewa z napisem „Wynocha!” trzeba ściąć. Nawet jeśli mają 216 lat i jeśli mieszka w nich bardzo dużo zwierząt i ptaków. Ze swoją krzywdą Dąb się pogodził, ale z krzywdą Samar nie potrafił. Dlatego złamał wszelkie niepisane prawa przyrody i odezwał się do człowieka.
A co z tego wynikło?
Czy to dobrze czy źle, że naruszył odwieczne prawo?
Po zamknięciu książki wystukuję drżącymi dłońmi maila do Dwóch Sióstr, że pięknie jest, że niesamowite wrażenia, że doskonała książka. Wszystkie te banały, które nie oddają moich uczuć, a które mają sprawić, że odbiorca zrozumie, że doceniam. Mam nadzieję, że ktoś tam zrozumiał i wybaczy wszystkie mokre od łez literówki...








niedziela, 28 października 2018

551.KOMIKSOWY WEEKEND: DZIEWCZYNA O SZARYCH WŁOSACH


SCENARIUSZ FANNY BRITT
RYSUNKI ISABELLE ARSENAULT
„JANE, LIS I JA”
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2018

Okulary. Albo właśnie ich brak. Grubość. Chudość. Mądrość. Głupota. Czytanie książek. Nie-krynolinowa sukienka. Albo krynolinowa, ale za późno, gdy już przestała być modna. Nie te buty. Nie taki plecak. Za mało pieniędzy. Nie takie oczy. Nie to imię. Nie tędy droga.
Powodów może być milion. Milion na jedną osobę.
Nie lubią jej. Właśnie za to – za wszystko. Za to, że uważają iż jest za gruba. Piszą nawet na drzwiach toalety: „Hélène waży 100 kilo! Jedzie od niej oborą”. Hélène doskonale wie, kto napisał te słowa. Zna Genviève. Kiedyś się nawet przyjaźniły. Ale nagle się okazało, że Hélène nie jest wystarczająco dobra. Wystarczająco modna, wystarczająco chuda, wystarczająco bogata, wystarczająco interesująca… Wystarczająco na co? Na przyjaźń. Teraz porusza się po świecie sama – odbija się od stałych punktów dnia – od jazdy szkolnym autobusem, od napisów na drzwiach toalety, od powrotu szkolnym autobusem, w którym zawsze czyta książkę. No chyba, że akurat Genviève z koleżankami i/albo z chłopakami jedzie w tylnej jego części. Wtedy nie. Wtedy tylko udaje, bo jest tak nieszczęśliwa i przestraszona, że nie umie się skupić. Teraz Hélène czyta „Jane Eyre” i odnajduje w tej lekturze trochę siebie. Nie-zasługującą-na-szczęście. Właściwie Hélène nie zasługuje na nic dobrego. Bo jest gruba. Bo jest kiełbasą. Prosiakiem. Poduszką na widelce. Właśnie tak myśli o sobie. Nigdy na kolorowo. Zawsze na szaro. Zawsze na smutno. Sama uwierzyła w plotki na swój temat. Zgarbiła się pod inwektywami i już nie potrafi się wyprostować. A do tego będzie musiała z całą klasą wyjechać na obóz językowy. I być odludkiem. A nawet odludkiem wśród odludków. Bo przecież nawet jeśli Pan Rochester zakochuje się w Jane Eyre, to przecież okazuje się, że ma żonę…
Jak trzeba mówić o psychicznej przemocy w szkole? Właśnie tak. To przejmujący, mocny komiks. W warstwie słownej i w warstwie wizualnej. Uderzające w twarz obrazy. Atrament pomieszany ze łzami. Rzecz, której nie da się zapomnieć. I właśnie w tym tkwi jego największa siła – w tym, że jest nie do zapomnienia. Te obrazy mam pod powiekami nieustannie. Gryzą mnie w bok, gniotą, nie dają myśleć o niczym innym. Są jednocześnie metaforyczne i dosłowne. Cała ta historia taka jest – poetycka i brutalnie prozatorska zarazem. To komiks dla młodzieży o młodzieży. Żeby pokazać, że samoocena w wieku nastoletnim jest przeważnie zaniżona. I że tak naprawdę Hélène nie waży przecież 143 kilo, tylko 40. I że czuje się źle tylko dlatego, że ktoś jej tak powiedział. Rozkazał. Że słowa naprawdę mają moc. Ale że istnieją też te dobre słowa, które głaszczą i przytulają. Że wszystko będzie dobrze. Że na świecie (nie tylko w książkach) też są dobre zakończenia. Że zła, chora żona Pana Rochestera ginie w płomieniach. Niech przemówi sama Hélène: „Powiedziałam jej: 'Zobaczysz, to się dobrze skończy'.”
To komiks dla każdego nastolatka – żeby w to uwierzył.










sobota, 27 października 2018

550.KOMIKSOWY WEEKEND: DZIEWCZYNA O NIEBIESKICH WŁOSACH


SCENARIUSZ I RYSUNKI LUKE PEARSON
„HILDA I KAMIENNY LAS”
(TŁ. HUBERT BRYCHCZYŃSKI)
CENTRALA-MĄDRE KOMIKSY, POZNAŃ 2018

Obawiałam się, że się nie doczekam. Że włosy mi posiwieją (szkoda, że na starość nie robią się niebieskie), a Ona nie przyjdzie, nie zapuka do drzwi, nie usiądzie w moim fotelu, nie da się zaprosić na herbatę (nie błotną, nie z patyków). Ale jest, po dwóch latach jest, a ja nie mogę uwierzyć w swoje szczęście! Znam bowiem tylko jedną większą fankę Hildy niż ja (Aniu, pozdrawiam!). I jeśli miałabym wskazać swój ulubiony komiks, to nie wahałabym się ani chwili…
Piąty tom przynosi wszystko to, co w „Hildzie” uwielbiam. Realizm magiczny, dziwne stwory wałęsające się po ulicach miasta, między zwykłymi domami i zwykłymi mieszkańcami Trolberg. Obawiałam się, tak samo jak Hilda, że gdy ona, mama i Rożek przeprowadzą się z Pustkowia do miasta, to nie będzie już o czym robić komiksów z Hildą w roli głównej. Ale nie, wszystko jest tak, jak było. Hilda udowodniła już we wcześniejszych tomach, że wytropi niezwykłość w każdym miejscu na świecie. Pewnie gdyby przeszła się moją ulicą, także okazałoby się, że mieszka tu dużo stworów, o których nie miałam pojęcia, że egzystuję w jednym domu z Tontu (wszystkie domowe duchy mają na imię Tontu), a obok hipermarketu pół kilometra dalej żyje jakiś troll. Odkąd się okazało, że Trolberg nie jest pozbawione fantastycznych istot (a tym samym przygód), Hilda praktycznie przestała bywać w domu. Wciąż pakuje się w kłopoty (i tym samym przygody), poznaje nowe istoty, żyje prawie tak jak wtedy, gdy mieszkała na Pustkowiu. Z tą różnicą, że od czasu do czasu w swoje zabawy wciąga też Fridę – najlepszą przyjaciółkę. I z tą różnicą, że mamie zaczyna to przeszkadzać. I z tą różnicą, że Hilda zaczyna mamę okłamywać. „Będę u kolegi”, „oglądaliśmy film”, „tego swetra nie zmoczył mi wcale duch wody, tylko wpadłam do kałuży”… To z jednej strony chęć pozostawienia wszystkiego tak, jak było kiedyś – Hilda kochała Pustkowie ponad wszystko, kochała swobodę, wolność, wędrówki, przyrodę i otwartą przestrzeń. Ale z drugiej strony mała Hilda chyba już po trochu, po troszeczku zaczyna dorastać. Zawsze miała swoje sprawy, zawsze była samodzielna, samowystarczalna, uzależniona jedynie od swojej wyobraźni. I o ile na Pustkowu mama jakoś to znosiła, o tyle w Trolberg dostrzega więcej niebezpieczeństw, które czyhają na córkę. Zaczyna się o nią bać, zaczyna być troskliwa, opiekuńcza (może trochę nad…) i rodzi się między nimi konflikt… A konflikty nigdy nie prowadzą do niczego dobrego. Tym razem na przykład prowadzą do tego, ze Hilda z mamą przenoszą się do dziwnej krainy, w której trolle najwyraźniej czują się jak w domu. A trolle nie należą do istot, które lubią ludzi. No chyba, że jadać na przekąskę…
Będzie niebezpiecznie, ekscytująco, emocjonująco. Będzie tak, jak zawsze jest w „Hildzie”. Będzie kilka dziwnych stworów, których jeszcze nie było, ale będą też te (co mi się bardzo, bardzo podobało), które znamy z poprzednich części. No i będą zupełnie ludzkie emocje, przyziemne i całkiem banalne, z którymi mama i córka muszą sobie poradzić. Tak po ludzku, przyziemnie, całkiem banalnie. Bo oprócz tego, że Hilda ma jeleniolisa (albo lisojelenia), że mieszka z nią duch domu i elf, że przyjaźni się z Drewniakiem i że od czasu do czasu lata na wielkich puchatych stworach, to jest zwykłą dziewczynką, o którą mama boi się tak samo jak każda inna mama o każdą inną córkę. Pięknie jest pokazana ta relacja i mądra miłość między nimi.
I tylko jedna prośba, jeden apel do Pearsona i do Centrali – nie zostawiajcie nas na kolejne dwa lata z głuchym sygnałem w słuchawce! Piąty tom skończył się bowiem w takim momencie...