Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

sobota, 23 lutego 2019

602. CZEGO JAŚ SIĘ NIE NAUCZY…


JUSTYNA BEREŹNICKA
„KAWIARNIA. MÓJ PIERWSZY BIZNES. KREATYWNY ZESZYT ĆWICZEŃ”
POŁAWIACZE PEREŁ, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA IZABELA DUDZIKDEWIZKA

Nazwa: Wilcza kawiarnia.
Serwuje kawę, herbatę i ciasto. Oczywiście jest wersja wegańska, na przykład tofurnik i ciasteczka dyniowe z czekoladą z Jadłonomii. Nie ma waty cukrowej, bo fuj!, za słodka, nie lubimy! Nie ma też lizaków, bo przecież lizaki sprzedaje ta wytwórnia słodyczy, gdzie można zobaczyć, jak się robi cukierki, więc bez sensu, nie będą iść. A wystrój? Koniecznie kącik dla dzieci – z książkami i grami. A stoliki okrągłe i kwadratowe. Przy tych okrągłych niech wiszą huśtawki. Przy kwadratowych nie mogą, bo przecież można się uderzyć w róg stołu!
To ona.
Ja dodaję tylko, że zaprosimy do współpracy najlepszych polskich ilustratorów i poprosimy, żeby nam narysowali wilki na blaty stolików – każdy będzie inny! Wyobrażam sobie tę radość, gdy się pije doskonałą kawę przy Samojliku, Wasiuczyńskiej, Królak, Dziubak, Pawlaku czy Podolcu.
Otwieramy oczy.
To nie jest projekt, nie jest plan, to marzenia, bajanie, wymyślanie. Taki mini brain-storm na zadany temat.
Ale dlaczego w ogóle my tak projektujemy w głowach tę kawiarnię?
Bo Justyna Bereźnicka napisała książkę. Taką, na jakie my mówimy: „książka do robienia”. Czyli mądrzej: aktywizacyjna. Albo, jak w podtytule, kreatywny zeszyt ćwiczeń. O kawiarni właśnie. A w podtekście o pierwszym biznesie.
No bo czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał. I Janowie w przerażającej większości nie umieją. Więc Bereźnicka wzięła się za Jasiów. A kompetencje ku temu ma doskonałe. Nie dość, że jest mamą (Zosi i Antka), nie dość, że sama prowadzi kawiarnię, to jeszcze pisze doktorat na UJocie - stara się przekonać nieprzekonanych (a są tacy???), że niezwykle ważnym elementem edukacji powinny być podstawy przedsiębiorczości i zarządzania. Od najmłodszych lat.
My w to wchodzimy. Otwieramy swój wirtualny interes. Nawet na kartce nie jest to takie proste, jak mogłoby się wydawać! Autorka prowadzi czytelnika-kreatora krok po kroku: mówi skąd można pozyskać środki na otwarcie swojej kawiarni, jak wybrać lokalizację, zwraca uwagę na nazwę, na logo i wystrój, wspomina, że kawiarnię tworzą ludzie – nie tylko klienci, ale też personel, mówi o menu (plusa ma u mnie za rozdział „Specjalne menu”, w którym domaga się praw dla wegan i wegetarian!), tłumaczy takie trudne słowa jak makro i mikro otoczenie, rozszyfrowuje skrót CSR, mówi o reklamie, marketingu, zadaje nawet zadania matematyczne – oblicz przychód i dochód (bo to nie jest to samo!!!). Bardzo podoba mi się zadanie, które ma na celu wyliczenie ceny dla kawałka ciasta. „Poniżej masz narysowane kilka surowców, wyjdź z domu, idź z mamą lub kimś dorosłym do sklepu, przejdź się po targu z warzywami i ustal, ile za takie 'surowce' zapłacisz. I pamiętaj, że najlepiej kupować sezonowe produkty, ponieważ mają rozsądną cenę i są najwyższej jakości.” Nagle ta wymyślona kawiarnia osadza się w gruncie, staje się jakby nieco bardziej realna, czuć już pod palcami blat stolika. Okazuje się, że takie ćwiczenia robi każdy przedsiębiorca. Może jego „kreatywny zeszyt” jest nieco mniej kolory i nie tak prosto napisany, ale właściwie… jest zupełnie taki sam. Gdyby przejść przez wszystkie punkty o których mówi Bereźnicka, zainwestować prawdziwe pieniądze, podpisać prawdziwe umowy, to naprawdę wyszłaby z tego kawiarnia! Podoba mi się takie podejście do edukacji – wszystko jest „na prawdziwo”, tylko trochę prościej. Nauka przez zabawę – to hasło, którego często się nadużywa, ale tu wypełnione jest perfekcyjnie treścią i formą. Właśnie tak powinno się uczyć dzieci, właśnie tak!
No i jeszcze jedno – bardzo ważne! Odpoczynek! Na końcu tej książki pada angielskie „work life balance”. Tak bardzo podoba mi się, że autorka o tym nie zapomniała. Że po ciężkiej pracy należy się czas tylko dla siebie i rodziny. Że trzeba oddać na chwilę ster w inne ręce i się zresetować. Że na tym też polega prowadzenie biznesu, a nie jest to wcale takie proste i wielu biznesmenów tego nie potrafi.
Czyli jest komplet. Wszystko, co trzeba, co potrzebne do zakładania własnego interesu.
Stan naszej Wilczej kawiarni na dzień dzisiejszy jest taki, że Majka w pocie czoła projektuje logo. W przedszkolu będąc, między zupą, a gimnastyką. Bo w domu opracowujemy receptury na najpyszniejsze ciasta. Czyli zażarło, a bawimy się przy tym doskonale.
A na półce w naszej kawiarni postawimy na pewno „Kawiarnię”, żeby odwiedzające nas dzieciaki mogły, tak jak my, pomarzyć o własnym pierwszym biznesie.










niedziela, 17 lutego 2019

601. MUZYCZNY WEEKEND: TŁUMACZKA


JUSTYNA BEDNAREK
„W TO MI GRAJ!”
PORADNIA K, WARSZAWA 2016
ILUSTROWAŁ JÓZEF WILKOŃ

Wyobrażam to sobie tak: wielka gala tłumaczy literatury. Długie suknie, smokingi i kryształowe kieliszki. I na podium jedna osoba: Justyna Bednarek. Z nagrodą specjalną za tłumaczenie. Hę? Przecież „W to mi graj!” nie jest tłumaczeniem, jest autorską książką Justyny Bednarek, napisaną w rodzimym, ojczystym języku. Ale ja się będę przy tej nagrodzie upierać. Bo Bednarek dokonała czegoś niezwykłego! Przełożyła muzykę na słowa. Przełożyła nuty na litery. Przełożyła walce, fugi, marsze i symfonie na bajki! Uczyniła bohaterami bajek utwory statecznych panów – Vivaldiego, Ravela, Mozarta, Bacha, Czajkowskiego, Griega, Bizeta, Beethovena, Verdiego, Saint-Saënsa, Gershwina i Chopina. Dwunastu genialnych muzyków spotkało się na stronach jednej książki. Dwanaście utworów, które zna każdy. Nieprawda? Prawda! Też nie zdawałam sobie z tego sprawy. Nie jestem znawczynią muzyki poważnej. Słyszałam oczywiście o Szopenie, kojarzę dźwięki marsza Mendelssohna, umiem zanucić fragmenty z „Czterech pór roku” no i kiedyś słuchałam Vanessy Mae. Ale jeśli ktoś miałby mnie egzaminować z librett znanych oper albo nazwisk kompozytorów albo ich przynależności do epoki, to poległabym na pytaniu o imię. Może nie moje, ale już Gershwina czy Bizeta to na pewno. Więc zdawało mi się, że utwory, o których mowa w tych 12 bajkach będę słyszeć pierwszy raz. Tymczasem…
Ale od początku! Na początku jest „Wiosna”. I Teodozja, która ma wrażliwe ucho. I to ucho jest odstające. I to ucho ucieka jej nocami na dwór, żeby słuchać gadania ptaków. Choć mama usilnie stara się je przyklejać do głowy Teo, żeby tak nie odstawało. A ono tak się napręża, tak się gimnastykuje, aż uwalnia się od Super Mocnego Plastra i… hop! siup! przez okno! Słuchać, słuchać, słuchać! Ale przed świtem wraca do głowy Teodozji, napełnione trelami, piskami, ćwierkaniem i darowuje to wszystko Teodozji, która po przebudzeniu pamięta każdy dźwięk. No i my włączamy tę „Wiosnę” sobie i słuchamy. I jest dokładnie tak, jak to opisuje Justyna Bednarek! Wszystko to, co w „Wiośnie” na papierze, to też u Vivaldiego. Niesamowite! Jak ona to zrobiła? Jak jej się udało tak sprytnie na bajkę zamienić muzykę klasyczną? Ale dalej jest lepiej i lepiej! Współczesne dzieci, które łączy miłość do dźwięków, pojawiają się na stronach tej książki i biorą udział w przygodach, zbudowanych z dźwięków najbardziej znanych melodii najbardziej znanych kompozytorów. Czy Bednarek ma jakiś program komputerowy, który pozwala zapis nutowy zmieniać w historie? Bo tak to właśnie czuję! Jakby dotknęła batutą nut, a one się w szeregi literek złożyły i opowiedziały dzieciom bajki. I dorosłym. Bo ja byłam równie zaczarowana, jak moje córka. A gdy te bajki już przeczytamy, to litery znów są muzyką, bo włączamy każdą po kolei melodię i słuchamy, porównujemy z treścią, zachwycamy się. Więc trwa tu nieustanna alchemia słowno-muzyczna. W jedną i w drugą stronę odprawiają się czary. A jeszcze okazuje się, że te wszystkie melodie znamy dobrze! Nie wiem gdzie je słyszałam, ale są we mnie, żongluję nutkami, nucę sobie, znam świetnie każdy kolejny dźwięk, wiem, co nastąpi. Ale wszystko słyszę teraz inaczej! Bo słyszę też historiami! I moja córka nasiąka tymi dźwiękami, łowi je swoimi nieodstającymi uszami, bierze do serca, zupełnie mimochodem edukuje się muzycznie. No a do tego ilustracje! Fenomenalne! Właściwie to oczywiste, skoro wziął się za nie jeden z najważniejszych, największych mistrzów ilustracji polskiej – Józef Wilkoń. Ale czuję, że Wilkoń tak dobrze słyszy muzykę! Słyszy ją wszystkim, nie tylko uszami, słyszy ją całym ciałem. I pędzlem!
To wszystko razem jest materiałem na lekturę obowiązkową, na klasykę. Tak pięknie skomponowane, że ja mogę tylko tańczyć i śpiewać. I grać na wszystkim, co pod ręką!














sobota, 16 lutego 2019

600. MUZYCZNY WEEKEND: SŁYSZYSZ TO?


KATARZYNA HUZAR-CZUB”
„GLISSANDO”
„ALIKWOTY”
„OSTINATO”
SERIA SONOSTWORY
MAŁE PWM
POLSKIE WYDAWNICTWO MUZYCZNE, KRAKÓW 2018
ILUSTROWAŁA GOSIA HERBA

Kim są sonostwory?
To takie małe stworzonka, których jest bardzo dużo wokół nas. Są trochę jak duchy, nie widać ich i nie wszyscy zdają sobie sprawę z ich istnienia. Ale z fonią nie mają problemów! Słychać je doskonale!
„Sono czyli dźwięk. To z dźwięków
nasz muzyczny ród powstaje.”
Do Krainy Sonostworów zapraszają Anna Pęcherzewska-Hadrych, która w ogóle tę krainę wymyśliła, Katarzyna Huzar-Czub, która ją opisała (świetny wiersz, doskonały rytm i rym, piękna polszczyzna!) i Gosia Herba, która podjęła się trudnego zadania zilustrowania dźwięków. Nie muszę chyba mówić, że poradziła sobie doskonale (nie byłaby Gosią Herbą, gdyby jej nie wyszło!). Zresztą ta seria otrzymała od Polskiej Sekcji IBBY nominację graficzną w konkursie Książka Roku.
My też twierdzimy, że te książki są doskonałe! Ale dla nas są piękne od A do Z. Nie tylko graficznie i językowo. Bo są dopracowane, jeśli chodzi o skład, papier, czcionkę (pomysł, żeby dialogów nie dzielić w tradycyjny sposób, myślnikami, a kolorami, mnie urzekł). To takie książki, które z wielką chęcią się głaszcze, przytula, dotyka. Piękne przedmioty po prostu.
Ale jak z treścią? Nadąża za tym całym pięknem i doskonałością? Pewnie! Bo treść jest ważna, ale nienudna (jakoś tak ważne kojarzy się z nudne…). Wierszem tłumaczyć muzyczne pojęcia? To mogło się udać tylko profesjonalistom, więc Polskie Towarzystwo Muzyczne było najodpowiedniejsze by podjąć się tego karkołomnego zadania. Czy po lekturze wiemy już co to jest Glissando, Alikwoty, Ostninato? Tak, można nas odpytywać. Odpowiemy jednym tchem, bez mrugnięcia okiem, nawet obudzone w środku nocy, która tylko teoretycznie jest cicha i bezdźwięczna. A gdyby ktoś miał wątpliwości, to można zajrzeć do aplikacji mobilnych i zweryfikować swoją wiedzę na konkretnych przykładach (ileż my już mamy zapisanych w telefonie własnych kompozycji pt. Pies w mieście, Orkiestra, Instrumenty dęte, Wilk… Brakuje mi tylko możliwości wyeksportowania tych melodii jako mp3, żeby na przykład ustawić je sobie jako dzwonek na komórce).
Te książeczki mają w sobie jakiś urok i czar. Podejmują w sumie niełatwy temat. Bo zawiłe słowa z dziedziny muzyki, których nie można zapamiętać, nie kojarzą się raczej z książeczkami dla dzieci. A tu taka niespodzianka i taka miłość. I wzruszenie (pokażcie mi matkę, która nie wzruszy się przy zakończeniu „Ostinato”!). A to, co podoba mi się w tym całym projekcie najbardziej, to zwrócenie uwagi na to, że muzyka nas otacza, otula, obejmuje. Jest wszędzie! Że nie trzeba iść do filharmonii, żeby ją usłyszeć. Można usiąść na ławce w parku i wyłapać wszystkie glissanda i ostinata i cieszyć się nimi jak najlepszym koncertem.
My już wiemy, że istnieją sonostwory. Z radością wywołujemy je z garnków (uderzając w nie drewnianą łyżką) i z butów, otrzepywanych ze śniegu w progu domu; łowimy je w śpiewie ptaków i w dzwonkach tramwajów (och, jakie piękne to alikwoty, gdy kilka naraz postanowi zadźwięczeć!) Albo przykładamy sobie uszy do klatek piersiowych i słuchamy bicia serca (zupełnie tak, jak Sonia przytulała się do mamy, żeby usłyszeć Ostinato!). W sercach po prostu nam gra muzyka.















piątek, 15 lutego 2019

599. WZORCE RODZICIELSKIE


SCENARIUSZ I RYSUNKI BENJAMIN RENNER
„WIELKI ZŁY LIS”
(TŁ. KRZYSZTOF UMIŃSKI)
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2018
SERIA KRÓTKIE GATKI

Lis jest głodny. Lis na co dzień je rzepę. Lis marzy o tłustej kurce…. Śni mu się ta kurka po nocach. Więc raz po raz próbuje szczęścia i zagląda do kurnika na pobliskiej farmie. Jest przecież Wielkim Złym Lisem. Tylko, że na tej farmie nikt tak nie uważa (właściwie to w ogóle nikt tak nie uważa...). Pies pilnujący od razu na wejściu daje mu miotłę i mówi, że sam po sobie posprząta tym razem, a Kura daje mu niezły wycisk wielką sztachetą od płotu. Na koniec Królik ze Świnką wręczają mu koszyk z rzepą – jak zwykle odłożyli dla niego trochę warzyw… Lis jest u kresu wytrzymałości. Na diecie wegetariańskiej nie pociągnie już długo. Pewnie zwariuje. Do tego jego miłość własna wycieka my przez puszysty ogon. Jest Wielkim Złym Lisem, ale wie o tym tylko on jeden. Dlaczego? Pewnego dnia Lis spotyka w lesie Wilka. O, ten to jest typ spod ciemnej gwiazdy. Wystarczy, że spojrzy, a ptactwo mdleje i samo wpada mu w łapy. On to pożyje, one to się naje! Ale Wilk też ma problem, bo znudziły mu się wróble i leśne gryzonie. A gdy tylko zbliża się do farmy, Pies pilnujący zaraz łapie za strzelbę… Wilk też zjadłby wielką tłustą kurę… Pojawia się więc pomysł. No bo Wilk nie może się zbliżyć do kurnika, ale Lis owszem. Nikt go tam nie traktuje poważnie. Więc gdyby tak to Lis przyniósł Wilkowi kurę? No może nie kurę, bo z Kurą sobie oczywiście nie poradzi, ale gdyby tak… jajka? Potem wystarczy je wysiedzieć (oczywiście zrobi to Lis, Wielki Zły Lis… bez godności…), urodzą się kurczaki, trochę podrosną i… ale będzie wyżerka! W oczach Lisa zamiast dolarów ukazuje się soczysta kurza nóżka… Deal? Deal!
No to Lis idzie. No to Lisowi nawet się udało. No to Lis zaczyna wysiadywać jajka…
Okazuje się, że teoria teorią, a w praktyce pojawia się coś, czego Wielki Zły Wilk nie przewidział – czynnik uczuciowy...
Jak ja się zakochałam w tym lisie, no! Jak ją się go wcale nie bałam, choć on tak bardzo chciał, żebym ja się bała! Jak ja się śmiałam z jego przygód! Jak poczułam wielką z nim więź! Wiedziałam doskonale jak skończy się ta historia, że miłością, że odwagą, że siłą… To komiks, który owszem, rozśmiesza, bo dowcipkuje sobie z lekkością i ze smakiem, ale to też komiks o Bardzo Poważnych Sprawach. O miłości rodzicielskiej. O tym, że dzieci nas czasem tak wkurzają, że mamy ochotę je zeżreć na kolację i popić wyśmienitym Chianti, ale są przecież taaaaakie cudowne, takie nasze… A jak zaśpiewają piosenkę, albo powiedzą wierszyk, albo jak narysują laurkę… Wiosna w środku zimy i roztopy serca. No i to odbicie nas samych w ich oczach… Ten podziw, ta duma wielka, to, jak stajemy się dla nich całym światem, nasze słowa są święte i nothing else matters… Plus tysiąc do poczucia własnej wartości…. I od razu chce się toto chronić przed całym złem tego świata, chce się to nauczać, nieba mu przychylić, dać wszystko, co najlepsze, bawić się nawet w głupie zabawy, spełniać każdą zachciankę, a nade wszystko tulić do siebie… Natura sprytna jest bardzo, podstępnie sprytna rzekłabym…
I czy dziwnie będą na mnie patrzeć inni rodzice, gdy powiem, że swoje wzorce rodzicielskie czerpię z komiksów i chcę być takim rodzicem jak Wielki Zły Lis? Nawet gdyby, to nie będę się tym przejmować, bo moje dziecko też się uśmiecha, gdy mu czytam o trzech Kurczakach, które są przekonane, że są Wielkimi Złymi Lisami. Ot, siła miłości.









czwartek, 14 lutego 2019

598. SŁOWO NA S


KATHERINA VON DER GATHEN
„OPOWIEDZ MI! DZIECI PYTAJĄ O SPRAWY INTYMNE”
(TŁ. ANNA MAGDZIARZ)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA ANKE KUHL

No dobra. Są serduszka, czekoladki, szampan, trzymanie się za ręce, listy w pachnących kopertach, słodko wyglądające maskotki, spacery, wspólne wyjście do kina albo na kolację. Cały ten miłosny rozgardiasz, który pokazują w komediach romantycznych i o którym bardzo łatwo mówić. Ale jest też TO. Ta mroczna, ciemna strona, schowana pod kołdrą, słowa nie potrafią TEGO opisać i w ogóle po co o TYM mówić. No miłe jest, to prawda, ale żeby zaraz wyciągać to na światło dzienne? Żeby przenosić z sypialni do pokoju dziecięcego? Po co? Dlaczego? Jak w ogóle? Się nie da przecież…
Się da! - zapewnia Katharina von der Gathen, edukatorka seksualna. Wtóruje jej Wydawnictwo Dwie Siostry, zapewniając, że dużo rozmawiali między sobą, że dyskutowali o tłumaczeniu (brawo Anna Magdrziarz, dałaś mi do ręki oręż słów!), że konsultowali z Autorką TEN temat i że troszkę przerobili go na polską modłę. I jest – podręcznik, który powinien być w każdym domu pod ręką. Na jej wyciągnięcie. W zasięgu.
Katharina von der Gathen jeździ po niemieckich szkołach podstawowych z wykładami o ciele, o dojrzewaniu, o seksualności. Jeździ ze skrzyneczką. A do niej uczniowie mogą wrzucać karteczki ze swoimi pytaniami dotyczącymi seksualności. Oczywiście anonimowo. I Katharina na nie odpowiada. A teraz pozbierała te karteczki i z pomocą dowcipnej ilustratorki ułożyła w książkę. W książkę o seksie. To nie jest książka o tym, co powinno się wiedzieć na ten temat. To książka o tym, co dzieci chciałyby wiedzieć na ten temat. To wielka różnica. Bo dorośli, zamknięci w swojej dorosłej bańce, przez którą ich dzieci wyglądają zawsze na mniejsze niż w rzeczywistości, mogą nie dostrzegać, że TO już się zaczęło, że chłopcy porównują długość penisów, a dziewczynki oglądają swoje pochwy z pomocą lusterka. Jeśli to ten moment, jeśli to dopiero ten początek, to mamy niepowtarzalną szansę, żeby przekazać dziecku to, co chcielibyśmy żeby wiedziało. A chcielibyśmy, żeby wiedziało rzetelnie, delikatnie, mądrze. Tak właśnie mówi o seksie von der Gathen. Takie odpowiedzi wkuwam ja, żeby kiedyś przekazać je mojej córce.
Są tu pytania konwencjonalne, które nurtują dzieci i nastolatki od pokoleń: „Czy wszystkie siusiaki są takie same?”, „Co to jest wytrysk?”, „Dlaczego kobiety mają miesiączkę?”, „Co to jest masturbacja?”. Ale są też pytania, które mnie zaskoczyły i które dają też do myślenia – nasze dzieci żyją w świecie, w którym otacza je seks i trzeba jak najszybciej naprowadzić ich mózgi na dobre o tym seksie myślenie: „Co to jest cyberseks?”, „Co się robi w sex-shopie?”, „Czy to wstyd uprawiać seks?”, „Czy dziecko może być gejem?”, „Jak uprawia seks kobieta z kobietą, a jak mężczyzna z mężczyzną?”, „Czy można uprawiać seks pod wodą?”, „Czy można uprawiać seks pupą albo uchem?”. Przyznam szczerze, że są tu też pytania bardzo kreatywne, na które ja również z chęcią poznałam odpowiedź: „Dlaczego na cipkę mówi się 'cipka', 'muszelka' albo 'pusia'”?, „Kto wymyślił słowo 'seks'?”, „Czy można się urodzić przez pupę?”, „Ilu ludzi uprawiało już seks?”.
Von der Gathen, odpowiadając na te wszystkie pytania, podkreśla zawsze, że każdy człowiek jest inny (a więc każdy członek, każde piersi i każda pochwa), że ludzie lubią różne rzeczy i każdego zadowala co innego, że seks to nie tylko poruszanie członkiem w pochwie, ale też głaskanie, dotykanie, całowanie, że seks zaczyna się w mózgu (najważniejszy organ płciowy!). Nie unika też bardzo ciężkich tematów – mówi o gwałcie, aborcji, molestowaniu seksualnym, utracie dziecka.
Wydawnictwo we wstępie zwraca uwagę, żeby najpierw rodzic przeczytał tę książkę sam, a dopiero potem dał ją (lub cytował) dziecku. Poruszane w niej tematy mogą być kontrowersyjne, choć Autorka starała się wyjaśniać wszystkie wątpliwości bardzo rzeczowo, z wielu punktów widzenia.
Oczywiście, że jestem matką wyzwoloną, że żaden temat mi niestraszny, że będę mówić zawsze prawdę i tylko prawdę, że nic nie będę ukrywać przed swoim dzieckiem i że nie będzie w naszym domu tematów wstydliwych i pytań, które nie powinny paść. Ale dobrze mi to mówić teraz, gdy mam sześciolatkę niezainteresowaną tematami intymnymi. Co będzie potem? Kiedy wystrzeli we mnie pytaniem jak z armaty? Dlatego się zbroję. I zasieki robię z takich książek. O seksie. Mądrych. Napisanych z ogromnym wyczuciem, z poszanowaniem człowieka, bez ściemy. Na razie ja się edukuję w temacie: jak mówić o seksie. I znam już na przykład odpowiedź na pytanie: „Czy seks jest naprawdę taki ważny?”.