Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

środa, 30 lipca 2014

205.KOLOROWA PRYWATKA

MAGALI BARDOS
„LICZĘ DO 100”
BABARYBA, WARSZAWA 2014
IKUSTROWAŁA MAGALI BARDOS

[Babaryba stawia na dwa końce kija – z jednej są ukochane książki z dzieciństwa, z drugiej premiery, które wprawiają w zdumienie]

Na początku był strach. Otworzyłam tę książkę i szybko zamknęłam. Przeraziłam się bogactwa kolorów, a właściwie ich przepychu. Ale zaraz potem zobaczyłam, że one się nie gryzą, że mają po prostu świetną zabawę. Że tak być musi, bo inaczej mogłoby być nudno. Że to specjalnie, bo matematyka ma się kojarzyć z lekkością, pomysłowością, z harcami i hasaniem, ze swawolą, z czymś, do czego chce się wracać – obracać na języku, w placach i w głowie.
Majka do misiów wraca cały czas. Ogląda je wolno, albo szybko. Liczy albo nie. Czasem dodaje, a czasem kartkuje od tyłu i wtedy jest odejmowanie. Misie hipnotyzują. Są nieco szalone, delikatnie surrealistyczne. I taką też mają fabułę – mglistą, szaleńczą, ale istniejącą – bo jest las, w lesie mieszkają misie, które uciekają przez myśliwymi, którzy chcą je upolować... Jest zemsta, gdy misie wkradają się na przyjęcie i ucieczka-wycieczka do ciepłych krajów. A po drodze jeszcze jakiś list gończy za misiami. Trzeba szybko liczyć, żeby za rozwojem akcji nadążyć – ale najważniejsze, że wszystko kończy się dobrze. Zgodą. I okrągłą setką.
To niby zwykła książeczka z liczbami. Ot, - jeden las, dwie góry, misiów sześć. Nic nadzwyczajnego, normalka. Ale...
To nie tylko kolory – intensywne i zwracające uwagę. To liczby. A liczb jest 100 – od 1 do samego końca. Zazwyczaj spotyka się w tego typu książkach nieszczęsne, wałkowane po tysiąckroć 10. Owszem – to pierwsze i na początku, to te, od których się zaczyna, to alfabet liczbowy i niezachwianie fundamenty. Jasne, że uczę Majkę liczenia od 1 do 10. Że cieszy mnie ta reprezentacja (choć zawsze, niezmiennie, jej recytacja zaczyna się od dwóch i pomija siódemkę). Ale warto pokazać Dziecku, że liczb jest wiele, że jest ich nieskończoność, że nie kończą się na małej, tekturowej książeczce z 10 ciastkami, albo krówkami, albo palcami, albo co tam jeszcze. Że jest ich znacznie więcej, ogrom cały, na wielkich rozmiarów knigę (o genialnym, lekko chropowatym papierze, mrrrr....). Że zawsze po 10 jest 11, a po 90 jest 91. Wiem, że ktoś może mieć obawy, że aż 100 liczb nie pomieści się w małej głowie, że mała głowa od tego pęknie – nie pęknie, sprawdzone, Majka ma głowę tam gdzie zawsze, choć po miśki sięga często. Może w tej chwili niekoniecznie po to, po co zostały stworzone, choć czasem nachodzi ją chętka, by liczyć. Ale widzi, że 6 to mniej niż 66, a po to jest ta książka.
I jeszcze po to, żeby zasugerować, że liczby są wszędzie, że nas otaczają, że liczyć można wszystko – rodzynki w cieście, guziki przy koszulach, drzewa w lesie, a nawet sam las. Że świat utkany jest w pewnym sensie z matematyki, że we wszystkim kryją się wzory. Czasem są nieoczywiste, na pierwszy rzut oka niewidoczne. Ale potem okazuje się, że w Sylwestrze ukryło się 31, najważniejsze piętro w bloku to 15, a droga układa się w liczbę 25. Genialny pomysł! Coś co mi-się podoba w misiowej książce najbardziej!
A kolorami, plamami barwnymi, ta książka pokazuje, że wszędobylska matma jest naprawdę fajna, że warto wpaść do niej na prywatkę, policzyć misie, dodać je do myśliwych i zjeść ciasta, zatańczyć z nią, zaśpiewać, jak z nut wyrecytować - „1 las, 2 góry... miodek 5 razy dziennie i najważniejsze 6 misiów!”












[Dziękujemy wydawnictwu Babaryba za możliwość powymachiwania własnym kijkiem]

poniedziałek, 28 lipca 2014

205.FOTO STORY. STORY SEVEN – FESTIWAL IDEALNY, CZYLI CZEGO POTRZEBA BY DOBRZE SIĘ BAWIĆ.

To jeden z festiwali, na które zaczynamy czekać już w chwili, gdy się kończy. Gdy planujemy lato, jego termin zapisujemy jako pierwszy.
Globaltica.
To niesamowite wydarzenie – nie tylko muzycznie. Muzyka jest ważna, oczywiście, to w końcu festiwal kultur świata. Pamiętam, jak kilka lat temu prowadzący, Wojciech Ossowski, pytał publiczność o któryś z zespołów - „Znacie? Nie? Nic dziwnego, bo zapraszamy tu zespoły z całego świata, o których jest głośno, ale niekoniecznie u nas”. I tak jest – jedziemy tam po inspiracje muzyczne. Nie musimy wiedzieć, kto gra, nie musimy sprawdzać dyskografii i uczyć się słów piosenek na pamięć – dajemy się zaskoczyć, dajemy się zauroczyć, dajemy się ponieść. To uczta muzyczna na wysokim poziomie, ale nie to jest najważniejsze.
Najważniejszy jest klimat, nastrój, atmosfera. Najważniejsze jest to, że mogę zabrać ze sobą Dziecko bez strachu o to, co tam zobaczy.
Żeby dobrze się bawić, potrzeba koca, który rozkładamy na trawie, na którym mogą leżeć zabawki, ubrania z długim rękawem na wieczór i aparat.
Żeby dobrze się bawić, potrzeba miejsca, w którym Majka może rysować, przyklejać pomarańczowe łapki na wielki banner, gdzie może robić bańki większe od siebie, jeśli tylko będzie dobra na bańki pogoda i gdzie możemy upleść sobie wianki z traw, trzciny, kwiatów i owoców jarzębiny.
Żeby dobrze się bawić, potrzeba stoiska Atelier Smaku, w którym kupujemy wegański chleb ze smalcem i najpyszniejszy, najkwaśniejszy bigos z chlebem gryczanym. I stoisko, na którym kusi kilkanaście rodzajów yerba mate i naturalne soki.
Majka była tam po raz pierwszy (nie licząc tego razu w brzuchu) – była zachwycona! Ogrom ludzi, ogrom emocji, instrumenty na żywo (wielka trąba, do której pewnie by się zmieściła) i to, że mogła leżeć na kocu do północy.

Teraz uczy się wymawiać „Globaltica” i pewnie też czeka na przyszły rok.









wtorek, 22 lipca 2014

204.ZABAW-KI 3. POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI

Dawno, dawno temu, kiedy miałam tyle lat, co Majka, kiedy jeszcze nie było facebooka, kiedy nawet komputera jeszcze nie było, słowo „kreatywność” miało zupełnie inny wymiar, niż dziś. Dziś kreatywność wspierana jest na każdym kroku, jeśli chcesz zbudować garaż dla samochodów, niby wystarczy kilka rolek po papierze toaletowym, ale na sklepowej półce jest super wspaniały klej, który pomoże te rolki skleić. Jeśli chcesz uszyć maskotkę, wystarczy kilka skrawków materiału i zwykła nitka, ale z pomocą, w miejsce zwykłych guzików, spieszą nam gotowe zestawy oczu, które z tęsknotą spoglądają z półki oznaczonej „craft” w sklepie papierniczym.
Kiedyś trzeba było tworzyć z tego, co było pod ręką. A pod ręką były na przykład kukurydziane chrupki. Paczka chrupek nie była tylko przekąską, była opakowaniem, w której zamknięte były możliwości. Wystarczyło zwilżyć językiem końcówkę chrupka i skleić ją z następnym – i już można było brać udział w zawodach na najdłuższego węża chrupkowego. Po latach skonfrontowałam wspomnienie chrupkowych konstrukcji z moim Mężem – też robił, phi, no jasne.
Czy to możliwe, że twórca PlayMais miał takie same doświadczenia? Że był najlepszym zawodnikiem w konkursie na sklejanie chrupków? Że któregoś dnia ulepił z nich kota i zapamiętał to na przyszłość – że tak można? A potem spojrzał na dzisiejsze dzieci i postanowił dać im to, co pamiętał sprzed kilkudziesięciu lat? Jakiś rodzaj satysfakcji? I długie minuty lepienia z kukurydzianej mąki? Czy pamiętał ten dreszczyk emocji – kto zwycięży? Czy skonfrontował siebie dawnego z sobą dzisiejszym, nastawionym na marketing i stwierdził, że dziś to nie wystarczy, że trzeba czegoś więcej? A potem dodał przepiękne, intensywne, żywe kolory, plastikowy nożyk i instrukcję ze swoimi ulubionymi wzorami, które mogą stać się inspiracją?
Majka, gdy rozpakowała pudełko, wykrzyknęła „chrupki!” i musiałam ją przekonywać, że to klocki, że można z nich budować i lepić. Podobało jej się moczenie ściereczki, która jest dołączona do zestawu i dzięki której sklejają się elementy. Podobało jej się podrzucanie klocków-chrupek, podobała jej się ich różnorodność, i oczywiście krojenie. I wkładanie i wyjmowanie z pudełka. I kompletnie zafascynowana rozdzielała poszczególne klocki, z których ja starałam się coś stworzyć. Za pierwszym razem nie budowała – burzyła. Ale kątem oka mnie obserwowała. Dziś znów przyniosła PlayMais i starała się sklejać klocki sama. No i oczywiście kroiła (niesamowite! Można pokroić klocki!).
Ja też wciągnęłam się totalnie. Zachwycona prostotą pomysłu (znów sprawdza się, że najważniejsze to pomysł właśnie), pochłonięta projektami, które powstawały mi w głowie, zanurzyłam się w przeszłości, w swoim własnym dzieciństwie. Jedną nogą stojąc tam, a drugą tu, kleiłam domek, lalkę i pieska. Nie szłam na skróty (czytaj lizanie klocków), dzielnie używałam ściereczki. Ale mogłabym, bo klocki są ze skrobii kukurydzianej, wody i barwników spożywczych – są naturalne i w 100% biodegradowalne. Oczywiście na opakowaniu widnieje informacja, że to produkt nie do spożycia, ale gdybym połknęła klocka (albo, co bardziej prawdopodobne, Majka) pewnie nic by się nie stało.

Nigdy nie sprawdziłam, co się dzieje z połączonymi chrupkami kukurydzianymi następnego dnia – zawsze się je zjadało parę chwil później. Wiem, co się dzieje z PlayMais – wysycha i można ją rozdzielić znów na pojedyncze klocki. Albo pokroić. Brilliantly simple!!!














PLAYMAIS W RÓŻNYCH ROZMIARACH I ZESTAWACH MOŻNA KUPIĆ W SKLEPIE KREATYWNEMALUCHY.PL


poniedziałek, 21 lipca 2014

203.SŁÓW PARĘ O TYM JAK TĘSKNIĆ (CZYLI KIDS WERE'NT HERE)

Książki leżały w równym rządku. Stół nie kleił się od loda, który odłożony do góry wafelkiem, zapomniany, roztopił się. Nie było nigdzie wysypanych z wielkiego kosza klocków. Ani razu nie potknęłam się o piłkę. Gdy wieczorem wchodziłam do łazienki, podłoga była sucha.
Nie byłam szczęśliwa...
Majka wyjechała na wakacje – nie było jej dwa tygodnie. Z Dziadkami zwiedzała świat. Dzwoniłam do niej co rano, co wieczór i jeszcze w środku dnia, z pracy. Nie zawsze chciała rozmawiać, bo czasem akurat miała do zrobienia coś znacznie ważniejszego – zjechać ze zjeżdżalni, pogłaskać kota, zjeść porzeczki prosto z krzaka, pobiegać z nowym kolegą dookoła ogrodu, porysować... Zawsze w tle słyszałam „Mama dzwoni”, ale nie zawsze przykładała ucho do słuchawki. Dobrze jej tam było – w świecie. Różnorodnie, bo Dziadek i Babcia mieli mnóstwo pomysłów. I czasu – dnie całe, tylko dla Niej. Parki, place zabaw, plaże nad jeziorem, ogród u znajomych i mini zoo. Z rękawa sypały się atrakcje. Pewnie tęskniła, bo gdy wróciła przywarłyśmy do siebie. Pewnie tęskniła, bo dzień przed powrotem do domu dopytywała, czy na pewno „jedziemy do mamy”. Pewnie tęskniła, ale dwa tygodnie (z przerwą na nasze u Niej odwiedziny) się nie widziałyśmy.
„Jeśli każdego dnia jesteśmy wciąż razem, nie poznamy nigdy radości powrotu” („Nie przydeptuj małych skrzydeł” K. Wnęk-Joniec). Owszem, wiem, że to dla zdrowia psychicznego, że powinno się. Wiem, ale nie było jej. Mieliśmy wielkie plany – kino, teatr, zaległe filmy, lektury, sprzątanie, mały remont Naszej sypialni. A skończyło się na odsypianiu wszystkich sennych zaległości, mini-parapetówie u przyjaciele, wizycie w wielkim niebiesko-żółtym sklepie meblowym i zmianie wystroju pokoju Majki... I tej dojmującej tęsknocie. Nie gryzła mnie cały czas. Dawała odetchnąć. Ale czasem wpijała się w łydkę, że nie mogłam zrobić kroku. Albo w oko i ciekły łzy, niby bez powodu, albo że ta cebula...
Wróciła...
Na podłodze całe mnóstwo kredek. Przez pól pokoju biegnie bohomaz, zrobiony mazakiem. Gdzieś rozsypały się chrupki i jeszcze nikt nie zdążył pozbierać. Na balkonie leży niedojedzona bułka, bo Majka jedząc ją, przypomniała sobie, że jeszcze dziś nie czytała „Bobo” i musi nadrobić to w tej sekundzie – Dzieci przecież dopiero uczą się czekać...
Dobrze mi, choć denerwuje mnie, że znów nic nie leży na miejscu. Że przedmioty lewitują, że zawsze coś się gubi, a potem znajduje w innym miejscu, że czasem stopą wdepnę w niezidentyfikowaną maź, rozsmarowaną na parkiecie. Ale wtedy wiem, że jest Ona. Że nawet jeśli jestem w innym pokoju, niż Ona, to usłyszę jej śmiech. Że nic mnie nie ominie, żadne jej słowo, czy gest, nic, co robi po raz pierwszy, czego się właśnie nauczyła.
Spokojnie mi.
Ostatnio, przeglądając stronę Kontakt Festiwalu, trafiłam na piękną akcję – Kids were here*.
Motto tego przedsięwzięcia to słowa Jude Wood:
„W tej chwili można bardzo łatwo popaść w frustrację z powodu bałaganu, który jest rezultatem życia z dziećmi. Ten zestaw (zdjęć) przypomina mi, jak szybko to wszystko minie. Przyjdzie dzień gdy zabawki wylądują w skrzynkach i nikt nie będzie się nimi bawił. Będę tęsknić za tym. Uświadamiam sobie aby zwolnić. Nie stresować się tym. Moje szczęście nie zależy od tego, że wszystko jest na swoim miejscu, a dom jest czysty i uporządkowany.
Pewnego dnia będziemy mieć wspaniałe wspomnienia. Dowody zapisane w naszych sercach i umysłach naszych dzieci. Fotografie, które przeniosą nas z powrotem do tych samych dni, kiedy nasze dzieci były tutaj.”
Projekt to zdjęcia 30 fotografów, którzy każdego miesiąca, robią zdjęcia miejsc, w których przed chwilą, albo przed godziną, były Dzieci – te wszystkie kalosze, naklejki, zabawki, rozlane napoje... Szukają w tym wspomnień, piękna i zapewnienia, że bałagan może być twórczy i że może szybciej zabić Ci serce na widok gumowej kaczuszki – jeśli tylko ta gumowa kaczuszka ma na piórkach ślady palców Twojego Dziecka...

[moje dzisiejsze Kids were here]



*polska wersja akcji - na dużo mniejszą skalę, ale też chwyta za serce

czwartek, 17 lipca 2014

202.PREMIERA CHOĆ NIE PRA

TOMASZ TROJANOWSKI
„KOCIE HISTORIE”
BIBLIOTEKA AKUSTYCZNA, WARSZAWA 2014
CZYTA JAROSŁAW BOBEREK

[Im bardziej jesteś zajęty, tym więcej masz czasu na Bibliotekę Akustyczną]

Oni już się kiedy przedstawiali. Już mówili, że ich imiona to Zofia, Herman i Gienek. Już z lubością prezentowali swoje lśniące futerka, ulubione zajęcia (jedzenie, skakanie po pianinie, leżenie na kaloryferze, jedzenie, obserwowanie lodówki, patrzenie przez okno, wdrapywanie się na drzewa, czy już wspomniałam o jedzeniu?) i nietypowych, jak na koty przyjaciół (kilku chłopaków z sąsiedztwa – też koty, tabun królików i niejeden pies). Bo Zofia, Herman i Gienio to koty. Koty niby zwyczajne, bo futrzaste, jak każde, bo jak każde mają swoje humory, bo jak każde wolą ciepło niż zimno i nie lubią się kąpać i jak każde inne usłyszą nawet z drugiego końca miasta, dźwięk otwieranej lodówki. Zofia jest czarno-biała, Herman jak węgielek, a Gienio jest rudy i najmłodszy. Ale są też niezwyczajne, bo umieją mówić, więcej umieją rozmawiać i prowadzą ze swoim właścicielem, Dużym ożywione dyskusje, a czasem nawet spory. Bo to nie są koty uległe – każde z nich to urodzony indywidualista, chadzający tylko i wyłącznie własnymi drogami (z których większość prowadzi obok lodówki) i mają milion pomysłów na minutę. Trochę przypominają dzieci – są psotne, nie do końca rozumieją otaczający je świat, albo rozumieją po swojemu, mają nieprzebrane pokłady wyobraźni, bywają nieposłuszne i trzeba mieć do nich trzynaście kilo cierpliwości. Ale są najukochańszymi istotami na świecie i mimo że Duży czasem się na nie złości, to bez nich nie wyobraża sobie świata. A świat z nimi jest zwariowany i kręci się pięć razy szybciej – bo potrafią zrobić bal dla kolegów nie informując o tym Dużego zawczasu, bo potrafią przygotować przedstawienie o lodówce (a tak naprawdę o czymś zupełnie innym), bo potrafią w deszczowy dzień popłynąć na pianinie do Anglii w nadziei, że tam nie pada, bo potrafią nawet polecieć w kosmos, albo wystartować w powietrze wanną, jak samolotem. I są najlepszymi opiekunkami do dzieci – szczególnie Zofia. W drugiej części do stadka kotów, dołącza bowiem Julka – córeczka Dużego, która razem z kotami wspina się na drzewa, razem z kotami śpi i je i wymyśla niezgorsze psoty. Tylko z Julką można pójść do „szeczkola” na wyścigi kotów, albo po wigilijnej wieczerzy na poszukiwanie Mikołaja, a już na pewno tylko z Julką można zaliczyć dziecięce urodziny – te domowe i te w restauracji w centrum handlowym, w którym na koty czyhają zakupowe kosze-pułapki.
Dziś miała miejsce premiera audiobooka, na którym zebrano trzy zbiorki kocich historii („Kocie historie”' „Julka o koty” i „Kocie historie: nowe przygody”). Wszystkie razem, grzecznie czekające na jednej płycie CD, poukładane chronologicznie, ale nie nudne, skrzące się humorem, czasem absurdalne, a czasem tylko zwyczajnie śmieszne. A co najważniejsze – świetnie zinterpretowane przez Jarosława Boberka. Gdzieś ostatnio przeczytałam komentarz jakiegoś internauty (nawet nie pamiętam, czego dotyczył), że strach otworzyć lodówkę, bo zaraz wyskoczy z niej Boberek. A ja doceniam jego talent – bo niezaprzeczalnie jest w niego bardzo bogaty. Bawi się tekstem, swoim głosem, rezerwując dla każdego z bohaterów zupełnie inną barwę i akcent, bawi słuchaczy, angażuje się w to, co czyta po koniuszki włosów. Być może ma na to wpływ fakt, że jest wujkiem Jarkiem, który nawet występuje w jednej z historyjek, że zna wszystkie trzy koty i Julkę, bo jest przyjacielem Dużego. I może on zdradziłby prawdę – czy koty naprawdę latały wanną? Bo autor mówi, że oczywiście, ale puszcza przy tym małe, dyskretne oczko...


[Dziękujemy Bibliotece Akustycznej, za to, że popieściła nasze uszy]

środa, 16 lipca 2014

201.DLACZEGO PŁACZĘ W TRAMWAJU?

Jadę porannym tramwajem do pracy. Łzy kapią mi na drżące dłonie. Zasłaniam się książką, ale i tak widać. A ja nie potrafię się powstrzymać i cieszę się, że tramwaj prawie pusty, bo wysiadam na pętli, na ostatnim przystanku, mogę płakać w spokoju, myśleć w spokoju o tym, co właśnie przeczytałam.
Pewna pani psycholog przypomniała mi niedawno o tej książce. Znałam ją wcześniej, przeglądałam, ale to było na początku ciąży, gdy jeszcze czekałam na Majkę i wcale nie wiedziałam, jak to jest być Mamą. Tylko sobie wyobrażałam, a to trochę tak, jakbym opisywała komuś smak czekolady, komuś, kto nigdy jej nie jadł. Mogłam sobie myśleć, jaką matką chcę być, a jaką na pewno nie, komentować w duchu poczynania innych rodziców, te które wydawały mi się nie do zaakceptowania – wydawało mi się, że mój rosnący brzuch daje mi do tego prawo. Nie dawał i dopiero z perspektywy czasu to rozumiem – to złudne poczucie wyższości, gdy w rzeczywistości byłam malutka i strasznie głupia.
Teraz, po raz pierwszy, czytam ją będąc Rodzicem*.
I wszystko, co czytam jest takie oczywiste, takie jasne, wszystko to wiem i ze wszystkim się zgadzam, ale ma wielką, wielką moc rażenia, bo napisane jest w specyficzny sposób – jakby to Dziecko do nas mówiło… Wyobrażam sobie moją Majkę, która staje przy mnie, sięgając mi jeszcze gdzieś poniżej pasa i mówi: „Nie każ mi stawać się na Twoje podobieństwo. Pozwól mi być różnym od ciebie” [s.38], albo „Proszę mów o mnie – świadomy słów, które wypowiadasz.” [s.29], albo „Chcesz, żebym był posłuszny, grzeczny, idealny… A ja muszę próbować. Muszę doświadczać, by istnieć.” [s.45] i o tych skrzydłach, żeby nie deptać…
To książka-poradnik, ale pisany z perspektywy Dziecka, czyta się inaczej. Nie daje recept, nie daje chyba nawet rad. Daje sygnały, a czy je usłyszymy, zależy od nas.
Jest sygnał o tym, żeby nie wyręczać Dziecka, a stać obok, o tym, żeby nauczyć go prosić, o tym, żeby nie narzucać mu swojej wizji świata, żeby miało szansę samo się go nauczyć, o tym dyskretnym byciu obok, nie zamiast dziecka, o tym, żeby nauczyć go prosić, o tym, że trzeba pozwolić mu na złość, na płacz, że trzeba być mądrym w wychowaniu, że słowa Rodzica mają wielką moc sprawczą… Przypomina mi się książka Kathryn Stockett „Służące” i postać Aibileen, czarnej służącej, piastunki kilkuletniej May Mobly – kobieta co dzień rano powtarza swojej podopiecznej: „jesteś mądra, jesteś dobra, jesteś ważna”, bo wie, że w ten sposób buduje w Dziecku poczucie własnej wartości, że słowa to nie płynące po niebie chmury, które giną, gnane wiatrem, że to dar, który zapada głęboko w serce.
Z takich właśnie słów jest ta książka – z tych ważnych…
Gdy ją przeczytałam, w głowie zakiełkowało mi naraz tysiąc, milion myśli. O tym, co chcę poprawić, jaka chcę być, o tym, jak łatwo jest zranić Dziecko, pomimo że kocha się je nad wyraz, na życie, nie do opisania**. Ale uciszyłam to krzyczące do mnie stado i dałam głos tej najważniejszej: żebym ZAWSZE potrafiła zrównać swój wzrost ze wzrostem, mojego Dziecka, popatrzyła Mu w oczy i POSŁUCHAŁA co mówi. To powinno wystarczyć…




*przeczytałam ją dziś trzy razy pod rząd: jeden trochę w zdumieniu, trochę z sentymentem, z ogromną dawką miłości i rzeką łez niepowstrzymanych; drugi z ołówkiem w ręku, zakreślając o ważniejsze słowa, dla mnie ważne, do mnie mówiące; trzeci, już ze spokojem większym, co nie znaczy, że bezrefleksyjnie.
** podtytuł to „o niezamierzonych zranieniach”

piątek, 4 lipca 2014

200.ZABAW-KI 2. OWOC CZYLI ODCZEP SIĘ RZEPIE

Pewien sklep w kolorach yellow-blue (zresztą wydaję tam zawsze stanowczo za dużo pieniędzy), ma strefie dziecięcej dział „naśladowanie dorosłych”. Małe naczynka, małe kuchenki, czasem jakiś strój, który kojarzy się z „kim będziesz jak dorośniesz”. Taki dział istnieje nie bez przyczyny.
Świat Dzieci składa się z zabawy i pewnie wydaje im się, że codzienne czynności, które wykonują rodzice, to ich wersja zabawy. Pranie, prasowanie, ścieranie kurzu, mycie okien, gotowanie (nade wszystko!), to fascynujące czynności, w których Dziecko chce wziąć udział. Ostatnio Majka zrobiła mi rano awanturę – chciałam odkurzyć jeszcze przed wyjściem do pracy, śpieszyłam się niemiłosiernie, a ona tak bardzo chciała odkurzać – mama przecież tak dobrze się bawi, więc dlaczego ja nie mogę? Ponad to, rozczuleni dziecięcym wchodzeniem w rolę, miękniemy jak wosk, rozpływamy się, chwalimy, pocieszność zauważamy i tę poniekąd dorosłość, która współgra z niespełna dwuletnią dziewczynką, odkurzającą swój pokój. Duma, łezka wzruszenia w oku, rozbawienie. A Dzieci lubią być chwalone. Lubią też robić wszystko to, co mama i tata, bo dzięki temu czują się z nimi bardziej związane – naśladując ich, identyfikują się z nimi i zacieśniają jeszcze mocniej więzy.
Dlatego wykorzystywanie codziennych czynności w projektowaniu zabawek, zawsze się sprawdzi. I dlatego, że w takich zabawkach jest mnóstwo walorów edukacyjnych, upchanych w tym drewnie, w tej tekturze, czy nawet w plastikowym odkurzaczu. Bo wyrabia nawyk, bo oswaja.
Zabawka, którą dziś chcę pokazać oprócz tego, że jest edukacyjna (a jest – fenomenalnie ćwiczy małe rączki)* to jest jeszcze genialna w swej prostocie i po prostu ładna!
Drewniane owoce. Banan, jabłko, gruszka, pomarańcza i dwie truskawki. Sznurkowe ogonki. I deska do krojenia z małym nożykiem, przypominającym ten do smarowania masłem.
Właściwie to wszystko – tyle, że są jeszcze rzepy. A rzepy są pomiędzy jedną a drugą połową jabłka, czy gruszki – spinają owoc ze sobą – można więc go nożykiem rozdzielić, zajrzeć do środka, pestki pooglądać, a potem siup! - do blaszanej miski, gdzie wydają rumorowaty odgłos! I już jest sałatka i można zaprosić misia i lalkę na podwieczorek. Albo mamę i tatę – w zależności od humoru. Można też wziąć truskawkę na zieloną łyżkę i nosić ją po pokoju, uważając, żeby nie spadła – a jak spadnie – przyjemny odgłos uderzania drewna o drewno i nic się nie dzieje – truskawka przeżywa tysięczny upadek z łyżki, a wciąż jest jak nowa, niewgnieciona, apetyczna...
Ostatnio owockami bawiła się z Majką moją 70-letnia ciocia. Ciocia, która pamięta czasy, gdy nie było żadnych zabawek dla dzieci, ciocia, która dla swoje córki też musiała kombinować. Była zachwycona – doceniła pomysł, prostotę, to, jak nienachalnie ta zabawka uczy. I pokolenia łączy, bo ciocia oczywiście została zaproszona na sałatkę...













Owoce, niemieckiej firmy Beleduc można kupić w przepięknym sklepie Pikinini – zresztą tam też działy są poniekąd podzielone na typy „naśladowców” - kucharz, przyrodnik, podróżnik czy artysta.
Zawsze, gdy zawitam na tę stronę – przepadam na minimum godzinkę – tyle pięknych rzeczy, tyle inspiracji!!!


*Majka ma owoce od kilku dni, bawi się nimi codziennie, a ja oczy przecierem za zdumienia, jak szybko jej ręka się uczy, jak z dnia na dzień krojenie wychodzi coraz lepiej i już nie trzeba sobie pomagać ręcznym rozdzielaniem owoców, jak sałatka powstaje coraz szybciej, coraz sprawniej...