Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

czwartek, 30 kwietnia 2015

268. BEZ TEGO NIE MA KSIĄŻEK

JOANNA M. CHMIELEWSKA
„RĘCZNIKOWIEC”
WYDAWNICTWO BAJKA
ILUSTROWAŁA EMILIA DZIUBAK

W łazience, nad niebieskim ręcznikiem stoi pięć osób – mama, tata, Alek, Ola i Julka.
Tata kojarzy go z shar peiem, a Alek z przybyszem z kosmosu. Wszyscy zgadzają się, że jest ładny i że powinien tak zostać. „Nazwijmy go Ręcznikowiec” - pada propozycja i wszyscy się na nią zgadzają. Niepozorny ręcznik frotte starszej siostry, który spadł z wieszaka. Fałdy materiału ułożyły się w łapki, tułów i uszy. Ola musiała znaleźć sobie inny ręcznik, a łazienka stała się rezydencją Ręcznikowca. No niby nic takiego – śmieszny stwór w kolorze blue, który wywołuje uśmiech na twarzy, sympatyczny akcent rodzinny. Ale szybko okazuje się, że to, co właśnie zaczęło dziać się w łazience, nie do końca jest zwykłe. Młodzi chłopcy, którzy raczej nie dbali o porządek nagle zaczynają sprzątać brudne skarpetki, małe dziewczynki, które nie znoszą warzyw, zjadają całe tony marchewek, a starsze siostry nagle dostrzegają niedostrzegalne w niepozornym kuzynie kolegi. A koledzy ze szkoły, którym wpadają do głowy bardzo nieodpowiednie pomysły, nagle czerwienią się ze wstydu i przypominają sobie, co znaczy słowo „szacunek”.
A wszyscy bardzo chętnie czytają w wannie – znacznie chętniej, niż dotychczas. I myją się dwa razy dłużej…
„Ręcznikowiec pomagała nam testować naszych gości. Kto dostrzegał jego niezwykłość, okazywał się człowiekiem z wyobraźnią”. [s.48]
Bo to jest właśnie książka o tym, co w książkach jest najważniejsze, bez czego książki nie istnieją – o wyobraźni! Książka o potrzebie fantazji, która tkwi w każdym z nas, ale o której czasem się zapomina. Kiedyś zachwyciły mnie internetowe galerie, w których przedmioty codziennego użytku pokazywały twarze – zaskoczenie skrzynki pocztowej, zmrużone oczy okien na dachu domu czy szeroki uśmiech torebki. To poszukiwanie niezwykłości w codzienności, to otwieranie umysłu na ukryte, ćwiczenie wychodzenia poza ramy i schematy. Tak jest z Ręcznikowcem – jeśli się w niego uwierzy, świat staje się piękniejszy, a my stajemy się lepsi.

I gdyby nie ciocia, która przyjechała w odwiedziny kto wie, jakie jeszcze zmiany zaszłyby w rodzinnej łazience?





267. BEZ TEGO ANI RUSZ

STEFAN THEMERSON
„NARODZINY LITER”
WYDAWNICTWO WIDNOKRĄG, PIASECZNO 2014
ILUSTROWAŁA FRANCISZKA W. THEMERSON


Soboty zwykle zaczynają się od rytuału. Leżymy obok siebie – ja i ona. Moje oczy jeszcze nie widzą, sklejone snem, a ona już by chciała góry przenosić… Zazwyczaj krzyczy „Poczytaj mi!”, gdy ja jeszcze spod półprzymkniętych powiek, nie dostrzegam liter. „Poczytaj mi, poczytaj mi, poczytaj mi, no proszę, proszę, poczytaj mi” - dźwięk narastający, coraz bliżej ucha, coraz wyższe rejestry i błagalne tony w głosie, na granicy histerii czasem… W desperacji rzucam: „Chyba będę musiała nauczyć cię czytać, to sama będziesz sobie czytać w sobotnie matko-leniwe poranki!”. Sobotni rytuał ulega zmianie i modyfikacjom. W uszy sączy się teraz „Naucz mnie czytać, naucz mnie czytać, no proszę, proszę, naucz mnie czytać”.
Zaczynamy bieg przez literki, bieg z przeszkodami, uświadamiający nam, że zrozumieć fenomen pisma to niełatwa sprawa i że trzeba wielkiej determinacji, żeby nauczyć się czytać.
Potrzeba było tak samo wielkiej, żeby wymyślić litery.
To, co dziś przyjmujemy za pewnik, że B ma dwa brzuszki, H wygląda jak huśtawka, a T ma daszek, to praca wielu osób, wielu umysłów, wielu wizjonerów, z których każdy miał jedno pragnienie – porozumienia.
Historia zaczyna się od zwykłej Jadwisi i jej notesika w ceratowej oprawie i od Wicusia, jej brata, który swój notesik podarł. Wicuś idzie na zakupy i nie ma gdzie zapisać listy potrzebnych rzeczy – na chusteczce wiąże ku pamięci supełki. Ale pamięć jest zawodna i co prawda zostaje w niej znaczek pocztowy i papier listowy, ale ulatuje flaszeczka atramentu – mimo supełka.
Od takich supełków zaczyna się pismo, od tajemniczych wiązań, z których każde oznacza co innego. Potem są rysunki, ale wielość ich interpretacji może rodzić nieporozumienia. Dlatego od hieroglifu w kształcie sowy, mamy teraz literę M, a lew zamienił się magicznie w L.





STEFAN THEMERSON
„POCZTA”
WYDAWNICTWO WIDNOKRĄG, PIASECZNO 2014
ILUSTROWAŁA FRANCISZKA W. THEMERSON
W duchu porozumienia powstała też instytucja poczty. To mniej więcej ten sam kaliber rozwoju, co pismo, ten sam mozół, ogrom zmian, ta sama bezbrzeżna chęć – chęć, by przekazać informację. Najpierw ludzie krzyczeli do siebie z dwóch brzegów rzeki. Ale głos, nawet donośny, ma moc, poza którą jest tylko cisza. Jeden mógł powiedzieć drugiemu, tamten następnemu i kolejnemu, jak w głuchym telefonie. Tylko, czy na pewno ostatni usłyszy to, co powiedział pierwszy? Potem dawali znaki ogniem. Ale jak zanieść wiadomość w wielkim deszczu? W końcu ktoś wpadł na pomysł, że można coś napisać i wysłać umyślnego (jakie piękne słowo!), by zaniósł wiadomość do innego miasta, a potem dalej w świat. To był przełom (możliwy dzięki rozwojowi pisma) i trzeba było teraz tylko udoskonalić wehikuły, unowocześnić metody, skrócić czas przejazdu z punktu A do punktu B.
W 1932 roku, gdy książka się ukazała, najszybszy był radiotelegraf. Themersonom nie śniło się zapewne, że czerwone skrzynki zastąpią kiedyś skrzynki wirtualne, że szelest papieru będzie wydłużał kontakt, że na rzecz prędkości, porzuci się jakość.
Nie warto…
Majka ma kuzynkę – dzieli je 120 km. Lubią być razem – jedna zapatrzona w drugą. Po spotkaniu zwykle jest czas, gdy obydwie tęsknią do siebie trochę więcej niż zwykle, gdy mocno chcą ze sobą być. „Napisz list” - mówi któregoś dnia Tata Majki. Jako, że to ja jestem od słów, siadamy razem i myślimy, co Majka chciałaby powiedzieć Wiki. List jest gotowy, Majka koloruje go i ozdabia naklejkami. List pachnie, list szeleści, list jest niepowtarzalny, bo nawet, gdyby go przepisywać, to litery trochę inny kształt przybiorą i nigdy nie będzie dwóch identycznych narysowanych kotów. List trzeba wrzucić do skrzynki. Trzeba nadać mu moc, naklejając znaczek o koszmarnym (od wieków tym samym) smaku kleju. Można pomachać mu na pożegnanie, można nawet pocałować kopertę.
A potem się czeka na odpowiedź. I to czekanie, do skrzynki zaglądanie, jest inne, niż na maila, ma w sobie coś z rytuału, coś z mistycyzmu, coś ze znaków dymnych i głuchego telefonu sprzed wieków, coś ze wszystkich oddechów jeźdźców, którzy padli niosąc wiadomości na grzbietach zmęczonych rumaków, coś ze stukotu kół pociągów, w których jest specjalny wagon – sortownia listów…
Mail idzie elektronicznie, list idzie ludźmi…
Taka różnica.






Jak zwykle niesamowite książki, jak zwykle czar opowieści i ilustracji sprzed 100 lat (niemal). Jak zwykle wielowymiarowe podejście do tematu. Jak zwykle dopracowane w każdym szczególe. Themrsonowie – wiele więcej mówić nie trzeba...  

środa, 22 kwietnia 2015

266. BANALNIE

JOKE VAN LEEUVEN
„ĆWIR!”
(TŁ. JADWIGA JĘDRYAS)
WYDAWNICTWO DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2015
ILUSTROWAŁA JOKE VAN LEEUVEN

Są takie książki, o których bardziej powinno się milczeć niż mówić. Takie, które zatrzymują słowa głęboko w gardle. Takie, po których niby się spodziewasz, a i tak sprawiają, że brak ci tchu. Takie, które rozpruwają Cię na pół i wyciągają na zewnątrz najbardziej czułą tkankę. Bolą, ale jednocześnie dają nadzieję. Takie książki, które zasługują na miano Literatura piękna bardziej niż inne.
Dwoje ludzi. Ich życie pozornie jest pełne. Ułożone, ugładzone, poustawiane. Tu stoi jedna pasja, tu druga. Wystarczająco, bo po co więcej.
Do czasu aż on przynosi w ramionach dziewczynkę. Albo ptaka. Tak do końca to nie wiadomo. Bo niby ma nogi, niby uszy, niby oczy, choć teraz zamknięte. Ale ma też coś, czego nie mają zwykle ludzie – skrzydła. Nawet krzyczy, sprawdza, czy ktoś nie zgubił ptakodziewczynki. Ale nie, nikt nie przyznaje się do śpiącego pod krzakiem dziecka. „W takim razie je zabieram, dobrze?! Zabieram je ze sobą!”
I nagle okazuje się, że to życie, które miało do tej pory dwoje ludzi, było niepełne, więcej, było puste, bez sensu, nieuskrzydlone.
Uczą dziewczynkę świata, ale uczą się też dziewczynki. To czasem bardzo trudne, bo każdy chciałby mieć kogoś idealnego, a ptakodziewczynka nie jest ideałem. Jest trudna, bo jest inna. Trzeba jej skonstruować maszynę do jedzenia, bo ma przecież dzióbek i nie ma rąk. Trzeba ukrywać skrzydła pod szeroką pelerynką i nie można spuścić jej z oka, bo może wylecieć przez małe okienko w toalecie. Ale jej inność staje się jej wyróżnikiem – jest niepowtarzalna. I wkrótce staje się niepowtarzalna nie tylko ze względu na skrzydła, ale ze względu na to, że jest jedyna.
Tylko że musi odfrunąć…
To dla mnie książka o rodzicielstwie. O byciu obok dziecka, pozwalaniu, żeby odfrunęło. Brzmi banalnie, ale to proces, który zaczyna się już w momencie, gdy dziecko przychodzi. Każde ma skrzydła – sztuką jest je pielęgnować, a nie ukrywać, nie podcinać. To historia banalna, bo każdy kto ma na imię „mama” lub „tata” ma taką w swoim życiu. To historia niebanalna, bo każda ptakodziewczynka jest inna. Bo Joke van Leeuwen ubrała ją w przepiękne słowa, w wymowne obrazy – z kilku kresek, z dwóch kolorów, ale z drugim dnem.
„Przez chwilę zdawało mu się, że widzi Ptysię.
Ale to była plamka na lornetce”. [s174]
Moje oczy zaszły mgłą.

Wzruszenie.





265. RECYKLING

MARY NORTON
„POŻYCZALSCY NA WYSPIE”
(TŁ. MARIA WISŁOWSKA)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2014
ILUSTROWAŁA EMILIA DZIUBAK

Właściwie po co nam szpulka bez nici? A cały komplet igieł to przecież zbytek. Ogarek świecy – komuś przecież może się przydać.
Na pewno Pożyczalskim. To takie małe ludziki, które mieszkają wszędzie tam, gdzie duży człowiek, niepostrzeżenie podbierają mu wszelkie dobra i muszą bardzo uważać, by nie rzucać się w oczy, bo czasem są mylone z myszami.
Rodzina, którą zdążyłam już pokochać, która mnie fascynuje, którą podglądam, gdy nie patrzą, to Strączek – prawdziwy mężczyzna, ojciec rodzinie i wynalazca; Dominika – nienaganna pani domu, która przytulne gniazdko może uwić nawet w odrapanym czajniku i ich córka Arietta – marzycielka, która nosi w sobie pragnienie wolności i ogromną miłość do natury. Do tej pory przeżyli już wykurzenie z własnego ciepłego, przytulnego domu, spacer dziką łąką w poszukiwaniu krewnych i w końcu dotarli tam, gdzie mają nadzieję znaleźć nowe lepsze życie.
Niestety ciotka Lucy nie jet zadowolona, że musi oddać część domu rodzinie. Po początkowej euforii, wbija maleńkie szpileczki, rzuca w powietrze łatwe do rozszyfrowania aluzje, sugeruje. Nasi Pożyczalscy nie mogą dłużej mieszkać kątem – chcą mieć kąt swój własny. I znów pakowanie tobołków, znów wyprawa. Tym razem przeznaczenie to legendarne miasto Mały Potok… Niby legenda, ale Spiller je widział. Teraz poprowadzi Strączka, Ariettę i Dominikę, choć po drodze oprócz błota i dzikich zwierząt, czeka jeszcze pewien jednooki Cygan...
Pożyczlascy są bardziej kreatywni niż my – są kreatywni z natury i z potrzeby. I za to ich kocham najbardziej. To powrót do dzieciństwa, gdy meblowało się domki dla lalek, używając wszystkiego tego, co ma się pod ręką. Pewnie znaleźliby zastosowanie dla plastikowej butelki i zużytej płyty CD, mimo że mają ponad 60 lat i za ich czasów nie było jeszcze przenośnych pamięci do komputerów. Właściwie dziś Pożyczalscy mieliby raj – wśród śmieci, jakie produkujemy, zbytku przedmiotów i łatwego ludzkiego rozstawania się z rzeczami.
Szkoda, że ludzie wytępili Pożyczalskich, świat byłby czystszy.
Czy wspomnieć o ilustracjach? Tak, wspomnę – jednym słowem, no dwoma: Emilia Dziubak. I wszystko jasne!






wtorek, 14 kwietnia 2015

264.RÓWNOWAGA MIĘDZY ZIMNĄ SADZAWKĄ I CIEPŁA ZUPĄ

BARBRO LINDGREN
„CHRUM, CHRUM BOLUSIU!”
(TŁUMACZYŁA KATARZYNA SKALSKA)
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2015
ILUSTROWAŁ OLOF LANDSTRÖM

Boluś nie ma już ochoty siedzieć w domu! Za drzwiami czeka wielki świat, wiele przygód i niezbadane. Nie ma tam ziemniaków i kijków, a jeśli są, to tylko takie, których Boluś nie ma jeszcze w swojej kolekcji. Wszystko jest inne, nienudne! Postanawia – trzeba wyjść! Oczywiście Braciszek też chce wyjść, bo pewnie wszędzie chodzi za Bolusiem i zapatrzony w starszego Brata robi to, co on. Wyruszają – a tuż przed trzaśnięciem drzwiami słyszą, żeby Braciszek nie wpadł do sadzawki. Otwiera się piękny, wielki świat! I wpadnie, oczywiście, że wpadnie, bo przecież po to są sadzawki, żeby w nie wpaść, ubrudzić się i zastanawiać, jak wytłumaczyć mamie, że spodnie ma się mokre do wyżymania i że to wcale nie moja wina.

Boluś po raz kolejny odkrywa skrawek świata, o którym jego mama nie ma pojęcia. Teraz staje się przewodnikiem swojego młodszego Braciszka, wprowadza go w labirynt swoich ścieżek i trochę czuje się za niego odpowiedzialny, a trochę nie. To świat beztroskiego dzieciństwa – takiego z dawnych czasów, gdy świeże powietrze chciało się łapać w płuca jak najdłużej, najlepiej do samego zachodu słońca, gdy razem bawili się ci starsi i ci mniejsi, gdy do szczęścia wystarczyło bieganie wokół sadzawki, nawet nie na wyścigi, ot tak, dla samego biegania i czucia wiatru we włosach. To świat, gdzie dorośli tylko zaglądają, nie nadzorują, stercząc nad głowami i wyznaczając miejsce, w którym można postawić stopę - mądrze zerkają wtedy, gdy trzeba. Kolejny raz w „Bolusiu” odnajduję dziecięce tajemnice, dziecięce postrzeganie świata, dziecięce przemierzanie, odkrywanie, poznawanie. I znów fascynuje mnie ta swoboda, ten świat, w którym Dzieci ustalają reguły,w którym dorośli są dodatkiem – do tego, by otrzeć łzy, jeśli jakieś się pokażą, do poukładania ziemniaków i patyków, do wyprania przemoczonych w sadzawce ubrań i do podania gorącej zupy, kiedy szeroki świat okaże się zbyt przytłaczający.








264.SPACER Z WYOBRAŹNIĄ BEZ SMYCZY

BEATRICE RODRIGUEZ
„HISTORIA BEZ SŁÓW. ZŁODZIEJ KURY”
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2015

Historie bez słów wcale nie są proste. A na pewno nie prostsze niż te, które mają litery. Są bardziej wymagające, bo trzeba czytać je nie tylko oczami, ale też wyobraźnią. Trzeba tworzyć na bieżąco poezje, by je opowiedzieć. Trzeba przećwiczyć mówienie, rozłożyć swój zasób słów na stole i wybierać tylko te właściwe, bez losowania. Trzeba określić kolory i powiedzieć, czy główny bohater lubi czekoladę, ile ma wzrostu i gdzie mieszka. Książki bez słów, to książki-wyzwania. Trzeba być odważnym, żeby po nie sięgnąć.
Książki bez słów dają tak dużo możliwości, że można stanąć przed nimi i nie wiedzieć, jak je ugryźć, rozgryźć, nadgryźć. Ale to w nich jest piękne! Ta nie-oczywistość, szerokie pole, po którym możemy się przechadzać interpretując.
Bo ja przecież mogę zacząć czytać „Złodzieja kury” od „dawno, dawno temu”, a ktoś może zacząć od „w zeszły czwartek”. Mój lis może mieć na imię Rudolf, a Majki po prostu Lis. A Tata opowie o lisie Ferdynandzie.
Ten Lis, jakkolwiek ma na imię, pewnego dnia porywa kurę. Wpada tak po prostu w sielankę przyjemnego poranka przy ciepłym śniadanku i zabiera ją na oczach zaskoczonego Niedźwiedzia, Koguta i Zająca. Pewnie chce ją zjeść! Na surowo albo z rożna. Zatyka jej nawet dziób, żeby nic nie mówiła i po prostu unosi ją w siną dal. Zaczyna się pościg, gdy nieustraszeni przyjaciele, przedzierając się przez lasy, pola, góry i morza, próbują uratować Białą Kurę przed złym Lisem...

Ja mogę opowiedzieć to tak i zakończyć czymś wzruszającym i miłosnym. Tata pewnie mniej łzawo rozprawi się z obrazami. Każde z nas opowie o tym samym, a każde o czym innym. W obrazach jedno zauważy kolor, a drugie fakturę, poddamy się magii barwnych plam, wypuścimy wyobraźnię na spacer – niech pobiega.  





piątek, 3 kwietnia 2015

263.NIE LUBIĘ, ALE LUBIĘ



ASTRID LINDGREN
„KARLSSON Z DACHU”
(TŁ. IRENA SZUCH-WYSZOMIRSKA, ANNA WĘGLEŃSKA, TERESA CHŁAPOWSKA)
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2015
ILUSTROWAŁA MONIKA POLLAK

Bardzo często mówi „Hejsan, hoppsan!” i „Hoj, hoj!”. Uwielbia figielkować, a jeszcze bardziej tirrytować. Grunt to dla niego spokój, a wiele rzeczy to przecież „zwykła rzecz” (na przykład zniszczone firanki czy powódź w łazience). Jest „przystojnym i nadzwyczaj mądrym, i w miarę tęgim mężczyzną w najlepszych latach”. [s.13]. Niewątpliwie nieskromnym, niewątpliwie złośliwym, niewątpliwie podstępnym, niewątpliwie irytującym (no tirrytuje przecież, a to wyższy poziom irytacji jest). Kradnie, kłamie, wyłudza, denerwuje większość osób, które się z nim stykają, ma wybujałe ego i nigdy nie okazuje uczuć. Ale ma śmigło, które włącza się przyciskiem na brzuchu, więc potrafi latać i mieszka na dachu. A co najważniejsze – jest przyjacielem Braciszka. Braciszek to najmłodsze, trzecie dziecko w rodzinie, które nosi taki przydomek pewnie dlatego, że wszyscy się nad nim rozczulali. Teraz jest już trochę za duży – nawet mamie na kolanach siada tylko w ukryciu, gdy są sami, bo to już nie wypada, choć ma się czasem na to wielką ochotę. Braciszek jest bardzo przywiązany do swojej rodziny, ale czuje się w niej chyba trochę samotnie, dlatego gdy poznaje Karlssona, który pewnego dnia po prostu wlatuje przez okno, sądzi, że to najszczęśliwsze, co go spotkało w życiu.
Przygody, jakie wspólnie przeżywają, zjeżyłyby włos na głowie każdego rodzica – dlatego całe szczęście, że rodzice Braciszka połowy z nich są nieświadomi – tych wszystkich spacerów po dachach, pościgach za złodziejami, tirrytowań pomocy domowej i kradzieży, w których bierze udział nieświadomie.
Długo się zastanawiałam, czy Karlsson nie jest wymysłem Braciszka, czy nie jest jego zmyślonym przyjacielem, którym rekompensuje sobie bycie najmłodszym w rodzinie (nie byłam w tym sądzie odosobniona, tak samo postrzegali początkowo Karlssona rodzice i rodzeństwo Braciszka). Ale nie, żadne dziecko nie mogłoby wymyślić przecież tak nieznośnego towarzysza zabaw! Owszem, latającego! Owszem, takiego, co lubi pofigielkować! Ale nie takiego, co tirrytuje, co podpala półki, niszczy ulubione zabawki, zjada nam obiad sprzed nosa, krytykuje, nigdy nie daje po sobie poznać, że mu na tobie zależy i znika często wtedy, gdy go najbardziej potrzebujesz. Braciszek często musi tłumaczyć się z zachowania swojego przyjaciela, często ponosi odpowiedzialność za jego czyny, często się za niego wstydzi. Ale równocześnie Karlsson mu imponuje, a gdy rzuci Braciszkowi jedno dobre słowo, jak ochłap, Braciszek łapie je, podskakując, nim doleci do ziemi. Zastanawiam się, na czym opiera się ta przyjaźń. Na lataniu? Wiem, że to dreszcz ekscytacji, gdy dzieje się coś nietuzinkowego, nawet, jeśli ma się potem zebrać za to cięgi. To swoisty rodzaj uzależnienia od „złych przyjaciół”, którzy pakują nas w kłopoty.
Nic na to nie poradzę, że nie lubię Karlssona. I uważam, że nowe ilustracje w wykonaniu Moniki Pollak, są trafniejsze niż złagodzona wersja Ilon Wikland. Wikland rysuje Karlssona przyjazną ręką, z kredytem zaufania, z pobłażliwością, rysuje przyjaznego facecika, którego nie da się nie lubić. Pollak w swojej kresce jest bardziej krytyczna – pozwala na interpretację i na swoje własne zdanie – można nie lubić Karlssona, proszę bardzo, interpretacja ilustracji dowolna (bo potrafię sobie wyobrazić, że pollakowy Karlsson wywołuje w kimś dobroduszne uczucia).
Jedno jest natomiast pewne – nie da się nie lubić Braciszka – szlachetnego, prawdomównego, pomocnego, opiekuńczego. I powstaje podejrzenie, że w Karlssonie lęgną się wszystkie złe cechy, które nie mają dostępu do Braciszka, a potrzebują gdzieś się ulokować, zagnieździć, znaleźć dom.
Drugie zaś, co jest pewne, to że nie można nie lubić Lindgren, jej poczucia humoru i daru do snucia opowieści. Nie można więc nie przeczytać „Karlssona z dachu” i nie pozwolić mu czasem przelecieć za oknem.