Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

wtorek, 30 września 2014

223.FOTO STORY. STORY EIGHT - DWA

Dla niej zaczęło się w piątek. Bo przyjechała jedna ciocia z wielkim pudłem ciastoliny. Potem był ten dzień, gdy poszła zbierać z Tatą kasztany, a ja kończyłam tort i ustawiałam w równym rządku muffiny i butelki ze słomkami. I były dzieci. I każdy dostał swój klej i swoje wycinanki – ze zdjęciem, bo żadne jeszcze nie czyta. Balony, sok jabłkowy, misiowe gruszki, puzzle w każdym kąciku pokoju i tort numer 1 – brzoskwiniowy. A kolejny dzień to już Dziadkowie, tort-piaskownica (wyszperany w internecie), z którego zjadła kota, ptaszka i pół zjeżdżalni. I „Sto lat” („Ja nie lubię śpiewać sto lat!”) i najważniejsze miejsce przy stole. I każdy gość w dłoni zacisnął pakiecik z kostką gorzkiej czekolady – na odchodne, na zapamiętanie. I wszystkie Dzieci ze żłobka też – ale to już w poniedziałek, w ten dzień, gdy faktycznie było urodzinowo.
Były resztki tortu, prezent od Rodziców, wieczorne wyjście na rower, wtedy, gdy już się zapaliły latarnie i szybkie pójście do łóżka – wykończeni emocjami padliśmy wszyscy, żeby dziś wstać z córką starszą o rok...
Dla mnie zaczęło się dużo wcześniej. Gdy myślałam, szukałam, próbowałam, gdy chciałam, żeby było jak najlepiej, jak najładniej, jak najsmaczniej, gdy sen z powiek spędzało mi robienie kukiełek-Majek do muffinków i girlandy (do 1.30 w nocy), lepienie wiaderek i łopatek z masy cukrowej (do 0.30) i sprzątanie dzień przed przybyciem pierwszych gości (do 2). Nie było perfect, bo zabrakło miski na ziemniaki, nie robiliśmy z dzieciakami ludzików z kasztanów i biszkopt mógł być trochę bardziej wilgotny, ale dałam jej z siebie wszystko, co miałam.

Majka, kocham Cię wiesz? Moja dwulatko, najpiękniejsza na świecie...
















środa, 24 września 2014

221.KIDS WERE HERE VOL.3

...wrzesień...







220.JAKĄ MAMĄ CHCIAŁABYM BYĆ...


JUJJA WIESLANDER, TOMAS WIESLANDER
„KAJTEK I MIŚ”
(TŁ.AGNIESZKA STRÓŻYK)
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2014
ILUSTROWAŁ OLOF LANDSTRÖM

Gdy Majka była w brzuchu miałam doskonały obraz siebie, jako mamy. Wiedziałam, że chcę być mądra, z wielkim luzem i dystansem do świata, a z ogromną miłością do córki, że chcę być cierpliwa, mieć błyskotliwą odpowiedź na każde pytanie mojego Dziecka, że chcę być kreatywna i akceptować Dziecko moje dokładnie takim, jakie jest.
I co więcej – byłam przekonana, że przyjdzie mi to bez trudu, naturalnie, z porodem wraz.
Rzeczywistość jest czasem bliska marzeniom, czasem na marzenia nawet nie spogląda. Ale wciąż dążę do ideału i ideałów wypatruję we wszechświecie.
Mamą idealną jest dla mnie mama Kajtka. To taka mama, którą chciałoby mieć każde dziecko. Mama cierpliwa, nie krzycząca i nie denerwująca się – wie dobrze, że nie ma sensu unosić głosu, bo dwa uniesione głosy dają tylko wielki szum i hałas. Lepiej porozmawiać spokojnie i wszystko wytłumaczyć. Albo odpuścić. Zwyczajnie.
Mama Kajtka nie mówi „Nie płacz” – mówi „Wypłacz się”, bo wie, że dziecięcy płacz coś znaczy i to jak słowa u dorosłych. Gdy umiera myszka Kajtka wie, że chłopiec musi przejść żałobę i zamiast chusteczki, daje mu swoje kochające ramiona.
Mama Kajtka słucha, co do niej mówi i wymienia się z nim opiniami – nie tylko komunikuje. Potrafi przyjąć dziecięcy punkt widzenia, jeśli jest słuszny. „Odkurzaczy nie wynosi się na dwór” – mówi na przykład. „Wynosi się, gdy się sprząta samochód” – odpowiada Kajtek i już, mama przyznaje mu rację i wynoszą na dwór odkurzacz, żeby był silnikiem samolotu.
Mama Kajtka pozwala mu na próby, na sprawdzanie, na doświadczanie. Gdy Kajtek chce wbiec na drzewo, mówi mu „Próbuj!” i potem dmucha na stłuczone kolano. I nigdy, przenigdy nie stwierdza „A nie mówiłam!” – przecież to byłoby nieuczciwe – ona ma już za sobą lata doświadczeń i przeżyć, Kajtek dopiero poznaje.
Mama Kajtka idzie z dziećmi na jagody nawet, kiedy pada deszcz, bo „skoro jagody mogą być na deszczu, to my też”. Biorą tylko w termos ciepłe kakao. I czasem nocą idą z Kajtkiem na dwór oglądać nietoperze, bo przecież ona też była na dworze, gdy była małą dziewczynką. A czasem zabiera dzieci na wycieczkę na wysypisko śmieci, bo tam tez może być świetna zabawa – na przykład w starych zepsutych karetkach pogotowia. I zawsze znajdzie chwilkę, by krzyczeć „Ogień gore!”, gdy dzieciaki z podwórka akurat bawią się w strażaków.
I bawi się z nim w gry słowne, spędza mnóstwo czasu i w ogóle to lubi swojego syna.
Ale najbardziej podziwiam w mamie Kajtka ten spokój i to przyzwolenie na jego rozwój, na jego próby i co najważniejsze, na jego błędy. Nie wyrywa się, by pomagać tam, gdzie Kajtek daje radę sam. Daje mu do ręki ostry nóż, żeby kroił chleb – to jego codzienne zadanie, gdy robią kolację – jak inaczej ma się nauczyć? Pozwala mu używać prawdziwych, całkiem dorosłych narzędzi – jest tylko jeden warunek, musi to robić w obecności dorosłych. I kluczowym jest tu „w obecności” – to Kajtek wywija młotkiem, a nie tylko przygląda się jak robi to jego tata, marząc o tym, by spróbować. I jeśli syn chce zaczynać budowę domu od dachu, stwierdza tylko, że nigdy nie znała akurat takiego sposobu. Kajtek ma całą kolekcję siniaków i zadrapań. Jedne od uderzenia młotkiem w palec, inne od noża, który ześlizgnął się z patyka podczas strugania. Każda z tych ranek, to krok naprzód w jego poznawaniu świata. Każda to jak odznaka za zdobytą sprawność.
Książka o Kajtku i Misiu, to jedna z tych, które można czytać na dwóch poziomach. To historyjki dla Dzieci bliskie im tak, że już chyba nie można bardziej. Bo jest ukochana maskotka –to Miś,  ale można z nim identyfikować ulubionego Pana Wielbłąda; jest mały chłopiec i mała dziewczynka – najlepsza przyjaciółka Kajtka, Tosia; jest ryba na obiad, na którą akurat nie ma się ochoty, jest supertajna kryjówka, a w tej kryjówce na półeczce leży supertajna tajemnica; jest zabawa w samolot, zabawa w pływanie i zabawa we wbieganie na drzewo; jest mokra wycieczka i suchy niby-piknik. Jest mnóstwo ruchu, radości, zabawy, jest czasem płaczu tyle, co krwi wypływającej ze skaleczonego palca. Jest codzienny przed-senny rytuał czytania książki. I jest nawet kłótnia z najlepszą przyjaciółką (dobrze, że jest też godzenie się). Historyjki są pisane tak, jakby opowiadało je dziecko – prosto, z mnóstwem szczegółów akurat tam, gdzie tego potrzeba, ze słowami wprost z dziecięcego słownika.
A tam gdzieś głębiej, gdzie pewnie nie sięga wzrok dziecięcy, jest szczypta zazdrości i całe morze podziwu dla mamy Kajtka. Bo kocha go tak mądrze jak zasługuje na to każde dziecko.






 [Dziękujemy Zakamarkom za wycieczki z Kajtkiem i jego mamą na jagody i nietoperze]

poniedziałek, 22 września 2014

219.O UNIKANIU U-MUZEALNIANIA

Åshild Kanstad Johnsen
PIENIEK OTWIERA MUZEUM”
(TŁ.MILENA SKOCZKO)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2014
ILUSTROWAŁA Åshild Kanstad Johnsen
Ona dopiero zaczyna. Już wzrok biega po ścieżkach i trawnikach, już wyłapuje kamyki, piórka i szyszki, które nigdy nie są samotne, zawsze w stadzie. Już schyla się po patyki, już uczy się wkładać do kieszeni. Jeszcze daje się oszukać i nie sprawdza, nie liczy, nie porównuje tego, co włożyła w maminą dłoń, z tym, co potem w niej znajduje po przyjściu ze spaceru. Jeszcze ukradkiem wyrzucam połamane muszelki i zbyt duże kijki. Czasem jednak przemyca i przynosi kamulec, wielkości połowy cegły szamotowej – w prezencie, dla Babci, a Babcia się zastanawia, jak ona dała radę go przynieść. Jest sprytna, ale ja ciągle jestem sprytniejsza od niej w kwestii zbierania – mam bowiem trochę więcej doświadczenia, niż ona. Ona dopiero zaczyna. Ja jestem bliżej Pieńka…
Pieniek jest zbieraczem mistrzem. Jest najwyżej w hierarchii zbieraczy – nie odpuszcza niczemu. Znosi do domu i liście i kamienie i stare okulary i połamane parasolki i zagubioną w leśnej głuszy piłeczkę do tenisa. Zbiera okazy szczególne, jak czarny cylinder ze szczytu góry, zbiera najzwyklejsze patyki mniejsze i większe, ale zbiera też rzeczy, które ładnie się nazywają („makaron”). Zbiera by mieć. Zbiera dla samej idei zbierania. I może jeszcze dla segregowania, bo każdy okaz odszukuje najpierw w encyklopedii, a potem nadaje mu właściwą kategorię i we właściwym zamyka pudełku. I na właściwą półkę wkłada.
W końcu jednak brak mu miejsca, szuflady wypchane po brzegi nie zmieszczą już ani jednego zielonego pudełka, pudełka zaś pękają niemal w klejeniach.
Co zrobić? W takich sytuacjach Pieniek zwykł korzystać z rady Babci, a ta radzi bezbłędnie, po krótkim namyśle - założyć Muzeum.
Muzeum Pieńka otwiera swoje podwoje w sobotę. I do środy Pieńkowi bardzo podoba się jego prowadzenie. Ale w czwartek już niekoniecznie…
I znów, jak bumerang powraca pytanie – co zrobić? Co teraz zrobić?
Dla mnie ta książka to przypowieść o ludzkiej naturze. O człowieku-zbieraczu, o człowieku-kolekcjonerze. O ludzkiej chorobie – gromadzeniu. Gromadzenie ma wiele wymiarów, na przykład „A może się przyda?” w zestawie z pełną piwnicą. Albo „potrzebuję tego do mojej kolekcji” w zestawienie z niebezpiecznym błyskiem w oku…
Pieniek swoje zbiory ma owszem, skatalogowane, ale zamknięte w pudełkach, poupychane na regałach – czy choć raz w roku wyjmuje je, ogląda, cieszy nimi oko, czy tylko dokłada następne i następne?
Kolekcje – choćby taka, jak Pieńka, bazują na ludzkiej chęci posiadania, ale budzą również żądzę, by posiadać wszystko – Pieniek nie patrzy, co zbiera, zbiera każdą rzecz – w razie czego przecież można wymyślić jakąś odpowiednią kategorię – choćby „ładne rzeczy, które się wyginają”. W mediach, w wielu dziedzinach (zabawki, książki, design, ciuchy), funkcjonuje zwrot „MUST HAVE” – to on po części obrazuje dzisiejszego człowieka, który trochę pogrzebał „MUST BE”, a już na pewno nie pisze „be” takimi wielkimi literami.
Czasami patrzę na współczesne dziecięce pokoiki z boku i myślę, że nie ma w nich czym oddychać. Że jest w nich tyle lalek, samochodzików, pluszaków i klocków, że nie ma miejsca na zabawę, że nie zmieści się tam paczka plasteliny, że metalowe autko nie znajdzie drogi na jazdę, a lalki nie będą miały gdzie wypić herbatki w plastikowych kubeczkach imitujących porcelanę.
Czasem łapię się na tym, że gdy do Majki przyjeżdża babcia, wygrzebują jakąś zabawkę z dna kosza i świetnie się nią bawią, a ja i Majka nie wyciągałyśmy jej od miesiąca czy dwóch. Wiem, że to bierze się z chęci podarowania Dziecku wszystkiego, co najlepsze, ale nadmiar na pewno tym nie jest. Dla Dziecka – ot banał – najlepszy jest czas z rodzicem. A niejednokrotnie przekonałam się, że Majka woli bawić się „w robienie zabawek”, niż zabawkami, że kawałek plastiku wygięty w kształt lalki, cieszy ją tak samo jak kawałek starej gazety zmięty w kulkę i nazwany piłką.
Pieniek też wybiera w końcu to, co wymaga od niego kreatywności – z niesamowitym zapałem zabiera się za przygotowanie otwarcia muzeum, za opisywanie, rysowanie plakatów i tworzenie przestrzeni. Najlepiej bawi się przy wklejaniu zdjęć eksponatów do albumu i opisywanie ich pochodzenia. Tak samo później przetwarza pozornie niepotrzebne rzeczy w sztukę. Wybiera coś, co wymaga od niego aktywności, a nie eksponaty (vel drogie zabawki do patrzenia), które można pokazywać w muzeum, a nie ułożyć w dziecięcych dłoniach, tam, gdzie ich miejsce.
Lubimy wizyty w Muzeum Pieńka – Majka słucha uważnie i już dokleiła do książki swoje rytuały. Niezmiennie zaczyna czytanie od rozkładówki, bawiąc się ze mną w wyszukiwanie szczegółów. Potem nazywamy wszystkie rzeczy, które Pieniek znajduje na swoim wtorkowym spacerze. Trzeba też zawsze ustalić, który plakat narysowany przez Pieńka jest malutki, a który ogromny i co robi Pieniek na pierwszym obrazku od lewej i drugim od dołu na ilustracji z wykresem zabawiania gości Muzeum…
Ja pokochałam Pieńka za to, że jest Pieńkiem*, a nie na przykład psem, za to, że ma ilustracje, na których co chwilę odkrywam jakiś nowy szczegół i za to, że w niepozornej historii dla Dzieci kryje się taka wielka filozofia…








[Dziękujemy Dwóm Siostrom za bilet do pieńkowego muzeum]
*nie mogę się pozbyć skojarzenia między słowem „pieniek”, a „Miasteczkiem Twin Peaks”…

piątek, 5 września 2014

218. NA BAWOLE PO SAJGONKI

ANNA NOWACKA-DEVILLARD
„NEM. APETYT NA WIETNAM”
WIDKOKRĄG, PIASECZNO 2014
ILUSTROWAŁA ANNA ORBACZEWSKA

Nie wiadomo prawie nic. No może tylko, że te śmieszne, skośne czapki, jakby wyrwane ze stron podręcznika do geometrii, symetryczne i sprawiające wrażenie, że jest w nich bardzo niewygodnie. I jeszcze gdzieś w tle ta wielka wojna, która podzieliła wtedy społeczeństwo amerykańskie na dwa i przywodzi na myśl zespół stresu pourazowego. I Sajgon oczywiście, który wziął się nie wiadomo skąd, a potokiem „potoczczyzny” polskiej wypływa z ust bardzo często.
I wszystko. Więcej nic.
Wietnam w moich oczach.
Teraz wiem więcej.
Wiem, że nem to polskojęzyczne sajgonki. Że język wietnamski ma znaki diakrytyczne, tak samo, jak polski. Że panny młode idą do ślubu w różowych tunikach, a nie białych sukniach i że wietnamscy zmarli krążą wciąż wśród żywych tylko niewidzialni i niemal wszechmogący – do nich zanosi się prośby o szczęście, zdrowie i powodzenie na egzaminach, im zapala się świeczki i częstuje świeżymi owocami, układanymi na domowych ołtarzykach.
Lubię tę serię, bo jest przemyślana w szczególikach stu – bo na historii, takiej zwykłej, codziennej, a jednak pełnej magii, jak na pniu z wieloma gałęziami wiszą liście – tu jakiś słowniczek, tam rebus, gdzie indziej zadanie rysunkowe. W książce zaznaczone słowa, które powinny kojarzyć się z Wietnamem – nem, bawół, rower, pola ryżowe – i wyjaśnione, czarno na zielonym, dlaczego tym rowerem do Wietnamu, dlaczego ryż smakuje tam inaczej, dlaczego „lepszy bawół w zagrodzie, niż słoń w dżungli”. I smaki – inne od polskich, czasem niewyobrażalne (bo jak smakuje tapioka?), w papier ryżowy zawinięta marchewka i S.O.S. od typowej wietnamskiej mamy, bo sami możemy sobie nie poradzić z trudnym do wymówienia nuoc mam.
Ta książka jest oszczędno-bogata. Nie jest przeładowana informacjami, nie ma objętości encyklopedii, nie egzaminuje z wiedzy o... - ma zaostrzać apetyt, łechtać, prowokować pytania i być kierunkowskazem w dalszych poszukiwaniach. Subtelnie podsuwa wiadomości: ile osób mieszka w Wietnamie, jakimi pieniędzmi zapłacilibyśmy za papier ryżowy w wietnamskim sklepie i gdzie on w ogóle, ten Wietnam, leży. Ale seria hołduje maksymie „nauka przez zabawę”, podrzuca ciekawostki do góry, jak piłeczki, a my możemy złapać i włączyć się do gry, albo nie. Nawet jeśli nie, pozostaje ta krótka historyjka, którą można potraktować jak bajkę na dobranoc, po której będzie się śnić sen o bawołach.
Jest oszczędna w formie, pastelowa, delikatna, żeby łatwiej było przy jej czytaniu zamknąć oczy i przenieść się na zielone pola ryżowe.







[cám ơn Widnokręgowi za nem, tapiokę i nuoc mam]