Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

poniedziałek, 30 września 2013

81.FOTO STORY. STORY FOUR - JEDEN ZA NAMI

Brak mi słów - dobrze, że są obrazy...
Brak mi słów i w gardle wielka gula - bo Majka wczoraj przestała być niemowlęciem. Bo jest Dzieckiem. Bo teraz jest już 1-3...
Był tort, była impreza, dobra muzyka z czarnych płyt, które kolekcjonuje Mąż, były oczywiście książki, była przejażdżka rowerowa na prezencie urodzinowym, było mnóstwo emocji...
Ja ochłonęłam dopiero późno wieczorem, gdy posprzątałam już wszystko srebrno-niebieskie, gdy już nie było wczoraj, tylko dziś....
Dużą mam już Córkę...
I chciałabym, żeby była szczęśliwa....



















poniedziałek, 23 września 2013

79.NIE ZAKRYWAĆ OCZU

TOMI UNGERER
„OTTO. AUTOBIOGRAFIA PLUSZOWEGO MISIA”
(TŁ. MICHAŁ RUSINEK)
FORMAT, WROCŁAW 2011
ILUSTROWAŁ TOMI UNGERER

Tabu w literaturze dziecięcej przybiera wiele postaci – czasem zasłania się figowym listkiem, czasem zatrzaskuje wieko trumny, a czasem zatyka w lufę pistoletu czerwony kwiat. Świat nie jest pluszowy. Świat nie ma czystych kolorów. W świecie czasem cieknie krew. I czasem boli. Do tego czasem niesprawiedliwie. Ale my chcemy chronić dzieci, uróżowić im dzieciństwo, włożyć na nosy kolorowe okulary, odwracać je zawsze plecami do biedy, albo do okrucieństwa. Żeby miały sielsko-anielsko. Żeby wyjadały cukier z cukierniczki życia, żeby w przyszłości obracały się za siebie tylko z uśmiechem, żeby wspominały jakiś dziecięcy raj, jakieś iluzoryczne państwo bez przemocy, biedy, strachu, w którym żyły nie wiedząc przez jakie „u” pisze się „głód”. I oczywiście miały żyć wiecznie.
Jednym z takich tabu jest wojna.
Jak mówić dzieciom o jej niszczycielskiej sile, o życiach, które zdusiła w swoich rękach, o tej rzece nienawiści, która płynęła, zabierając po drodze domy, krzesała, walizki, łóżka, ubrania i pluszowe misie?
Może nie warto mówić wcale?
Może lepiej pomilczeć, a potem ktoś nas wyręczy?
Jestem zdania, że jednak warto przełamywać tabu – na pół, bez sentymentów, bez reszty.
Ungerer znalazł na to świetny sposób – wszedł w kostium pluszowego misia i jego pluszowymi ustami opowiada wcale niepluszową historię.
O tym, jak byli sobie Dawid i Oskar. W jednym stali domu. I Dawid dostał na urodziny pluszowego misia – nazwali go Otto. Bawili się z nim razem – ramię w ramię, Żyd i Niemiec. Gdy Dawid musiał nosić na ramieniu żółtą gwiazdę, Oskar też chciał taką mieć. A gdy Dawid musiał gdzieś wyjechać, podążyć za ciemno ubranymi mężczyznami, pewnie na zawsze, bo nie wiadomo gdzie, na schodach, tuż przez progiem, podarował Otta Oskarowi.
Potem jeszcze było bombardowanie, potem kula, którą Otto przyjął na siebie i uratował ciemnoskórego żołnierza. Była mała czarnoskóra dziewczynka, która układała Otta do spania w kartonie. I był śmietnik, z którego go wyłowiono i z którego trafił na witrynę sklepu z antykami.
A to jeszcze nie koniec. To tak naprawdę początek drogi do sedna, którym jest przyjaźń, miłość, pamięć, tolerancja. I od razu chcę powiedzieć, że kończy się dobrze, że na wojnie też czasem zakwitają kwiaty, może słabsze, a może silniejsze?
I że dzieci też są mocniejsze, niż nam się wydaje, że chcą wiedzieć i nie można ich oszukiwać, że czasem nie warto kolorować świata, bo umknie nam szary kolor i nie nauczymy dziecka jego barwy.

Brawo dla Ungerera za odwagę. Brawo dla Ungerera za tego bohatera, za Otta, ciepłego, dobrego misia, zakurzonego czasem, czasem zakrwawionego swoją krwią pluszową, nie jeden raz o krok od śmierci. Brawo dla Ungerera za tę jawną z dzieckiem rozmowę, za nieuciekanie od ciężarów życia. Ktoś musi je dźwigać, a „Otto” to dobra siłownia.   




78.PORANEK Z TATĄ


piątek, 20 września 2013

77.KARTONY SZEŚĆ. WIELKIE HURRRA KREATYWNYM KOBIETOM!*

JOANNA JAWOREK-TROĆ
„ABC”
MAVI, KRAKÓW 2013
ILUSTROWAŁA JOANNA JAWOREK-TROĆ

[MAVI to kombinacja zrodzona z miłości – do książek, do siebie, a przede wszystkim do Dzieci – Malinki i VIncenta]

[Przegląd kartonów* ulubionych i mniej]

Mamy są kreatywne. Z rolki po papierze toaletowym wyczarują smoka, z kasztanów to prawie na pewno ludzika, a gdy nie ma w zasięgu ręki namiotu, a Dziecko chce się bawić w biwak, to z obrusa wyczarują prawdziwy domek. Potrafią stworzyć każdą zabawkę świata – być może scrabble z płytek PCV, jakie kiedyś zrobiła mi moja mama, nie są tak reprezentacyjne, ale też da się ułożyć z nich potrójną premię słowną.
Joanna Jaworek-Troć zrobiła dla dwójki swoich dzieci książkę o alfabecie. A jej mąż, kierowany pewnie miłością, postanowił ją wydać. Powstało wydawnictwo MAVI i powstała książeczka „ABC”.
Jestem wielką zwolenniczką oswajania Dzieci z literami jak najwcześniej, podawania im liter na śniadanie, pokazywania, że litery nie wygryzają dziur w swetrze i że są pożyteczne. I że mogą bawić. I że mogą być maleńkimi wytrychami do świata wyobraźni.
„ABC” jest doskonałym przewodnikiem po ich magii.
To zabawny wierszyk, w którym występują zwierzęta – jest Rak, co dreptał w kółko zamiast tyłem, Ibis, co biegał na jeden nodze, Źrebię, co chciało zawsze być młode i Paw, co chciał mieć wielu przyjaciół. W każdej literze ukrywa się grafika z tym zwierzakiem, z każdej spoziera na nas dwoje oczu, w każdej mieni się kolorami jakieś stworzenie.
Na końcu książki jest plansza z całym polskim alfabetem.
A wszystko na TWRADYCH stronach! Zachwyt! Oklaski! Brawa! Za pomysł, za wykonanie, za prawo najmłodszych do literek.
Myślę, że siła tej książeczki tkwi w zaangażowaniu twórcy – to nie jest niby-mądry pan autor, który z piedestału swojej pozycji pochylił się nad dzieckiem i narysował książkę. To żywa, krwio-koścista mama, która na co dzień biegała za dwójką rozkrzyczanych dzieci i wie, że K trzeba porównać do krokodyla, a ś to na pewno musi być świnka. To osoba, która swoje dzieci obserwowała i wie, że warto powiesić w zasięgu wzroku dziecka plakat z literami – żeby się oswajało, żeby litery wzięło jak swoje, żeby napchało ich sobie pełne kieszenie i żeby były chlebem powszednim, który można złożyć w fantazyjne kanapki. To mama której się chciało, która ma talent i serce.
Na pohybel jej – a może teraz cyferki?


[Dziękujemy Mamie i Tacie MAlinki i VIncenta, że mogliśmy z nimi zasiąść nad kolorowymi kartkami]

*(i ich mężom)






* nasze książeczki z twardymi stronami, idealne dla małych rączek

czwartek, 19 września 2013

76.47 RAZY

PRZEMYSŁAW WECHTEROWICZ
„PROSZĘ MNIE PRZYTULIĆ”
AGENCJA EDYTORSKA EZOP, WARSZAWA 2013
ILUSTROWAŁA EMILIA DZIUBAK

Jednego dnia postanowiłam sprawdzić i policzyłam. 47 razy.
Tyle było przytulasów między mną a Majką.
Ale to było zanim wróciłam do pracy. Teraz jest dużo mniej, ale są intensywniejsze. Właściwie to jeden wielki przytulas. Od chwili, gdy wejdę do domu i skleimy się ze sobą, z przerwą na to, gdy zdejmuje kurtkę i zielony szal, który noszę na znak protestu wobec żółknięcia liści.
Od przytulania się rośnie.
Od przytulania się wzmacniają kości.
Od przytulania pewność siebie obejmuje oczy, ręce i nos.
Od przytulania na pewno dzień staje się bardziej udany, niż gdyby obyło się bez.
Tak samo myśli Tata Niedźwiedź. Proponuje synkowi przytulanie, żeby poprawić dzień, poprawić humor, poprawić jakość życia. I to działa. Niedźwiadek więc wpada na pomysł, że trzeba rozdać przytulanie mieszkańcom lasu. Więc idą, ramię w ramię z Tatą Niedźwiedziem i przytulają – Bobra, Łosia, Pana Leśniczego, nawet Anakondę. Wszystkich mieszkańców lasu, odhaczając każdego w myślach. I sprawiając, że słońce świeci mocniej i że każdemu dzień płynie trochę milej i trochę przyjemniej.
Ale na końcu okazuje się, że jednak o kimś zapomnieli, kogoś nie przytulili – i trzeba bardzo szybko to naprawić!
Ta książka podoba mi się z kilku powodów. Jeden jest taki, że chętnie przytuliłabym Emilię Dziubak. Jej ilustracje są stworzone po to, by ludziom umilać dzień – są jak dobre przytulenie, jak mocny uścisk z samego rana, jak dawka pozytywnej energii, zamknięta w kapsułkach kolorów, kresek i faktur.
Po drugie to książka żartobliwa, pełna luzu i swobody, taka do hapsnięcia w prawie-jesienne popołudnie, gdy zapalają się już lampy, gdy gaśnie słońce, gdy trzeba czegoś ciepłego i dobrego na przetrwanie wieczoru. Miła, przyjemna, pozytywna. I można też zaprząc do czytania Babcię, a samemu poudawać Tatę Niedźwiedzia, który w myślach przelicza mieszkańców lasu i załamuje ręce w geście niewiedzy. I koniecznie trzeba pokazać na słuchaczu, jak Niedźwiedzie przytulają Gąsienicę, jak Zające, a jak Wilka.

I tu powód najważniejszy – to książka do przytulania, do bliskości, do wygłupów, do kontaktu ze swoim Dzieckiem, do ogromnej dawki przytulasów. Kolejny pretekst, by złapać swoje Maleństwo i zamknąć je w ramionach. I tym samym dzień sobie umilić, i tym samym dobić do pięćdziesięciu...






wtorek, 17 września 2013

75.KOCHAM PANA, PANIE TULLET!

HERVE TULLET
A GDZIE TYTUŁ?”
(TŁ. PAULINE HAMEL)
BABARYBA, WARSZAWA 2013
ILUSTROWAŁ HERVE TULLET

[Babaryba stawia na dwa końce kija – z jednej są ukochane książki z dzieciństwa, z drugiej premiery, które wprawiają w zdumienie]

Czytałam tę książkę Majce, a obok siedziała Babcia i przysłuchiwała się czarodziejskiemu tekstowi. „To niesamowite, żeby facet tak pisał dla dzieci” - powiedziała w zadumie, zachwycie i chyba już trochę zafascynowaniu.
Tak, zgadzam się – to niesamowite! Jak to możliwe, że się ma taką wyobraźnię? Jak to możliwe, że się tak można z czytelnikiem bawić? I jak to możliwe, że to książki bez ograniczeń wiekowych – nikt nie jest za mały i nikt nie jest zbyt dorosły na to, co kryje się pomiędzy okładkami...!
Tym razem Tullet odrywa z owocu tajemnicy jedną cząstkę i częstuje nią czytelnika – zaprasza nas do siebie, do swojego warsztatu, pozwala zajrzeć na regał, gdzie stoi zdjęcie rodzinne i sylwetka Turlututu. Pozwala trochę poszperać po zabałaganionym biurku. I opowiada prędko bajkę. Bo w jego drzwi zapukały postaci z historii, którą właśnie tworzy. A za tymi stworami stoimy także my, zaglądamy ciekawie i ładujemy się do tulletowskiego domu, żeby coś podejrzeć, żeby pstryknąć włącznikiem światła, żeby posłuchać tej ekspresowej bajki, żeby zobaczyć, nad czym teraz pracuje rysownik. A on nie jest zadowolony, a on się spieszy, bo chce jak najszybciej skończyć swoje nowe dzieło, a on grozi palcem i wyprasza całe towarzystwo za drzwi.
A to towarzystwo jakby niedokończone, jakby „bazgrolnięte”, jakby bliższe malowaniu dziecka – to takie szkice, które nagle stają się pełnoprawnymi bohaterami książki i wcale a wcale się tego nie spodziewają.”Bo, kurtka na wacie, nikt nas nie uprzedził”.
Kolejny raz Tullet rozciągnął nasze usta w uśmiechu – Majki, bo śmiała się do bólu brzucha z potwora, który robi „Buu!”, nie wiedząc, że dzieci mogą się go przestraszyć. I z „Potworzastego, co się wypotwornił”. A ja uśmiechałam się do „auktora, trauktora, autora!” za ten jego lekki humor, za dystans do siebie, za przymrużanie oka.
I choć może się to wydawać książeczką na chwilę, książeczką pomiędzy, książeczką przed wielkim projektem, to muszę powiedzieć, że ma ona swój urok i czar i że na pewno nie mniejszym uczuciem będę ją darzyć – mimo że nie ma tytułu.
A teraz idę popykać w kometkę.
KONIEC








[Dziękujemy wydawnictwu Babaryba za możliwość powymachiwania własnym kijkiem]
  

wtorek, 3 września 2013

74.NIE-DO-IDEALNOŚĆ

ANNA PASZKIEWICZ
MARZENIE”
ALEGORIA, WARSZAWA 2012
ILUSTROWAŁA HALINA SIEMASZKO

[Alegoria stawia na przekaz artystyczny, wydaje więc książki artyzmem urzekające]

Bo jest jakiś ideał. Są dwie nogi. Koniecznie długie i zgrabne. Są dwie ręce. Koniecznie zwinne i długopalce. Są proste białe zęby, równe i w komplecie. Są oczy – najlepiej koloru jagód, bo brzmi romantycznie. Są włosy, które mają lśnić w słońcu. I brzuch – koniecznie płaski – mówią „jak deska”. I można tak wymieniać i wymieniać. A potem stanąć przed lustrem i stwierdzić, że może ma się długie nogi, ale jednej stopie brak palca. Albo zęby w komplecie, ale krzywe. Lub ręce dwie, ale tu z kolei palca o jednego za dużo.
I do odrzutu.
Do śmieci.
Nie do odzysku.
Nie do recyklingu.
Świat działa matrycami – a przynajmniej bardzo by chciał. Tylko ludzie mu się wymknęli i trochę koślawi wychodzą czasami, trochę nieforemni – tu odlane za dużo, tam za mało. Ideał stoi na piedestale i nikt go nie dosięga.
A trzeba przecież jakoś w tym świecie istnieć, czymś zająć sześć palców u rąk...
Ta książka jest o inności...
Dokładniej jest o pajęczycy Miłce, która urodziła się z defektem – w miejsce sześciu, standardowych, idealnych, foremnych nóg ma tylko trzy. Nie ma przyjaciół, bo przyjaciele przyjaźnią się tylko z nogami sześcioma. Tęsknie spogląda za okno, bo w środku niej tylko samotność. Na dodatek ma niespełnione marzenie – o tym, żeby malować. Ale jak uchwycić pędzel trzema tylnymi nogami? Jak kredką manewrować, gdy zostały tylko tylne, a przednich nie ma wcale? Jak złapać mazak kolorowy, gdy zamiast trzymania jest pustka?
Miłka więdnie i smętnieje.
Aż pewnej nocy spada ze swojego krzaczka i przy nocnym księżyca świeceniu spotyka trzy istoty, co zmienią jej życie – ślimaka, co tańczy sambę, choć ma tylko jedną nogę; dżdżownicę, co lata na liściu klonu, mimo że powinna ryć w ziemi i motyla Emiliusza, który stał się ćmą, żeby być astronomem i badać gwiazdy.
I Miłka wie, co ma robić – musi podążać za swoim marzeniem, bo jeśli się za nim nie biegnie, to nigdy się go nie dogoni.
To książka o barierach – barierkach – które się przeskakuje. O tym, że każda jest do przeskoczenia. Trzeba wziąć tylko odpowiednio długi rozbieg. Nawet, gdy nie ma się nóg.
Książka z przesłaniem – być może banalnym, bo tyle już o tym w literaturze, sztuce, mediach.
Ale czasem takie najoczywistsze prawdy trudno wziąć do siebie – warto więc, żeby ktoś nam je powtarzał, może za jakimś razem, setnym, albo tysięcznym, takie „Marzenie” trafi na podatny grunt i kobieta z fałdkami na brzuchu zostanie wziętą modelką, bo zawsze o tym właśnie marzyła? A dziecko zrozumie, że każdy człowiek jest ideałem, zanim zdąży cierpieć na nie-do-idealność?
Zarzutem, jaki gdzieś usłyszałam pod adresem tej książki, są brzydkie ilustracje. I tu tkwi sedno pojęcia „ideał” - owszem, te ilustracje nie są do kochania. Nie są śliczne. Nie da się ich miziać i wieszać w ramce nad łóżkiem. Ale są nietuzinkowe. Są swoiste. Są mocne. I mówią o tym, o czym tekst – o tym, że coś może być inne, niekoniecznie idealne, niekoniecznie miłe oku, ale wciąż pozostaje wartościowe. To, co jedyne w swoim rodzaju, czasem trudno zaakceptować, trudno się z tym oswoić i dać temu miejsce w swoim życiu. Z lękiem patrzymy na osobę na wózku, ze strachem na koleżankę bez ręki. Ale z czasem oswajamy się i zaczynamy kochać. Mimo że to nieładne, nieidealne, nieforemne. O tym są te ilustracje. O inności. No bo jak pisać o Miłce-kalece i rysować różowego pająka z pluszu?
(A Majka jest tymi obrazkami oczarowana – targa książkę ze sobą po całym mieszkaniu, mozoli się z odwracaniem kartek, chce, by była cały czas otwarta, gdy tylko jej róg dostrzeże na brzegu stołu, zaraz za nią łapie i rozkłada na podłodze, na stoliku, na kanapie, na stołeczku... Ja musiałam się oswajać z wizją Haliny Siemaszko, musiałam się nauczyć tego, co stworzyła. A Majka nie – od razu pełna akceptacja. Ale wiadomo – dzieci nie mają uprzedzeń – mają tylko czucie).





[Dziękujemy Alegorii, że dzielą się z nami swoim pięknem]


73.MAJKA CZYTA THORGALA


72.MAŁA/WIELKA NAUKA

MARCIN BRYKCZYŃSKI
SKĄD SIĘ BIORĄ DZIECI?”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2004
ILUSTROWAŁ PAWEŁ PAWLAK

Majka jeszcze nie umie mówić, więc jeszcze nie pyta „skąd się wzięłam?”.
Ale kiedyś przecież będę musiała powiedzieć jej, jak to z tym jest...
Świadomie piszę „BĘDĘ musiała”, bo w Polsce to nie jest temat łatwy, nie jest temat, po którym się chodzi jak po trawie – swobodnie i z przyjemnością. To trochę mozół – w dużej mierze wiąże się to ze słownictwem, jakim dysponujemy – czy tylko mi się wydaje, że to albo wulgaryzmy, albo anatomizmy? Poza tym seks, przyjemność z seksu, fizjologia związana z całym układem rozrodczym, to wciąż temat tabu, wciąż temat, który chce się pomijać w literaturze (rozmowach) z dziećmi, wygładzać go, „okapuściać” i „obocianiać”.
Sama nie pamiętam swojego uświadamiania, nie wiem, kto i co mi mówił. Natomiast doskonale pamiętam, gdy mój dwa lata młodszy brat, kilkulatkiem będąc, wypowiadał zdanie „chłopcy mają siusiaki a dziewczynki cipki” i mówił to bez skrępowania, głosem normalnym, pewnym siebie, do mnie i mojej kuzynki. A my, siusiumajtki, czerwieniłyśmy się i podśmiewałyśmy.
Nie chcę, żeby Majka jąkała się i nerwowo chichotała, gdy będzie mówić, słuchać o „tych sprawach”. Nie chcę, by ciało było dla niej czymś kłopotliwym (w ogóle nie chcę, żeby było czymś!) i mam nadzieję nauczyć się jej mówić o tym ciele, o jego pięknie, o płci, o miłości fizycznej tak, żeby chciała pytać o wszystko mnie, a nie internet.
Po „Skąd się biorą dzieci?” Brykczyńskiego, sięgnęłam dużo za wcześnie, ale gdzieś mignęła mi informacja, że ta książka ma zostać zlikwidowana, unicestwiona, ma iść na przemiał. Więc czym prędzej chwyciłam w sklepie internetowym egzemplarz dla przyszłych pokoleń.
Ten z 2004 roku (o różnicach wydań obrazowo napisała poza rozkładem)
Dużo tej pozycji zarzucano – z jednej strony zbyt śmiałe obrazy, z drugiej zbyt pruderyjne.
Ja uważam, że książka jest świetna! Wiersz Brykczyńskiego mówi wiele – nie używa może słowa penis, nie używa słowa macica, nie ma nigdzie orgazmu, nie pada nawet słowo seks, ale na to przyjdzie pora. Tu jest wszystko to, czego potrzeba do tych pierwszych rozmów. Jest uczucie (wyobrażam sobie, że od tego trzeba w takiej rozmowie wyjść, że ważne jest podkreślenie roli miłości, bez tego nie ma udanego „wtedy jest im najprzyjemniej”), jest zbliżenie, jest ciąża – dziecko rośnie w brzuchu mamy i połączone jest z nią grubym sznurem, jest droga do szpitala, poród – dziecko wychodzi spomiędzy nóg, tak, jak być powinno, a potem jest nawet karmienie piersią.
Cały proces dzieje się wierszem – płynąco, śpiewająco. Delikatnie – tak w sam raz – bo nie jest ani zbyt ostro, ani zbyt łagodnie.

Dla mnie pozycja idealna na początek, na zarodek, na zaczątek! (trzeba szybko wykupić pozostałe na rynku egzemplarze, żeby tej miłości nie zjadły jakieś stalowe szczęki i nie przerobiły na papier toaletowy!)