Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

wtorek, 3 września 2013

72.MAŁA/WIELKA NAUKA

MARCIN BRYKCZYŃSKI
SKĄD SIĘ BIORĄ DZIECI?”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2004
ILUSTROWAŁ PAWEŁ PAWLAK

Majka jeszcze nie umie mówić, więc jeszcze nie pyta „skąd się wzięłam?”.
Ale kiedyś przecież będę musiała powiedzieć jej, jak to z tym jest...
Świadomie piszę „BĘDĘ musiała”, bo w Polsce to nie jest temat łatwy, nie jest temat, po którym się chodzi jak po trawie – swobodnie i z przyjemnością. To trochę mozół – w dużej mierze wiąże się to ze słownictwem, jakim dysponujemy – czy tylko mi się wydaje, że to albo wulgaryzmy, albo anatomizmy? Poza tym seks, przyjemność z seksu, fizjologia związana z całym układem rozrodczym, to wciąż temat tabu, wciąż temat, który chce się pomijać w literaturze (rozmowach) z dziećmi, wygładzać go, „okapuściać” i „obocianiać”.
Sama nie pamiętam swojego uświadamiania, nie wiem, kto i co mi mówił. Natomiast doskonale pamiętam, gdy mój dwa lata młodszy brat, kilkulatkiem będąc, wypowiadał zdanie „chłopcy mają siusiaki a dziewczynki cipki” i mówił to bez skrępowania, głosem normalnym, pewnym siebie, do mnie i mojej kuzynki. A my, siusiumajtki, czerwieniłyśmy się i podśmiewałyśmy.
Nie chcę, żeby Majka jąkała się i nerwowo chichotała, gdy będzie mówić, słuchać o „tych sprawach”. Nie chcę, by ciało było dla niej czymś kłopotliwym (w ogóle nie chcę, żeby było czymś!) i mam nadzieję nauczyć się jej mówić o tym ciele, o jego pięknie, o płci, o miłości fizycznej tak, żeby chciała pytać o wszystko mnie, a nie internet.
Po „Skąd się biorą dzieci?” Brykczyńskiego, sięgnęłam dużo za wcześnie, ale gdzieś mignęła mi informacja, że ta książka ma zostać zlikwidowana, unicestwiona, ma iść na przemiał. Więc czym prędzej chwyciłam w sklepie internetowym egzemplarz dla przyszłych pokoleń.
Ten z 2004 roku (o różnicach wydań obrazowo napisała poza rozkładem)
Dużo tej pozycji zarzucano – z jednej strony zbyt śmiałe obrazy, z drugiej zbyt pruderyjne.
Ja uważam, że książka jest świetna! Wiersz Brykczyńskiego mówi wiele – nie używa może słowa penis, nie używa słowa macica, nie ma nigdzie orgazmu, nie pada nawet słowo seks, ale na to przyjdzie pora. Tu jest wszystko to, czego potrzeba do tych pierwszych rozmów. Jest uczucie (wyobrażam sobie, że od tego trzeba w takiej rozmowie wyjść, że ważne jest podkreślenie roli miłości, bez tego nie ma udanego „wtedy jest im najprzyjemniej”), jest zbliżenie, jest ciąża – dziecko rośnie w brzuchu mamy i połączone jest z nią grubym sznurem, jest droga do szpitala, poród – dziecko wychodzi spomiędzy nóg, tak, jak być powinno, a potem jest nawet karmienie piersią.
Cały proces dzieje się wierszem – płynąco, śpiewająco. Delikatnie – tak w sam raz – bo nie jest ani zbyt ostro, ani zbyt łagodnie.

Dla mnie pozycja idealna na początek, na zarodek, na zaczątek! (trzeba szybko wykupić pozostałe na rynku egzemplarze, żeby tej miłości nie zjadły jakieś stalowe szczęki i nie przerobiły na papier toaletowy!)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...