Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

wtorek, 17 września 2013

75.KOCHAM PANA, PANIE TULLET!

HERVE TULLET
A GDZIE TYTUŁ?”
(TŁ. PAULINE HAMEL)
BABARYBA, WARSZAWA 2013
ILUSTROWAŁ HERVE TULLET

[Babaryba stawia na dwa końce kija – z jednej są ukochane książki z dzieciństwa, z drugiej premiery, które wprawiają w zdumienie]

Czytałam tę książkę Majce, a obok siedziała Babcia i przysłuchiwała się czarodziejskiemu tekstowi. „To niesamowite, żeby facet tak pisał dla dzieci” - powiedziała w zadumie, zachwycie i chyba już trochę zafascynowaniu.
Tak, zgadzam się – to niesamowite! Jak to możliwe, że się ma taką wyobraźnię? Jak to możliwe, że się tak można z czytelnikiem bawić? I jak to możliwe, że to książki bez ograniczeń wiekowych – nikt nie jest za mały i nikt nie jest zbyt dorosły na to, co kryje się pomiędzy okładkami...!
Tym razem Tullet odrywa z owocu tajemnicy jedną cząstkę i częstuje nią czytelnika – zaprasza nas do siebie, do swojego warsztatu, pozwala zajrzeć na regał, gdzie stoi zdjęcie rodzinne i sylwetka Turlututu. Pozwala trochę poszperać po zabałaganionym biurku. I opowiada prędko bajkę. Bo w jego drzwi zapukały postaci z historii, którą właśnie tworzy. A za tymi stworami stoimy także my, zaglądamy ciekawie i ładujemy się do tulletowskiego domu, żeby coś podejrzeć, żeby pstryknąć włącznikiem światła, żeby posłuchać tej ekspresowej bajki, żeby zobaczyć, nad czym teraz pracuje rysownik. A on nie jest zadowolony, a on się spieszy, bo chce jak najszybciej skończyć swoje nowe dzieło, a on grozi palcem i wyprasza całe towarzystwo za drzwi.
A to towarzystwo jakby niedokończone, jakby „bazgrolnięte”, jakby bliższe malowaniu dziecka – to takie szkice, które nagle stają się pełnoprawnymi bohaterami książki i wcale a wcale się tego nie spodziewają.”Bo, kurtka na wacie, nikt nas nie uprzedził”.
Kolejny raz Tullet rozciągnął nasze usta w uśmiechu – Majki, bo śmiała się do bólu brzucha z potwora, który robi „Buu!”, nie wiedząc, że dzieci mogą się go przestraszyć. I z „Potworzastego, co się wypotwornił”. A ja uśmiechałam się do „auktora, trauktora, autora!” za ten jego lekki humor, za dystans do siebie, za przymrużanie oka.
I choć może się to wydawać książeczką na chwilę, książeczką pomiędzy, książeczką przed wielkim projektem, to muszę powiedzieć, że ma ona swój urok i czar i że na pewno nie mniejszym uczuciem będę ją darzyć – mimo że nie ma tytułu.
A teraz idę popykać w kometkę.
KONIEC








[Dziękujemy wydawnictwu Babaryba za możliwość powymachiwania własnym kijkiem]
  

1 komentarz:

  1. Potworzaste potwory baaaardzo nas kuszą... :) a Twoja recenzja potwornie udana :) niech no ja dorwę Tulleta w swoje łapska :) :) Łap kometkę, leci!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...