Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

środa, 25 października 2017

462. OJ BĘDĘ JESZCZE PŁAKAĆ NAD TĄ KSIĄŻKĄ…

PRZEMYSŁAW WECHTEROWICZ
„GWIAZDKA Z NIEBA”
TADAM, WARSZAWA 2017
ILUSTROWAŁ MARCIN MINOR

Czasem jest tak, że spotykamy na swojej drodze kogoś zupełnie różnego od nas. Kogoś z nieba, z kosmosu, z innej planety. Kogoś z kim nie mamy prawa znaleźć wspólnego języka i powodów do wspólnego śmiechu. I nagle okazuje się, że to największa miłość naszego życia. Że razem jesteśmy najszczęśliwsi, a rozstanie łamie serce na pół – połowa zostaje, do oddychania i chodzenia po ziemi, połowa idzie w kieszeni tej miłości wszędzie tam, gdzie ona podąża. Nasze życie już nigdy nie będzie takie samo, bo z połową serca świat wygląda inaczej.
Dokładnie to wydarza się w „Gwiazdce z nieba”.
Pewnej nocy mała Orzesznica, która nie lubi spać, bo woli bawić się ze świetlikami, znalazła na polanie Gwiazdkę. Prawdziwą, z nieba. Taką, która jeszcze spaść nie powinna. Jaśniejącą i rozświetloną. Najpiękniejszą. Zaczyna się z nią bawić i okazuje się, że w jednej chwili stają się dla siebie najważniejsze. To przyjaźń niemożliwa – Orzesznica i Gwiazda? Ziemia i Niebo? Góra i Dół? Przecież nawet nie mają wspólnego języka, bo Gwiazdka nie umie mówić! I nie umie wspinać się tak, jak Orzesznica. Ale ani jednej, ani drugiej to nie przeszkadza. To w końcu nie chodzi o język, który mówi, nie chodzi o stopy, które biegają. Chodzi o serce, które bije w tym samym rytmie.
Tylko, że Gwiazdka tęskni za swoim niebem. I Orzesznica po prostu musi pozwolić jej odejść. Więcej nawet – musi jej pomóc, bo bez jej pomocy Gwiazda nie trafi z powrotem na niebo…
Tu właśnie słychać dźwięk pękającego na pół serca… I tu jest ta miłość, która okazuje się bezgraniczna – bo mimo bólu, gdy w klatce piersiowej zieje wyrwa po połowie organu, trzeba zrobić to, czego Gwiazda pragnie najbardziej – pozwolić jej odejść…
Piękna, wzruszająca historia. Choć ja wciąż czuję smutek i nie potrafię do końca pogodzić się z tym bólem Orzesznicy, nie potrafię przyjąć go naturalnie… To pewnie może być także książka o miłości rodzic-dziecko. O tym, jak trzeba pozwolić odejść w odpowiednim momencie. Z uśmiechem na twarzy, bo przecież spełnia się powinność, marzenie i dobry uczynek naraz… Oj, będę ja kiedyś płakać nad tą książką zupełnie innymi łzami!

Ale niemal niewiarygodne jest to, że tekst nie jest dla mnie w tej książce najważniejszy! Najważniejsze są przepiękne ilustracje Marcina Minora! Coś wspaniałego! Dopieszcza oko, głaszcze źrenice! W las wprowadza – aż pachnący i tajemniczy, bo przecież jest noc. I światło rozświetla tylko niewielkie fragmenty kartek. Tyle tam liści, gałązek, że aż słyszę szelesty, o moje palce ocierają się zwinięte na końcach liście paproci! Pióra puchacza furkoczą w powietrzu. Jestem pod wrażeniem! Kartkuję wciąż na nowo! Dotykam i niemal czuję pod palcami trawę – muszę uważać, żeby się nią nie zaciąć! Tym razem tekst – choć mądry i ważny – przegrał z obrazem. Ilustratorze Marcinie – dokonałeś cudu! Wszak autor Przemysław znany jest z pisania doskonałych historii. Zabrałeś mu cała moją uwagę! I nauczyłam się stopniować słowo „doskonałe”...








wtorek, 24 października 2017

461. MOJE SŁOWA PRZYSIADŁY NA CZYIMŚ RAMIENIU…

KATHERINE RUNDELL
„DACHOŁAZY”
(TŁ. TOMASZ BIEROŃ)
PORADNIA K, WARSZAWA 2017
PROJEKT OKŁADKI MARZENA DOBROWOLSKA

Siedzę na dachu swojej wyobraźni i próbuję dosięgnąć słów. Nie ma ich na wyciągnięcie dłoni. Nie skapują ze stalówki wiecznego pióra. Odleciały między dachołazy, przysiadły na ich ramionach i ani myślą się stamtąd ruszyć. Już nie są moje, bo wszystkie najlepsze, najpiękniejsze zawłaszczyła Katherine Rundell.
Kim są dachołazy? To ludzie, którzy nie lubią stąpać po chodnikach. Ci, którzy za kominem, na starej patelni smażą szczury, mają namiot z liści i zimą bardzo mocno się trzęsą. Czy są bezdomni? Pewnie by się obrazili, gdyby to usłyszeli. Mieszkają przecież – tyle, że na dachach… A są też tacy, co mają domy na drzewach… Jak między nich trafiły moje słowa? Ano w ślad za pewną dziewczynką. Na imię jej było Sophie.
Pewnego dnia Charles Maxim płynął łodzią ratunkową po kanale La Manche. W oddali widać było już tylko kadłub statku – reszta była pod wodą. Na wodzie, oprócz łodzi, unosił się futerał na wiolonczelę. Ale w futerale nie było instrumentu. Była mała dziewczynka, zawinięta w partyturę Beethovena. Dziewczynka, której włosy miały kolor błyskawicy. Charles dał jej imię, bo dzieci muszą mieć imiona. A potem dał jej dom i miłość. Bo to dzieci muszą mieć chyba nawet jeszcze bardziej niż imię.
Charles i Sophie to jedna z najpiękniejszych par literackich, jakie znam. Charles to wzór do naśladowania, bo kocha Sophie miłością bezgraniczną, ale nie ograniczającą. Rozpościera jej skrzydła i sam sprawdza, czy dziewczynka może latać, nie podcina ich podstępnie scyzorykiem, gdy nikt nie patrzy. Wierzy jej. Ufa jej. Uczy ją. Jest na nią otwarty, chłonie ją, by lepiej ją rozumieć. Nie steruje nią, wskazuje kierunek… I podąża dwa kroki za jej plecami, żeby sprawdzić, czy nie upada. Tak pięknie ją kocha! Takie piękne mają rytuały! I tylko jeden raz stają po dwóch stronach barykady – ona mówi, że pamięta, jak jej matka gwizdała i że żyje i że na pewno po nią wróci. On twierdzi, że Sophie była za mała, żeby pamiętać, że żadna kobieta nie uratowała się z tonącego statku, że na tym nie można budować życia. Sophie się odwraca – wie swoje – i rysuje na kartce mamę. A że „nie miała kolorowych kredek, więc obgryzła paznokieć do krwi i pomalowała nią włosy na czerwono”. Są przecież takie same!
Ale potem świat Sophie i Charlesa się zawala. Ktoś wkracza do ich poukładanej, choć na pozór chaotycznej codzienności. Ktoś, kto „wie lepiej”. Kto chce układać, pucować, czyścić i uczyć – koniecznie w szkole i zabrania nosić spodnie! Kategorycznie! Padają ciężkie słowa – dom dziecka - i przygniatają najszczęśliwszą parę ludzi na świecie – małą dziewczynkę i jej prawie-ojca. Muszą więc uciekać. Charles się reflektuje. I uciekają do Paryża, tam, gdzie ostatni raz mała czerwonowłosa dziewczynka widziała czerwonowłosą kobietę, swoją matkę.
I to prawie oczywiste, że w poszukiwaniach pomogą dziewczynce dachołazy. Nie mogło być inaczej! Tylko, czy czerwonowłosa kobieta jeszcze istnieje? Wszystkie dokumenty, papiery, świadectwa i wspomnienia mówią, że nie… Jak bardzo Sophie będzie rozczarowana, gdy okaże się to prawdą i mama z jej wyobraźni będzie musiała przestać oddychać, a w jej płucach zamieszkają ryby?

To tak pięknie napisana książka, że chciałabym ją wciąż i wszędzie cytować. Wytapetować nią sobie pokój, mieć bez ustanku przed oczami. Katherine Rundell zostaje moją nową czarodziejką od słów, ale Tomaszowi Bieroniowi nie odmawiam prawa do magicznej różdżki – bez niego nie byłoby TEGO tekstu! Są obydwoje jak magicy, a ja jestem cała w ich władaniu. I we władaniu zazdrości, że ja nie umiem tak pięknie pisać, takich historii snuć, takich postaci tworzyć… To taka historia, która sprawia, że po przeczytaniu ostatniej literki chcesz biec jak najszybciej do pokoju Twojego dziecka i upewnić się, że tam jest. Ta opowieść mną wstrząsnęła! Wycisnęła ze mnie śmiech, łzy, wzruszyła tak mocno, jak tylko może wzruszyć książka o córce rozdzielonej z matką. I na odwrót – o matce bez córki też! Mokry mam mój egzemplarz, słony…  







czwartek, 19 października 2017

459.PO ŚLADACH

Kim był Janusz Christa? To jeden z największych, najbardziej znanych polskich twórców komiksów. To spod Jego ręki, ręki Mistrza, wyszedł Kajko a razem z nim Kokosz. Wydał około 40 tomów komiksowych, które rozeszły się w łącznym nakładzie ponad 10000000 egzemplarzy. Dziesięciu milionów, że dodam słownie, coby nikt nie pomyślał, że się pomyliłam w stawianiu zer. Wydawnictwo Egmont już trzeci raz organizowało konkurs imienia Janusza Christy na komiks dla dzieci. Jury w składzie: Grzegorz Kasdepke, Tomasz Kołodziejczak, Tomasz Leśniak, Wojciech Wawszczyk i Agnieszka Wielądek w zeszłym roku po obradach wybrało komiksy, które ich zdaniem, zasługiwały na nagrodę. A teraz scenariusze ukazują się drukiem. I dobrze, bo są naprawdę świetne!

SCENARIUSZ I RYSUNKI MARTA FALKOWSKA
„OTO TOSIA. W POSZUKIWANIU PIETROSTWORA”
EGMONT, WARSZAWA 2017

Zaczynam od miejsca trzeciego, bo tak się zwykle robi, gdy ogłasza się zwycięzców. Ale zaczynam od Tosi także dlatego, że to mój numer jeden obok numeru jeden, który wybrało Szanowne Jury. Tosia to sprytna, rezolutna dziewczynka, pełna wyobraźni, ciekawska, inteligentna i uzdolniona manualnie. Z jej pokoju nieustannie dochodzą stuki, puki i łomoty, bo nieustannie coś konstruuje. Tym razem jest to „sięgaczołapolot”. Poza tym Tosia nie ma zęba na przedzie i widzi niewidzialne… Ma specjalny Tosiowy Atlas, gdzie obok żołędzi i dębu jest na przykład plemię Snotów. Tosia nie rusza się z domu bez kompasu, mapy (sama ją narysowała), okularów przeciwsłonecznych, aparatu, plecaka, swojego atlasu, kurtki przeciwdeszczowej i… kota Precla. A kot – również nie jest zwyczajny. Odnoszę wrażenie, że od kotów zwyczajnych odróżnia go przede wszystkim to, że mówi ludzkim głosem (i jest całkiem wygadany) oraz chyba ta lekka, niby niezauważalna, tchórzliwość. Bo sarkastyczne poczucie humoru ma zupełnie takie samo, jak wszystkie inne koty. Ta parka zdecydowanie przypadła mi do gustu. Na myśl przywiodła mi moją ulubioną komiksową bohaterkę – Hildę. I choć Tosia ma włosy rude, nie niebieskie, to z równą łatwością przyjmuje niemożliwe. A jej serce bije w rytmie szumu drzew, dziewczynka umie nazwać drzewa i krzewy dookoła siebie i czas spędza najchętniej tam, gdzie jest świeże powietrze. Na przykład tam, gdzie prowadzi ją trop natki pietruszki… Czy Pietrostwór okaże się przyjazny, czy może będzie miał ochotę zjeść Tosię i zagryźć Preclem? Emocje, emocje, emocje! I szczypta humoru na dodatek. Czekam już na następny tom, bo Tosia na ostatniej stronie została z młotkiem w dłoni, a po lesie niesie się „stuk! stuk! stuk!”… I z chęcią już bym się dowiedziała, co Tosia skonstruowała i gdzie ją zaniesie jej nowy wynalazek! Brawo Marto Falkowska!






SCENARIUSZ I RYSUNKI KAJETAN WYKURZ
„MAJA I MINIZAURY. ODNALEZIONY ŚWIAT”
EGMONT, WARSZAWA 2017
KOLORY ROBERT SIENICKI

Miejsce drugie przypadło w pewnym sensie pewniakowi czyli Mai. Znów dziewczynka. Ma jedenaście lat i kolekcję zabawkowych dinozaurów na półce. Ma też plakat z dinozaurami powieszony na ścianie. Ma psa – małego, wyglądającego na wrednego, mopsa Hektora i tatę, który nieustanie pracuje. Nie ma czasu dla swojej córki. Nie ma czasu bawić się z nią, choćby udawać zainteresowanie jej sprawami, nie ma czasu jej wysłuchać, nawet wtedy, gdy ta chce mu powiedzieć, że tego dnia w ich ogrodzie… pojawiły się dinozaury (to jest właśnie ten pewniak!). W wersji mini, co prawda, ale to najprawdziwsze dinozaury! Za pomocą nowoczesnych urządzeń tłumaczą swoją mowę na ludzki i okazuje się, że przyleciały na ziemię z pewną bardzo ważną misją. A trafiły w trawę za domem Mai. I na herbatkę do jej domu dla lalek. Gdyby tata Mai nawet jej wysłuchał, to pewnie nie uwierzyłby w to, co słyszy… Lekki, zabawny komiks o inteligentnej dziewczynce w wielkich okularach. Gratuluję Kajetanie Wykurzu.







SCENARIUSZ AGNIESZKA SURMA I PRZEMYSŁAW SURMA
RYSUNKI AGNIESZKA SURMA
„PIKAPIDULA. WSZYSCY NA POKŁAD”
EGMONT, WARSZAWA 2017

Pikapidula? A cóż to/ któż to jest? Trzeba by zapytać córki autorki, Malwiny, która ten tytuł wymyśliła. Ale sądzę, że to coś naprawdę fantastycznego! Bo cały komiks taki jest! Doskonały. Numer jeden. Mój też! Uśmiałam się przy nim i odnalazłam lustrzane odbicie swojej rodzinki. To mini-historyjki z życia mamy, taty, psa, świnki morskiej i… pani kapitana Pikapiduli! Bo Surmowie łamią stereotypy – piratem zostaje dziewczynka! Mała, radosna, roześmiana, z tysiącem pomysłów na minutę, wszędobylska i chochlikowata. I nigdy się nie nudzi! Dlaczego? Bo ma wyobraźnię! Po co przeżywać życie nudno i zwyczajnie, gdy można zostać piratem, całej swoje rodzinie przydzielić pirackie obowiązki (mama zostaje kukiem, a tata bosmanem) i cieszyć się ze wszystkiego, co się wydarza?! Gdy mama odkurza i trzeba siedzieć w jednym miejscu, to można sobie przecież wyobrazić, że się jest na bezludnej wyspie. A podczas kąpieli, że pływa się z syreną. A zimą kartki świąteczne zamiast zanosić na pocztę, można wrzucić w butelkach do morza! A zamiast bałwana – ulepić ośmiornicę! O ileż ciekawsze i zabawniejsze staje się życie, gdy ster przejmuje kapitan Pikapidula!* Surmowie – świetna robota!






Tym razem w konkursie Christy rządzą niepodzielnie dziewczynki! Te fajne, mądre, z poczuciem humoru, chcące zdobywać świat. Te z ogromną, niezmierzoną wyobraźnią! Te, w których wyobraźnia się nie pomieściła i zalała świat dookoła. Te, które są tak sympatyczne, radosne i ciekawskie, że z miejsca je polubiłam. I nawet trochę im uwierzyłam. W te wszystkie stwory, potwory, syrenki w wannie i dinozaury pijące herbatkę z serwisu dla lalek...

SCENARIUSZ I RYSUNKI MIECZYSŁAW FIJAŁ
„OSKAR I FABRYCY. STRAZNE SMOCZYSKO”
EGMONT, WARSZAWA 2017

I last, but not least – Fabrycy i Oskar. Specjalne wyróżnienie w konkursie „za komiks w duchu Janusza Christy”. Oj tak! Fijał jest wielkim fanem twórczości Mistrza i to widać, to czuć. Podobna kreska, podobna estetyka i tematyka, której Christa by się nie powstydził. Poznajemy dwóch chłopców – Fabrycego i Oskara, dwóch przyjaciół, dwóch kolegów z klasy. Poznajemy ich w sytuacji dość niecodziennej. Właśnie przyjechali ze szkolną wycieczką do kilkuset letniego zamku. Po muzeum ma ich oprowadzać kustosz i to nie będzie łatwe zadanie, bo „te dzisiejsze dzieciaki. Teraz trudno je czymś zainteresować”. Fabrycy wciąż gra na komórce w jakąś grę, po dziedzińcu niosą się szepty i krzyki, a wszyscy są znudzeni… A że Fabrycy i Oskar znani są ze swoich żartów i kawałów, z tego, że idą raczej pod prąd, niż grzecznie tam, gdzie wytyczona ścieżka i gdzie prowadzi ich kustosz, to nie trzeba długo czekać na to, żeby przygoda się otrząsnęła z marazmu i stanęła na ich drodze. Oto jest! Z pięknego zabytkowego lustra wyskakuje nagle dziwny, zakapturzony człowiek w powłóczystej szacie i zabiera chłopców ze sobą. Nie, Fabrycy i Oskar wcale się nie boją. Myślą, że to przygotowane specjalnie dla ich klasy przedstawienie aktorów z kółka teatralnego. Ale już wkrótce okaże się, że tym mężczyzną w powłóczystej szacie był czarodziej sprzed trzystu lat i wziął ich ze sobą na drugą stronę magicznego lustra nie bez przyczyny… w królestwie grasuje smok. Smoka, według przepowiedni, może zgładzić tylko ten, który się jeszcze nie narodził. Trzeba więc było sięgnąć do przyszłości. Padło na dostojnego rycerza Fabrycego i jego giermka Oskara. Nie wszystko jednak jest tak proste, jak mogłoby się wydawać. Wszak Fabrycy nie jest rycerzem… I ani trochę nie wie, jak zgładzić smoka. Nie chce nawet ręki królewny, gdyby miała być nagrodą. Bardzo szybko okazuje się, że jedyne, czego pragnie, to wrócić do domu!
Wciągnęła mnie ta historia i bardzo chciałam się dowiedzieć, jak chłopaki wybrną z sytuacji. Wybrnęli świetnie! Po christowemu! Pomiędzy jest dużo pościgów, zakuwania w dyby, uczt królewskich, rozbójników podstępnych, gęstwy lasu i… ani kreseczki zasięgu na komórce! A mimo to chłopaki na pewno nie będą się nudzić. Co więcej, jest szansa, że ta przygoda odmieni ich na tyle, że już nigdy nie będą musieli sięgać do gier elektronicznych, żeby podnieść sobie nieco poziom adrenaliny… Kłaniam się panie Mieczysławie Fijał!




*Jednak coś mi mówi, że w następnym tomie kapitan będzie już kimś zupełnie, zupełnie innym...

niedziela, 15 października 2017

458. DZIEWCZYŃSKI TYDZIEŃ: PIRATKO! PIĘŚCIARKO! WOJOWNICZKO!

ELENA FAVILLI I FRANCESCA CAVALLO
„OPOWIEŚCI NA DOBRANOC DLA MŁODYCH BUNTOWNICZEK. 100 HISTORII NIEZWYKŁYCH KOBIET”
(TŁ. EWA BORÓWKA)
DEBIT, KATOWICE 2017
ILUSTROWAŁO 60 ARTYSTEK Z CAŁEGO ŚWIATA

Układa się w ciepłym łóżku. Pachnie migdałowym szamponem do włosów. Pół łóżka zajmują maskotki – aktualnie jest ich siedem. Wtula policzek w poduszkę i władczym głosem rozkazuje: „Czytaj!”. Uśmiecham się przebiegle. I wyciągam zza pleców „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek”. Zaczynam proces perswazji. Nic mnie nie powstrzyma! W tych pozornie łagodnych i nastrojowych okolicznościach ja zaczynam tworzyć buntowniczkę!
Jaka jest pierwsza (stereotypowa!) myśl, gdy ktoś ośmieli się rzucić słowo „buntowniczka”? Łobuziara! Z kolczykiem w nosie i pokryta tatuażami (od stóp do głów). Z rękami w kieszeni. Z wydętymi wargami. A czy buntowniczka może wyglądać zwyczajnie? Czy może mieć włosy upięte w kok? Albo baletki? Czy może nosić rękawiczki i kapelusz? Albo… mundur wojskowy? Czy może jeździć na rowerze? Pisać wiersze? Grać na bębnach? Prowadzić samochód?
Może! Bo buntować się można przeciwko różnym rzeczom. Na przykład przeciwko wojnie. Albo przeciwko temu, że w ojczystym kraju kobiety nie mają prawa prowadzić samochodu. Albo przeciwko ograniczeniom, które narzuca ciało. Gdy niewidomej dziewczynie, która kocha balet, mówią, że nigdy nie będzie tańczyć, to jej buntem jest tytuł baleriny. Gdy głuchej dziewczynce odradzają jazdę na motocyklu, bo nie będzie potrafiła usłyszeć, kiedy zmieniać biegi, ona w odpowiedzi mówi: „Teraz motor i ja, to jedno”. Bunt tych kobiet to walka – o prawo kobiet (człowieka!) do szczęścia. Każda prowadzi ją inaczej – jedna na wybiegach dla modelek, inna z fotela prezydenta, jeszcze inna z serca dżungli, a kolejna z kart książek. Jest ich tu sto, a każda ma swój pomysł na bunt. To kobiety sprzed wieków (Hatszepsut żyła przed naszą erą) i takie, które wczoraj widziało się w telewizji (Michelle Obama). Są takie, których nazwiska potrafi się przeliterować nawet, gdy ktoś wyrwie nas z głębokiego snu w środku nocy (Astrid Lindgren) i takie, których nazwiska nie potrafi się nawet przeczytać (Aung San Suu Kyi). Są te czarnoskóre (Nina Simone) i białe (Margaret Thatcher). Te z daleka (Michaela Deprince ze Sierra Leone) i z bliska (Irena Sendlerowa). Są malarki, pisarki, perkusistki, królowe, aktywistki, lekarki, przyrodniczki, badaczki, sportsmenki, programistki, wojowniczki i piratki. Łączy je to, że każda o coś walczyła – o siebie, o innych, o pokój, o zwierzęta, o rozwój nauki, o możliwość śpiewu, tańca, jeżdżenia na rowerze…
Każdy z tych buntów zaczyna się od marzenia. A ta książka jest o tym, że po każde marzenie warto sięgnąć i je spełnić. Nawet po to, które wydaje się być tak wysoko, że nie da rady tak wysoko wyciągnąć ręki. Ale to w nas samych jest siła, żeby robić to, na co mamy ochotę. To w nas samych jest siła, by obalać mury, przeskakiwać płoty, rozbrajać bomby.
Ta książka jest niezwykła tak, jak niezwykła jest każda kobieta i dziewczynka w niej opisana i tak, jak niezwykła jest każda kobieta i dziewczynka, która będzie ją czytać. Powstała dzięki ludziom, którzy uwierzyli w siłę kobiet (dwadzieścia pięć tysięcy dwadzieścia pięć osób wsparło projekt!). Autorki zebrały w zbiórce internetowej ponad milion dolarów. Do projektu dorzucili się ludzie z siedemdziesięciu krajów, pisząc często o tym, jak bardzo ta książka jest im potrzebna, jak jest ważna. Podobno pewna mama napisała, że jest matką trzech chłopców i wreszcie będzie miała narzędzie, które pozwoli jej edukować ich także z kobiecego punktu widzenia.
Autorki zaprosiły do współpracy sześćdziesiąt artystek z całego świata, żeby książkę zilustrowały. Polskę reprezentuje Zosia Dzierżawska, a mnie rozpiera duma, że jesteśmy tam, wymienieni na stronie z ilustratorkami. Powstała przepiękna książka! Mnogość stylów, kolorów, kresek, spojrzeń na świat i technik odzwierciedla tę różnorodność kobiet, jakie trafiły do zbioru. Brak mi słów na te obrazy. Z chęcią zobaczyłabym wystawę oryginałów w którejś z ważnych galerii sztuki.
Gdy czytam tę książkę (zwykle na wyrywki, jak mantrę na dobre sny i na dobre rano), mam gulę w gardle. Tyle tu bólu, łez, ran, krwi, zła, niepewności, wyzwisk, nietolerancji, wojen i bezsensu. Ale dzięki tym kobietom, tyle tu też siły, odwagi, determinacji, skromności, motywacji, piękna, pomysłowości, kreatywności, inteligencji, mądrości - aż się może zakręcić w głowie! To zdecydowanie książka, która powinna znaleźć się w każdym domu – absolutny must have i to nie tylko dla dziewczynek. One będą się z niej uczyć odwagi i pewności siebie. Chłopcy poszanowania i podziwu dla płci pięknej.
I do głowy przychodzi mi jedno – zamiast wołać do swoich córek „księżniczko, królewno, laleczko”, może zaczęlibyśmy wołać „piratko, pięściarko, wojowniczko”? Niech tym właśnie chcą być, łamiąc wszelkie stereotypy. I koniecznie z żeńskimi końcówkami, bo język też trzeba odczarować, żeby nie brzmiał dziwnie, gdy kobiety za coś się zabierają!