Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

czwartek, 24 maja 2018

513. ELEMENTARNE ZASADY DOBREGO WYCHOWANIA


AGATA DUDEK, MAŁGORZATA NOWAK
„PORA NA KALAFIORA”
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2018

Moje dziecko nie chce jeść warzyw! - lamentują dorośli. Nigdy nie komentuję, ale zawsze się zastanawiam. Czy Dziecko w ogóle widziało kiedyś szpinak? Czy powąchało, dotknęło, zanim spróbowało? Czy wie, że ma liście? To tak, jak z przyjaźniami. Jeśli nie poznasz tej koleżanki z dwoma warkoczykami, nie będziesz wiedzieć, jak ma na imię i co ją wyróżnia z tłumu, jeśli wciąż będziesz ją mylić z inną dziewczynką, nigdy się z nią nie zaprzyjaźnisz.
Więc zacznijmy od początku.
Dzień dobry, to jest…..(tu trzeba wstawić imię dziecka), a to Pomidor i Pomidorek, Ogórek i Cukinia, Kalafior i Brokuł.
Brokuł jest zielony, a Kalafior biały. Pomidor duży, a Pomidorek malutki, Ogórek mniejszy i czasem zakręcony, a Cukinia duża, raczej posta, ewentualnie w kształcie wazonu. Agata Dudek i Małgorzata Nowak zestawiły ze sobą pary warzyw, które nam się czasem mylą – jest jeszcze Por i Szczypiorek, Papryka i Papryczka Chili, Bób i Fasolka Szparagowa, Burak Ćwikłowy i Burak Cukrowy, Seler i Seler Naciowy (oj, tu często są problemy!!!), Marchewka i Pietruszka, Sałata i Szpinak, Rzepa i Rzodkiewki, Ziemniak i Batat, Czosnek i Cebula, Fasola i Groch, Brukselka i Kapusta. Nie darowały sobie dwóch żarcików – Dynię zestawiły z głową, a Patisona z ...UFO! Narysowały warzywa bez udziwnień, prosto, zwyczajnie – to jak zdjęcia warzyw do dowodów osobistych, żeby na pewno nie było pomyłki i wpadki przy gotowaniu czy robieniu sałatki. Spokojnie, nie jest nudno! Książka jest bardzo kolorowa (nic dziwnego, skoro warzywa są takie kolorowe!!!), ale autorki zadbały także o element humorystyczny i narysowały przy tych warzywkach także owady i inne stworzonka – mrówki, ślimaki, gąsieniczki, żuczki. Jak w życiu – jeśli ty nie zjesz warzyw pierwszy, amatorów na nie jest wielu!
To książka kartonowa, a więc z założenia dla najmłodszego użytkownika kubków smakowych. Idealna, by zacząć przygodę z warzywami lub utrwalić ich obraz i powiązać słodkość buraka z jego kulistością i różem. Ja od razu robię się głodna, gdy ją oglądam!
Pamiętam małą Majkę (lat 3), gdy dostała mały aparat (lat 10) na rynku,wśród całego tego dobra, robiącą zdjęcia szczypiorkowi i rzodkiewkom, dotykającą, głaskającą i zachwycając się kolorami, fakturami, kształtami, a później smakiem. Zaczyna się właśnie powolutku najpiękniejszy warzywny czas. Już za momencik warzywa nie będą się mieścić w skrzynkach, będą wychodzić ze straganów, wysypywać się z kuwet, wabić zapachami i kolorami. To idealny moment, by tę książeczkę wziąć ze sobą na taki rynek i porównać – czy faktycznie tak wygląda brokuł? I czy faktycznie różni się od kalafiora? A które jest które?
Na koniec mała anegdotka – moja koleżanka wysłała męża po awokado, a wrócił do domu z melonem. Co prawda obydwa są owocami, ale dwa wnioski nasuwają się same – pierwszy, że taka skrócona, elementarna edukacja przyda się także dorosłym. A druga, że Agata Dudek i Małgorzata Nowak muszą już zacząć rysować drugą część – owocową!








środa, 23 maja 2018

512. GŁOSY W TWOIM MIESZKANIU



MADLENA SZELIGA
„RODZINA SZTUĆCÓW”
„RODZINA SZTUĆCÓW II”
GEREON, KRAKÓW
ILUSTROWAŁ SŁAWEK ZALEWSKI

Gdy się ma bogatą wyobraźnię, to tematy na książkę można znaleźć wszędzie: pod nogami (mamy zawsze przecież przypominają „patrz pod nogi!”), wiszące na drzewach, w damskiej torebce albo w szufladzie ze sztućcami…
Otóż na przykład u Babci Eleonory w szufladzie mieszka trzypokoleniowa rodzina. Należy do nich Dziadek Nóż („Dziadek Nóż urodził się po prostu ze zbyt ciętym językiem”), Mama Łyżka („Ja, moi kochani, mam kobiece okrągłe kształty”. A z moich z kolei obserwacji wynika, że dużo płacze i jest bardzo emocjonalna), Tata Widelec (dzielny, silny, odważny!), Córeczka Łyżeczka (rezolutna przedszkolanka) i Synek Widelczyk (głównie do ciasta. Podziwia i uwielbia bezgranicznie swojego Tatę Widelca).
Jakież przygody mogą mieć sztućce? Że w zamkniętej szufladzie nic się nie dzieje? A gdy już kogoś wyciągają to też zupełna nuda, bo ciągle tylko jedzenie, zmywanie i z powrotem hop do szuflady?
Kto tak myśli, jest w kolosalnym błędzie! Bo u tej akurat Rodziny Sztućców, przygody nie wyrabiają na zakrętach! Dzieje się ciągle i coś. Na przykład przeprowadzka do nowego lokum (i kłótnia o to, kto zajmie najszerszą przegródkę). Albo casting na żonę dla Dziadka Noża („ostatni raz miałem żonę ze sto lat temu!”). No i ta mrożąca krew w żyłach historia, gdy Widelczyk, który do tej pory chciał pracować na stoisku z degustacją tortów, a zobaczył przypadkiem Tatę Widelca przy pracy, postanowił być taki, jak on… O mało przy tym nie stracił życia! Uff, było blisko…
A te wszystkie przygody, to dopiero w pierwszej części, a moim zdaniem w drugiej autorka dopiero się rozkręca! Płakałam ze śmiechu! No, może najpierw trochę się niepokoiłam, bo Łyżeczka zniknęła… Zostawiła tylko zaszyfrowaną wiadomość na gazecie Dziadka Noża, ale po jej rozszyfrowaniu… Mama Łyżka jak zwykle się rozpłakała, bo ta wiadomość była naprawdę przerażająca! Czy uda się uratować Łyżeczkę z rąk Yeti, który ją aresztował i wywiózł na Mount Everest?
Historyjka o pikniku zaś jest zdecydowanie moją ulubioną! Otóż „jest ciepło, kwiatki kwitną, trawa się zieleni i ogólnie warunki są sprzyjające.” Więc co? Więc piknik! Cała Rodzina Sztućców ma już swoje plany – mama się poopala na kocu, dzieci będą się bawić w chowanego, tata poczyta gazetę (sprawdzi co na giełdzie, po ile srebro, a po ile miedź), a dziadek zapoluje na mrówki i pasikoniki. To będzie udany dzień. Niecierpliwie obserwują przygotowania do pikniku, te góry pysznego jedzenia, te litry napojów chłodzących i nagle… „Słuchajcie no, dziwna sprawa – powiedział Tata zaniepokojonym głosem – zapraszają sztuczne naczynia.” A potem to już jest prawdziwy horror, bo okazuje się, że ktoś wkłada do wielkiego piknikowego kosza plastikowe noże, plastikowe łyżki, plastikowe łyżeczki, plastikowe widelce, a plastikowych widelczyków do ciasta w ogóle nie ma. „Manekiny!” - powtarza całą rodzina z przerażeniem! A ja w tym momencie już dłużej nie mogę powstrzymywać śmiechu! Tymi manekinami autorka mnie kompletnie rozbroiła!
Ostatnia historia też jest na poziomie – to o rocznicy ślubu Mamy Łyżki i Taty Widelca i o tym, że Mama Łyżka spodziewa się niespodzianki, a na Tatę Widelca pada wtedy blady strach! Na szczęście wymyśla niespodziankę idealną!
Czyżby to już wszystko? Na szczęście na przedostatniej stronie jest obietnica:

Dlaczego na przedostatniej? Bo na ostatniej jest wyklejka. Jest też na pierwszej, więc to od wyklejki zaczęłyśmy oglądanie tej książki. „Patrz mamo, dzidziuś widelec!” - zawołała w ekstazie Majka i ona była kupiona już od tego momentu. Potem powiedziała mi, że wszystkie historyjki podobały jej się tak samo, ale najbardziej ze wszystkiego to podobały jej się ilustracje, bo ją rozśmieszyły i dlatego, że sztućce miały ręce i oczy i włosy nawet okulary. Odłożyła „Rodzinę Sztućców” na „wyciągnięcie ręki z łóżka bez wstawania”, bo w najbliższym czasie musimy przeczytać Sztućce znowu. Tak zarządziła! Tak zażądała!

Opróżniamy wspólnie zmywarkę. Podaję Majce łyżki i widelce. „Majka, włóż je do szuflady, dobrze?”. „Jasne, położę je blisko obok siebie, bo one przecież ze sobą rozmawiają, prawda? - mówi i puszcza do mnie oczko. Jak to dobrze, że Madlena Szeliga usłyszała te głosy!

















poniedziałek, 14 maja 2018

511. AUTOGRAFY WTK 2018 – JUSTYNA BEDNAREK (I DANIEL DE LATOUR)


JUSTYNA BEDNAREK
„BABCOCHA”
SERIA LATAWIEC
PORADNIA K, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁ DANIEL DE LATOUR

Myślałam, że już się nie da. Że tekst (teksty!) o Skarpetkach są doskonałe i absolutnie nie ma możliwości, żeby napisać coś lepszego. Że to szczyt szczytów i Everest możliwości. No bo czy może być coś doskonalszego, niż te Skarpetki? Takie już poprzecierane na piętach od czytania (pierwsza część jest w końcu lekturą szkolną!). A tu nagle… Whops! She did it again! I zrobiła to jeszcze lepiej, niż wcześniej. Jak to w ogóle możliwe?
Kiedyś, w zamierzchłych czasach, gdy decydowałam się na temat mojej pracy magisterskiej, to bardzo chciałam pisać o prozie (i filmach) Jana Jakuba Kolskiego. Dlaczego? Bo zafascynowana byłam jego autorskim mikrokosmosem! Wziął polską wieś – trochę biedną, trochę zapyziałą, trochę zabobonną, bardzo wsobną, nie znoszącą zmian, wciąż w chustce na głowie, zawiązanej pod brodą, z przydrożnymi krzyżami i figurkami świętych na rozstajach dróg i unurzał ją w cudach. To był taki swoisty realizm magiczny, bardzo polski, związany z naszym dziedzictwem, z naszą historią, z naszą kulturowością, z naszym postrzeganiem świata. Bardzo zaplątany w religię, ale religię nie wolną od cudów wszelkich, religię, w której święty był niejako kumplem, do którego można przyjść, wyżalić się i złożyć prośbę o pożyczenie 5 złotych na wino. W tym upatrywałam tej magii – w zaprzyjaźnieniu z nienazwanym, z magicznym, w przyjmowaniu go ot tak, po prostu. Jańciowi Wodnikowi woda stała się posłuszną? Nie dociekamy, dlaczego, idziemy za nim, wyznajemy go, dopóki będzie miał moce. Dlaczego piszę teraz o Kolskim i jego mikroświatach? Bo to drżenie serca, które towarzyszyło mi wtedy przy czytaniu, to absolutne zespolenie z tekstem, tę magiczną więź i całkowite zrozumienie i oddanie, poczułam ponownie przy lekturze „Babcochy” Justyny Bednarek. Dziś usłyszałam w radiu przy okazji jakiejś rozmowy o muzyce, termin „psychika polskości” - i tak, to właśnie wtedy tak ukochałam w prozie Kolskiego i tak, to właśnie znalazłam teraz w „Babcosze”!
Między Krzywym, Końskim i Dydnią jest sobie wieś Grajdołek (no czy może być lepsze miejsce akcji niż wieś Grajdołek???). Do Grajdołka przywiewa Babcochę. Nie na miotle, ale na gradowej chmurze. Kim jest Babcocha? Ni mniej ni więcej, tylko wiedźmą. W każdej wiosce musi być wiedźma, bo inaczej to nie jest prawdziwa polska wieś. Czasami czarownice posługują się tylko ziołami, czasami łapią w dzbany światło księżyca. Babcocha ma walizkę pełną mazideł i wewnętrzną moc. Strzela palcami stóp i już się staje to, co sobie postanowi! Zatrzymała chmurę, wylądowała, weszła do chaty i została. A w chacie było miło. Bo po poprzednim właścicielu został garniec z miodem, a w kątach pajęczyny (jak wiadomo, czarownice i pająki żyją w wielkiej zgodzie). A żeby obraz był pełny, pełniuteńki, w rozłupywanych właśnie orzechach Babcocha znalazła Orzechowe Licho, które oczywiście z Babcochą zostało.
Babcocha jest obca, więc Grajdołek przyjmuje ją z rezerwą. Najpierw, jak na zamknięty mikrokosmos przystało, najeża się i patrzy spod byka. Ale szybko okazuje się, że Babcocha przybyła, by czynić dobro. Dba o tych najbardziej pokrzywdzonych przez los, na sercu leży jej los zwierząt i roślin (jakaż piękna jest historyjka o tym, jak Babcocha ratuje stroskanego żołędzia!), jest w zgodzie z naturą. Nie waha się dać prztyczka w nos tym, którzy śmiecą, kradną, niszczą. Nawet, jeśli to najbardziej szanowane osoby w wiosce – sołtys, młynarz czy sprzedawca.
Babcocha wylądowała obok opuszczonej grajdołkowej chaty nie bez przyczyny. Owszem, Grajdołek nie ma czarownicy na etacie (i chyba do tej pory nie zdawał sobie sprawy, że jej potrzebuje), ale tak naprawdę Babcocha przyleciała tu z powodu jednej małej dziewczynki – Bernadetty. Bernadetta i Babcocha spotykają się w lesie. Dziewczynka ma czarne oczy, czarne włosy, czarne skarpetki i czarne paznokcie. I pewnie trochę czarno jej w sercu.
„-Czemu łazisz sama po lesie?- ciągnęła Babcocha. (…)
-Przyszłam do lasu, bo gdzie indziej nie jest dziś zbyt przyjemnie.” - odpowiada Bernadetta. I Babcocha już wie, czuje po prostu, po co jest w Grajdołku. I zabiera Bernadettę na omlet z jagodami. Między Babcochą a Bernadettą rodzi się piękne uczucie, to najprawdziwsza przyjaźń, która polega na zaufaniu, na opiekowaniu się, na doglądaniu drugiej osoby, na tym, że przyjaciel czuje się najważniejszy na świecie. Bernadetta do tej pory chyba jeszcze nigdy się tak nie czuła. Nie ma mamy (a tak bardzo chciałaby mieć!), a jej tata, stolarz Antonii Ryba, od długiego już czasu nie zwraca uwagi na córkę (a może nigdy nie zwracał?). Woli spotykać się z kolegami (sołtysem, młynarzem i sprzedawcą), słuchać głośno muzyki, nie zważając na to, że w pokoju obok pewna mała dziewczynka próbuje zasnąć, nie czytając jej bajek na dobranoc i pijąc nieustannie sok malinowy z puszkach i butelkach… Po to jest Babcocha. Nie tylko po to, żeby ratować żabę, której młynarz z Nowotańca niechcący obciął nogę kosą, nie tylko po to, żeby sklepowa Renata mogła kupić sobie wymarzony telewizor (zresztą za zaczarowane żołędzie), nie tylko po to, by pomóc młynarzowi posiać rzepak (zresztą pod rękę ze świętym Bartłomiejem, co zwykle stoi sobie przy drodze z Grajdołka na Krzywe), ale po to, by zabrać Bernadettę na przejażdżkę na wietrze, by zamienić jej dziś na wczoraj, a wczoraj na jutro (żeby się zrobiło przyjemniej), żeby nauczyć ją wyć do księżyca jak wilk, żeby zabrać ją na poszukiwanie skarbów albo żeby po prostu, posiedzieć z nią nad rzeką i powrzucać piasek do wody („bardzo miły dźwięk”). Jest po to, żeby jedna mała dziewczynka uwierzyła w siebie. Jest po to, żeby jednej małej dziewczynce uratować świat. Spłakałam się na dwie i pół paczki chusteczek!
I żeby nie było, że ja tu z mikrokosmosami, polską tożsamością kulturową, Janem Jakubem Kolskim, analizą dziedzictwa narodowego, a dzieci, do których przecież kierowana jest ta książka nie mają pojęcia „co poeta miał na myśli” – 5,5-latka „Czytaj, czytaj 'Babcochę!' Nie kończ jeszcze! Jeszcze dwa rozdziały chociaż” (a ciężko jest dzielić czytanie „Babcochy” na kilka razy, bo rozdzialiki są krótkie, jednostronicowe, więc „No dobrze, jeszcze tylko jeden” aż samo się ciśnie na usta). 5,5-latka po lekturze „Podobało mi się! Bardzo mi się podobało!”. Na pewno ja i ona zupełnie inaczej postrzegamy tę lekturę (sok malinowy kontra „sok malinowy”), ale każda wyciąga coś dla siebie. Ona bajki, które mają morał – czyń dobro!, ja realną historię z życia wziętą (tylko trochę przebraną), która ma morał - czyń dobro! Bo ostatecznie cała magia świata jest po to, żeby na świecie było lepiej. Przynajmniej ta magia, którą uprawia Justyna Bednarek.









Tylko tydzień został do Targów Książki, które w tym roku będą dla mnie wyjątkowo pracowite. Będę siedzieć i podpisywać bajki i nie-bajki przy stoiskach pięciu wydawnictw. Gdyby ktoś miał ochotę spotkać się ze mną przy tej okazji, wrzucam małą ściągawkę :)
W PIĄTEK, 18 maja - będę podpisywać Pana Kardana, przy stanowisku wydawnictwa Bajka, między godziną 14 a 15 (bardzo żałuję, że Adam Pękalskibędzie w tym czasie daleko!)
W SOBOTĘ, 19 maja 
między 11 a 12 będziemy z 
Jagna Kaczanowska podpisywać Ogród Zuzanny, przy stanowisku wydawnictwa WAB
od 12.30 do 13.30 razem z Marta Kurczewska będę podpisywać Dusię i Psinka-Świnka przy stanowisku Naszej Księgarni
od 13.30 do 14.30 razem z Daniel de Latour będziemy podpisywać Babcochę, przy stanowisku Poradni K (i nie chcę już słyszeć o Skarpetkach! Babcocha jest lepsza!)
od 15.30 do 16.30 razem z Marcin Minor poprowadzimy warsztaty Kudełkowo-Grubelkowe (Kudełek i Grubelek to dwa kłębki kurzu, z Historii spod podłogi w trzech częściach) przy stanowisku wydawnictwa Egmont.
Voila. Będzie mi bardzo miło zobaczyć znajomych i nieznajomych  :)


Justyna Bednarek

niedziela, 13 maja 2018

510. AUTOGRAFY WTK 2018 – ROBERT BIEDROŃ


ROBERT BIEDROŃ
„WŁĄCZ DEMOKRACJĘ!”
ZNAK EMOTIKON, KRAKÓW 2018
ILUSTROWAŁ MAREK SZYMCZAK

Podziwiam go. Naprawdę. Jest odważny, inteligentny, dowcipny. Jest przedsiębiorczy. Pochodzę ze Słupska, więc dość często gadamy sobie z rodziną o Panu B. Oczywiście nie wszyscy (słupszczanie) patrzą na niego przez różowe okulary. Ale, moim zdaniem, jest prezydentem idealnym, bo patriotą lokalnym. A do tego Człowiekiem Zaangażowanym. W życie, tak ogólnie. Ale też w propagowanie poprawy życia, czynienia go lepszym, wartościowszym, pełniejszym. Od czego zaczyna się takie lepsze życie? Od wiedzy!
No to może warto byłoby w tych demokratycznych czasach wiedzieć, czym właściwie jest DEMOkracja? Domyślam się, że połowa osób, która czyta ten tekst myśli, że wie. A druga połowa nerwowo przełyka ślinę i kopie w głowie wielką łopatą, odgarniając hałdy codzienności, żeby dostać się do definicji z lekcji WOS-u i takich magicznych stwierdzeń jak „forma sprawowania władzy”, „ustrój państwa”, „pośrednia i bezpośrednia”. I zastanawia się, jaka jest różnica między posłem a senatorem. I przelicza jakie były progi wyborów – głosowania, kandydowania…
Pierwszej połowie powiem – Pan B. zagiąłby was już na pierwszym pytaniu. Drugich uspokoję – odprężcie się, przypomnijcie sobie, jak się oddycha, podajcie rękę Autorowi i dajcie się po prostu poprowadzić. Przypomni wszystko – od A do Zet. Powoli. Po kolei. Krok po kroku. Bardzo rzeczowo. Prosto. Przystępnie. To książka dla dzieci, więc użyje przykładów, które może zrozumieć każde dziecko (np. uzurpacja - „załóżmy, że samowolnie obwołujesz się kapitanką drużyny siatkówki i nie obchodzi cię, co inni mają do powiedzenia na ten temat. Czasem działa, ale zwykle na krótko” [s.67]; wolność poglądów - „poszczególni obywatele i obywatelki mają inne zdania na różne tematy. Tak samo jak Twoi rówieśnicy mają przeróżne zainteresowania – jedni uważają matematykę za królową nauk i chętnie rozwiązują łamigłówki, inni wolą pisać opowiadania na konkurs polonistyczny. [s.95]; podział władzy - „Pamiętam, jak zarozumiale zachowywała się moja koleżanka, gdy została przewodniczącą szkoły. Wydawało jej się, że pozjadała wszystkie rozumy. Zapomniała o tym, że ma rozwiązywać problemy uczniów, a nie chodzić z zadartym nosem. Podobnie bywa z władzą, która korumpuje, psuje i budzi najniższe ludzkie instynkty. [s.75]”). Możemy spokojnie zacząć czytać tę książkę razem z dzieckiem, pograć w tę niezwykła grę, powtórzyć materiał, a potem zdać maturę z demokracji na 5. Przynajmniej w teorii. Bo jeśli chodzi o praktykę – wszystko zależy od poglądów. Ale o DEMOkracji jest tu wszystko – łącznie z informacjami o czwartej władzy, jaką są media, o korupcji, o tym, że Polki i Polacy lubią narzekać, a przecież jako patrioci powinni swój kraj doceniać i mówić o nim dobrze, autor pokazuje zagrożenia płynące z nacjonalizmu i faszyzmu i stwierdza, że wolność słowa jest ryzykowna, ale niezbędna. Zupełnie szczera interpretacja demokracji, prawda? A przez to niesamowita! Bo dzieciom trzeba zawsze mówić prawdę! Kłamstwo wyczują na kilometr! A już czytając książkę i będąc nos w nos z jej autorem – na pewno...
Podoba mi się w tej książce wiele rzeczy, ale dwie szczególnie. Pierwsza, że polityk pokazał demokrację w Polsce. Owszem, pokazał ją w kontekście historycznym, pokazał kilka dróg, którymi demokracja może iść, ale skupił się na tym, żeby jednak zakotwiczyć tę świadomość demokracji w polskich realiach.
Druga jest taka, że mówi otwarcie – to nie jest ustrój, który rozwiązuje wszystkie problemy, nie jest idealny, nie jest perfekcyjny, ale, powtarza za Churchillem: „nikt jeszcze nie wymyślił nic lepszego”. Czy można powiedzieć coś bardziej szczerego? Chyba nie...
Biedroń wymyślił sobie świetną formułę na tę książkę, która ma skusić młodego czytelnika. To książka-gra. „Chcesz żyć w fajnym państwie?” - pyta Robert Biedroń. I wyjaśnia, że to fajne państwo nie bierze się znikąd, że musi jest stworzyć człowiek – ludzie. I że są to zwykli ludzie, dokładnie tacy sami, jak czytelnik. Więc teraz to on może przećwiczyć budowanie takiego państwa i sprawdzić, „Czy demokracja wygra?”. A to wcale nie jest takie oczywiste. Bo po drodze trzeba podjąć wiele decyzji – czy rządzić samemu (kuszące!), czy podzielić się władzą. Jak się podzielić, to w jaki sposób, jak sobie władzę zapewnić, jak podzielić finanse, czy spisać konstytucję (co to jest ta konstytucja?), w jaki sposób podejmować decyzje w przyszłym państwie… Pytań jest wiele i wiele może być na nie odpowiedzi. Dlatego można zagrać i zobaczyć, ile zdobędzie się punktów i czy tyle wystarczy do demokracji. Autor zwraca się bezpośrednio do czytelnika, rozmawia z nim, pozwala mu podejmować własne decyzje, a potem wskazuje błędy w rozumowaniu, koryguje, naprowadza, tłumaczy. Oczywiście z punktu widzenia zwolennika demokracji. Taka forma tej książki, taka niezwykła forma komunikacji skraca dystans, oswaja, autor traktuje dziecko jak partnera, więc wzbudza zaufanie. Każdy lubi być doceniony i traktowany zupełnie serio. A tu chodzi przecież o demokrację. Można by przystawić na tym temacie pieczątkę „Bardzo ważne. Niedoceniane”.
Według badań z marca 2018 (które zresztą sam Biedroń przytacza na swoim profilu Facebookowym) w Polsce 80% młodych ludzi (między 16 a 29 rokiem życia) interesuje się polityką (Węgry 45%, Słowacja 43%), a to znaczy, że trzeba ich edukować. I zacząć edukację jak najwcześniej, żeby byli świadomymi ludźmi angażującymi się w politykę, a nie ograniczonymi ignorantami, którym tylko się wydaje. Więc ta książka jest do tych młodszych – tych na początku edukacji, którzy mają jeszcze dużo czasu, żeby DEMO wkuć na blachę. Powtarzam – lepsze życie zaczyna się od wiedzy. A ta książka pozwala poznać. LEKTURA ABSOLUTNIE OBOWIĄZKOWA!













Spotkajmy się na Warszawskich Targach Książki w sobotę 19-go maja!
O 11:30 będę czekał na Was na Stadionie Narodowym przy stoisku Firmy Księgarskiej Olesiejuk (nr 65/D10) by porozmawiać z Wami o mojej książce "Pod prąd" i nie tylko. Nie mogę się doczekać! ?
Do zobaczenia,
Robert Biedroń

Założę się, że „Włącz DEMOkrację!” też podpisze ;-)