Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

poniedziałek, 14 maja 2018

511. AUTOGRAFY WTK 2018 – JUSTYNA BEDNAREK (I DANIEL DE LATOUR)


JUSTYNA BEDNAREK
„BABCOCHA”
SERIA LATAWIEC
PORADNIA K, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁ DANIEL DE LATOUR

Myślałam, że już się nie da. Że tekst (teksty!) o Skarpetkach są doskonałe i absolutnie nie ma możliwości, żeby napisać coś lepszego. Że to szczyt szczytów i Everest możliwości. No bo czy może być coś doskonalszego, niż te Skarpetki? Takie już poprzecierane na piętach od czytania (pierwsza część jest w końcu lekturą szkolną!). A tu nagle… Whops! She did it again! I zrobiła to jeszcze lepiej, niż wcześniej. Jak to w ogóle możliwe?
Kiedyś, w zamierzchłych czasach, gdy decydowałam się na temat mojej pracy magisterskiej, to bardzo chciałam pisać o prozie (i filmach) Jana Jakuba Kolskiego. Dlaczego? Bo zafascynowana byłam jego autorskim mikrokosmosem! Wziął polską wieś – trochę biedną, trochę zapyziałą, trochę zabobonną, bardzo wsobną, nie znoszącą zmian, wciąż w chustce na głowie, zawiązanej pod brodą, z przydrożnymi krzyżami i figurkami świętych na rozstajach dróg i unurzał ją w cudach. To był taki swoisty realizm magiczny, bardzo polski, związany z naszym dziedzictwem, z naszą historią, z naszą kulturowością, z naszym postrzeganiem świata. Bardzo zaplątany w religię, ale religię nie wolną od cudów wszelkich, religię, w której święty był niejako kumplem, do którego można przyjść, wyżalić się i złożyć prośbę o pożyczenie 5 złotych na wino. W tym upatrywałam tej magii – w zaprzyjaźnieniu z nienazwanym, z magicznym, w przyjmowaniu go ot tak, po prostu. Jańciowi Wodnikowi woda stała się posłuszną? Nie dociekamy, dlaczego, idziemy za nim, wyznajemy go, dopóki będzie miał moce. Dlaczego piszę teraz o Kolskim i jego mikroświatach? Bo to drżenie serca, które towarzyszyło mi wtedy przy czytaniu, to absolutne zespolenie z tekstem, tę magiczną więź i całkowite zrozumienie i oddanie, poczułam ponownie przy lekturze „Babcochy” Justyny Bednarek. Dziś usłyszałam w radiu przy okazji jakiejś rozmowy o muzyce, termin „psychika polskości” - i tak, to właśnie wtedy tak ukochałam w prozie Kolskiego i tak, to właśnie znalazłam teraz w „Babcosze”!
Między Krzywym, Końskim i Dydnią jest sobie wieś Grajdołek (no czy może być lepsze miejsce akcji niż wieś Grajdołek???). Do Grajdołka przywiewa Babcochę. Nie na miotle, ale na gradowej chmurze. Kim jest Babcocha? Ni mniej ni więcej, tylko wiedźmą. W każdej wiosce musi być wiedźma, bo inaczej to nie jest prawdziwa polska wieś. Czasami czarownice posługują się tylko ziołami, czasami łapią w dzbany światło księżyca. Babcocha ma walizkę pełną mazideł i wewnętrzną moc. Strzela palcami stóp i już się staje to, co sobie postanowi! Zatrzymała chmurę, wylądowała, weszła do chaty i została. A w chacie było miło. Bo po poprzednim właścicielu został garniec z miodem, a w kątach pajęczyny (jak wiadomo, czarownice i pająki żyją w wielkiej zgodzie). A żeby obraz był pełny, pełniuteńki, w rozłupywanych właśnie orzechach Babcocha znalazła Orzechowe Licho, które oczywiście z Babcochą zostało.
Babcocha jest obca, więc Grajdołek przyjmuje ją z rezerwą. Najpierw, jak na zamknięty mikrokosmos przystało, najeża się i patrzy spod byka. Ale szybko okazuje się, że Babcocha przybyła, by czynić dobro. Dba o tych najbardziej pokrzywdzonych przez los, na sercu leży jej los zwierząt i roślin (jakaż piękna jest historyjka o tym, jak Babcocha ratuje stroskanego żołędzia!), jest w zgodzie z naturą. Nie waha się dać prztyczka w nos tym, którzy śmiecą, kradną, niszczą. Nawet, jeśli to najbardziej szanowane osoby w wiosce – sołtys, młynarz czy sprzedawca.
Babcocha wylądowała obok opuszczonej grajdołkowej chaty nie bez przyczyny. Owszem, Grajdołek nie ma czarownicy na etacie (i chyba do tej pory nie zdawał sobie sprawy, że jej potrzebuje), ale tak naprawdę Babcocha przyleciała tu z powodu jednej małej dziewczynki – Bernadetty. Bernadetta i Babcocha spotykają się w lesie. Dziewczynka ma czarne oczy, czarne włosy, czarne skarpetki i czarne paznokcie. I pewnie trochę czarno jej w sercu.
„-Czemu łazisz sama po lesie?- ciągnęła Babcocha. (…)
-Przyszłam do lasu, bo gdzie indziej nie jest dziś zbyt przyjemnie.” - odpowiada Bernadetta. I Babcocha już wie, czuje po prostu, po co jest w Grajdołku. I zabiera Bernadettę na omlet z jagodami. Między Babcochą a Bernadettą rodzi się piękne uczucie, to najprawdziwsza przyjaźń, która polega na zaufaniu, na opiekowaniu się, na doglądaniu drugiej osoby, na tym, że przyjaciel czuje się najważniejszy na świecie. Bernadetta do tej pory chyba jeszcze nigdy się tak nie czuła. Nie ma mamy (a tak bardzo chciałaby mieć!), a jej tata, stolarz Antonii Ryba, od długiego już czasu nie zwraca uwagi na córkę (a może nigdy nie zwracał?). Woli spotykać się z kolegami (sołtysem, młynarzem i sprzedawcą), słuchać głośno muzyki, nie zważając na to, że w pokoju obok pewna mała dziewczynka próbuje zasnąć, nie czytając jej bajek na dobranoc i pijąc nieustannie sok malinowy z puszkach i butelkach… Po to jest Babcocha. Nie tylko po to, żeby ratować żabę, której młynarz z Nowotańca niechcący obciął nogę kosą, nie tylko po to, żeby sklepowa Renata mogła kupić sobie wymarzony telewizor (zresztą za zaczarowane żołędzie), nie tylko po to, by pomóc młynarzowi posiać rzepak (zresztą pod rękę ze świętym Bartłomiejem, co zwykle stoi sobie przy drodze z Grajdołka na Krzywe), ale po to, by zabrać Bernadettę na przejażdżkę na wietrze, by zamienić jej dziś na wczoraj, a wczoraj na jutro (żeby się zrobiło przyjemniej), żeby nauczyć ją wyć do księżyca jak wilk, żeby zabrać ją na poszukiwanie skarbów albo żeby po prostu, posiedzieć z nią nad rzeką i powrzucać piasek do wody („bardzo miły dźwięk”). Jest po to, żeby jedna mała dziewczynka uwierzyła w siebie. Jest po to, żeby jednej małej dziewczynce uratować świat. Spłakałam się na dwie i pół paczki chusteczek!
I żeby nie było, że ja tu z mikrokosmosami, polską tożsamością kulturową, Janem Jakubem Kolskim, analizą dziedzictwa narodowego, a dzieci, do których przecież kierowana jest ta książka nie mają pojęcia „co poeta miał na myśli” – 5,5-latka „Czytaj, czytaj 'Babcochę!' Nie kończ jeszcze! Jeszcze dwa rozdziały chociaż” (a ciężko jest dzielić czytanie „Babcochy” na kilka razy, bo rozdzialiki są krótkie, jednostronicowe, więc „No dobrze, jeszcze tylko jeden” aż samo się ciśnie na usta). 5,5-latka po lekturze „Podobało mi się! Bardzo mi się podobało!”. Na pewno ja i ona zupełnie inaczej postrzegamy tę lekturę (sok malinowy kontra „sok malinowy”), ale każda wyciąga coś dla siebie. Ona bajki, które mają morał – czyń dobro!, ja realną historię z życia wziętą (tylko trochę przebraną), która ma morał - czyń dobro! Bo ostatecznie cała magia świata jest po to, żeby na świecie było lepiej. Przynajmniej ta magia, którą uprawia Justyna Bednarek.









Tylko tydzień został do Targów Książki, które w tym roku będą dla mnie wyjątkowo pracowite. Będę siedzieć i podpisywać bajki i nie-bajki przy stoiskach pięciu wydawnictw. Gdyby ktoś miał ochotę spotkać się ze mną przy tej okazji, wrzucam małą ściągawkę :)
W PIĄTEK, 18 maja - będę podpisywać Pana Kardana, przy stanowisku wydawnictwa Bajka, między godziną 14 a 15 (bardzo żałuję, że Adam Pękalskibędzie w tym czasie daleko!)
W SOBOTĘ, 19 maja 
między 11 a 12 będziemy z 
Jagna Kaczanowska podpisywać Ogród Zuzanny, przy stanowisku wydawnictwa WAB
od 12.30 do 13.30 razem z Marta Kurczewska będę podpisywać Dusię i Psinka-Świnka przy stanowisku Naszej Księgarni
od 13.30 do 14.30 razem z Daniel de Latour będziemy podpisywać Babcochę, przy stanowisku Poradni K (i nie chcę już słyszeć o Skarpetkach! Babcocha jest lepsza!)
od 15.30 do 16.30 razem z Marcin Minor poprowadzimy warsztaty Kudełkowo-Grubelkowe (Kudełek i Grubelek to dwa kłębki kurzu, z Historii spod podłogi w trzech częściach) przy stanowisku wydawnictwa Egmont.
Voila. Będzie mi bardzo miło zobaczyć znajomych i nieznajomych  :)


Justyna Bednarek

1 komentarz:

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...