Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

czwartek, 31 grudnia 2015

298. RYZYK-FIZYK

Pamiętam siebie – kilkuletnią – na szczycie ogromnej (tak mi się wtedy zdawało) zjeżdżani nad basenem, gdzieś w ośrodku wczasowym, gdzie wypoczywaliśmy na wakacjach. Chciałam zjechać, ale bałam się okrutnie. Nad tym ślizgiem wisiał cały wór ryzyka! Bo co jeśli spadnę, bo co jeśli nie zdążę złapać oddechu przez wpadnięciem do wody, bo co jeśli się uderzę? Walczyłam ze sobą przepuszczając kolejne dzieci, które beztrosko rozpryskiwały wodę z dna basenu. Z dna basenu, które widać było gołym okiem, w którym woda sięgała mi do kolan. Zjechałam, krzyczałam z radości na całe gardło!
Ryzyko to słowo kluczowe w tej grze.
Kot poluje na myszy. Bo chce się najeść. Oblizuje pyszczek i dziarsko podąża po planszy za każdym razem, gdy na kostce wypadnie wizerunek kota. Porusza się coraz szybciej z każdym okrążeniem. A myszki? Też im burczy w brzuszkach i chciałaby się najeść do syta. Głód zaspokoi na jakiś czas malutki kawałeczek serka. Ale im większy, tym myszka bardziej zadowolona. A nasyci wielki, okrągły kawał sera! Tylko że podążając po tę ogromną gomółkę, istnieje ryzyko, że nie doczekamy posiłku, bo kot będzie szybszy. Trzeba dobrze kombinować – czy grać naraz wszystkimi myszkami, czy zadowolić się „wróblem w garści”, czy gonić za „gołębiem na dachu”, czy pędzić do Krainy Sera, czy raczej wszystkie swoje myszki umieścić w pobliskich norkach, gdzie będą bezpieczne. Dużo trudnych decyzji!
Gra jest śliczna! Pięknie wykonana, z dużym kotem, z masywną kostką, z małymi śmiesznymi myszkami. Wszystko drewniane i solidne. Stworzone do zabawy!
Ale mimo bajkowej, słodziuchnej oprawy, ta planszówka nie jest tak prosta i oczywista jak te, w które grałyśmy do tej pory. Po raz pierwszy miałyśmy okazję zagrać w taki tytuł, w którym tak wiele zależy od gracza. Majkę trochę przerosła tak wielka odpowiedzialność. Ja byłam zadziwiona swoim zadaniem, bo musiałam nie tylko wyjaśniać zasady gry – musiałam uczyć strategii, a to nie jest łatwe! Bo można zarazić swoim patrzeniem na świat, swoją taktyką, swoim zuchwalstwem bądź nie-odwagą.
Zawsze byłam z tych „chciałabym i boję się”, dlatego w gry typu „press your luck” gram raczej zachowawczo. Tak gra też Majka, ale wynika to u niej z dwóch rzeczy.
Po pierwsze dopiero uczy się planować, uczy się mierzyć siły na zamiary, dopiero zaczyna budować strategię. Na razie jest w niej i chęć ucieczki przed kotem i chęć zdobycia dużego – największego! - sera, ale nie wie jeszcze jak to pogodzić. To genialna gra do takich początków! Skomplikowana ale nie na tyle, by nie zrozumieć zasad. To mechanika, która zmusza do kalkulacji, ale daje też ogrom satysfakcji. To wstęp do „prawdziwych” planszówek, do których Majkę sobie wychowuję.
Ta druga rzecz to strach przed kotem. Nie umie pogodzić się z ogonkiem myszki wystającej z pyszczka kocura, nie umie pogodzić się ze stratą, więc mimo wygranej mówi do mnie „Zagrajmy bez kota!” (co odbiera tej grze urok i czar, a nawet sens), albo wręcz „Jak będę starsza to przestanę się go bać i wtedy będziemy grały w Dzielne myszki”. Ja jestem już starsza, więc gram z dużo większym spokojem. Ale emocji we mnie nie mniej…







Dzielne myszki to jeden z czterech tytułów z serii Zagraj ze mną czyli gier dla najmłodszych wydanych przez Egmont. (W Ratuj króliczki i Zwierzaki na tratwie miałyśmy okazję zagrać na Festiwalu GRAmy!. Zwierzaki na tratwie też super, choć jeszcze nie dla Majki – uczą myślenia przestrzennego. Ratuj króliczki to zdecydowanie tytuł dla Dzieci, które dopiero zaczynają turlać kostką. Ewentualnie dla dwóch czy trzech trzylatek, które będą grać zupełnie same, bez pomocy rodziców. Króliczki przesuwamy zgodnie z kolorami, które pokażą się na kostce i zbieramy je dla siebie – ten, kto ma więcej, ten wygrywa. Tak samo pięknie wykonana, doskonała na prezent.)

Na Kolorowe biedronki się czaimy – fascynują mnie magnesiki w noskach, ale nie miałam okazji sprawdzić mechaniki gry. Tylko widziałam, że jest równie urocza, co trzy pozostałe. I tak jak Dzielne myszki została wyróżniona prestiżową nagrodą Kinderspiel des Jahres! 

środa, 30 grudnia 2015

297. ...I PO ŚWIĘTACH

Nie pamiętam kiedy pierwszy raz zagrałam w kości. Ale doskonale pamiętam kościany dźwięk, który towarzyszył mi od dzieciństwa. Kości obijające się o siebie, wypadające z dłoni na drewno stołu… Grali moi Rodzicie, grałam ja, grał mój Brat. Kości były kwadratowe, z ostrymi krawędziami i legenda głosi, że używane były jeszcze przez mojego Dziadka. Nie wyobrażam sobie żadnego spotkania rodzinnego bez kości! To gra, która towarzyszy wszelkim naszym Bożym Narodzeniom i Wielkanocom. Kilometry zeszytów zapisaliśmy szkółkami i pokerami. Na studiach, po ciężkiej nauce, zawsze był czas na partyjkę bądź dwie.
To kompletnie losowa gra. Nie mamy wpływu właściwie na nic. Liczy się tylko łut szczęścia i umiejętność rzucania kością. Właśnie dlatego to gra dla wszystkich. Dla dzieci, dla starszych, dla uczniów, bo zdążą na przerwie. Zasady to banał. Ale funkcjonują od wieków i od wieków tak samo wciągają. Że chce się jeszcze i wciąż. I na nowo. I może tym razem…
Majka radzi sobie z kością, ale mozolnie liczy oczka, które wypadły. Raczej nie dałaby rady spamiętać jeszcze czym jest full, czym mała kość, a kto jedzie karetą. Tu z pomocą spieszy Kolorowe Yatzy od Tactica.
Coś genialnego! Wstęp do rozgrywek toczących się długo w noc (nawet na Yatzy już były takie rozgrywki raz czy dwa). Ten dźwięk, który zapadnie jej w serce na zawsze. Zasady opierają się o znajomość kolorów i trzymanie kciuków, by wypadł ten właściwy. Pięć kości, sześć kolorów. Kartoniki z dwoma, trzema lub czterema kropkami. Wszystkie niebieskie (kareta), albo każdy inny (nieparzyste) albo trochę tak a trochę tak (full). Z rzucanych kości próbujemy odtworzyć układ kolorowych kropek. Mamy nadzieję, że się uda, bo wtedy kartonik wędruje na nasz stosik. Jeśli nie – powtórka w następnej kolejce. I tak do wyczerpania kartoników. I emocje przy przeliczaniu – komu udało się więcej dobrych rzutów? Nic trudnego, nic do główkowania. Poradzi sobie dwulatek, ale trzydziesto-, czterdziesto-, pięćdzisięciodwu nie będzie się nudził. Będzie toczył kośćmi po stole do samiutkiego koniuszka! (sprawdzone na wyjątkowo wrednej i długiej partii w gronie trzech trzydziesto-).
I jeszcze coś, co jest cechą „przy okazji”, którą cenię jednak nie mniej niż grywalność, prostotę i uniwersalność tej gry – to, że mieści się w dwóch zaciśniętych dłoniach, więc mieści się do dziecięcego plecaka, do załadowanego po brzegi bagażu wakacyjnego, do damskiej torebki (nawet niewielkiej) i do szafy z zabawkami dziecięcymi, w której już absolutnie nic więcej się nie zmieści. Dzięki temu zwiedza z nami najróżniejsze miejsca i bywa wszędzie tam, gdzie może się nagle przydać (kolejka w poczekalni do lekarza z kawalątkiem stolika lub niewielkim krzesłem – proszę bardzo).

Absolutnie obowiązkowy zakup!








296. ŚWIĘTA, ŚWIĘTA...

KATARZYNA BAJEROWICZ
„OPOWIEM CI MAMO SKĄD SIĘ BIERZE MIÓD”
WIERSZE MARCIN BRYKCZYŃSKI
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2015

Mamo, czy mogę dostać łyżeczkę miodu?
Tak do polizania, jak lizak.
W naszej szafce kilka rodzajów – rzepakowy, bo jemy go na tony, z czekoladą i wanilią, z jagodami… Zimowa herbata? Tylko z miodkiem i cytryną!
Okraszał Wigilię. Pierniczki, kluski z makiem i miodem, orzechy w miodzie unurzane…
W tradycji ludowej ma bogatą symbolikę. Bez miodu nie byłoby Wigilii – był jak dobra wróżba. Miodowi przypisywano właściwości magiczne, bo to przecież miód pijali bogowie. Wierzono, że dodany do potraw świątecznych zapewni zdrowie i dobrobyt.
Wierzymy w to i my, trzymając w zakamarkach kuchennych szafek zapasy pierniczków.
Ale skąd on właściwie jest? Jakim cudem dostaje się na nasz stół?
Prawdziwym!
Po pierwsze musi być pszczoła. Jedna z najpożyteczniejszych istot na ziemi. Dzięki niej rodzi się życie – to pszczoły zapylają rośliny i dają nam też jabłka, gruszki, śliwki… Mają 4000 malutkich oczek, czują nogami i żebyśmy mieli 1 kilogram miodu one muszą odwiedzić około 4 milionów kwiatów.
To wszystko wiem od Katarzyny Bajerowicz. To ona latała za pszczołami, przez rok cały naukowo opracowywała ich wędrówki, przeistaczanie od nianiek młodszych sióstr przez architektów plastra miodu po strażniczki ula. To ona obserwowała ich sambę, którą tańczą w pracy i w dniu największej radości. To ona podsuwała im poduszki pod senne zimowe głowy. Spisała budowę pszczoły. Spisała pszczoły służbę dla ludzkości. I jak zwykle spisała się na medal.
Ta część „Opowiem ci mamo..” jest poważniejsza, trudniejsza niż dotychczasowe. Więcej w niej wiadomości, mniej mrugnięć okiem. Pszczoły jakby z natury rysowane, majestatyczne. Pracują – jak to w życiu, nie mają czasu na rozrywkę i wygłupy godne żab lub mrówek. Jakby Bajerowicz bała się naruszyć ich doskonałość niewybrednym żartem, jakby chciała hołd złożyć.

A teraz zbieramy żółte plastiki po jajkach niespodziankach i rolki po papierze toaletowym, żeby zrobić swój własny ul. Bo o taką rozrywkę autorka też zadbała – jak zwykle jest dział DIY z dokładnymi wskazówkami, jak wybudować prywatny plaster miodu. Ciekawe, czy będziemy mieć swój miód na przyszłoroczny stół wigilijny?








środa, 23 grudnia 2015

295. MIKOŁAJ W KAPCIACH

DANUTA PARLAK
„O MIKOŁAJKI, KTÓRY ZGUBIŁ PREZENTY”
WIDNOKRĄG, PIASECZNO 2015
ILUSTROWAŁA JOANNA BARTOSIK

Biegiem, biegiem – od sklepu do sklepu. Przepycham się już w czwartym, bo nigdzie nie ma mielonego maku. No i wciąż nie mam jeszcze prezentu dla cioci, choć powinien załatwić do Mikołaj. Zostawił to mnie, ale nie przekazał listu od cioci, więc bezradnie miotam się od czekoladek, przez biżuterię, po flakoniki z perfumami. W korkach stałam 2,5 godziny. Wracam do domu wykończona. Nie mam siły robić łańcucha na choinkę i denerwuje mnie „Mary Christmas everyone” w głośnikach. A do tego nie mam jeszcze pierniczków! Szukam w internecie przepisów „pierniczki na ostatnią chwilę”.

STOP!
Chcę przewinąć taśmę znów do początku grudnia i zacząć od nowa.
Od codziennego doklejania kilku oczek łańcucha. Od pierniczków, które zamknięte w blaszanych puszkach od miesiąca czekają na święta. Od tańców do świątecznych piosenek z moją córką. Od mojej córki…
Słyszałam w radiu, że ponad połowa Włochów wolałaby zrezygnować ze świąt. Bo stres, bo bieganie, bo rozplątywanie zasupłanego sznura choinkowych lampek. Bo trzeba po ten łańcuch iść na strych… Czy nie to powinna być ta świąteczna radość? Że rozplątujemy ten sznur, pojadając orzechy i migdały, słuchając „Jingle bells” i śmiejąc się do rozpuku. Ciesząc się. Rozmawiając. Będąc razem. A nie między półkami sklepowymi. Bo najokazalszy domek dla lalek, bo piłka, która sama się odbija, bo książka, która sama się czyta…
O tym jest ta książka – o świętach idealnych, takich, jakie powinny być. O ich istocie.
Mikołaj zgubił prezenty. Wszystkie, co do jednego. I to wielka tragedia, bo przecież bez prezentów nie ma świąt. Zawala się nagle cały świat. Mikołaj siada w kąciku i płacze. Bo on też jest wytworem dzisiejszych czasów – zabiegany, zalatany, myśli, że najważniejsza jest materia, a nie duchowość.
Na szczęście są Dzieci – nieskażone świąteczną gorączką, zarażone tylko pięknem i dobrem, biorą sprawy w swoje ręce. Są razem i w tej wspólnocie tkwi ich siła. Są mądre, mądrzejsze niż wydaje się wszystkim dorosłym. Znajdują prosty – najprostszy! - sposób na to, żeby święta znów były. Osuszają Mikołajowi łzy. Ratują świąteczny nastrój. A wszystko dzięki temu, że podświadomie, podskórnie, wewnętrznie wiedzą o co chodzi w tej całej zabawie. Nie o makowiec, który przecież można zastąpić jabłecznikiem. Chodzi o wspólnie! Chodzi o razem! Chodzi o magię, która może dziać się w pozornie błahych sprawach.
I o piękno. Jak ślicznie wygląda choinka ubrana w biżuterię lampek, gwiazdek i bałwanków! Jak pięknie wygląda ta książka! Niesamowite ma ilustracje! Oszczędne kolorystycznie, ale pomysłowe, z suspensem, podtekstem, bogate znaczeniowo. Nie tylko ilustrują – dopełniają, gadają z tym tekstem. Rysowane/malowane są z niesamowitej perspektywy – skradły moje serce!

Kupiła mnie ta książka na święta. Do czytania tuż, tuż przed pierwszą gwiazdką, żeby sobie przypomnieć, po co w ogóle ta gwiazdka rozbłyska. Po co lepimy trzy tony pierogów, po co o 1 w nocy kroimy warzywa na sałatkę i po co w szafie czeka opakowana w kolorowy papier książka, co sama się NIE czyta. Tylko razem.  











wtorek, 8 grudnia 2015

294. CZTERY PORY ROKU

- Idziemy nad morze! - to zawsze jest hasło. Wiaderko. Łopatka. Nawet jeśli w torbie jest już termos z gorącą herbatą i para rękawiczek. I mało miejsca. Tylko ciut ciut, na coś poręcznego, małego, zwiniętego…
Scrunch bucket czyli silikonowe wiaderko, kupiłyśmy wczesną jesienią. Zaliczyło wyprawę na grzyby (gdzie przeżyło chwilę grozy, gdy Majka i Tata zostawili je beztrosko w trawie, a potem szukali przy kompletnym braku nadziei, że znajdą), zaliczyło wizytę w kinie, bo po drodze miałyśmy zamiar zbierać kolorowe liście, zaliczyło już kilkanaście spacerów po plaży – tych jesiennych i tych zimowych, z muszelkami, patykami, samym piaskiem i oczywiście kamieniami. I wodę, bo przecież silikon nie przecieka.
A mówiłam już, że można go zwinąć w mały, ciasny rulon i zmieścić nawet do kopertówki? Bo choć oczywiście zawsze Majka deklaruje, że „będę niosła”, to wiadomo, jak wygląda „noszeniowa” praktyka – to teoria!
Przed kupnem wiaderka wzbraniałam się długo. Bo silikon. Bo czy to w ogóle będzie babki robić. Bo cena. Ale to było zbyt długo, biorąc pod uwagę jego zwijalność. I babki robi. I kamienie nosi. I liście. I wodę – co dzień, pod prysznicem. I pewnie śnieg też będzie nosić, jeśli tylko jakiś spadnie.












[My swoje wiaderko kupiłyśmy w Crocodylku. Polecam, bo mają większość tych najfajniejszych gadżeciarskich zabawek ostatnich lat – oprócz Scrunch Bucket, na przykład oryginalny piasek kinetyczny, plus-plusy i bum bum rurki. A na terenie Trójmiasta można się umówić na odbiór gdzie bądź – właściciel dopasowuje się do klienta!]

poniedziałek, 30 listopada 2015

293. LEWE I PRAWE SPOJRZENIE NA SZCZOTKĘ

PITTAU & GERVAIS
„ZĘBOSZCZOTKI”
(TŁ. MARTA TYCHMANOWICZ)
BABARYBA, WARSZAWA 2015

Oczywiście, że tak! To książka wysoce edukacyjna. To książka o tym, że trzeba szczotkować zęby, że każdy musi to robić – czy to rybak, czy to malarz, czy to pielęgniarz… Mało tego, zęby powinni szczotkować też dentyści – nie są od tego zwolnieni!
Oczywiście, że to książka o tym, że to bardzo ważne, że nawet szczerbaci (i bezzębni!) mają swoje szczoteczki. I o tym jeszcze, że szczoteczek raczej nie powinno się pożyczać, że każdy ma swoją – jedni mają łaciate, inni na kółkach. Jak wygodniej – ważne, że zęby czyściutkie!
Oczywiście, że to książka dla małych i dużych, bo zęby trzeba szczotkować od tego najpierwszego. Zaczyna się niewinnie. Od zwykłej zęboszczotki, takiej, jaką każdy ma w swojej szafce łazienkowej. Potem jest mała dla dziecka i duża dla dorosłego. I damska – z piersiami i męska – z przyrodzeniem. Leworęczni mają szczoteczki z główką z prawej strony, a praworęczni odwrotnie. Ale im dalej w szczotki, tym jest dziwniej – zakręcone szczotki i szczotki powyginane, szczotki z ogonami, z rogami, z piłą… Można zgadywać do kogo należą.
Można też odwrócić interpretację szczoteczkową na lewą stronę i sprawdzić, jak przedmioty nas opisują, jak nas charakteryzują. Większość z nas ma tak, że przywiązuje się do rzeczy i stara się nadać im cechy indywidualne, że gdy rzuci się okiem na kalendarz, kubek, długopis albo telefon, to od razu widać, że to nasz własny, że nie można pomylić go z żadnym innym. O tym też jest ta książka – po lewej stronie. O nieodzowności rzeczy i o zaprzyjaźnianiu się z nimi.

Siła „Zęboszczotek” tkwi w humorze – absurdalnym, nie-do-opowiedzenia, dziwacznym, pełnym wyobraźni. To książka-zabawa, przymrużenie oka, żarcik taki, choć istotnie, można ją dość sprytnie wykorzystać do swoich rodzicielsko-dydatkycznych celów. To książka abstrakcyjna, nieoczywista, a przez to doskonała dla Dzieci – one myślą właśnie tak – niestandardowo!