Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

czwartek, 28 lutego 2013

38a.KOCIA ERRATA

A więc zostałam pouczona :-)

Kot Feliks rzeczywiście poleciał w Kosmos, ale lot był nieudany - dokładnie tak, jak przedstawił to Andrzej Urbańczyk... Przy starcie numer dwa szanse dostała żeńska przedstawicielka kociej społeczności. I ona doleciała tam, gdzie Feliksowi niestety nie dane było...
Ale powstały pomniki obydwu kotów - doceniono zasługi futrzanych mężczyzn i kobiet.

Mea culpa panie autorze!!!!

(nadal jednak prawdziwym pozostaje stwierdzenie, że czytanie prowadzi do wiedzy i że "Feliks-kot astronauta" zaprowadził mnie w Kosmos)


(Feliks)


(Felicette)





38. ON CZY ONA?


ANDRZEJ URBAŃCZYK
„FELIKS KOT ASTRONAUTA”
DOOKOŁA ŚWIATA, KUTNO 2012
ILUSTROWAŁ ARTUR GOŁĘBIOWSKI

[Dookoła świata można podróżować nawet z własnego łóżka, byleby mieć odpowiedni kompas]

Podróżować można nie tylko po ziemi. Do odkrywania nie tylko morze i góry. Tym razem dookoła świata to wyżej, dalej, mocniej – tym razem podróż jest aż do gwiazd.
Andrzej Urbańczyk postanowił połączyć dwie wielkie, powszechnie znane pasje dziecięce – w jednej książce jest kosmos, który jako odległy, tajemniczy i rządzący się swoimi prawami, stanowi swoisty inny świat, pociągający i trochę przerażający; a razem z kosmosem jest zwierzę. I to nie popularna, wyświechtana Łajka, której imię zna każdy „Polak mały” czy „Bambo, co w Afryce mieszka”. To kot Feliks, który poleciał w kosmos, wysłany tam przez Francuzów. Spotykamy go w sytuacji, gdy stara się o obiad – jest bezdomnym dachowcem i na dachu postanawia dopaść wielkiego, tłustego szczura. Szczur jednak jest szybszy, zależy mu na życiu, więc wywija się kocim pazurom. Obydwaj spadają sześć pięter w dół. Feliks, który jeszcze wtedy nie ma imienia, tak manipuluje ogonem, że wychodzi z wypadku cało – jedynie jego łapy wymagają interwencji lekarza. Takową zapewnia mu Dyrektor Ośrodka Badań Kosmicznych, który widzi całe zajście i w dziewięciu kocich życiach i niesamowitej zdolności upadku zawsze na cztery łapy, upatruje szansy na bezproblemowy zwierzęcy lot w kosmos. Zabiera zwierzę, powierza go lekarzowi z Ośrodka i Jackowi, pilotowi, który leży w ośrodkowym szpitalu. A potem rozpisuje swoisty konkurs na najlepszego kota-astronautę, z wieloma skomplikowanymi testami i egzaminem końcowym. Ważne jest kocie usposobienie, odporność na stres i hałas, orientacja i inteligencja.
Tak Feliks zaczyna naukę w szkole, aby zostać pierwszym na świecie kocim astronautą.
Ta książka z jednej strony mnie zmęczyła – nie jest dobra do głośnego czytania. Zdania są długie, czasem tak skomplikowane, że ja sama gubiłam się w ich sensie, zatracałam sedno, musiałam ocknąć się z zamyślenia, w które popadałam idąc ścieżkami ciągnących się fraz.
Ale sam temat mnie porwał – w swojej naiwnej nieświadomości nie zdawałam sobie sprawy, że wybór zwierzęcia, które poleci w kosmos, to setki godzin obserwacji, badań, ćwiczeń. Nie sądziłam, że każdy, kto odrywa się od ziemi, musi się tego nauczyć – czy to człowiek, czy zwierzę. Myślałam – była Łajka, była psem któregoś z kosmonautów, to poleciała. A Feliks pokazuje, że on też musiał dostać dużo piątek na świadectwie, żeby osiągnąć cel i przestać być anonimowym, dachowym, bezdomnym kotem i zyskać sławę.
A najbardziej podobała mi się „Krótka lekcja astronautyki”, dla tych którzy „nie chcą być ciemni jak tabaka w rogu” [s.41] - w prosty sposób wyjaśnione czemu nie czujemy pędu ziemi i dlaczego planety nie odlatują od słońca. Autor określił ja jako nudną, ale niezbędną [s.45], a ja się dobrze na tej lekcji bawiłam.
No i ilustracje – czasem nieczytelne, a czasem piękne. Majka w ogóle nie była nimi zainteresowana – zbyt chyba niejasne, zbyt abstrakcyjne dla jej oczu, co wciąż z wysiłkiem oglądają świat. Ja sama też musiałam nieraz przypatrywać się długo, by odkryć co ilustrator miał na myśli.
Ale najważniejsze, że książki są po to, żeby ich śladem odkrywać coś nowego. Zaczęłam więc szukać i dokopałam się w nieprzebranych czeluściach internetu dwóch informacji. Pierwsza, że tekst „Feliksa” wychodzi po raz pierwszy w całości, bo do tej pory jego fragment figurował w podręcznikach do języka polskiego. Druga zaś dotyczy ściśle treści książki – w kosmos wcale nie poleciał kot Feliks! Owszem, był w czołówce kociej reprezentacji kosmicznej, nawet chyba został już wybrany do lotu, ale tuż przed wielkim dniem zniknął. Przestraszył się? Wiedział co go czeka i dzięki swojej nieprzeciętnej kociej inteligencji znalazł wyjście z sytuacji? Czy może jego opiekun Jacek podkradł gdzieś klucz do jego klatki, bo nie mógł znieść myśli o rozstaniu z pupilem? W rakiecie Veronique AGI47 poleciała kotka o imieniu Felicette. Na znaczkach pocztowych upamiętniających lot, osławionym czarno-białym kotem nie jest więc Feliks. I głowię się panie autorze – czemu „Feliks kot astronauta”, a nie „Felicette kotka która zdobyła kosmos”?





[Dziękujemy wydawnictwu za możliwość odbywania podróży kierując się jak mapami ich książkami-prezentami]


wtorek, 26 lutego 2013

37.SPOSOBY NA ZAGŁADĘ ŚWIATA


 

TOVE JANSSON
„MAŁE TROLLE I DUŻA POWÓDŹ”
(TŁ.TERESA CHŁAPOWSKA)
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2006
ILUSTROWAŁA TOVE JANSSON

TOVE JANSSON
„KOMETA NAD DOLINĄ MUMINKÓW”
(TŁ.TERESA CHŁAPOWSKA)
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2006
ILUSTROWAŁA TOVE JANSSON

Olga z Ewką przypomniały mi o Muminkach. Już jakiś czas temu zaczęłam z Majką czytać cały cykl. A z Muminkami jest dokładnie tak, jak piszą dziewczyny, że albo się je kocha, albo nie, że nie ma uczuć pośrednich – są temperatury serca wysokie do oparzenia i lodowate spojrzenia i strach przed Buką, przez który przechodziła połowa ludzkości.
Ja jestem zdecydowanie zakochana. Majka jest zaciekawiona.
Ale okazało się, że tak niewiele wiem o Muminkach, że tak niewiele w gruncie rzeczy pamiętam, że te moje Muminki to była cukierkowa opowieść o śmiesznych stworkach, które każdemu Dziecku kojarzą się z hipopotamami, że było tam kolorowo, szukali skarbów, a Panna Migotka miała śliczną grzywkę i bransoletkę na nodze.
A w rzeczywistości Muminki są przesiąknięte poczuciem zagrożenia, jak bibułka, która wchłonęła cały kałamarz atramentu, zieją plamą strachu przez zagładą świata.
W pierwszej części jest powódź, która zniszczyła domy wielu stworom. Powódź, przed którą trzeba się bronić, wskakiwać na drzewa i wymyślać tratwy, bo można w niej utonąć i nigdy się już nie odnaleźć na powierzchni. No i czy ktokolwiek pamiętał, że Tatuś Muminka zostawił syna i Mamusię i wyruszył w podróż, że stopy same poniosły go za Hatifnatami, które nigdy się nie zatrzymują, że poddał się swoim tym stopom i uciekł z domu – no i zaginął. Że Muminek tak naprawdę nie pamięta, jaki jest jego Tatuś i nie do końca wie, jak wygląda. Że jest dla niego postacią mityczną, bo Mama Muminka, wciąż zakochana w łotrze i łobuzie, mówi o nim na okrągło i wciąż w niej nadzieja, że Tatuś wróci, że będą mieli piękny dom, jak z obrazka, że wszystko będzie tak, jak w książkach...
A w „Komecie...” dość oczywistym zagrożeniem jest tytułowa kometa czyli „(...) samotna gwiazda, która straciła przytomność i lata we wszechświecie, ciągnąc za sobą płonący ogon.” [s.43] Uciekają przed nią całe rodziny – pakują na rowery, wózki i w plecaki cały swój dobytek i starają się znaleźć miejsce na ziemi, w które nie uderzy. A ona sprawia, że może wysycha, kwiaty więdną i na wszystkim pojawia się osad, jakaś sadza, czy popiół, który kradnie kolory. I jak mówią uczeni – nie ma szans, żeby ktokolwiek, cokolwiek przetrwało. Ten pęd do ratunku jest jednak instynktowny – wszyscy biorą to, co mają najcenniejszego i próbują to ratować.
Niewątpliwie na kształt opowieści o Muminkach wpływ miał fakt, że Tove Jansson zaczęła je tworzyć na początku wojny, że pewnie gdzieś w tych wszystkich strachach-na-lachach zawarła swój lęk przed tą dziwną panią, co ma na imię Walka. Że jakoś chciała oswoić lęki – zaradzić im i pokazać, że powódź wysycha, a kometa może minąć ziemię. I właściwie najważniejsze w Muminkach jest to, że „Nic nie może grozić, póki jest się u siebie w domu.” [s.149], wiara Muminka w to, że Mama wszystkiemu zaradzi, że potrafi zniszczyć kometę i wysuszyć świat, że podczas gdy wszyscy uciekają, ona piecze tort dla swojego synka. I że zawsze w domu znajdzie miejsce dla każdego – bo w drugiej części oprócz Muminka, Mamy, Taty i poznanego już w „Małych trollach” Ryjka, na scenę wkracza dodatkowo Panna Migotka i jej Brat i mój ukochany Włóczykij. A ja czekam wciąż na Małą Mi...
Bo to straszne rozedrganie i poczucie zagrożenia nie zniechęcają mnie do cyklu. Jego siła tkwi w postaciach, w nagromadzeniu na kilkunastu centymetrach kwadratowych książki, niesamowitej ilości przygód i na przesłaniu – można by zanucić „Alll you need is love” - bo o miłość tu chodzi, braterską, przyjacielską, matczyną, do dziewczyny – to ona przenosi góry i gasi ogony komety...





niedziela, 24 lutego 2013

36.CZASEM KAMIENIE, CZASEM KASZTANY...


LOTTA GEFFENBLAD
„KAMYKI ASTONA”
(TŁ. HANNA DYMEL-TRZEBIATOWSKA)
ENE DUE RABE, GDAŃSK 2010
ILUSTROWAŁA LOTTA GEFFENBLAD

Była jesień. Mój Mąż pojechał na wycieczkę rowerową, a ja zostałam z Majką w domu. Gdy wrócił, otworzył kieszeń i wysypał mi na dłoń kilka kasztanów. Kasztany leżą na parapecie w Majowym pokoju. Zamieszkały tu i nikt nie chce ich wyganiać. Mają ciepło, bo parapet nad kaloryferem. Mają wesoło, bo mogą wyglądać przez okno. I nie nudzą się, bo czasem bierzemy je do ręki, a Majka gładzi ich brązowa skórkę. Delikatną, miłą w dotyku. Dobrze mają u nas, u Majki.
Często tak jest. Że się zabiera do domu kasztany. Albo żołędzie. Albo muszelki. Albo patyki.
Aston, wracając z mamą ze sklepu, zauważa na drodze kamień. On zabiera jego do domu. Myje, daje mu swoją czapkę, żeby my było ciepło. I daje łóżko dla lalek, żeby było wygodnie. A potem przy każdym spacerze, zabiera przynajmniej jeden nowy kamień. Szyje im kołderki, dba o nie, rozgrzewa i sprawia, że w kamieniach ożywa dusza, że mogą być za coś wdzięczne. Że są kochane.
To piękna książka, która kończy się dość przewrotnie. Ale to książka o prawdziwym, wrażliwym Dziecku. O Dziecku, któremu nieobce jest współczucie, ale też cierpienie. Zdaje sobie sprawę, że kamieniowi w kałuży może być zimno, że jesień i chłód przejmujący może sprawić, że nawet jemu zrobi się nieprzyjemnie, że kamień nie będzie już kamieniem, tylko czuciem i że trzeba mu pomóc. To Dziecko z otwartym sercem, gdzie wskakują wszystkie bezdomne psy, chorzy rówieśnicy i lalki, które ktoś wyrzucił na śmietnik. To Dziecko, które pewnie nie będzie miało w życiu łatwo, bo empatia w tym materialnym świecie, nie jest w cenie. Ale jest też Dzieckiem, które dostanie w zamian miłość – bo nawet kamień umie być wdzięczny.
To książka o odpowiedzialności, o tym słynnym „ jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś”, o tym, że nie można tak po prostu wziąć sobie do domu czyjegoś istnienia... Że trzeba dać mu wszystko to, co jest mu potrzebne, że trzeba odróżnić życie od egzystencji i zadbać o to, by stworzyć świat kamieniowi, kasztanowi czy muszli, którą się wsunęło do kieszeni.
Ale to też książka o rozstaniu, o tym, że czasem trzeba otworzyć dłonie i wypuścić swój skarb – że może z kasztana wyrośnie kasztanowiec, jeśli tylko upuścimy go w żyzną ziemię, a szmaciana lalka spotka szmacianego chłopca...
Ale to też książka o tym, że zawsze za rogiem można spotkać kota bez oka. Albo zapomnianą piłkę.
Oprócz kasztanów, na naszej półce stoi drewniany słoń. Bo kiedyś w markecie spotkaliśmy go na półce i patrzył na nas i mój Mąż nie potrafił go tam zostawić.
W doniczce razem z kwiatkiem od roku mieszka kurczak wielkanocny na patyku. Bo wypadł z kosza pełnego takich kurczaków, a ja nie potrafiłam go włożyć z powrotem i zostawić (bo może ktoś go wypchnął?). Omijamy szerokim łukiem działy maskotek, bo co będzie, jeśli spojrzy na nas jakiś miś? Trzeba będzie go wziąć do domu – nie będzie wyjścia...
Wszystko to jest w „Kamykach Astona” - cała dziecięca bezinteresowność i cały ogrom uczuć. Choć słów tam tak niewiele, choć tylko kilkanaście stron, choć w ilustracjach tak niedużo kolorów (ale piękne, sugestywne, pełne czułości). Mały rozmiar, ale wielka treść. Zupełnie jak z Dzieckiem – całe wypełnione sercem po brzegi...




czwartek, 21 lutego 2013

35.EUROPEJSKIE OD A DO Z


JAN BAJTLIK
„EUROPA PINGWINA POPO”
DOOKOŁA ŚWIATA, KUTNO 2011
ILUSTROWAŁ JAN BAJTLIK

[Dookoła świata można podróżować nawet z własnego łóżka, byleby mieć odpowiedni kompas]

Ta książka zaskoczyła mnie... „Europa pingwina Popo” czytam – więc myślałam, że to będzie coś na kształt przewodnika dla Dzieci – tutaj Polska, tutaj Hiszpania, we Włoszech je się makaron, a we Francji dorośli piją wino. No i że pingwin będzie oprowadzał Dzieci po tej Europie...
Tak i nie.
Bo owszem, jest pingwin, który od zawsze marzył o podróży do Europy i teraz na krze dopływa do niej... I pojawia się na każdej stronie i czasem komentuje. I prowadzi za rękę. I to jest pewnego rodzaju przewodnik, ale bardziej po duszy, po myślach, po głowie Europy. Bo tu nie o miasta, nie o państwa chodzi, a o uczucia, wspomnienia, emocje, jakie słowo „Europa” wywołuje. O spuściznę, o tradycję, o to co dzieli i co łączy Europejczyków.
Zaczyna się od Atlantydy na A...
Na B.. - nikt by nie zgadł, że są Beatlesi... Jest druk, jarmarki, Lajkonik, któremu strój zaprojektował Wyspiański, Łajka, Trubadurzy i Rewolucja... Parę zdań na temat każdego hasła, kilka słów, które są mniej ważne, jeśli się popatrzy na obrazki – ilustracje genialne! Mocne, wyraźne, proste, ale nie prostackie, podobają się małym (Majka szalała z zachwytu!) i dużym (marpil szalała z zachwytu – mam nawet takie ciche marzenie, że hasło Esperanto w jakiś sposób przerobię na plakat i zawieszę w pokoju Majki). Czasem mają dwa kolory, a czasem całą ich garść, czasem są nieskomplikowane, złożone z jednego kadru, czasem pełne szczegółów, tak, że można siedzieć i się gapić.
Zaskoczyło mnie, jak można przekazać swoja prywatną Europę Dzieciom, jak uczynić ją hasłem wyjściowym i pokazać, że w środku jest i miąższ i maleńkie pesteczki, z których może wyrosnąć jeszcze dużo innych haseł. Bo ja zaczęłam się zastanawiać nad swoją Europą – że na D by był Dom, a na W Włochy, które chciałabym kiedyś zobaczyć. A na K na pewno książka. A tu jeszcze tyle liter...
Jan Bajtlik kończy na Z jak Zoo... Szkoda, że kończy... Na szczęście alfabet można recytować jeszcze raz, od nowa...





[Dziękujemy wydawnictwu za możliwość odbywania podróży kierując się, jak mapami, ich książkami-prezentami]

niedziela, 17 lutego 2013

34.KARTONY RAZ. MAJKA WSIADA DO POCIĄGU (CZYLI TUWIM PO RAZ PIERWSZY)


JULIAN TUWIM
„LOKOMOTYWA”
G&P OFICYNA WYDAWNICZA, 2007
ILUSTROWAŁ JAN MARCIN SZANCER

[Przegląd kartonów* ulubionych i mniej]

„Lokomotywę” w wersji rozkładanej znalazłam na półce księgarni przy okazji wizyty w tejże w drodze od lekarza, gdy miałam już wielki i ciężki brzuch. Nie mogłam sobie odmówić. Nie mogłam odmówić Majce, która już wisiała głową w dół od ładnych kilku chwil i która miała wychodzić lada moment.
Teraz ta książeczka jest największym hitem – rozkładam ją wokół Majki, a ona jest zachwycona – chodzi po pociągu, zagląda coraz do innego wagonu, ślini atletów i sześć fortepianów... A ja póki co nie mam dość czytania. Uważam ten wiersz za największe arcydzieło poezji dziecięcej... Gdy go czytam na głos, słychać, jak ciężka i nieruchawa jest lokomotywa, jak skrzypi, jak bucha gorącą parą, jak nierealnym wydaje się, że kiedykolwiek ruszy i pociągnie za sobą czterdzieści wagonów! A potem nagle dzieje się i coraz szybciej, coraz szybciej... nie dogonimy już pociągu, który „Tak to to, tak to to, tak to to, tak to to!...” mija nas rozpędzony, rozogniony, pełen żaru, prędkości, mocy... Mija nas, a my znowu obracamy książeczkę na drugą stronę i oglądamy kolejną lokomotywę, która „ciężka, ogromna i pot z niej spływa” i wydaje się, że nigdy nie ruszy z miejsca...






* nasze książeczki z twardymi stronami, idealne dla małych rączek – kartki nie przecinają paluszków, jak to zrobił „Pomelo” (ale na pewno niechcący!) i idealne do obgryzania!


piątek, 15 lutego 2013

33.ZAKOCHANE...CZYLI POMELO GWIAZDA INTERNETU


RAMONA BĂDESCU
„POMELO JEST ZAKOCHANY”
(TŁ.KATARZYNA SKALSKA)
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2012
ILUSTROWAŁ BENJAMIN CHAUD

RAMONA BĂDESCU
„POMELO MA SIĘ DOBRZE POD SWOIM DMUCHAWCEM”
(TŁ.KATARZYNA SKALSKA)
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2012
ILUSTROWAŁ BENJAMIN CHAUD

Ten mały słoń o ogroooomnie długiej trąbie jest gwiazdą internetu – w każdym z zaprzyjaźnionych blogów natykałam się na jego wielkie sympatyczne oczy... Tęsknie w nie spoglądałam. Ale Pomelo nie jest zwykłym słoniem (jest malutki, mieszka w ogrodzie, pod dmuchawcem i jest zdecydowanie jednym z najbardziej wyjątkowych słoni, jakie znam) – jest fantasłoniczny, więc nie mógł po prostu wejść do Naszego niebieskiego pokoju – o nie!
Ale wczoraj były Walentynki*, więc w najmniejsze dłonie w Naszym Domu wpadły obydwie części przygód Pomelo. Gdy Majka zobaczyła same okładki, zaczęła machać nogami i rękami i wydała swój okrzyk radości, którego nauczyła się niedawno (sic!).
Zakochałyśmy się – obie – ja w rysunkach i tekście – genialny humor, oko zmrużone, a pod powieką błysk rozbawienia – to od autora, dla tych starszych. Moją ukochaną częścią jest „Pomelo się boi” - cała jest genialna – od pierwszego obrazka, w którym boi się porów w nocy (!), poprzez ten, na którym boi się, że jest dzbankiem do herbaty i ten, na którym boi się, że pomyli bajkę, po ten, na którym boi się, że zgnieciemy go, odwracając stronę – zrobiłyśmy to bardzo ostrożnie! A Majka zakochana w obrazkach – wyrywała mi książkę z ręki, nie mogła usiedzieć na kolanach. Mam wrażenie, że Benjamin Chaud, gdy rysował Pomelo, na chwilę stał się dzieckiem i na kartce papieru zostawił wszystko to, co może się spodobać wielkim, zdziwionym dziecięcym oczom. Bohaterowie co zazwyczaj niewidzialni, blisko ziemi, zapomniani na rzecz żyraf i lwów – taka mrówka, albo ślimak... Ale wśród nich absurdalny, różowy słoń z trąbą, z której mógłby zrobić sobie turban, albo szalik... Zakochany w mięcie, która przyprawia go o drżenie i robiący zimą dmuchawce ze śniegu, a nie bałwany. Taki Pomelo, którego można łatwo odrysować z książki i cieszyć się, że zawiśnie na lodówce... Taki Pomelo, którego nie da się nie kochać... No to się w nim kochamy...

[Zdjęcia z czytania części zakochanej – ta, w której jest dobrze, czytana była przed snem, a wtedy nasz aparat już zazwyczaj śpi...]





*nie rozumiem, dlaczego tak mocno krytykuje się ten dzień? Bierzemy coca-colę i dżinsy, ale nie bierzemy Dnia Zakochanych? Ja biorę, pełnymi garściami i nie ograniczam się w okazywaniu miłości – mówię „kocham” i Mężowi, i Córce, Mamie, Tacie, Bratu i Przyjaciołom...

środa, 13 lutego 2013

32.ZBYT BIAŁA


PETRA FINY
„BIAŁA KSIĘŻNICZKA I ZŁOTY SMOK”
(TŁ.SEBIASTIAN STACHOWSKI)
NAMAS, POZNAŃ 2011
ILUSTROWAŁA MARI TACÁCS

[Namas to nieduże wydawnictwo – dowód na to, że z małego rodzi się największe.]

Czy można być jednym z najpiękniejszych ludzi na świecie, a mimo to cierpieć? Czy można jednocześnie budzić zachwyt i odrazę? Czy można być księżniczką, a mimo to nie korzystać z przywilejów godnych księżniczki?
Bai jest córką chińskiego władcy. Jest najpiękniejszą istotą w całym państwie. Jej uroda wywołuje okrzyki uznania, a mimo to nikt nie stara się o jej rękę. Jest piękna, ale nie jest doskonała – jest inna, bo jej twarz jest biała, a powinna być żółta. Owszem, Chinki pudrują swe twarze białym pudrem, ale pod spodem zawsze mają skórę w odcieniu identycznym co mężczyzna. Ta świadomość pozwala mężczyznom kochać je i wielbić. Bai pod spodem miała już tylko czerwoną krew. Nie wiadomo było, jak się z nią obchodzić. I wieczorem, po zmyciu makijażu, nie można było udowodnić, że w jej żyłach ta krew taka sama...
Bai prosi Smoka o pomoc – chce, by zawiózł ją do krainy, gdzie będzie szczęśliwa, do Krainy Wygnańców. Tam czeka na nią książę, o skórze, który mógłby być odbiciem lustrzanym skóry Bai.
Ale nie mogą być razem, bo w jego sercu drzemie ciemność.
A Bai jest jasna także w środku. Odpycha dłonie młodzieńca i wybiera inny los...
To piękna książka na tę chwilę tuż przed Walentynkami - nie na jutro, bo jutro ma być tylko słodko. Dziś można się zastanowić. Jutro już tylko dziękować.
To książka nie tylko o inności, o tym, że nic nie daje gwarancji akceptacji na świecie, w którym żyją ludzie. Że człowiek potrafi być nieprzewidywalny w swoich sądach, że potrafi ranić, bo boi się inności. Potraf zabić, bo inności nie umie oswoić. Potrafi zdeptać, bo nie wie, jak inność czcić i jak znaleźć w niej choć odrobinę piękna.
Ale to także książka o miłości. O tym, że można kochać, a mimo to odejść. Że trzeba być w swej miłości pewnym, że trzeba kochać całym sobą, bo jeśli istnieje choć część, która się waha, miłość przez tę dziurkę ucieknie – powoli ulotni się cała i może nic nie zostać.
I kolejny raz w Namasie ilustracje są wiernym odbiciem tekstu – nie mówią wprost, są enigmatyczne, niedosłowne, falują, jak kawałek jedwabiu, na którym toczy się malarska opowieść. Są osobnym światem, choć komentują słowa. Są tak, jak tekst, delikatnie gorzkie w wymowie. Przygaszone, jakby oglądane oczyma mokrymi od łez... Albo to tylko ja uroniłam łzę nad losem Bai...?





[Namas to w sanskrycie „pełne szacunku pozdrowienie” - gorące, choć zimowe, namas dla wydawnictwa, za paczuszkę z książeczkami]  

wtorek, 12 lutego 2013

31.FARBY, KREDKI, MAZAKI... CZYLI O CIASTECZKACH


GYULA BÖSZÖRMÉNYI
„KOLORY LUDZI”
(TŁ. SEBASTIAN STACHOWSKI)
NAMAS, POZNAŃ 2011
ILUSTROWAŁA ÍRISZ AGÓCS

[Namas to nieduże wydawnictwo – dowód na to, że z małego rodzi się największe.]

To zdecydowanie najpiękniejsza wersja stworzenia człowieka, jaką słyszałam.
Pełna ciepła, humoru, miłości, uroku... bez przemocy, bez okrucieństwa. Z wielkim znakiem zapytania na koniec.
Ojczulek-Niebo stworzył człowieka – ale nie do końca. Ulepił go z błota i już, już chciał tchnąć w niego życie, gdy okazało się, że czegoś brakuje, coś jeszcze nie jest w pełni takie, jak być powinno. Wtedy Księżycowa Matula zasiadła nad dziełem Męża i zaczęła szukać przyczyny. Pochwaliła korpus, pochwaliła nogi, pochwaliła palce, które Ojczulek-Niebo ułożył tak, „żeby mogły się splatać, gdy ludziki będą na spacerze trzymać się za ręce”. [s.8] Doszła jednak do wniosku, że ludzik jest nudny, że nie wyróżnia się niczym, że gdy świat będzie bogaty w miliony takich ludzików, że gdy wszyscy będą jednakowi, to będą się Rodzicom mylić - „i skąd będziemy wiedzieli komu w jaki sposób pomóc?” [s.11]
Wzięli się za kolorowanie, za nadawanie indywidualnych cech, za naznaczanie czymś pięknym, co powinno być powodem do dumy – jeden stał się żółty, inny czarny. Zrobiło się weselej, zrobiło się jaśniej. Ojczulek-Niebo porozmieszczał ludziki po całym świecie, dał każdemu cząstkę siebie i ucieszył się, że są tak piękne, że kocha się je tak łatwo, bo za nic.
Tylko Księżycowa Matula z niepokojem patrzyła na swoje dzieci – czy aby na pewno rozumieją, że bycie innym niż reszta to przywilej i że gdy naprzeciw stanie ktoś tak samo inny jak ja, powinienem go pokochać?
Ta książka to dowód ogromnej miłości do człowieka, ogromnej wiary, że mimo wszystko potrafi znaleźć w tak różnych ciałach takie samo serce. Że teraz walczy, bo nie wie, dlaczego po drugiej stronie świata, ktoś ma kolor identyczny, jak kakao, pite do śniadania. Że teraz walczy, bo boi się człowieka, którego kolor jest tak bardzo zbliżony do koloru mięsa łososia. Że teraz walczy, bo siebie uznaje za doskonałą fotografię Boga, zapominając, że nie wie, jak Bóg wygląda. Ale za chwilę uświadomi sobie, że ktoś jest czerwony po to, by odróżnić go od hebanowego. I by każdy żółty niósł swoją własną wiedzę, którą może podzielić się z białym, każdy czarny ma inne umiejętności, którymi może obdarować brązowego i że nie ma nikogo w kolorze fioletowym, bo pewnie takiej farby nie było przy stworzeniu człowieka pod ręką... Albo skończyła się, bo cała poszła na fiołki...
Nie mogę przemilczeć ilustracji – są piękne, naiwnie proste, jakby niedokończone – idealnie oddają proces twórczy, te zawahania i dumę z dzieła, nawet wtedy gdy jeszcze jest nieukończone. Są ciepłe, tak, że gdy dotyka się kartki, można wziąć z nich jakąś tajemniczą energię. I są mądre, a to się rzadko ilustracjom zdarza...
Gdy Majka będzie już bardziej świadoma treści „Kolorów ludzi”, upieczemy ciasteczka – jedne z czekoladą, drugie z wanilią, do trzecich dodamy trochę soku malinowego... Jednym nadamy kształt trójkątów, inne będą księżycami, jeszcze inne wytniemy w kwiaty. Każde będzie różne – cienkie, grube, jednemu odpadnie rożek, to będzie miał pięć płatków, a to osiem. Ale upieczemy je z miłością i mimo różnic każde będzie smaczne.
I każde pozostanie ciastkiem...





[Namas to w sanskrycie „pełne szacunku pozdrowienie” - gorące, choć zimowe, namas dla wydawnictwa, za paczuszkę z książeczkami]  

środa, 6 lutego 2013

30.KAŻDY JEST W ŚRODKU LENKĄ


KATALIN SZEGEDI
„LENKA”
(TŁ.SEBASTIAN STACHOWSKI)
ILUSTROWAŁA KATALIN SZEGEDI

[Namas to nieduże wydawnictwo – dowód na to, że z małego rodzi się największe.]

Każdy ma w sobie ziarenko lęku. Jest maleńkie, ale w odpowiednich warunkach, może kiełkować, a potem wyrosnąć na tak wielką roślinę, że zachwaści cały nasz świat. Odpowiednie warunki to grube nogi. Albo krzywe zęby. Albo ubrania trochę inne, niż rówieśników. Albo wada wymowy. Albo tylko ułuda, że ma się te wszystkie „defekty”. To wtedy, gdy patrzymy w lustro nie widząc. Albo, gdy duży nos, staje się tak ogromny, że nie zauważamy pięknych oczu.
To ziarenko, to lęk przed brakiem akceptacji.
Przed tym, że ktoś nie dostrzeże, że mamy coś oprócz blizny na policzku. Że może nie mamy ręki, ale drugą umiemy złożyć łabędzia z kolorowego papieru. Że nawet, gdy jesteśmy niemi, potrafimy rozmawiać.
Lenka jest gruba. I przez to nie ma koleżanek. Nie ma kolegów. Nie ma z kim na podwórku pograć w piłkę. Zamknięta w czterech ścianach, a przede wszystkim zamknięta w sobie, rysuje. Tworzy piękno, bo od środka jest piękna, a to wychodzi przed kredki, farby, mazaki na wierzch, bo takiego piękna nie da się trzymać w środku.
Mama wysyła Lenkę na dwór – na pewno możesz się pobawić z koleżankami! - nie widzi, że dziewczynka jest samotna. Rodzice są w domu, przygotowując obiad, czytając gazetę, robiąc pranie, odpoczywając, więc nie widzą, że tam, na zewnątrz, Lenkę wszyscy odtrącają, bo nie wierzą, że tak samo dobrze potrafi kręcić hula-hop, jeśli tylko ktoś jej pokaże na czym to polega. Przyjaciel...
Sama gra w klasy, ale gdy się wygrywa z samą sobą, to nie daje satysfakcji. I znów wchodzi w swój świat, malując na chodniku kredą swoje marzenia.
I może ktoś w końcu dostrzeże, że pod ciałem, Lenka ma duszę?
To nie jest nowy problem. I nie jest nowy w literaturze. Nie jest też jakoś specjalnie odkrywczo rozwiązany. Ale zapomina się o tym, gdy patrzy się na wielkie, ciemne oczy Lenki.
Gdy śledzi się przecudne ilustracje autorki. Gdy podziwia się jej pomysłowość (z zachwytem odkryłam, że numeracja stron to na przykład oczka na kostce do gry, albo liczba z gry w klasy, czy wstążka na głowie dziewczynki).
Dzięki temu wyłącza się myślenie i tylko się czuje. Współ-czuje. Od-czuwa. Prze-czuwa.
Chciałoby się otoczyć Lenkę ramionami i dać jej schronienie, bo jak wiadomo, człowiek człowiekowi potrafi być najokrutniejszy.
Już, już rozkładasz dłonie, gdy zdajesz sobie sprawę, że Lenka sobie poradzi, a Ty tak naprawdę, chcesz ochronić siebie...
Jak pięknie ta Lenka uczy akceptacji...





[Namas to w sanskrycie „pełne szacunku pozdrowienie” - gorące, choć zimowe, namas dla wydawnictwa, za paczuszkę z książeczkami]