Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

niedziela, 27 stycznia 2019

591. THE WEEK OD HOPE: NA RÓŻOWO


LAURA ELLEN ANDERSON
„AMELKA KIEŁ I WŁADCY JEDNOROŻCÓW”
(TŁ. MARIA JASZCZUROWSKA)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2019
ILUSTROWAŁA AUTORKA

W Kiełkowym Pałacu dzwoni budzik. Dziwne, bo dzwoni z rana, wtedy, gdy wampiry i inne stworzenia z Królestwa Mroku, powinny właśnie kłaść się spać. Tymczasem Amelka (wampirka), Dyńka (jej żywa dynia), Tadżin (pół wampir, pół wróżek), Florka (rzadki gatunek yeti – nie mylić z bestią!) i Kostek (syn Śmierci) właśnie się budzą i wstają z gościnnych trumien w zamku Państwa Kieł. Zaraz, zaraz! Co oni robią? Naciągają na siebie kostiumy jednorożców, wróżek i aniołkociaków? Ale po co, ale dlaczego?
Ach tak…
Jesteśmy na początku drugiej części przygód niezwykle sympatycznej wampirki Amelki i jej przyjaciół. W pierwszej części okazało się, że mama Tadżina zaginęła i Amelka zadeklarowała się, że wyruszy do Królestwa Światła, żeby jej poszukać. No i nadszedł (w końcu!!!) ten czas. To tego dnia przyjaciele, pod okiem króla Draka, taty Tadżina, wyruszają w podróż pełną niebezpieczeństw, brokatu, cukru i jednorożców. Na upiornie uroczą ekspedycję ratunkową dla królowej Promyczek La Puszek z Królestwa Światła. Ruszają do Brokatowic, „miasta, gdzie słońce nie zachodzi, a marzenia się spełniają”. Brrrrr.
No co tu dużo mówić – Amelka Kieł rządzi! A właściwie rządzą autorka i tłumaczka książki. Ta druga – z powodów oczywistych! Zapewne jest bardzo wysportowana. Trzeba mieć bowiem niezłą kondycję, żeby wejść na takie szczyty kreatywności językowej. Aniołkociaki, śpiączka cukrowa, puchopchełka, Spłukiwacz Pamięci czy „McDonald Świetlista Kropla Rosy O Poranku Lśniąca Niczym Skierka, w skrócie Iskierka” wymagały pewnie językowej gimnastyki. A ta książka jest ich po prostu pełna! I tak mi się podoba to językowe szaleństwo, to podkreślanie różnic słowami – w Królestwie Mroku wszystko nurza się w szlamie, śmierdzi i się lepi, a w Brokatowicach można po prostu dostać próchnicy i uśmiechowego ścisku szczęki od samego czytania! Jest dokładnie tak, jak ma być – absolutnie dosłownie, sztampowo i stereotypowo. Na każdym poziomie. Po co? Żeby podkreślić różnice! Żeby nikt się nie pomylił w ocenie, co jest czarne, a co białe. Te dwa królestwa od zawsze dzieli granica – gruba, jednoznaczna i nie do przekroczenia. Tu jest ciemno, tam jest jasno, to jest obrzydliwie, tam jest obrzydliwie ślicznie, tu jest gorzko, tam słodko.
Ta książka, to nie tylko historia o wampirach i jednorożcach. W ten kostium ubrała się historia o akceptacji, o tolerancji, o szacunku dla różnic. I tu wielkie brawa dla autorki! Zbudowała ze słów dwa kompletnie różne królestwa, po dwóch stronach świata. Czarne i białe. Jedni nienawidzą drugich. Jedni boją się drugich. Okazuje się nagle, że jedni po prostu nie znają drugich. Stąd lęki, stąd podejrzliwość. Czy to nie przypomina czasem historii ludzkości? Te podziały na black and white, to tępienie inności, te wagony, sklepy, dzielnice „tylko dla białych”… Być może za daleko idę w interpretacji książeczki dla dzieci o wampirach i jednorożcach, ale nawet gdyby… jak pięknie można od tej historii wyjść do dyskusji z dzieckiem o poszanowaniu inności, o różnicach kulturowych między ludźmi, o lepszym świecie, który kiedyś stworzą właśnie nasze dzieci. A do tego ta historia czyta się doskonale: napięcie dramaturgiczne jest, nietuzinkowi bohaterowie są, no i zagadka jest. Bo komu i dlaczego zależy na tym, żeby mieszkańcy Krainy Mroku i Krainy światła nie poznali prawdy o sobie nawzajem? Komu zależy na tym, żeby zamknąć jedyne przejście między tymi światami – na zawsze? No właśnie – to jest właśnie ta zagadka, którą można rozwiązać tylko udając się Tęczową Koleją do Brokatowic, miasta, w którym słońce… i tak dalej...






sobota, 26 stycznia 2019

590. THE WEEK OF HOPE: NA NIEBIESKO


BETH HAUTALA
„CZEKAJĄC NA JEDNOROŻCE”
(TŁ. ZUZANNA BYCZEK)
WYDAWNICTWO LINIA, SERIA BIAŁA PLAMA, WARSZAWA 2018

„(…) chciałam się rozpłakać. Doskonale wiedziałam, co się dzieje. Mama odeszła i wszystko, co kochałam w niej najbardziej, nagle zmieniło się we wspomnienia.” [s.98]
Talia McQuinn ma 12 lat. Ale nie ma mamy. Jej mamę zgarnął rak. Poszła za nim wbrew sobie i wbrew życzeniu, które zostało napisane na białej karteczce i wrzucone do słoja życzeń. Czym jest słój życzeń? To zwyczajny słój, w którym Talia przechowuje zmięte paski papieru. Na tych paskach są różne rzeczy – te o podobaniu się chłopakowi, te o ładniejszym wyglądzie, te o grze na jakimś instrumencie. Jest też jedno, zupełnie szczególne, pierwsze, to, które łatwo odnaleźć pomiędzy innymi, bo jest poszarzałe i pomięte: „Chciałabym, żeby rak zniknął.”. Nie spełniło się. Ale dla Talii to naczynie wypełnione skrawkami papieru jest trochę jak talizman, a trochę jak pamiętnik. Często wysypuje życzenia i czyta je po kolei. Pewnie wciąż to szczególne, to najważniejsze, boli. Boli mocno, bo wiadomo, że nie spełni się już nigdy. Do tego właśnie nadchodzą wakacje, a ojciec Talii zabiera ją na Arktykę. Jest biologiem i bada wieloryby. Lipiec to czas, gdy powinny się pokazać, więc nie ma wyboru – praca wzywa. A może nawet chętnie się pakuje? Bo nie umie rozmawiać ze swoją córką o stracie. Między nimi ciągle stoi mama, ale teraz, zamiast trzymać ich oboje za ręce i spajać rodzinę, odpycha od siebie tatę i córkę. Żadne z nich nie umie przeżywać żałoby. I żadne z nich w tej nieumiejętności nie potrafi zwrócić się do drugiej osoby. Wyjechać na Arktykę jest łatwiej. Tam nie będą musieli rozmawiać, bo tata wypłynie, na bardzo długo, a Talia zostanie w nieswoim niebieskim domu z gospodynią taty, Surą. Dla Talii to będzie kilka tygodni, dzięki którym będzie mogła spojrzeć na swoją stratę i swoje uczucia z drugiego brzegu oceanu. Okaże się, że jej największym lękiem jest to, iż straci ojca, okaże się, że Sura, która znała jej rodziców jeszcze zanim zostali małżeństwem, jest się świetną bajarką, a swoimi historiami trafi prosto do serca Talii, okaże się, że na wakacje do Churchill przyjeżdża całkiem przystojny młody chłopak, który zrozumie Talię lepiej, niż ona sama rozumie siebie, okaże się, że Talia mimo wszystko ma serce, które wciąż bije i może kochać kolejne osoby, okaże się, że radiostacje nie są najlepszym narzędziem do rozmowy z własnym ojcem, okaże się, że jest na świecie ktoś, kto kocha Talię i okaże się, dlaczego Talia tak bardzo chciałaby zobaczyć jednorożca. Oczywiście, wiadomo, jednorożce istnieją tylko w pięknych legendach o szlachetnych dziewczynach, którym spełniają życzenia. Ale czyż narwale nie przypominają do złudzenia jednorożców? Czy jeśli Talia zobaczy narwala, to będzie mogła rozbić swój słój z życzeniami?
Ładna jest ta książka. Po prostu ładna. Kojarzy mi się z nabrzeżem, o który rozbijają się fale morza. Talią targa wiele dziwnych uczuć, takich, których nie zna, których nawet nie umie nazwać, z którymi nie potrafi sobie poradzić. Żal, ból, gniew, tęsknota… ale nade wszystko miłość, choć chyba nie do końca sobie to uświadamia. Ma 12 lat – jest więc trochę dzieckiem, a trochę dorosłą. Jej strata na pewno czyni ją starszą od innych dwunastoletnich dziewczynek – starszą na duszy. Jednocześnie to wciąż dziecko, które potrzebuje, żeby ktoś zamknął je w ramionach i zapewnił: „nie odejdę, będę tu dla ciebie!”, a potem po prostu spełnił tę obietnicę, ziścił marzenie. Ładnie te tęsknoty opisała Beth Hautala, nietuzinkowo. Trochę tu magii, ale nie tej z opowiadań o księżniczkach i wróżkach, tylko tej codziennej, którą czynią dla siebie nawzajem kochające się osoby. Trochę tu zapachu oceanu. Trochę tu śpiewu ptaków. Trochę pierwszej, młodzieńczej miłości. I trochę przyjaźni. I zapach naleśników, które Sura robi zupełnie inaczej niż mama Talii, ale które w końcu okazują się nie takie złe.

piątek, 25 stycznia 2019

589. THE WEEK OF HOPE: NA ZIELONO


NIC SHEFF
NA GŁODZIE. MOJA HISTORIA WALKI Z NAŁOGIEM”
(TŁ. DOROTA POMADOWSKA)
PORADNIA K, WARSZAWA 2019

DAVID SHEFF
MÓJ PIĘKNY SYN”
(TŁ. JAROSŁAW MIKOS)
PORADNIA K, WARSZAWA 2019

Gdy byłam nastolatką przez chwilę miałam pomysł, żeby iść na studia na resocjalizację. Wyobrażałam sobie, że będę pracowała z uzależnioną młodzieżą. Czytałam milion razy „My, dzieci z dworca Zoo”, „Pamiętnik narkomanki”, „Ćpuna” i oglądałam „Nocne graffiti” na zmianę z „Pora na czarownice”. Gdyby wtedy w moje ręce wpadła autobiografia Nica Sheffa, to pewnie też bym się nią zaczytywała. Chłonęłabym te wszystkie opisy utraty świadomości, odnajdywania żył, żeby wbić w nie igłę, nieustannej drogi – w poszukiwaniu pieniędzy i działki. Nieustanny „stand by”, niepokój przerywany krótkimi narkotykowymi odlotami. Tę niezrozumiałą dla mnie przemożną chęć zażycia narkotyku. Ten zupełnie nie do opanowania przymus, który sprawia, że kompletnie tracisz kontrolę nad swoim ciałem, nad swoimi myślami, nad całym swoim życiem. Chłonęłabym z niezdrową fascynacją, ale i z obrzydzeniem. Takie uczucia towarzyszyły mi przy tego typu lekturach gdy miałam kilkanaście lat. Teraz doszły do nich gniew, bezsilność i strach. Nic Sheff, zdolny, inteligentny, młody chłopak z tak zwanej „dobrej rodziny” (fakt, jego rodzice się rozeszli, ale każde z nich miało wciąż dla niego dużo miłości i uwagi), chłopak, przed którym przyszłość stała otworem, chłopak, który miał talent do sportu, do pisania, do malowania i który miał pieniądze, żeby realizować każdą z tych pasji, chłopak, który był po prostu „golden boyem”, został narkomanem. Regularnym ćpunem. Takim, którego mija się na ulicy z niepokojem i bardzo szybko. Takim, którego właściwie w ogóle nie chciałoby się spotkać na swojej drodze. Jak to się stało? Co się stało? Dlaczego się stało? Przecież narkomanami zostają dzieci z rozbitych domów, albo te, które się nie uczą, ewentualnie te biedne… Nic Sheff opowiada o sobie szczerze. Chaotycznie, wyrywkowo, męcząco. Czułam się, jakbym razem z nim pokonywała te wszystkie ulice w poszukiwaniu cracku, jakbym razem z nim zasypiała w dziwnych miejscach, jakbym razem z nim traciła przytomność. Jakbym razem z nim, obudzona przypadkiem, nie potrafiła powiedzieć kim jestem, gdzie jestem i co tu robię. Tylko tej ekstazy po zażyciu metamfetaminy nie czułam razem z nim. Oddalał się wtedy ode mnie i traciliśmy łączność.
Za to z jego ojcem tę łączność czułam cały czas. Przez 438 stron drobnym maczkiem. To nie było „razem z nim”, to było „jestem tobą, Davidzie Sheffie”. Zaklinam rzeczywistość, wnoszę modły, tańczę proszalny taniec, żeby nigdy nie mieć takich doświadczeń jak David. Żeby nigdy nie musieć oglądać swojego dziecka nieprzytomnego. Żeby nigdy nie musieć szukać go w ciemnych uliczkach. Żeby nigdy nie musieć widzieć siniaków i świeżych ran na całym jego ciele. I żeby nigdy nie musieć odłożyć słuchawki, gdy moje dziecko zadzwoni i poprosi: „pomóż mi!”. To wszystko było udziałem Davida. To wszystko przeszedł i może mieć tylko nadzieję, że ma to już za sobą. Wszystkie etapy. Wszystkie sytuacje. Nieprzytomny Nic. Nic na haju. Nic na odwyku. Nic w zamkniętym ośrodku. Nic w otwartym ośrodku. Nic kradnący mu pieniądze. Nic kradnący pieniądze jego przyjaciołom. Nic przeklinający i rzucający mu w oczy: „Nienawidzę cię!”. I Nic mówiący: „Tato, kocham!”. Ojciec współuzależniony. Cała nowa rodzina – stara żona, nowa żona, dwoje nowych dzieci – wszyscy współuzależnieni. Noce i dnie falujące w rytm odlotów Nica. Cały świat kręcący się wokół Nica. Obwinianie się na przemian z usprawiedliwianiem się. Szukanie przyczyn. Drążenie. Spadanie. Upadanie. Podnoszenie się. Niełatwe decyzje. Odwieszanie słuchawki. Wizyty w niezliczonych ośrodkach odwykowych. A pomiędzy tym wożenie dwójki młodszych dzieci na basen, grill z przyjaciółmi i życie. Za dużo, jak na jednego człowieka. Za dużo. Jak na człowieka w ogóle. Płakałam, złościłam się, krzyczałam. To wszystko wywołała we mnie ta książka. Nie panowałam nad sobą, bo tak bardzo się boję, żeby to co przeszedł David, nie było zaraźliwe („żeby tylko nie ja, żeby tylko nie ja…”). Ale gdy zamknęłam tę książkę, gdy wiedziałam już, że Nic od bardzo długiego czasu jest czysty, że ma żonę i dzieci, że owszem, pozostanie uzależniony i nigdy nie można być pewnym, że jego poukładane teraz życie jest „na zawsze”, gdy wiedziałam, że na końcu tej drogi, którą opisał David, był psycholog, który odnalazł przyczynę uzależnienia Nica, pomyślałam, że ta książka wcale nie jest o uzależnieniu. Ta książka jest o miłości. Naprawdę. O pięknej, silnej, prawdziwej miłości. O miłości ojca do syna, rodzica do dziecka. W życiu Nica to jedyne, czego mógł być zawsze pewien – jego ojciec go kochał. Kochał go tak, jak umiał, a to najlepsze kochanie, jakie może się dziecku zdarzyć. Mimo błędów, jakie popełnił – każdy popełnia, bo miłość nigdy nie jest idealna. To książka o nadziei – nadziei, że miłość zwycięża. Że nawet, jeśli ktoś ją podepcze, to ona sobie wstanie, odrośnie, rozkwitnie. Że może jej to zająć trochę czasu, ale nastąpi. David pisze tak: "Jesteśmy związani z naszymi dziećmi, niezależnie od okoliczności. One są splecione z każdą komórką naszego ciała, z każdym neuronem. Nie można ich oddzielić. Zamieszkują naszą świadomość, mieszkają w każdej przestrzeni, w każdej jamie, szczelinie naszego ciała, w najbardziej pierwotnych instynktach, głębiej nawet niż nasza tożsamość. Głębiej niż nasze ja." [s.321] I w tym sensie, czytając tę książkę byłam Davidem. W roli rodzica, który kocha swoje dziecko bez granic. O tym jest ta książka dla mnie. Piękna, mimo bólu.


środa, 23 stycznia 2019

588. THE WEEK OF HOPE: NA CZERWONO


MARCIN SZCZYGIELSKI
„LEO I CZERWONY AUTOMAT”
INSTYTUT WYDAWNICZY LATARNIK, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA DOROTA WOJCIECHOWSKA-DANEK

Zaczyna się od pani Adeli. Niby nic. Pani Adela to sąsiadka z drugiego piętra. Nie wychodzi z domu, ale świat przychodzi do niej przez telewizor. Telewizor jest zawsze włączony. Ale tym razem – cisza… Pani Adela nie chce już oglądać telewizji, martwi się, denerwuje i nie chce już patrzeć na to, że „ludziom znudziło się być dobrymi.” [s.36]. Pani Adela prosi też, by zamknąć drzwi na klucz. Do tej pory nie pamiętała nawet, że ma w nich zamek...
Zaczyna się od napisów. Niby nic. Pomazana witryna baru, w którym pan Ali sprzedawał pyszny hummus i zapiekanki. Nie da się zmyć tych bardzo brzydkich napisów. Pan Ali stoi bezradnie obok wiadra i szczotki. Przepędza chłopców, których do tej pory częstował słodką baklawą…
Zaczyna się od tego, że mamy nie ma w domu. Niby nic. Ale przecież była zawsze. Czekała z ciepłym obiadem. W piekarniku zawsze było jakieś ciasto, bo mam piekła torty na zamówienie. A teraz zimne kanapki i obietnica, że wróci na kolację. Tylko dlaczego tak trudno najeść się takim obiadem?
Zaczyna się od aluzji. Niby nic. Dwóch przyjaciół, takich na dobre i na złe, takich, którzy podają ci swój kod do domofonu, rzucają w powietrze małą uwagę o tym, że jesteś „nienaturalny”, zrobiony. Pod tymi słowami jest inne: „nie pasujesz”, choć jeszcze nie wypowiedziane głośno, to już wibruje i boli...
Zaczyna się od niewielkiej śrubki. Niby nic. Maleńkiej, prawie niewidocznej. W czerwonym kolorze. Z jakiegoś dziwnego materiału. Te śrubki zaczynają pojawiać się wszędzie – w szafie mamy przyjaciela, w kieszeni sąsiada, nawet w twoim własnym piekarniku, choć do tej pory były tam tylko ciasta...
Zaczyna się od krat, od systemów antywłamaniowych, od alarmów…
Zaczyna się od wielkiej budowy, którą widać z każdego miejsca w Mieście. Ta dziwna konstrukcja pod rusztowaniem ma czerwony kolor. Zupełnie jak...
A nie, tak naprawdę najpierw było Miasto. Piękne. Pełne szerokich ulic, fontann i parków. I wesołe, bo mieszkali w nim dobrzy ludzie. Tacy, którym zależy na Mieście. Życzliwi. Radośni. Którzy nawet jak się pokłócą, to się godzą, bo „po prostu wszystkim w Mieście zależy, aby mieszkańcy mieli dobre życie – nie tylko oni sami, ale też ich sąsiedzi.” [s.37]. W Mieście mieszkał chłopiec. Leo. Zwyczajny. Choć z próbówki. Urodził się z dzięki metodzie in vitro. In vitro znaczy w szkle. Znaczy też tyle, że czasem miłości potrzebna jest nauka. Że ktoś kiedyś wpadł na pomysł, by nauka służyła ludziom i wykorzystał swoją wiedzę i talent, by opracować metodę poczęcia dziecka w warunkach laboratoryjnych, a nie… no jak zwykle… Wszystko było dobrze, normalnie, choć nie wszyscy Leo lubili. Czasem słyszał o sobie dziwne rzeczy, ale nauczył się nie zwracać na nie uwagi. Wierzył w siebie, bo miał kochającą mamę, przyjaciół, którzy nigdy nie zawodzili, marzenia jak „normalne” dzieci, lubił czytać komiksy jak „normalne” dzieci i miał nawet pępek, choć nie każdy w Mieście w to wierzył.
Co się stało, że nagle ktoś nazywa go „innym”, wytyka palcami, a jego nauczycielka sugeruje chyba nawet, żeby zmienił szkołę…?
W tej książce wszystko układa się jak na dobrze wykreślonej mapie. To mapa szlaku od nienawiści z powrotem do miłości. No a jeśli nie aż do miłości, to przynajmniej do tolerancji. Nienawiść wymaga siły, jest wyczerpująca. Nic dziwnego, że gdy budujesz machinę hejtu, to nie masz czasu na nic innego – na bliskich, na rozmowę, na radość, na zaufanie, na normalne życie. Możesz tylko dokładać wciąż nowe śrubki, złączki, rury i przekładnie. Ale Szczygielski, ustami Leo, oczami Leo, jego postawą i zaangażowaniem daje wskazówki – jak obudzić się z tego snu, jak znów zacząć patrzeć sobie w oczy.
Marcin Szczygielski jak zawsze skradł mi serce. Nie! Właściwie oddałam mu je bez walki. Masz, weź, skoro w zamian opowiadasz takie piękne, mądre, wzruszające historie! Jako czytelnik dorosły oprócz perfekcyjnie wymyślonej fabuły, doceniam te wszystkie literackie aluzje, tę symbolikę, tę dbałość o każdy najmniejszy szczegół! To naprawdę doskonała książka, bardzo współczesna, aktualna, odważna (kto, jak nie Szczygielski podjąłby się pisania o dziecku z in vitro, no kto?), a jednocześnie uniwersalna i ponadczasowa. Szczygielski kolejny raz spisał przykazania dla współczesnego człowieka. Są właściwie takie same od wieków, ale powiedziane językiem baśni, mogą trafić do większej liczny serc. A jeśli trafią do serca dziecka, do serca czystego jeszcze, to może rozsieje się to dobro po całym Mieście? A trafić do tych serc nie będzie trudno, bo czyta się tę książkę doskonale, akcja nie zwalnia ani na sekundę i do końca nie wiadomo, czy to wszystko nie skończy się po prostu jedną wielką, wcale niepiękną, katastrofą. Dech zapiera, włos się jeży i nie można odłożyć lektury choćby na minutę. Leo został właśnie moim nowym ulubionym superbohaterem! Szczygielski jest nim od dawna.






poniedziałek, 21 stycznia 2019

587. THE WEEK OF HOPE: NA CZARNO


RITA KACZMARSKA
„CZARNA KSIĄŻKA”
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA AUTORKA

Kiedy zapytać małą dziewczynkę lub małego chłopca: „jaki jest twój ulubiony kolor?”, to prawie nigdy nie pada odpowiedź: „czarny”. Małe dziewczynki i mali chłopcy boją się czarnego koloru. Nie ma go przecież w tęczy! Duże dziewczynki i duzi chłopcy szanują czerń. Uważają ją za elegancką i nie wyobrażają sobie słowa „oficjalny” bez skojarzenia go z czernią. Ale gdzieś z tyłu głowy pozostają także skojarzenia z żałobnymi wstążkami i ciemnymi strychami w horrorach. To kolor, którym bardzo wielu ludzi opisałoby strach. Bo czarny to trochę tak, jakby powiedzieć ciemność. A gdy jest ciemno nic nie widać, zaczyna pracować wyobraźnia i podsuwa niekiedy obrazy, których nie chcemy oglądać.
W ciemności wszystko jest głośniejsze. Skrzypi, trzeszczy, szumi, szeleści. Ale nie widać i to jet najstraszniejsze. W ciemności, w tej czerni, jest trochę tak, jakby nie zostało na świecie już nic dobrego, nic, do czego można się uśmiechnąć, nic, z powodu czego można tańczyć, śpiewać, robić fikołki… Czerń wchłania i nie oddaje.
A gdy dochodzi do tego czarna, czarna góra, na której rośnie czarny, czarny las… Gdy idziemy tym lasem i trafiamy na czarną chatę…. Gdy odważymy się nacisnąć klamkę i wejść do środka, gdy skierujemy swoje kroki na strych… Co znajdziemy w czarnej, czarnej szafie???
„Czarna książka” to, do pewnego stopnia, typowy horror. Jest w niej wszystko to, co kochamy w horrorach – przede wszystkim pożywka dla wyobraźni. Rita Kaczmarska bawi się czytelnikiem, prowokuje go, podsuwa mu znane motywy, „pewniaki”, dzięki którym czytelnik nerwowo przełyka ślinę. Czerń na każdej stronie (ależ pięknie, spektakularnie wręcz pokazana!), las, opuszczona chata, strych, na który wchodzimy po trzeszczących schodach, cienie na ścianach, jakieś manekiny, czaszkę jelenia, wiszącą na ścianie, mosiężne kołatki, które pewnie wydają głuchy dźwięk… Jest jak w typowym horrorze – idziemy, choć rozum mówi: „zostań!”. Brniemy, choć rozsądniej byłoby odwrócić się i uciec – do światła, do tęczy, do kolorów. Jakaż silna jest w człowieku ciekawość, jakaż niepohamowana żądza wiedzy! Bo przecież musimy wiedzieć, co jest w czarnej szafie na czarnym strychu w czarnej chacie w czarnym lesie na czarnej górze!
O czym jest ten picturebook? O nadziei. O rozwiązywaniu problemów. O tym, że każdy supeł da się rozplątać. O tym, że czerń uwypukla inne kolory, że przy niej wydają się jaśniejsze. Że tak naprawdę bez czerni nie byłoby światła. Że przez czerń można przejść, choć czasem wydaje się to niemożliwe.
To obietnica, że na końcu każdej czarnej książki może być: „i żyli długo i szczęśliwie”.






sobota, 5 stycznia 2019

586. RYTUAŁY



W każdej książce dla rodziców jest powiedziane, że dzieciom potrzebne są rytuały, coś stałego, coś niezmiennego, coś, do czego zawsze będą mogły się odwołać, na tym oprzeć. Lubię nasze. Te małe i te duże. Również mi dają one poczucie komfortu, rozlewają się ciepełkiem po okolicach serca. Jednym z naszych rytuałów jest coroczne wieszanie kalendarza na ścianie u Majki w pokoju. I to od majkowego „zawsze” czyli od roku 2013 (urodziła się na koniec września 2012 roku) jest kalendarz z Panem Kuleczką. Od zawsze są w nim naklejki (które w pierwszych latach rekwirowałam ja, ozdabiając nimi z radością i niestopowaną niczym obfitością swój podręczny kalendarz książkowy), od zawsze jest w nim opowiadanie, które nie znajduje się w wersji książkowej, od zawsze jest w każdej kratce trochę miejsca, żeby zapisać imię koleżanki, która ma urodziny albo też informację, że akurat tego dnia wypadł pierwszy ząb (albo się pojawił). I od zawsze są w nim przepiękne ilustracje Elżbiety Wasiuczyńskiej (ze wspaniałymi, metaforycznymi lub dowcipnymi podpisami, dokładnie w stylu panakuleczkowym, które dopełniają całości). Tylko jedno się zmienia – mam wrażenie, że co roku te ilustracje są piękniejsze, bardziej dopracowane, bardziej wysmakowane.
Sami zerknijcie, czy w tym roku nie jest jeszcze piękniej niż w zeszłym?








 



TU możecie zobaczyć kalendarz na filmiku.


czwartek, 3 stycznia 2019

585. BALETNICA W LESIE


RENNE
„WILK. DZIKIE ZWIERZĘTA W NATURZE”
(TŁ. PATRYCJA ZARAWSKA)
DEBIT, WARSZAWA 2018

„Wiesz mamo, zaczynamy w przedszkolu nowy projekt – oznajmia Majka gdy tylko staję w drzwiach przedszkola. - Będzie o zwierzętach. Zaczęliśmy od postawienia pytań, na które chcemy znaleźć odpowiedź.”
„A jakie było twoje pytanie?” - jestem ciekawa.
„Skąd się wzięły wilki” - odpowiada Majka. „I jeszcze: dlaczego mają taki dobry słuch?”
Na te pytania znajdziemy odpowiedź w książce „Wilk”.
To takie kompendium wiedzy, pigułka, którą można połknąć szybko i od razu stać się mądrzejszym. W głowie zupełnie nagle pojawia się kilka ważnych słów: wadera, wataha, basior, samiec i samica alfa – te słowa są też na końcu książki, w postaci słowniczka. Te akurat znałyśmy, bo wilkami interesujemy się od dłuższego czasu. Ale do naszego słownika trafiło nowe znaczenie słowa sznurowanie (to specjalny sposób, w jaki wilki chodzą całą watahą). Znalazłyśmy też kilka innych nowych dla nas informacji. Przede wszystkim, że wilki to palcochodne. Czyli takie trochę baletnice, bo nie stają na całych stopach, tylko na samych palach. Auć!
Przeliczałyśmy wagę wilka na Majki (jeden wilk może ważyć tyle ile trzy Majki naraz), zapisałam w pamięci, żeby przeczytać jej historię Remusa i Romulusa, wzruszyłyśmy się postawą wilczej mamy, która w początkowych miesiącach życia nie opuszcza swoich dzieci ani na krok (jedzenie przynoszą jej wtedy inni członkowie watahy) i skrzywiłyśmy się z niesmakiem na wspomnienie kolacji już podrośniętych szczeniąt (nadtrawione mięso, które przynoszą im rodzice lub wujkowie i ciocie we własnych żołądkach).
Co do słuchu - musimy się zgodzić z teorią z „Czerwonego Kapturka”: żeby cię lepiej słyszeć.
Wilki to przecież myśliwi, więc potrzebne im są wyostrzone zmysły, żeby móc wyczuć ofiarę, zdobyć nad nią przewagę i ją upolować. Brutalne? Nie! To zwykłe, naturalne „circle of life”. I fajnie, że nikt tu nie ściemnia, nie omija szerokim łukiem tego tematu, że rysuje wilki w biegu za ofiarą! Wilk to drapieżnik i poluje. Takie są fakty.
A skąd się wzięły wilki? „W grupie wilków tylko dominująca para dochowuje się potomstwa.” Tyle wystarczy na teraz. Projekt „zwierzęta” przecież dopiero się rozpoczął, a na pierwsze spotkanie z wilkiem ta książka jest idealna!
Wielki plus za to, co powiedział autor i co pokazał na smutnym obrazie wilka, który wychodząc z krzaków na jezdnię pyta: ”Gdzie ja się teraz podzieję?”: „Wilk ma tylko jednego prawdziwego wroga – człowieka”. Straszne było dla mnie, że ja zaczęłam czytać to zdanie, a moja sześcioletnia córka je dokończyła – wiedząc dokładnie, że tylko my zagrażamy wilkom. Pozostaje mi wierzyć, że edukacja to naprawi, że może się zacząć od kilkunastostronicowej książeczki ze ślicznymi ilustracjami, a skończyć na zwiększeniu populacji wilka na świecie. Oby!









środa, 2 stycznia 2019

584. JESZCZE DZIURA W PIASKU


SCENARIUSZ MARIKO TAMAKI
„PEWNEGO LATA”
(TŁ. ŁUKASZ BUCHALSKI)
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2018
RYSUNKI JILLIAN TAMAKI

W życiu każdego człowieka istnieje czas pomiędzy. Moment, gdy stoi w rozkroku. Jedną nogą w dziecięctwie, słodkich piankach pieczonych na ognisku, kreskówkach, wykopywaniem dziury w ziemi tylko dla samego kopania, a między dorosłością z trudnym słowem „poronienie”, ze smakiem alkoholu na języku, z miseczkami B i D i z „Teksańską masakrą piłą mechaniczną” (w miejsce „X-manów”).
O tym jest ta powieść graficzna.
O pomiędzy.
O Rose (ma jakieś 14-15 lat) i jej 1,5 roku młodszej koleżance, które od niepamiętnych czasów spotykają się w Awago. Mama Windy wynajmuje domek, rodzice Rose wynajmują domek. I czas zastyga, choć biegnie nieubłaganie. Pachnie drzewami. Zupełnie wyjątkowo. Nic nie trzeba. Można pływać, jeździć na rowerze, czytać, spacerować, iść na plażę, huśtać się na huśtawce… Rose jest już jednak ten jeden krok dalej. Słucha, patrzy, podsłuchuje, podpatruje. W leniwości letnich popołudni przeszkadza jej nieustanna aktywność. Swoisty stand-by. Bo musi śledzić. Starszych chłopaków, starsze dziewczyny, ich relacje – fascynujące, choć trochę przerażające. To jak oglądanie horroru. Przez cienki materiał koca, mówiąc jednocześnie o czymś zupełnie innym, żeby przypomnieć sobie, że morderca jest tylko na ekranie i że nie wejdzie do żadnego z domków letniskowych w Awago. Ale jest ten dreszcz. Ten przymus – jednak się patrzy. Jednak idzie się, znów i znów, do jedynego sklepu w miasteczku, żeby wypożyczyć film, kupić żelki lub lody, żeby popatrzeć na tego dziwnego, ledwie dorosłego (a może wcale jeszcze nie?), chłopaka o imieniu Duncan. Nadaje mu się od razu przezwisko („Dupek”), za którym można ukryć te cholernie dziwne uczucia, które pojawiają się w okolicach pępka, gdy on rzuca uwagę w stylu „Tak, jasne, jeszcze dwie żelkowe rurki, jak zawsze”. Jednocześnie z mieszaniną obrzydzenia i zazdrości, spod półprzymkniętych powiek, obserwuje się Duncana i jego dziewczynę. Na przykład, gdy się całują… Nastolatki to dziwne stworzenia. Jednego dnia zasypiają jako ukochane dzieci swoich rodziców, śmiejąc się, obdarzając ich mokrymi pocałunkami w policzek, zaplatając na ich szyjach ręce, domagając się kołysania, kołysanki i czytania trzech rozdziałów ulubionej książki. W nocy przepoczwarzają się, przepotwarniają i stają się istotami obcymi. Rodzicom i sobie samym. Trzeba do nich szukać kluczy. Słowników. Map. Trzeba im podsuwać zrozumiałe dla nich komunikaty. A do tego takie, które są w stanie ich zainteresować. Niewątpliwie „Pewnego lata” jest takim kluczem, słownikiem i mapą. Jest nastolatkowym lustrzanym odbiciem, w którym mogą się przejrzeć i uwierzyć, że ktoś jest po drugiej stronie tego lustra. Ktoś dokładnie taki sam, jak oni. To pomaga. To leczy. To uspakaja.
A jeśli do tego jest tak subtelne i tak piękne, jak dzieło duetu Tamaki-Tamaki, to nie ma się co zastanawiać. Trzeba po prostu podrzucić nastolatkowi na nocny stolik i nie pytać potem o wrażenia. Ewentualnie podglądać przez dziurkę od klucza, czy czyta i czy utożsamia się z Rose.
A Rose jest u progu tych wszystkich zmian. Szczególnie mocno widać to w porównaniu z Windy. Dzieli ich 1,5 roku i te 1,5 roku nagle zaczyna dawać o sobie znać. Windy ze swoim dziecięcym tłuszczykiem, z wiecznie rozczochranymi włosami, garściami jedząca cukier, roześmiana i beztroska, Windy, która boi się pustych dróżek leśnych i horrorów. I Rose z tymi śmiesznie długimi, patykowatymi kończynami, które działają zupełnie inaczej niż jeszcze rok temu. Z piersiami, które trzeba będzie niedługo zamknąć w staniku. Wykluwający się dorosły.
Ale jednocześnie Rose jest jeszcze tak bardzo, tak mocno dzieckiem. Ta „pierwsza miłość” do nieznajomego chłopaka ze sklepu, który nazwał ją „Blondi”, to wyliczanie jego imienia w tandetnej wróżbie i zastanawianie się, czy ta wróżba się spełni. To mieszkanie z Duncanem i jedno dziecko, które wyszło tylko dlatego, że wpisała jego imię w czwartą kratkę. I jakaś dziecięca wiara, że pewnie, jasne, że się spełni, bo dlaczego nie?! I żelkowe rurki, które kupuje za każdym razem, bo nie może się powstrzymać. Rytuał dziecka. I wszystkie te znane ścieżki i znane rzeczy, które chce robić ze swoją najlepszą przyjaciółką z wakacji dokładnie tak, jak rok temu, jak dwa lata temu, jak trzy lata temu...
Nie pamiętam, kiedy ostatnio zdarzyła mi się taka sytuacja, że czytałam jedną książkę dwa razy pod rząd. Ale z tym komiksem pożegnałam stary rok i z tym komiksem go powitałam. Nie mogłam (wciąż nie mogę!) się od niego uwolnić!
W internecie rzuciła mi się w oczy wróżba na 2019: weź książkę, która leży najbliżej ciebie, otwórz na 33 stronie – pierwsze zdanie mówi o tym, co ci się przydarzy w nowym roku.
Otwieram „Pewnego lata” - jakoś dziwnie ta książka krąży wokół mnie, muszę mieć ją obok, co jakiś czas dotknąć okładki, przekartkować, zawiesić oko na którymś obrazie. Otwieram. Czytam: „Na plaży w Awago pierwszy raz zobaczyłam trojeść”. Ja wiem, że trojeść jest trująca. Rose też już wie. I chyba na tym właśnie polega wchodzenie w dorosłość – na tym, że dowiadujesz się, jak wiele jest rzeczy, które mogą cię zabić. Część z nich jest tak piękna, że nie możesz w to uwierzyć. Bycie dorosłym, to cofanie się o krok i podziwiane z daleka.
Nie jest łatwo być dorosłym. Nikt się o to nie prosił i Rose chyba też, mimo wszystko, jeszcze nie chce postawić pewnego kroku w ten dziwny świat, gdzie „Matka Natura czasami potrafi zachować się jak suka”. Rzekłabym nawet, że często. Dlatego w końcu kopie dół. Wielki dół na plaży. Po nic. Po to, żeby wygrzebać piasek z jednego miejsca na drugie. Żeby czasem pod tym piaskiem trafić na rękę przyjaciółki. Tej, którą zna się… od zawsze i które dopiero za rok będzie się zastanawiała, czy chłopak, który jej się podoba, wie już wszystko o seksie. Na razie ten dół i wejście do niego, wytarzanie się w piasku. Na razie to wystarczy. Do jutra.