Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

sobota, 5 stycznia 2019

586. RYTUAŁY



W każdej książce dla rodziców jest powiedziane, że dzieciom potrzebne są rytuały, coś stałego, coś niezmiennego, coś, do czego zawsze będą mogły się odwołać, na tym oprzeć. Lubię nasze. Te małe i te duże. Również mi dają one poczucie komfortu, rozlewają się ciepełkiem po okolicach serca. Jednym z naszych rytuałów jest coroczne wieszanie kalendarza na ścianie u Majki w pokoju. I to od majkowego „zawsze” czyli od roku 2013 (urodziła się na koniec września 2012 roku) jest kalendarz z Panem Kuleczką. Od zawsze są w nim naklejki (które w pierwszych latach rekwirowałam ja, ozdabiając nimi z radością i niestopowaną niczym obfitością swój podręczny kalendarz książkowy), od zawsze jest w nim opowiadanie, które nie znajduje się w wersji książkowej, od zawsze jest w każdej kratce trochę miejsca, żeby zapisać imię koleżanki, która ma urodziny albo też informację, że akurat tego dnia wypadł pierwszy ząb (albo się pojawił). I od zawsze są w nim przepiękne ilustracje Elżbiety Wasiuczyńskiej (ze wspaniałymi, metaforycznymi lub dowcipnymi podpisami, dokładnie w stylu panakuleczkowym, które dopełniają całości). Tylko jedno się zmienia – mam wrażenie, że co roku te ilustracje są piękniejsze, bardziej dopracowane, bardziej wysmakowane.
Sami zerknijcie, czy w tym roku nie jest jeszcze piękniej niż w zeszłym?








 



TU możecie zobaczyć kalendarz na filmiku.


czwartek, 3 stycznia 2019

585. BALETNICA W LESIE


RENNE
„WILK. DZIKIE ZWIERZĘTA W NATURZE”
(TŁ. PATRYCJA ZARAWSKA)
DEBIT, WARSZAWA 2018

„Wiesz mamo, zaczynamy w przedszkolu nowy projekt – oznajmia Majka gdy tylko staję w drzwiach przedszkola. - Będzie o zwierzętach. Zaczęliśmy od postawienia pytań, na które chcemy znaleźć odpowiedź.”
„A jakie było twoje pytanie?” - jestem ciekawa.
„Skąd się wzięły wilki” - odpowiada Majka. „I jeszcze: dlaczego mają taki dobry słuch?”
Na te pytania znajdziemy odpowiedź w książce „Wilk”.
To takie kompendium wiedzy, pigułka, którą można połknąć szybko i od razu stać się mądrzejszym. W głowie zupełnie nagle pojawia się kilka ważnych słów: wadera, wataha, basior, samiec i samica alfa – te słowa są też na końcu książki, w postaci słowniczka. Te akurat znałyśmy, bo wilkami interesujemy się od dłuższego czasu. Ale do naszego słownika trafiło nowe znaczenie słowa sznurowanie (to specjalny sposób, w jaki wilki chodzą całą watahą). Znalazłyśmy też kilka innych nowych dla nas informacji. Przede wszystkim, że wilki to palcochodne. Czyli takie trochę baletnice, bo nie stają na całych stopach, tylko na samych palach. Auć!
Przeliczałyśmy wagę wilka na Majki (jeden wilk może ważyć tyle ile trzy Majki naraz), zapisałam w pamięci, żeby przeczytać jej historię Remusa i Romulusa, wzruszyłyśmy się postawą wilczej mamy, która w początkowych miesiącach życia nie opuszcza swoich dzieci ani na krok (jedzenie przynoszą jej wtedy inni członkowie watahy) i skrzywiłyśmy się z niesmakiem na wspomnienie kolacji już podrośniętych szczeniąt (nadtrawione mięso, które przynoszą im rodzice lub wujkowie i ciocie we własnych żołądkach).
Co do słuchu - musimy się zgodzić z teorią z „Czerwonego Kapturka”: żeby cię lepiej słyszeć.
Wilki to przecież myśliwi, więc potrzebne im są wyostrzone zmysły, żeby móc wyczuć ofiarę, zdobyć nad nią przewagę i ją upolować. Brutalne? Nie! To zwykłe, naturalne „circle of life”. I fajnie, że nikt tu nie ściemnia, nie omija szerokim łukiem tego tematu, że rysuje wilki w biegu za ofiarą! Wilk to drapieżnik i poluje. Takie są fakty.
A skąd się wzięły wilki? „W grupie wilków tylko dominująca para dochowuje się potomstwa.” Tyle wystarczy na teraz. Projekt „zwierzęta” przecież dopiero się rozpoczął, a na pierwsze spotkanie z wilkiem ta książka jest idealna!
Wielki plus za to, co powiedział autor i co pokazał na smutnym obrazie wilka, który wychodząc z krzaków na jezdnię pyta: ”Gdzie ja się teraz podzieję?”: „Wilk ma tylko jednego prawdziwego wroga – człowieka”. Straszne było dla mnie, że ja zaczęłam czytać to zdanie, a moja sześcioletnia córka je dokończyła – wiedząc dokładnie, że tylko my zagrażamy wilkom. Pozostaje mi wierzyć, że edukacja to naprawi, że może się zacząć od kilkunastostronicowej książeczki ze ślicznymi ilustracjami, a skończyć na zwiększeniu populacji wilka na świecie. Oby!









środa, 2 stycznia 2019

584. JESZCZE DZIURA W PIASKU


SCENARIUSZ MARIKO TAMAKI
„PEWNEGO LATA”
(TŁ. ŁUKASZ BUCHALSKI)
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2018
RYSUNKI JILLIAN TAMAKI

W życiu każdego człowieka istnieje czas pomiędzy. Moment, gdy stoi w rozkroku. Jedną nogą w dziecięctwie, słodkich piankach pieczonych na ognisku, kreskówkach, wykopywaniem dziury w ziemi tylko dla samego kopania, a między dorosłością z trudnym słowem „poronienie”, ze smakiem alkoholu na języku, z miseczkami B i D i z „Teksańską masakrą piłą mechaniczną” (w miejsce „X-manów”).
O tym jest ta powieść graficzna.
O pomiędzy.
O Rose (ma jakieś 14-15 lat) i jej 1,5 roku młodszej koleżance, które od niepamiętnych czasów spotykają się w Awago. Mama Windy wynajmuje domek, rodzice Rose wynajmują domek. I czas zastyga, choć biegnie nieubłaganie. Pachnie drzewami. Zupełnie wyjątkowo. Nic nie trzeba. Można pływać, jeździć na rowerze, czytać, spacerować, iść na plażę, huśtać się na huśtawce… Rose jest już jednak ten jeden krok dalej. Słucha, patrzy, podsłuchuje, podpatruje. W leniwości letnich popołudni przeszkadza jej nieustanna aktywność. Swoisty stand-by. Bo musi śledzić. Starszych chłopaków, starsze dziewczyny, ich relacje – fascynujące, choć trochę przerażające. To jak oglądanie horroru. Przez cienki materiał koca, mówiąc jednocześnie o czymś zupełnie innym, żeby przypomnieć sobie, że morderca jest tylko na ekranie i że nie wejdzie do żadnego z domków letniskowych w Awago. Ale jest ten dreszcz. Ten przymus – jednak się patrzy. Jednak idzie się, znów i znów, do jedynego sklepu w miasteczku, żeby wypożyczyć film, kupić żelki lub lody, żeby popatrzeć na tego dziwnego, ledwie dorosłego (a może wcale jeszcze nie?), chłopaka o imieniu Duncan. Nadaje mu się od razu przezwisko („Dupek”), za którym można ukryć te cholernie dziwne uczucia, które pojawiają się w okolicach pępka, gdy on rzuca uwagę w stylu „Tak, jasne, jeszcze dwie żelkowe rurki, jak zawsze”. Jednocześnie z mieszaniną obrzydzenia i zazdrości, spod półprzymkniętych powiek, obserwuje się Duncana i jego dziewczynę. Na przykład, gdy się całują… Nastolatki to dziwne stworzenia. Jednego dnia zasypiają jako ukochane dzieci swoich rodziców, śmiejąc się, obdarzając ich mokrymi pocałunkami w policzek, zaplatając na ich szyjach ręce, domagając się kołysania, kołysanki i czytania trzech rozdziałów ulubionej książki. W nocy przepoczwarzają się, przepotwarniają i stają się istotami obcymi. Rodzicom i sobie samym. Trzeba do nich szukać kluczy. Słowników. Map. Trzeba im podsuwać zrozumiałe dla nich komunikaty. A do tego takie, które są w stanie ich zainteresować. Niewątpliwie „Pewnego lata” jest takim kluczem, słownikiem i mapą. Jest nastolatkowym lustrzanym odbiciem, w którym mogą się przejrzeć i uwierzyć, że ktoś jest po drugiej stronie tego lustra. Ktoś dokładnie taki sam, jak oni. To pomaga. To leczy. To uspakaja.
A jeśli do tego jest tak subtelne i tak piękne, jak dzieło duetu Tamaki-Tamaki, to nie ma się co zastanawiać. Trzeba po prostu podrzucić nastolatkowi na nocny stolik i nie pytać potem o wrażenia. Ewentualnie podglądać przez dziurkę od klucza, czy czyta i czy utożsamia się z Rose.
A Rose jest u progu tych wszystkich zmian. Szczególnie mocno widać to w porównaniu z Windy. Dzieli ich 1,5 roku i te 1,5 roku nagle zaczyna dawać o sobie znać. Windy ze swoim dziecięcym tłuszczykiem, z wiecznie rozczochranymi włosami, garściami jedząca cukier, roześmiana i beztroska, Windy, która boi się pustych dróżek leśnych i horrorów. I Rose z tymi śmiesznie długimi, patykowatymi kończynami, które działają zupełnie inaczej niż jeszcze rok temu. Z piersiami, które trzeba będzie niedługo zamknąć w staniku. Wykluwający się dorosły.
Ale jednocześnie Rose jest jeszcze tak bardzo, tak mocno dzieckiem. Ta „pierwsza miłość” do nieznajomego chłopaka ze sklepu, który nazwał ją „Blondi”, to wyliczanie jego imienia w tandetnej wróżbie i zastanawianie się, czy ta wróżba się spełni. To mieszkanie z Duncanem i jedno dziecko, które wyszło tylko dlatego, że wpisała jego imię w czwartą kratkę. I jakaś dziecięca wiara, że pewnie, jasne, że się spełni, bo dlaczego nie?! I żelkowe rurki, które kupuje za każdym razem, bo nie może się powstrzymać. Rytuał dziecka. I wszystkie te znane ścieżki i znane rzeczy, które chce robić ze swoją najlepszą przyjaciółką z wakacji dokładnie tak, jak rok temu, jak dwa lata temu, jak trzy lata temu...
Nie pamiętam, kiedy ostatnio zdarzyła mi się taka sytuacja, że czytałam jedną książkę dwa razy pod rząd. Ale z tym komiksem pożegnałam stary rok i z tym komiksem go powitałam. Nie mogłam (wciąż nie mogę!) się od niego uwolnić!
W internecie rzuciła mi się w oczy wróżba na 2019: weź książkę, która leży najbliżej ciebie, otwórz na 33 stronie – pierwsze zdanie mówi o tym, co ci się przydarzy w nowym roku.
Otwieram „Pewnego lata” - jakoś dziwnie ta książka krąży wokół mnie, muszę mieć ją obok, co jakiś czas dotknąć okładki, przekartkować, zawiesić oko na którymś obrazie. Otwieram. Czytam: „Na plaży w Awago pierwszy raz zobaczyłam trojeść”. Ja wiem, że trojeść jest trująca. Rose też już wie. I chyba na tym właśnie polega wchodzenie w dorosłość – na tym, że dowiadujesz się, jak wiele jest rzeczy, które mogą cię zabić. Część z nich jest tak piękna, że nie możesz w to uwierzyć. Bycie dorosłym, to cofanie się o krok i podziwiane z daleka.
Nie jest łatwo być dorosłym. Nikt się o to nie prosił i Rose chyba też, mimo wszystko, jeszcze nie chce postawić pewnego kroku w ten dziwny świat, gdzie „Matka Natura czasami potrafi zachować się jak suka”. Rzekłabym nawet, że często. Dlatego w końcu kopie dół. Wielki dół na plaży. Po nic. Po to, żeby wygrzebać piasek z jednego miejsca na drugie. Żeby czasem pod tym piaskiem trafić na rękę przyjaciółki. Tej, którą zna się… od zawsze i które dopiero za rok będzie się zastanawiała, czy chłopak, który jej się podoba, wie już wszystko o seksie. Na razie ten dół i wejście do niego, wytarzanie się w piasku. Na razie to wystarczy. Do jutra.










wtorek, 1 stycznia 2019

583. PTAK JAKI JEST…


JACOBSONY
GRA EDUKACYJNA MEMO
PTAKI CZĘŚĆ 2
SERIA ŚWIAT WOKÓŁNAS
ZAWIERA WIZERUNKI 20 GATUNKÓW POLSKICH PTAKÓW

„Kura, kaczka, drób… O! Jest! Widzę! Droga… chyba na Ostrołękę.”* No właśnie… Jak to jest z tymi ptaków nazwami? Dobrze jest, czy niedobrze? U nas, przyznaję się, raczej kiepsko… Wciąż czytamy, oglądamy, porównujemy, ale wiedzy taki ogrom, że będziemy się uczyć na pewno całe życie. No dzięcioła rozpoznamy, bo puka. Kawkę, bo wiadomo. Wronę, bo jest trochę szara. Srokę, bo jest trochę biała. Kosa, bo ten dziób charakterystyczny. I rudzika, ze względu na brzuszek. A poza tym – wszystkie ptaki, które wymieniłam, Jacobsony pokazali na kafelkach w pierwszej części memory Ptaki (oczywiście z doskonałej serii Świat wokół nas). Muszę przyznać, po raz kolejny, że te memo ich to majstersztyk! Wyraźne zdjęcia, na białym tle z czarnym prostym podpisem - bez udziwnień, bez brokatu, bez serduszek. Ptak jaki jest – każdy widzi**. I o to chodzi, i o to chodzi...*** O to, żeby można sobie potraktować tę popularną grę o znanych wszystkim zasadach, wykańczających przeważnie dorosłych, do nauki. Takie podstępne są te Jacobsony! Bo niby – „chodź zagrać w grę, będzie fajnie, lubisz przecież grać w gry…” Itepe, itede. A potem – buch! - wiedzą między oczy! I ani się obejrzysz, a okazuje się, że umiesz już odróżnić mewę srebrzystą od śmieszki (śmieszka to ta z ciemną główką, a srebrzysta ta z niepokojącymi oczami…), że szczygieł (nawiasem mówiąc to nazwisko Twojego ulubionego Czechofila), ma więcej kolorów, niż się spodziewałeś, a ten nakrapiany ptak z ogródka dziadka, który siada na orzechu, to może być orzechówka! No i nagle najbardziej w świecie chcesz zobaczyć na żywo żołnę, bo ma tyyyyle kolorów! I przypominasz sobie wizytę na Mazurach, gdzie obserwowałeś przez oszronioną szybę kowalika. I dokładnie wiesz, dlaczego na kafelku kowalik jest do góry nogami (spryciarz!).
Znakiem szczególnym memorków od Jacobsonów jest jeszcze jedna rzecz – konsultują (lub pozyskują) fotografie od Bardzo Ważnych Instytucji, które są ekspertami od danych gatunków zwierząt. Nie inaczej jest tym razem. Ptaki część 2 zyskały doskonałego patrona – Stację Ornitologiczną Muzeum i Instytutu Zoologii Polskiej Akademii Nauk. A Centrala Obrączkowania Ptaków w tej Stacji Ornitologicznej jest w Gdańsku! Na Wyspie Sobieszewskiej. Znamy! Kochamy! Potwierdzamy kompetencje! Do pudełka tym razem nie dołączono kartki pocztowej (jak to zwykle było), ale informację o obrączkowaniu ptaków. W zeszłym roku byłyśmy z Majką na takim obrączkowaniu – to niesamowite przeżycie, gdy niesiesz ptaka w dłoniach, ważysz go, a potem zaciskasz mu na łapce obrączkę i wypuszczasz na wolność! I, uwaga!, jest specjalne zadanie – na kafelkach gry Ptaki część 2 jeden z ptaków ma obrączkę. My już wiemy, który to! A Wy?

[Informacja czysto techniczna] w tym pudełku występują następujące gatunki ptaków (kolejność niealfabetyczna, tak, jak się wyjęły z pudełka): zimorodek, orzechówka, mazurek, biegus zmienny, szczygieł, łabędź niemy, kormoran, kowalik, bielik, dzięcioł zielony, bocian biały, śmieszka, mewa srebrzysta, łyska, gęgawa, pliszka siwa, płomykówka, mysikrólik, śpiewak, żołna.








*to oczywiście cytat z jednego z najśmieszniejszych filmów polskiej kinematografii: filmu „Rejs”.
** Parafraza cytatu z „Nowych Aten” Benedykta Chmielowskiego
*** drugi najśmieszniejszy film w dziejach polskiej kinematografii to „Hydrozagadka” i musiał się tu znaleźć, bo pasuje najlepiej!