Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

czwartek, 30 października 2014

232.PIĘĆ RAZY POD RZĄD

LEO TIMMERS
KTO PROWADZI? / WHO'S DRIVING?”
(TŁ. MARTA TYCHMANOWICZ)
BABARYBA, WARSZAWA 2014
ILUSTRACJE LEO TIMMERS

...bez żadnego oddechu, bez zwilżenie warg choćby kropelką wody, bez litości. Gdy zamyka się tylna okładka natychmiast otwiera się z powrotem ta na początku. Nie wiem, ile ona by tak mogła. Ja dałam radę pięć razy pod rząd. Entuzjastyczne pięć, ale przy piątym wypatrywałam końca. Ona wprost przeciwnie, choć się zaśmiewa z tego sarkazmu, który tuż przed napisami końcowymi.
Ale po kolei.
Są pojazdy (i jeden „polot”) – jest wóz strażacki, limuzyna, wyścigówka, traktor, kabriolet, dżip i samolot. Do każdego trzeba mieć klucz, żeby go odpalić, wprawić w ruch koła, popędzić – do pożaru, na wyścigi albo na pustynię. Kluczyków jest wiele, znacznie więcej, niż stacyjek. I który pasuje? Kto ma klucz do zamka samolotu? A kto do limuzyny?
To książka zagadka, bo trzeba trochę pogłówkować, by znaleźć kierowcę z odpowiednią kategorią w prawie jazdy. Czasem jest łatwiej, bo słoń ma mundur strażaka. Czasem trudniej, bo trzeba na przykład różowy kabriolet przypasować do różowych elementów w stroju żyrafy, albo limuzynę z kotem na masce do kocicy.
Pierwszy raz Majka nie zgadła wszystkiego. Drugi zająknęła się dwa razy, trzeci było już bez pomyłki. To satysfakcja. Z tego, że się wie, że się odgaduje, że się zapamiętało – dlatego można wertować tę książkę w kółko. I wciąż udowadniać, że Dziecko zna się na motoryzacji, jak mało kto.
I jeszcze dla obrazków można ją wertować w kółko. Są żartobliwe, z polotem, a bez zadęcia, kolorowe, troszkę szalone.
I jeszcze można dla odgłosów. Bo każdy wehikuł wydaje inny odgłos „paszczowo”. Co robi „pyr, pyr pyr...”, a co „ ijooo ijooo”? Jaki odgłos wydaje dżip pędzący na pustynię? („ tyktyk tyktyk” po polsku/ „tak tatetak takke tak tak” po angielsku). Bardzo spodobała mi się pojazdowa lingwistyka stosowana, to, że każde auto „mówi” inaczej w każdym języku. Nie zastanawiałam się nad tym dotąd (rozważałam ten temat wyłącznie w kontekście szczekania psa).
Co prawda Majka niespecjalnie lubi angielską wersję – gdy niesie „Kto prowadzi?” do czytania, od razu głośno i dobitnie zaznacza: „Tylko nie po angielsku, mamo!”. Widzę, że stara się zrozumieć słowa i jest zadziwiona tym innym brzmieniem, tym nie-pojmowaniem, tym, że na „auto”, które ona przecież zna, które mówi codziennie, ktoś może wołać „car”. To dla niej zaskoczenie, niemiłe jak na razie. A ja widzę w tej dwujęzyczności wielki potencjał. Bo mama może być od czytania „Kto prowadzi?”, a tata czytać „Who's driving” - bo ma lepszy akcent i wymowę.
Ale kto jest najszybszy?
Tego nikt się nie spodziewa...










[Dziękujemy Babarybie za przejażdżkę/trip]

środa, 29 października 2014

231.CHODŹMY!

Zaledwie wczoraj…
Pamiętam moje biblioteki z dzieciństwa.
Pierwsza była ta w szkole. Otwarta niby na każdej przerwie, ale tylko na dużej można było faktycznie z niej skorzystać. Jedna pani bibliotekarka, która tylko wymieniała lektury. Wszystkie książki obłożone w jasnobrązowy papier pakowy, na grzbiecie czarnym flamastrem miały wypisane tytuły. Nie można było dotknąć okładki, powąchać liter, słów. Wymieniało się tytuł i już, już, chwytało się książkę niemal w locie, bo następny, następny, następny… Raz jeden pani bibliotekarka zaprowadziła mnie „na zaplecze”, skąd tajemniczo czarowała kolejne tomy. I ja, oniemiała, zaczadzona tym widokiem, tą książek nieprzebranością (jak mi się wydawało), nie mogłam się zdecydować. Dokładnie pamiętam, że wybrałam wtedy książkę z „tarpanem” w tytule*. Trochę dlatego, że kochałam zwierzęta, trochę dlatego, że urzekło mnie to słowo i nie byłam pewna jego znaczenia, a trochę dlatego, że była na półce, której dosięgałam…
Była jeszcze biblioteka osiedlowa, nawet dwie. Jedna była prywatna i trzy kroki ode mnie. Byłam tam częstym gościem. Do czasu, aż zapomniałam oddać książkę. W strachu przed konsekwencjami, karą, która będę musiała zapłacić ze swojej skarbonki i więzieniem, które niechybnie mnie czeka, jeśli książki nie oddam, schowałam ją bardzo głęboko, za innymi książkami. Niebieska okładka śniła mi się po nocach, a ja czatowałam na listonosza, żeby odbierać pocztą przysłane ponaglenia i drzeć je na drobne, nieczytelne kawałeczki. Po roku mama przez przypadek znalazła książkę i musiałam iść ją oddać – jak na szafot szłam, wolno, noga za nogą. Przeprosiłam ze łzami w oczach – „Następnym razem staraj się oddać na czas, dobrze? Wypożyczasz coś dzisiaj?” – usłyszałam tylko. I to było wszystko… Chyba bibliotekarka widziała, że karę wymierzyła mi moja własna wyobraźnia.
Ta państwowa była ciemna, w piwnicy, albo w suterenie. Zawsze paliło się w niej słabe światło. Miała ogromny plus – w części dla dzieci były niskie półeczki, do których bez problemu można było sięgnąć. Komiksy stały w wielkich koszach, wprost na podłodze (po latach dowiedziałam się, że mój Mąż jako dziecko wypożyczał tam Thorgale). To stamtąd jako 11-latka pożyczyłam „My, dzieci z dworca Zoo”, które czytałam włożone w inną książkę, żeby mama nie zabrała mi tej książki tuż przed końcem. A wiedziałam, że raczej do tej lektury jeszcze nie dorosłam…
Dziś…
Jest lato. Upał, żar, a ja i Majka mamy wolne. Zastanawiam się, co robić, jak wypełnić Nam czas po brzegi. Nie chcemy na plac zabaw, bo gorąc Nas podgryza… Idziemy do biblioteki. Spędzamy tam pół dnia… Czytamy, słuchamy muzyki, ktoś gra w jakąś grę, ktoś korzysta z interentu, ktoś maluje jakiś komiks. Majka biega bez butów od krzywych luster, do huśtawek i sortera. Jest szczęśliwa. Z uwagą ogląda pudła pełne książek i przebiera w lekturach stojących na półce. Nie równo, nie w rządku, stoją tak, jak lubią dzieci, w kompletnym chaosie, ale w kolorowym majestacie. Uczymy się, że każdą trzeba odłożyć na miejsce. I że trzeba oglądać je ostrożnie, bo to książki wszystkich Dzieci. Zakładamy kartę, na której jest imię i nazwisko Majki i wypożyczamy trochę książek i nawet jedną płytę („Ile tu muzyczki!” – zachwyca się Majka podziwiając regały z płytoteką).








To biblioteczny kosmos, to kilkanaście lat różnicy i dwie różne rzeczywistości. Zachwycam się postępem, zachwycam się podejściem do Dzieci. Owszem, w bibliotece tuż koło naszego bloku są jeszcze regały, które pewnie stoją tam od tego „wczoraj”, ale na nich stoją nowości, obok worek sako, w który Dziecko może wpaść razem z dobrą książką, a dalej stolik z kredkami… „Niby nic, a znaczy wiele…” – śpiewam sobie w duchu. A będzie jeszcze lepiej – wierzę w to, być może naiwnie. A wierzę dlatego, że coraz częściej do pracy w bibliotekach trafiają ludzie z pasją, z misją, z uporem. Pomimo braku funduszy, chcą działać. I organizują spotkania, organizują konkursy, tworzą fajne karty***, które są już nie tylko kartami do biblioteki, ale kartami do kultury.
W Naszym codziennym czytaniu nie ma wielu lektur z biblioteki. Jest tak dlatego, że zbyt mocno jeszcze przywiązujemy się do książek, także jako przedmiotów. Majka czasem śpi z nimi, czasem czyta sama, przywołując dobrze znane frazy. Ale mimo wszystko są, zdarzają się. I chodzimy do biblioteki. Wybieramy razem. Tłumaczę jej zasady tam panujące, konieczność oddania książek na czas, szczególne o nie dbanie. I to, że biblioteka to miejsce gdzie po prostu warto chodzić.****
*** w Gdańsku jest świetny projekt pod nazwą Karta do kultury.
**** Majka jako niespełna dwumiesięczniak brała udział w akcji Chodzę do biblioteki.
[wpis przygotowany w ramach projektu "Przygody z książką"

W ramach projektu zajmujemy się książkami dla dzieci, czytaniem z dziećmi i literaturą dziecięcą. Popularyzujemy tym samym czytanie w rodzinach i wskazujemy wartościowe książki dla dzieci. Przede wszystkim przekazujemy dzieciom miłość do książek i zachęcamy do przygody z czytaniem!]

wtorek, 21 października 2014

230. KUMAK, ŚMIESZKA I RZEKOTKA

MARCIN BRYKCZYŃSKI (WIERSZYKI)
KATARZYNA BAJEROWICZ (ILUSTRACJE, CIEKAWOSTKI)
OPOWIEM CI MAMO, CO ROBIĄ ŻABY”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2014
Nie wiem, co takiego jest w żabach. Czy to ich mundurek, pod którym kryją się w książkach o kolorach – ten zielony, który nie dość, że jest kolorem nadziei, to jeszcze taki naturalny, nasycony powietrzem, przepełniony liśćmi, trawą, ziołami? A może ta sława, co się za żabami ciągnie, to ich ukryte piękno, które trzeba wydobyć czułym pocałunkiem. Może to jest odpowiedź, że patrząc na żaby, trzeba dostrzegać niewidzialne? Gdy spojrzeć na nie okiem analityka, z którego wysuwa się skalpel, to żaba wygląda prehistorycznie, coś jak pomniejszony do kieszonkowych rozmiarów dinozaur.
I w tym tkwi chyba sekret tej miłości dziecięcej do żab rodu. W tym, że są pierwotne, potworowate trochę, a jednak nie trzeba się ich bać (przynajmniej tych, które żyją w Polsce), że są łagodne, można je nawet pogłaskać (no może prócz rzekotki, bo ta trochę truje). Można je poobserwować, wielkim okiem (wielkim z perspektywy żaby) łypnąć do ich legowisk, wepchnąć się do żabich mieszkań, podglądnąć, podsłuchać, a potem opowiedzieć mamie, co się widziało…
Seria „Opowiem ci mamo, co robią…” urzeka. A to dlatego, że ma grube, solidne strony, które nie niszczą się przy ciągłym wetowaniu. A to dlatego, że życie płazów („Opowiem ci mamo, co robią żaby”), owadów (”Opowiem ci mamo, co robią mrówki” – prekursorka serii i „Opowiem ci mamo, co robią pająki”) i maszyn („Opowiem ci mamo, co robią auta”) podglądają najlepsi ilustratorzy. Do obserwacji podchodzą tyleż z uśmiechem, humorem i żarcikiem, co z wielką dbałością o szczegóły, wiarygodnością i naukowym zacięciem. Nie wiem, czy Kasia Bajerowicz leżała w bajorku przypatrując się żabom, nie wiem, czy szła z nimi przez cały cykl, od nocy miłosnej, po jajeczek składanie, kijanek się wykluwanie i nóżek wyrastanie, ale musiała widzieć go choć raz jeden na żywo. Niewątpliwie musiała słyszeć różne głosy żab – kumkanie, skrzeczenie, rechotanie – bo to wszystko jest w jej ilustracjach. Ten cały żabi koncert, ten pozorny tylko bezruch, a pod spodem żywotność tych stworzeń.
O żabach mamy kilka informacji poza fotografiami rodzinnymi – na przykład dowiedzieć się można, że jeden z gatunków żab nazywa się śmieszka (co nieustannie rozbawia moją córkę). A gdzieś pod koniec jest jeszcze gra planszowa co się zowie Żabawa – startuje się z kamienia, a meta jest na liściu lilii – a po drodze kumkanie jak żaba skakanie jak żaba i stanie jak czapla na jednej nodze.
Za wierszyki, towarzyszące ilustracjom odpowiada Marcin Brykczyński, ale mogłoby ich nie być, bo Bajerowicz przykrywa je skutecznie żabimi nóżkami i żabimi długimi jęzorami – znikają, nie patrzy się na nie, nie czyta - raczej własnymi słowami opowiada córka mamie i mama córce, co robią żaby. A do opowiadania jest nadymanie policzków (trzeba koniecznie zaprezentować), łapanie much i dżdżownic, pływanie, skakanie. I nawet można sobie wyhodować własną żabkę – w książce jest dokładna instrukcja hodowania!
Premiera 19 listopada!














[Dziękujemy Naszej Księgarni za żabi koncert]

poniedziałek, 20 października 2014

229.O PSACH, PCHŁACH I KITCE Z WŁOSÓW

TIINA NOPOLA
SERIA O SIRI:
SIRI I NOWI PRZYJECIELE”
SIRI I BRUDASEK”
SIRI I PCHŁA”
SIRI STRZELA GOLA”
(TŁ. BOŻENA KOJRO)
WYDAWNICTWO WILGA, WARSZAWA 2014
GRUPA WYDAWNICZA FOKSAL
ILUSTROWAŁA MERVI LINDMAN
Tata Siri czyta dużo książek – ma ich cały gabinet, a odpowiedzi na pytanie i problemy córki, szuka w poradnikach (jak „Stosunki społeczne w drużynach” albo „Piłka pod kontrolą”). Nad biurkiem ma jakże wymowną sentencję „Pamiętaj, żeby być”, na ścianie dyplom „Humanista roku 2007” i nosi długie, kolorowe szaliki. Te szaliki robi na drutach mama Siri. Mama robi też najlepsze dziewczęce kitki. Od czasu do czasu ćwiczy jogę albo brzuszki (najczęściej wtedy, gdy córka pyta, czy w jej dużym brzuchu mieszka jakiś dzidziuś).
Czasem rodzice Siri nie mają dla niej czasu, czasem zapominają, że jest dla nich najważniejsza na świecie i Siri musi czekać całą „zagodzinę”, żeby z nią porozmawiali. Ale dla takiej żywiołowej, pełnej energii i pomysłów dziewczynki „zagodzina” to jak wiek cały…
Najpierw Siri chce braciszka, albo siostrzyczkę, a jak już na żadne rodzice się nie zgadzają, to chociaż psa. A dlaczego? Bo wszyscy kogoś mają, a ona czuje się samotna. I dwa razy mocniej odczuwa tego dnia, że rodzice każą jej czekać na swój czas, na wspólną zabawę, czy chwilę rozmowy. Siri chce mieć kogoś, z kim mogłaby być cały czas – tęsknie spogląda na podwórko, na którym roi się od psów, ale wszystkie są „pańskie”, więc Siri nie może wziąć żadnego z nich. Idzie więc na poszukiwania, ale zamiast psa znajdzie coś zupełnie innego… prawdziwą przyjaźń.
Potem Siri jest zaproszona na urodziny do Małego Otto. Ma wspaniały prezent, wspaniały humor i zamierza się wspaniale bawić. Tymczasem To były głupie urodziny!”, bo tuż przed drzwiami Otto spotkała umorusaną dziewczynkę, która okazała się kuzynką jubilata i na dodatek się pobiły… Siri zamiast wspaniałego nastroju przyniosła do domu palącą zazdrość.
Kuzynka od czasu do czasu odwiedza Małego Otto i choć niby się z Siri przyjaźnią, to wciąż Kertu jest dzika i najbardziej lubi samotność. Pewnego dnia oznajmia, że ma nowego zwierzaka – pchłę! I mimo tego, że wszyscy trzej Otto – Mały, Średni i Duży, namawiają ją, żeby pokazała swoją pupilkę, że namawia ją Siri, to Kertu trzyma pchłę w małym pudełeczku i wcale nie chce się z nią podzielić. I nagle okazuje się, że pchła, choć maleńka, to ma do wykonania wielkie zadanie. I Siri przynosi do domu wiedzę, że nie wszystko jest takie, jak na pozór wygląda.
A któregoś dnia Siri chce grać z Ottami w piłkę. Nie idzie jej niestety i to nie dlatego, że jest dziewczyną, ale dlatego, że „nie ma oka do piki”. Siri jednak nie poddaje się łatwo – tata zapisuje ją do drużyny Dzielne i Celne. Choć Siri na treningach nie radzi sobie najlepiej, po pierwszym meczu odkrywa, że najważniejsze to w siebie uwierzyć, że każdy może wszystko, jeśli tylko wystarczająco mocno czegoś chce i poświęci temu czas i trochę wysiłku.
Siri nosi krótką, stercząca kitkę, wysoko naciągnięte podkolanówki, czerwoną sukienkę i skradła moje serce, gdy tylko ją poznałam. Trochę przypomina mi Pippi, z tymi niesfornymi włosami, własnym zdaniem na każdy temat i rezolutnością, ale różni je to, że Siri ma dwoje kochających rodziców na wyciągnięcie ręki, na pocieszenie, gdy nie uda się przyjęcie urodzinowe albo nie ma się „oka do piłki”, na czytanie książek do snu i na czesanie włosów, mimo że i tak zaraz uciekają spod ucisku gumki…

Seria o Siri to książki, w których na pozór nie ma psychologicznych treści (no bo jak to w książce o tym, że dziewczynka hoduje pchłę, a druga chce mieć psa?), ale lekkie zwykłe historyjki z dużą dozą humoru i mnóstwem Ottów na każdej stronie. Że to takie bajeczki o niczym, z roześmianą bohaterką, trochę szaloną mamą i tatą bujającym w obłokach (albo wślizgującym się pomiędzy dwie okładki książki), ale to głęboka prawda o dzieciach. Dla dzieci – bo odnajdują w Siri siebie samych – może nie w miedzianych włosach i czerwonej sukience, ale w potrzebie akceptacji, w energii, w pomysłowości, w potrzebie ruchu, w tej życiowej niecierpliwości i w chęci zbadania świata do ostatniego kamyczka. A dla rodziców, by dodawali swoim dzieciom odwagi w każdej sytuacji, by wyszukiwali w nich okruszki talentu i zlepiali je w pasję, by zawsze zgłębiali istotę sprawy, nim pochopnie wyciągną wnioski i by czasem zastanowili się jak długa może być „zagodzina”, gdy chce się akurat porozmawiać o najważniejszej rzeczy na świecie.









[Dziękujemy Wydawnictwu Wilga za nową przyjaciółkę]