Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

środa, 31 maja 2017

415. TRAMWAJ NUMER 6 RELACJI DWORZEC GŁÓWNY – ŁOSTOWICE ŚWIĘTOKRZYSKA

PEGGY PARISH
„AMELIA BEDELIA”
„DZIĘKUJEMY CI, AMELIO BEDELIO!”
„AMELIA BEDELIA I PRZYJĘCIE NIESPODZIANKA”
(TŁ. WOJCIECH MANN)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2017
ILUSTROWAŁA BARBARA SIEBEL THOMAS

Jedziemy tramwajem. Tłok. Ludzie następują sobie na palce. Gorąco. Wszędzie plecaki, torby i siatki. Jakiś uczynny pan ustępuje nam miejsca, więc wślizgujemy się na jedyny wolny fotel. Oddycham z ulgą. Nie mija dziesięć sekund: „Poczytasz?” - słyszę. Z torby, która stoi między nogami wyłuskuję nowy tomik – Amelia Bedelia – jeszcze nie znamy. Zaczynam czytać i po chwili śmiejemy się, zakrywając ręką usta, cichutko, żeby nie przeszkadzać współpasażerom. Ale to silniejsze od nas. W pewnej chwili unoszę głowę, żeby sprawdzić, jak daleko jeszcze do naszego przystanku i widzę kilka par oczu, skierowanych na nas. Dwie dziewczyny, kobieta i starszy pan. Wszyscy zerkają i resztkami sił powstrzymują uśmiechy… Czar Amelii Bedelii zaczyna działać. Nie wiem, czy jest ktoś, kto jej się oprze.
Amelia to pomoc domowa. Właśnie trafiła na służbę do domu państwa Rogersów. Pech chciał, że pracodawcy musieli wyjść – pani domu zostawia kartkę, na której dokładnie określa, co Amelia ma zrobić. Słowem klucz jest tutaj „dokładnie”...
Zmienić ręczniki, odświeżyć meble, pamiętać o zdjęciu zasłon do prania, odmierzyć dwie filiżanki ryżu, przygotować ładną porcję steku, kurczaka przygotować do obiadu, a po pracy wyłączyć lampy i dać im odpocząć…
Ot, zwykła lista dla pomocy domowej. Ale Amelia to NIE jest zwykła pomoc domowa. Amelia to Amelia. I wszystko zawsze robi po ameliowemu. Nie chcę zdradzać niespodzianki, nie chcę mówić, jak poradziła sobie z zadaniami… Nadmienię tylko, że według Amelii najlepiej odpoczywa się na świeżym powietrzu… Wykręca więc wszystkie żarówki i wiesza je na suszarce w ogrodzie…
„- Amelio Bedelio, dlaczego wszystkie żarówki są na zewnątrz? - zapytał zdumiony pan Rogers.
- Na liście było polecenie, żeby lampy odpoczęły – odparła Amelia Bedelia – ale nie napisano, jak długo. Mam nadzieję, że żarówek nie przewiało.” [s.46-47]
Płaczemy ze śmiechu! To zdecydowanie moje poczucie humoru. I Majki też, skoro chichra się przy każdej jednej części. Przy pierwszej, gdy w końcu wszystko dobrze się kończy, bo okazuje się, że Amelia piecze najlepsze bezowe torty cytrynowe.
Przy drugiej, gdy do państwa Rogersów przyjeżdża bardzo ważny gość – ciotka Myra, która nigdy dotąd nie chciała ich odwiedzić, a teraz Rogersowie chcą wypaść przed krewną jak najlepiej. Zapominają, że gdy powie się Amelii Bedelii „wysusz fasolkę”, to nawlecze ją na sznurek i będzie suszyć, jak pranie. Ale za to robi najlepszą szarlotkę, która sprawia, że absolutnie wszyscy – nawet ciotka Myra – czują się jak w domu…
No i przy trzeciej, w której pani Rogers wraz z koleżankami, urządzają pannie Almie przyjęcie niespodziankę – OBLEWANIE jej zaręczyn… Jeśli w takim przedsięwzięciu pomaga Amelia Bedelia, to można być pewnym, że będzie MOKRO… Amelia Bedelia jest po prostu niepowtarzalna, jest urocza, pomysłowa, kreatywna, żadnej pracy się nie boi! Wymarzona gosposia! Nie wiem, czemu tak długo trzymano ją przed polskim czytelnikiem w ukryciu – pierwsze wydanie anglojęzyczne było w 1963 roku! Ale uff, całe szczęście, że jednak jest!

Ukłony w pas i do ziemi należą się Wojciechowi Mannowi za tłumaczenie. To wbrew pozorom nie jest łatwy tekst dla tłumacza. Owszem, język jest prosty, owszem, zdania są krótkie, ale trzeba poszukać, pogłówkować, powertować słowniki, żeby odpowiednio przetłumaczyć polecenia pani Rogers i dać pole do popisu Amelii. Trzeba „odpowiednie dać rzeczy słowo”, by miało dwa dna, by było na tyle głębokie, żeby Amelia mogła w nie wpaść i zinterpretować zupełnie po swojemu… Bez Wojciech Manna polska Amelia Bedelia nie byłaby na pewno tak ujmująca, tak rozbrajająca i nie bawiła by tak bardzo mnie, Majki i współpasażerów tramwaju numer 6 relacji Dworzec Główny – Łostowice Świętokrzyska...









poniedziałek, 29 maja 2017

414. MATMA DLA MAŁYCH I DUŻYCH

WOJCIECH WIDŁAK
„KRÓL GROMORYK I NIEWIDZIALNA KUKUŁKA”
SERIA CZYTAM I GŁÓWKUJĘ
EGMONT, WARSZAWA 2017
ILUSTROWAŁA EWA POKLEWSKA-KOZIEŁŁO
ZABAWY I ŁAMIGŁÓWKI PRZYGOTOWAŁA MARTA ŚRODOŃ

Matematyka mnie przeraża. Te wszystkie liczby, które się nie kończą, logiczne myślenie, które nie zawsze mi wychodzi, wzory, których nie mogę zapamiętać, zasady działań, które umykają z głowy (co najpierw? Mnożenie – to wiem, ale dalej? Dzielnie przed odejmowaniem, czy po?).
Z zazdrością i przerażeniem patrzę na kontakty Majki i Matematyki. Bo lubi liczyć i przyjaźni się z liczbami, bo lubi rozwiązywać zadania, bo lubi zabawić się w jakiś ciąg logiczny, bo lubi kombinować. Ale boję się, że prześcignie mnie w tym matematykowaniu bardzo szybko i gdy zapyta o potęgi, całki i rachunek różniczkowy, to jedyna odpowiedź, jaką będę potrafiła podać to: „pamiętaj, chole..o nie dziel nigdy przez zero...”.
Błogosławię więc ten czas, gdy matematyka ogranicza się do spotkania z Królem Gromorykiem i kotem Gadułą (jakoś jeszcze za taką matematyką nadążam). A cudne są te spotkania! Majka z utęsknieniem czeka na każdy kolejny tom i rzuca się do rozwiązywania zadań z werwą i radością. Genialne są te książki i uwielbiam je od pierwszego z nimi zobaczenia! Przede wszystkim dzięki duetowi Wojciech Widłak – Ewa Poklewska-Koziełło. Tak sobie tego Gromoryka wymyślili, tak go napisali-zmalowali, że czyta się to jednym tchem. Tym razem Król i Kot wyszli na spacer do królewskich ogrodów, a tam usłyszeli kukanie kukułki. I koniecznie, ale to koniecznie muszą tę kukułkę znaleźć! A że ogród jest duży, zajmie im to niemal cały dzień. Ale po której stronie jest ta kukułka? Po lewej, czy po prawej? Ten tomik to głównie zagadnienie prawa-lewa i orientacja w przestrzeni względem stron. Jak zawsze świetne zadania matematyczne – ulubione przez Majkę ciągi (jeśli jest Gromoryk, Gaduła, kukułka, Gromoryk, Gaduła, kukułka, Gromoryk… to co będzie następne?), mierzenie długości traw (jak to zrobić, nie mając pod ręką linijki?), przyklejanie elementów z prawej i lewej strony bohaterów, zaznaczanie prawej i lewej ręki króla i królowej (żeby było trudniej, czasem stoją tyłem, a czasem przodem), labirynty i opowiadanie o tym, jaką drogę pokonuje się do przedszkola, ale używając zwrotów „w prawo”, „w lewo”, „prosto”. Może gdy będę spotykała się z królem i kotem regularnie, to jakoś nadrobię braki w edukacji i dociągniemy razem chociaż do podstawówki?







ANNA LUDWICKA
„MATEMATYCZNA PIZZA”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2017
ILUSTROWAŁA ANNA LUDWICKA

A matematyka jest przecież wszędzie! W krojeniu pizzy, w negocjowaniu kieszonkowego, w rzucie kostką do gry, a czasami nawet w bezmyślnym mazaniu po kartce, bo może się okazać, że narysowaliśmy fraktalną roślinkę albo drzewo binarne. Ale to już wyższa szkoła matematyki. Taka, która wywołuje we mnie pocenie rąk i nerwowe śliny przełykanie. Taka, która śni się po nocach i w koszmarach straszy niezdaną maturą. Nie mniej jednak – fascynuje! Książka „Matematyczna pizza” dosłownie mnie pochłonęła! Nie mówię, że rozwiązałam wszystkie zadania, bo niektóre są naprawdę trudne, ale Anna Ludwicka zrobiła rzecz genialną – z matematyki zrobiła sobie świetną zabawę! Ciężkie, twarde liczby, skomplikowane zadania, długie obliczenia, trudne wzory zamieniła na zagadnienia pojawiające się w życiu codziennym i dzięki temu trochę oswoiła teorię. No bo przecież jeśli kilka osób zamawia jedną pizzę, to musimy ją podzielić sprawiedliwie między wszystkich. Jak to zrobić? A czy można przejść przez kartkę papieru? Jaki językiem mówią komputery? Czy liczby bywają smutne? Jak zaszyfrować wiadomość algorytmem ROT13?

Od razu uprzedzę – nie jest prosto. To poziom dużo bardziej zaawansowany niż Gromoryk, to poziom dużo bardziej zaawansowany, niż prezentuje przeciętny humanista. Ale mimo moich matematycznych luk, nie mogłam się od tej książki oderwać. Pada tu sporo matematycznych terminów: liczby pierwsze, figury niemożliwe, półproste, części wspólne i liczby naturalne. Ale to matematyka pozaszkolna, taka, o której raczej się nie mówi, do której trzeba się dokopać samemu, ale która może sprawiać radość i satysfakcję (nie wierzę, że piszę w jednym zdaniu „matematyka” i „radość”, ale taka jest ta książka – niby do matematyki, a jednak do uśmiechania). Jest tu mnóstwo zadań, ale i mnóstwo ciekawostek, jest ogromna porcja matmy, pomysłowo podanej i niebanalnej – najemy się na pewno!  











413. Z PRZYRODĄ ZA PAN BRAT

BEATA OSTROWICKA
„ELEMENTARZ PRZYRODNICZY”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2017
ILUSTROWAŁA KATARZYNA KOŁODZIEJ

Czytam ten elementarz i przypomina mi się moja legitymacja Ligii Ochrony Przyrody sprzed lat kilkunastu, którą nosiłam razem z legitymacją szkolną w jednym etui. I to, jak krzyczałam na chłopaków z klasy, żeby zeszli z uginającej się pod nimi jarzębiny, bo ją boli, bo zaraz załamią jej gałęzie. Przypomina mi się Dzień Sprzątania Świata. I jeszcze akcja zbierania w szkole makulatury. I myślę o przyrodzie i dumam nad jej ochroną.
Ale, ale…
Co to właściwie jest ta przyroda?
Gdyby zapytać internet, to okazuje się, że to wszechświat, rzeczywistość, wszystko, co żyje. Przyroda zaczyna się zaraz na wyciągnięcie ręki – doniczkowy kwiatek na oknie, dwa kosze na śmieci do segregowania, termometr, który wskazuje temperaturę podwórkową, zioła, własnoręcznie zasiane i upiększające balkonowy parapet, szerszeń, który chyba miał ochotę na nasze poziomki, pies sąsiadki, dżdżownica, co wyszła na przechadzkę po wieczornym deszczu… Wszędzie jej pełno, tej przyrody, wszędzie się pcha i zagląda w oczy – znasz mnie? Rozpoznajesz? Umiesz mnie chronić? - pyta na każdym kroku. Warto podejść do tego elementarnie – z elementarzem.

Ten elementarz jest bardzo prosty w obsłudze – siadasz, czytasz historyjki o Antku, Lence, Adzie, Julku i Krzysiu i nawet nie wiadomo kiedy, zaczynasz rozumieć, że meteorologia to też przyroda, że pory roku to przyroda, że krajobraz to przyroda (mało tego! Dowiesz się, jakie są rodzaje krajobrazów!), że hodowla fasolki to przyroda, że woda to przyroda, zdrowe odżywianie to przyroda, że nawet szmaciana torba, którą bierzesz na zakupy zamiast plastikowej, to przyroda. Prosty, przejrzysty, łatwy w czytaniu jest ten elementarz. I z dużymi literami. Ogromna porcja wiedzy, tej pierwszej, najważniejszej, najpotrzebniejszej, tej, od której dzieci powinny edukację przyrodniczą zacząć (a dorośli – zdecydowanie powtórzyć!). Zresztą twórcy „Elementarza przyrodniczego” zapewniają, że jest zgodny z podstawą programową pierwszego etapu edukacji. I nie jest nudno! Jest „z życia wzięte” - to polskie dzieci, które wyszły sobie na polskie podwórko/do parku/na wycieczkę i badają to, co dookoła. Burzę, zmniejszającą się pod wpływem ciepła słonecznego kałużę, wypalanie traw, dokarmianie zwierząt leśnych, wizytę z psem u weterynarza, kolorowe śmietniki pod blokiem i smog… Cały czas pytają dlaczego? i szukają odpowiedzi równie chętnie. Dzięki czemu my dostajemy ją gotową. Nawet kilka eksperymentów robią! A ja z chęcią powtórzę pomysł Julka i Yao na narysowanie mapy krecich kopców!  










niedziela, 21 maja 2017

412.NIE PODGLĄDAĆ KOŃCA!

DELPHINE CHEDRU
„RYCERZ LWIE SERCE. KISĄZKA-GRA, KTÓEJ BOHATEREM JESTEŚ TY!”
(TŁ. JOANNA WAJS)
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2017

„Ach, jakie piękne obrazki, jaka śliczna książka!” - szczebioce Majka, odwracając kolejne kartki. Ale, ale, zaraz, zaraz! Jakie odwracając? Jakie kartki? Tu nie ma kartek, nie ma przewracania stron! Jest nurkowanie, wspinanie się po drabinie, schodzenie do podziemi, walka z lwem, smokiem i niedźwiedziem. I zawsze trzeba pogłówkować, nim ruszy się w dalszą drogę. Bo to właściwie nie jest książka – to przygoda!
Już na samym jej początku poznajemy rycerza Lwie Serce. Ma niebieską zbroję, niebieską pikę, żółto-czerwoną tarczę, tylko… brak mu odwagi. Stracił ją gdzieś w połowie jednej ze swoich licznych przygód. I co teraz? Rycerz bez odwagi? Toż to jakiś wybrakowany towar? Toż to oszustwo jakieś! Trzeba temu zaradzić czym prędzej! Można na przykład wejść z Lwim Sercem do tej książki-gry i razem z nim poszukać jego odwagi. Może z czytelnikiem przy boku będzie mu raźniej? Może będzie mu wstyd uciekać przed rozgniewanym jeleniem, albo przed Pstrągową Damą, skoro ktoś patrzy?
Zasada jest prosta – za każdym razem wybierasz jedną drogę dla rycerza i podążasz nią razem z nim. Jeśli na początku, na stronie siódmej, wybierzesz zejście schodami, idziesz na stronę dziesiątą, jeśli rozwiążesz zadanie i zsuniesz się na sznurze przez gniazdo czubatego ptaka – idziesz na stronę ósmą. A na ósmej znów dwie drogie i na dziesiątej pewnie też... Pomysł genialny w swojej prostocie! I nietuzinkowy, jak na książkę! I tak podążasz, nie wiedząc, co cię czeka za rogiem, co za kartki szelestem. Odginasz nieśmiało brzeg kartki, bo czy tam jest smok, czy rajski ptak, czy przyjdzie ci walczyć, czy rozwiązywać detektywistyczną zagadkę? I nie, nie jest wcale łatwo! My czułyśmy się czasem jak w grze w chińczyka, kiedy ktoś pięć razy z rzędu zbija cię pod twoim własnym domkiem… Kluczyłyśmy, wracałyśmy, zaczynałyśmy od nowa, podejmowałyśmy złe decyzje… Bałyśmy się, że Lwie Serce już nigdy nie odzyska swojej utraconej odwagi, skoro tak źle mu szepczemy do ucha. Ale jest, odzyskał! Victoria! Zwycięstwo! Radość i satysfakcja, na końcu, który jest na stronie… nie! Oczywiście, że nie zdradzimy! I polecamy, tak, jak my, nie zaglądać, nie podglądać, nie analizować – po prostu wejść w tę grę i poddać się!

Idźmy więc! I miejmy oczy szeroko otwarte, bo czasem trzeba coś policzyć, czasem znaleźć różnice w obrazkach, czasem przejść przez labirynt, czasem odszukać ukrytą gdzieś białogłowę, a to wszystko po to by rycerz Lwie Serce był znowu sobą. Pomożecie?





piątek, 19 maja 2017

411.TROCHĘ STARSI - TRZEBA, MUSISZ, POWINNAŚ

LYNDA MULLALY HUNT
„RYBA NA DRZEWIE”
(TŁ. ANNA STUDNIAREK)
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2017

Dziewięcioletni Majkowy kuzyn od zawsze kochał tworzyć. Rysował, wyklejał, wycinał, malował, budował z klocków, pisał, lepił z plasteliny. Zachwycałam się jego zwierzakami i naczyniami z gliny, nieraz podziwiałam obrazki. Rozmawialiśmy ostatnio o sztuce, a on stwierdził nagle: „Ja nie mam talentu do prac manualnych”. Zamarłam. Niepewnie spojrzałam na jego mamę i zaczęłam drążyć – „Co? Jak? Dlaczego tak mówisz?”. „Bo pani z plastyki nie podobają się moje prace”. Ale jak to? Wprost nie dowierzam! Kipię! Mama J. opowiada, że to prawda, że J. nie umie malować pod dyktando, że spieszy się, by wyrazić wszystko, co chce przekazać i jego prace nie są estetyczne, czasem mają zagięty róg, a czasem kroplę kleju, wypływającą spod kolorowego papieru. Chce mi się krzyczeć! Chce mi się wyć! Chce mi się gryźć i kopać! Ten brak wiary we własne siły, w swój talent, w sens tworzenia, który zobaczyłam na twarzy dziewięcioletniego chłopca, zmroził mi krew w żyłach! Jak to możliwe, że tak właśnie wygląda system EDUKACJI? Że ktoś ma dzieci uczyć, a miażdży ich poczucie własnej wartości? Że nie prowadzi, a zatrzymuje w miejscu?
To zupełnie tak, jak z Ally. Jest bystra, jest inteligentna, jest twórcza, jest utalentowana. Pięknie maluje, rozwiązuje najtrudniejsze zadania matematyczne, zapamiętuje daty, myśli logicznie, ale… nie umie czytać. Ukrywa ten fakt przed światem, bo przecież nie może zawieść rodziców i nie może narazić się na jeszcze większą śmieszność, niż teraz. A już teraz nie jest dobrze – chichoty, śmieszki, szmery, a czasem słowo wprost, twarde jak kamień, uderzające prosto w twarz. Nie, Ally nie ma przyjaciół, bo przecież głupki, tumany, pacany, ćwoki, tłumoki nie mają przyjaciół. A Ally właśnie taka jest, prawda? Sprawia same problemy, jest najczęstszym gościem u dyrektorki, robi zawsze wszystko na opak. Jak wtedy, gdy chciała podarować nauczycielce, odchodzącej na urlop macierzyński kartkę z przepięknymi kwiatami – żeby się uśmiechnęła. A tymczasem wyszło jak zwykle – nie zauważyła napisu „kondolencje”, na samym dole kartki. No tak… Znów litery… Wszędzie, zawsze, nieprzebrane ich morze… Nie można się od nich uwolnić. W jedną i drugą stronę. Trzeba czytać i pisać. A Ally „próbuje zmusić myśli krążące w głowie do wylądowania na papierze. Nie wie, dlaczego rzeczy z jej głowy gubią się w drodze do ręki.” [s.79]
I nagle staje się coś, co było jedynym wyjściem, by uratować Ally – w szkole pojawia się nowy nauczyciel. To jeden z tych, którzy się przejmują, dla których uczniowie są ważni, na początku swojej kariery, więc jeszcze nieskażony, więc jeszcze mu się chce, nie tylko patrzy, ale widzi. Ally go intryguje, bo odnalazł w niej to, czego nikomu innemu nie chciało się dostrzec – talent, możliwości, wiedzę, inteligencję, kreatywność. I za wszelką cenę chce to wyciągnąć na zewnątrz. I udowodnić Ally, że dużo, naprawdę dużo znaczy – dla świata, dla innych, że powinna dużo znaczyć dla samej siebie.
Nauczyciele pytają Ally często „Czy nie możesz zachowywać się normalnie?” A co to ta normalność? Czy to wyłącznie podporządkowanie się i myślenie dokładnie tak samo, jak ktoś inny? Ally to klasyczny przykład ryby na drzewie – kogoś kto wylądował w sytuacji nienaturalnej dla siebie, a wszyscy każą mu się wspinać wyżej i wyżej i do tego uśmiechać się promiennie. Jak, gdy brakuje tchu?

O tym jest właśnie „Ryba na drzewie”. O tym, że w systemie szkolnictwa nie ma miejsca na bycie innym, że trzeba być bardzo pod linijkę, a jak wystajesz, to ktoś cię po prostu obetnie! Napisana prostym, ale pięknym językiem historia dziewczynki – częściowo oparta na własnych doświadczeniach autorki – która znalazła kogoś, kto pomógł jej zejść z drzewa i wejść do wody – dokładnie tam, gdzie jej miejsce, gdzie może być sobą, rozwijać swoje umiejętności, doskonalić je. Wzruszająca, mocna książka, choć na pozór zwykła historyjka o dziewczynce z problemami. Absolutnie obowiązkowy egzemplarz dla każdego nauczyciela!  

środa, 17 maja 2017

410. TROCHĘ STARSI – O DUALIZMIE I DUECIE

EDGAR ALLAN POE
„OPOWIEŚCI TAJEMNICZE I SZALONE”
(TŁ. JOLANTA KOZAK)
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2017
ILUSTROWAŁ GRIS GRIMLY


Czego tu nie ma! Ciała, zwisające z żyrandola, zamurowana zwłoki, szaleńcy, zakopywanie żywcem, zarazy, śmierć, lochy, trumny, kajdany i sznury! Pełen zestaw haseł, o których myśli się, gdy pojawia się nazwisko Edgara Allana Poe. Kojarzą go wszyscy choć trochę obeznani z literaturą. Jeśli nie z konkretnych utworów, to przynajmniej z nazwiska. Tu utworów jest cztery – jedne z najbardziej upiornych, przerażających, tajemniczych i szalonych. „Czarny kot” - historia pewnego alkoholika, którego prześladować zwierzę, nad którym się znęcał, „Maska czerwonej śmierci” - o księciu Prospero, egocentryku, który zostaje ukarany za swoje niewiarygodne samolubstwo, „Żaboskoczek” - o królu, który źle traktuje poddanych i pewnym karle-błaźnie, który wymierza mu karę za złe czyny oraz „Upadek domu Usherów” o absolutnym szaleństwie bez granic, przejmującym do szpiku kości, które odbiera rozum i pcha do czynów, o jakich człowiek śni jedynie w koszmarach. Te cztery opowiadania łączy nie tylko tajemnica i szaleństwo – do tych dwóch można dopisać jeszcze winę i karę. Każdy z bohaterów ponosi zasłużoną. Ech, stary dobry Poe, dzięki któremu płaszcz wiszący w przedpokoju staje się nagle postacią, a falująca przy otwartym oknie firanka, do złudzenia przypomina czyjąś zwiewną sukienkę… Jest w jego prozie coś z niepokoju, z obrzydzenia, z groteski, z tajemniczości, ale jest też z przymrużenia oka, z humoru, ale takiego niedosłownego, ukrytego pomiędzy żebrami nieboszczyka, z tego mimowolnego uniesienia kącików ust… Doskonale oddają to ilustracje Grisa Grimly'ego. Niby złowieszcze, niepokojące – są czaszki, szkielety, pajęczyny, ale z drugiej strony charakterystyczne wyłupiaste oczy, nagrobki i plamy krwi łagodzą wymowę ilustracji. Typografia też sprawia, że owszem, drżymy trochę czytając Poe, ale puszczamy oko do strzyg, upiorów, szaleńców i czarnych kotów. I ten układ na stronie – nieco komiksowy, z bogatą ornamentyką, z numerami rysunków, z wszelkimi ramkami – to też łagodzi wydźwięk tych strasznych historii. I to jest cały majstersztyk tego wydania! Jego odmienność, mocne punkty i plusy – to pomieszanie przełykanej ze strachu śliny z przygryzanymi od śmiechu wargami, ta dwoistość, ta groteska! Pyszny to żart, zaprawdę udany! Duet Poe-Grimly na salony! Dostarczył mi rozrywki doskonałej!