Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

poniedziałek, 29 maja 2017

413. Z PRZYRODĄ ZA PAN BRAT

BEATA OSTROWICKA
„ELEMENTARZ PRZYRODNICZY”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2017
ILUSTROWAŁA KATARZYNA KOŁODZIEJ

Czytam ten elementarz i przypomina mi się moja legitymacja Ligii Ochrony Przyrody sprzed lat kilkunastu, którą nosiłam razem z legitymacją szkolną w jednym etui. I to, jak krzyczałam na chłopaków z klasy, żeby zeszli z uginającej się pod nimi jarzębiny, bo ją boli, bo zaraz załamią jej gałęzie. Przypomina mi się Dzień Sprzątania Świata. I jeszcze akcja zbierania w szkole makulatury. I myślę o przyrodzie i dumam nad jej ochroną.
Ale, ale…
Co to właściwie jest ta przyroda?
Gdyby zapytać internet, to okazuje się, że to wszechświat, rzeczywistość, wszystko, co żyje. Przyroda zaczyna się zaraz na wyciągnięcie ręki – doniczkowy kwiatek na oknie, dwa kosze na śmieci do segregowania, termometr, który wskazuje temperaturę podwórkową, zioła, własnoręcznie zasiane i upiększające balkonowy parapet, szerszeń, który chyba miał ochotę na nasze poziomki, pies sąsiadki, dżdżownica, co wyszła na przechadzkę po wieczornym deszczu… Wszędzie jej pełno, tej przyrody, wszędzie się pcha i zagląda w oczy – znasz mnie? Rozpoznajesz? Umiesz mnie chronić? - pyta na każdym kroku. Warto podejść do tego elementarnie – z elementarzem.

Ten elementarz jest bardzo prosty w obsłudze – siadasz, czytasz historyjki o Antku, Lence, Adzie, Julku i Krzysiu i nawet nie wiadomo kiedy, zaczynasz rozumieć, że meteorologia to też przyroda, że pory roku to przyroda, że krajobraz to przyroda (mało tego! Dowiesz się, jakie są rodzaje krajobrazów!), że hodowla fasolki to przyroda, że woda to przyroda, zdrowe odżywianie to przyroda, że nawet szmaciana torba, którą bierzesz na zakupy zamiast plastikowej, to przyroda. Prosty, przejrzysty, łatwy w czytaniu jest ten elementarz. I z dużymi literami. Ogromna porcja wiedzy, tej pierwszej, najważniejszej, najpotrzebniejszej, tej, od której dzieci powinny edukację przyrodniczą zacząć (a dorośli – zdecydowanie powtórzyć!). Zresztą twórcy „Elementarza przyrodniczego” zapewniają, że jest zgodny z podstawą programową pierwszego etapu edukacji. I nie jest nudno! Jest „z życia wzięte” - to polskie dzieci, które wyszły sobie na polskie podwórko/do parku/na wycieczkę i badają to, co dookoła. Burzę, zmniejszającą się pod wpływem ciepła słonecznego kałużę, wypalanie traw, dokarmianie zwierząt leśnych, wizytę z psem u weterynarza, kolorowe śmietniki pod blokiem i smog… Cały czas pytają dlaczego? i szukają odpowiedzi równie chętnie. Dzięki czemu my dostajemy ją gotową. Nawet kilka eksperymentów robią! A ja z chęcią powtórzę pomysł Julka i Yao na narysowanie mapy krecich kopców!  










niedziela, 21 maja 2017

412.NIE PODGLĄDAĆ KOŃCA!

DELPHINE CHEDRU
„RYCERZ LWIE SERCE. KISĄZKA-GRA, KTÓEJ BOHATEREM JESTEŚ TY!”
(TŁ. JOANNA WAJS)
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2017

„Ach, jakie piękne obrazki, jaka śliczna książka!” - szczebioce Majka, odwracając kolejne kartki. Ale, ale, zaraz, zaraz! Jakie odwracając? Jakie kartki? Tu nie ma kartek, nie ma przewracania stron! Jest nurkowanie, wspinanie się po drabinie, schodzenie do podziemi, walka z lwem, smokiem i niedźwiedziem. I zawsze trzeba pogłówkować, nim ruszy się w dalszą drogę. Bo to właściwie nie jest książka – to przygoda!
Już na samym jej początku poznajemy rycerza Lwie Serce. Ma niebieską zbroję, niebieską pikę, żółto-czerwoną tarczę, tylko… brak mu odwagi. Stracił ją gdzieś w połowie jednej ze swoich licznych przygód. I co teraz? Rycerz bez odwagi? Toż to jakiś wybrakowany towar? Toż to oszustwo jakieś! Trzeba temu zaradzić czym prędzej! Można na przykład wejść z Lwim Sercem do tej książki-gry i razem z nim poszukać jego odwagi. Może z czytelnikiem przy boku będzie mu raźniej? Może będzie mu wstyd uciekać przed rozgniewanym jeleniem, albo przed Pstrągową Damą, skoro ktoś patrzy?
Zasada jest prosta – za każdym razem wybierasz jedną drogę dla rycerza i podążasz nią razem z nim. Jeśli na początku, na stronie siódmej, wybierzesz zejście schodami, idziesz na stronę dziesiątą, jeśli rozwiążesz zadanie i zsuniesz się na sznurze przez gniazdo czubatego ptaka – idziesz na stronę ósmą. A na ósmej znów dwie drogie i na dziesiątej pewnie też... Pomysł genialny w swojej prostocie! I nietuzinkowy, jak na książkę! I tak podążasz, nie wiedząc, co cię czeka za rogiem, co za kartki szelestem. Odginasz nieśmiało brzeg kartki, bo czy tam jest smok, czy rajski ptak, czy przyjdzie ci walczyć, czy rozwiązywać detektywistyczną zagadkę? I nie, nie jest wcale łatwo! My czułyśmy się czasem jak w grze w chińczyka, kiedy ktoś pięć razy z rzędu zbija cię pod twoim własnym domkiem… Kluczyłyśmy, wracałyśmy, zaczynałyśmy od nowa, podejmowałyśmy złe decyzje… Bałyśmy się, że Lwie Serce już nigdy nie odzyska swojej utraconej odwagi, skoro tak źle mu szepczemy do ucha. Ale jest, odzyskał! Victoria! Zwycięstwo! Radość i satysfakcja, na końcu, który jest na stronie… nie! Oczywiście, że nie zdradzimy! I polecamy, tak, jak my, nie zaglądać, nie podglądać, nie analizować – po prostu wejść w tę grę i poddać się!

Idźmy więc! I miejmy oczy szeroko otwarte, bo czasem trzeba coś policzyć, czasem znaleźć różnice w obrazkach, czasem przejść przez labirynt, czasem odszukać ukrytą gdzieś białogłowę, a to wszystko po to by rycerz Lwie Serce był znowu sobą. Pomożecie?





piątek, 19 maja 2017

411.TROCHĘ STARSI - TRZEBA, MUSISZ, POWINNAŚ

LYNDA MULLALY HUNT
„RYBA NA DRZEWIE”
(TŁ. ANNA STUDNIAREK)
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2017

Dziewięcioletni Majkowy kuzyn od zawsze kochał tworzyć. Rysował, wyklejał, wycinał, malował, budował z klocków, pisał, lepił z plasteliny. Zachwycałam się jego zwierzakami i naczyniami z gliny, nieraz podziwiałam obrazki. Rozmawialiśmy ostatnio o sztuce, a on stwierdził nagle: „Ja nie mam talentu do prac manualnych”. Zamarłam. Niepewnie spojrzałam na jego mamę i zaczęłam drążyć – „Co? Jak? Dlaczego tak mówisz?”. „Bo pani z plastyki nie podobają się moje prace”. Ale jak to? Wprost nie dowierzam! Kipię! Mama J. opowiada, że to prawda, że J. nie umie malować pod dyktando, że spieszy się, by wyrazić wszystko, co chce przekazać i jego prace nie są estetyczne, czasem mają zagięty róg, a czasem kroplę kleju, wypływającą spod kolorowego papieru. Chce mi się krzyczeć! Chce mi się wyć! Chce mi się gryźć i kopać! Ten brak wiary we własne siły, w swój talent, w sens tworzenia, który zobaczyłam na twarzy dziewięcioletniego chłopca, zmroził mi krew w żyłach! Jak to możliwe, że tak właśnie wygląda system EDUKACJI? Że ktoś ma dzieci uczyć, a miażdży ich poczucie własnej wartości? Że nie prowadzi, a zatrzymuje w miejscu?
To zupełnie tak, jak z Ally. Jest bystra, jest inteligentna, jest twórcza, jest utalentowana. Pięknie maluje, rozwiązuje najtrudniejsze zadania matematyczne, zapamiętuje daty, myśli logicznie, ale… nie umie czytać. Ukrywa ten fakt przed światem, bo przecież nie może zawieść rodziców i nie może narazić się na jeszcze większą śmieszność, niż teraz. A już teraz nie jest dobrze – chichoty, śmieszki, szmery, a czasem słowo wprost, twarde jak kamień, uderzające prosto w twarz. Nie, Ally nie ma przyjaciół, bo przecież głupki, tumany, pacany, ćwoki, tłumoki nie mają przyjaciół. A Ally właśnie taka jest, prawda? Sprawia same problemy, jest najczęstszym gościem u dyrektorki, robi zawsze wszystko na opak. Jak wtedy, gdy chciała podarować nauczycielce, odchodzącej na urlop macierzyński kartkę z przepięknymi kwiatami – żeby się uśmiechnęła. A tymczasem wyszło jak zwykle – nie zauważyła napisu „kondolencje”, na samym dole kartki. No tak… Znów litery… Wszędzie, zawsze, nieprzebrane ich morze… Nie można się od nich uwolnić. W jedną i drugą stronę. Trzeba czytać i pisać. A Ally „próbuje zmusić myśli krążące w głowie do wylądowania na papierze. Nie wie, dlaczego rzeczy z jej głowy gubią się w drodze do ręki.” [s.79]
I nagle staje się coś, co było jedynym wyjściem, by uratować Ally – w szkole pojawia się nowy nauczyciel. To jeden z tych, którzy się przejmują, dla których uczniowie są ważni, na początku swojej kariery, więc jeszcze nieskażony, więc jeszcze mu się chce, nie tylko patrzy, ale widzi. Ally go intryguje, bo odnalazł w niej to, czego nikomu innemu nie chciało się dostrzec – talent, możliwości, wiedzę, inteligencję, kreatywność. I za wszelką cenę chce to wyciągnąć na zewnątrz. I udowodnić Ally, że dużo, naprawdę dużo znaczy – dla świata, dla innych, że powinna dużo znaczyć dla samej siebie.
Nauczyciele pytają Ally często „Czy nie możesz zachowywać się normalnie?” A co to ta normalność? Czy to wyłącznie podporządkowanie się i myślenie dokładnie tak samo, jak ktoś inny? Ally to klasyczny przykład ryby na drzewie – kogoś kto wylądował w sytuacji nienaturalnej dla siebie, a wszyscy każą mu się wspinać wyżej i wyżej i do tego uśmiechać się promiennie. Jak, gdy brakuje tchu?

O tym jest właśnie „Ryba na drzewie”. O tym, że w systemie szkolnictwa nie ma miejsca na bycie innym, że trzeba być bardzo pod linijkę, a jak wystajesz, to ktoś cię po prostu obetnie! Napisana prostym, ale pięknym językiem historia dziewczynki – częściowo oparta na własnych doświadczeniach autorki – która znalazła kogoś, kto pomógł jej zejść z drzewa i wejść do wody – dokładnie tam, gdzie jej miejsce, gdzie może być sobą, rozwijać swoje umiejętności, doskonalić je. Wzruszająca, mocna książka, choć na pozór zwykła historyjka o dziewczynce z problemami. Absolutnie obowiązkowy egzemplarz dla każdego nauczyciela!  

środa, 17 maja 2017

410. TROCHĘ STARSI – O DUALIZMIE I DUECIE

EDGAR ALLAN POE
„OPOWIEŚCI TAJEMNICZE I SZALONE”
(TŁ. JOLANTA KOZAK)
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2017
ILUSTROWAŁ GRIS GRIMLY


Czego tu nie ma! Ciała, zwisające z żyrandola, zamurowana zwłoki, szaleńcy, zakopywanie żywcem, zarazy, śmierć, lochy, trumny, kajdany i sznury! Pełen zestaw haseł, o których myśli się, gdy pojawia się nazwisko Edgara Allana Poe. Kojarzą go wszyscy choć trochę obeznani z literaturą. Jeśli nie z konkretnych utworów, to przynajmniej z nazwiska. Tu utworów jest cztery – jedne z najbardziej upiornych, przerażających, tajemniczych i szalonych. „Czarny kot” - historia pewnego alkoholika, którego prześladować zwierzę, nad którym się znęcał, „Maska czerwonej śmierci” - o księciu Prospero, egocentryku, który zostaje ukarany za swoje niewiarygodne samolubstwo, „Żaboskoczek” - o królu, który źle traktuje poddanych i pewnym karle-błaźnie, który wymierza mu karę za złe czyny oraz „Upadek domu Usherów” o absolutnym szaleństwie bez granic, przejmującym do szpiku kości, które odbiera rozum i pcha do czynów, o jakich człowiek śni jedynie w koszmarach. Te cztery opowiadania łączy nie tylko tajemnica i szaleństwo – do tych dwóch można dopisać jeszcze winę i karę. Każdy z bohaterów ponosi zasłużoną. Ech, stary dobry Poe, dzięki któremu płaszcz wiszący w przedpokoju staje się nagle postacią, a falująca przy otwartym oknie firanka, do złudzenia przypomina czyjąś zwiewną sukienkę… Jest w jego prozie coś z niepokoju, z obrzydzenia, z groteski, z tajemniczości, ale jest też z przymrużenia oka, z humoru, ale takiego niedosłownego, ukrytego pomiędzy żebrami nieboszczyka, z tego mimowolnego uniesienia kącików ust… Doskonale oddają to ilustracje Grisa Grimly'ego. Niby złowieszcze, niepokojące – są czaszki, szkielety, pajęczyny, ale z drugiej strony charakterystyczne wyłupiaste oczy, nagrobki i plamy krwi łagodzą wymowę ilustracji. Typografia też sprawia, że owszem, drżymy trochę czytając Poe, ale puszczamy oko do strzyg, upiorów, szaleńców i czarnych kotów. I ten układ na stronie – nieco komiksowy, z bogatą ornamentyką, z numerami rysunków, z wszelkimi ramkami – to też łagodzi wydźwięk tych strasznych historii. I to jest cały majstersztyk tego wydania! Jego odmienność, mocne punkty i plusy – to pomieszanie przełykanej ze strachu śliny z przygryzanymi od śmiechu wargami, ta dwoistość, ta groteska! Pyszny to żart, zaprawdę udany! Duet Poe-Grimly na salony! Dostarczył mi rozrywki doskonałej!  







piątek, 12 maja 2017

409. BIONTY U MAŁEJ KA(F)KI: CHCĘ ZNAĆ!

KASIA JACOBSON/JACOBSONY
„ZNAJDŹ NAS! WODA, ŁĄKA, LAS”
JACOBSONY, CYBULICE MAŁE 2017
ILUSTRACJE ROBERT J. DZWONKOWSKI

Uchylam okładkę… Cyka… Zamykam z niedowierzaniem. Jeszcze raz… Ćwierka… I pluszcze. I pachnie. I szeleści. I bzyczy.
Wciąż nie dowierzam, ale przy każdej następnej próbie jest dokładnie tak samo. A dlaczego? Bo ta książka jest zupełnie niezwykła!
Jest piękna! Jest narysowana z dbałością o szczegóły. Jest dopracowana. Jest wynikiem pasji, a to czuć, gdy głaszcze się kartki… Wszystko tu jest – latające, rosnące, pływające, skaczące, to z dziobami, ze skrzydłami, to z kapeluszami i z szyszkami. Ta książka żyje, porusza się, kipi zielenią!
Wydawałoby się, że to taka sobie szukanka – ot, kilka-naście-dziesiąt motyli na jednej stronie. I znaleźć tego, który nie pasuje, inny gatunek. Phi! Drobnostka! Phi! Łatwizna! Ale okazuje się, że te mnóstwo motyli to modraszki ariony, a ten jeden to modraszek wieszczek. I że obydwa są niebieskie. I że obydwa mają czarne kropki. Tylko wieszczek ma mniej. A arion pod skrzydłami ma brąz… Szukasz, szukasz, wzrok wytężasz, nie, nie jest wcale tak prosto… W końcu jest! Ależ satysfakcja! Było ciężko* – i to dlatego. A pomiędzy łodygami i kwiatami wrotycza ukrył się jaskier – też żółty… A wśród igieł świerku jeden cis. A pomiędzy pasikonikami zielonymi jeden, jedyny odorek. A kasztanowca liść między klonu liśćmi… A dąb? Dąb to już w ogóle trudny, bo między szypułkowym jeden bezszypułkowy… Ufff…
No i tu dochodzimy do sedna sprawy, do tego – po co w ogóle ta książka jest (oprócz tego, że po to, by cieszyć oko, by bawić, by ćwiczyć rozbiegane po stronach źrenice…).
Ona jest po to, by poznawać.
Ileż to razy łaziłam po łące/lesie/nad jeziorem, widziałam nieprzebrany ogrom żyjątek, roślin, kwiatów, owadów, łodyżek i liści, ptaków i motyli. Zachwycałam się, miłość wyznawałam, głaskałam czasem, zdjęcia robiłam… ale przywitać się nie mogłam, bo… jak się nazywa ten żółty kwiat?, jakie imię nosi niebieski motyl?, jak wołać ptaka z czerwonym brzuszkiem? Nasze to przecież, dookoła, blisko, na ręki wyciągnięcie i takie bezimienne, takie obce… Ostatnio znajoma księgarka, polecając pewnej damie książkę, której główną bohaterką jest gąsienica, usłyszała, że miejskie dziecko XXI wieku nie wie, co to gąsienica, że to dla niego abstrakcja! Roześmiałam się, słysząc to, później zezłościłam, przez chwilę czułam się kimś lepszym, a na koniec się zadumałam… Czy ja właściwie potrafiłabym odróżnić gąsienicę od innego stwora naziemnego? Chcę wierzyć, że tak, ale ziarno niepewności zostało zasiane. No i przecież polska przyroda nie stoi gąsienicami tylko, ale też innym dobrem. I zawstydziłam się, że tak niewiele wiem. A jeśli ja niewiele wiem, to skąd ma wiedzieć moje Dziecko?
Ano, z takich książek właśnie! Czytanych z rodzicami – bo owszem tekst też jest! Na planszach jest dwadzieścia gatunków zwierząt, owadów, ptaków, roślin i dwadzieścia tych ukrytych, po jednej sztuce. I wszystkie czterdzieści jest opisanych – w paru najważniejszych zdaniach.
Jacobsony wydają też cudne memo o polskiej przyrodzie**. Nowe logo serii Jacobsonów to Znam świat wokół nas. Ważne logo! Chciałabym kiedyś z dumą tak właśnie powiedzieć… A więc do dzieła! Oglądamy, szukamy, czytamy, liczymy, a później idziemy na wycieczkę z lupą i aparatem fotograficznym i znajdujemy swoje jemiołuszki, chabry, cisy (uwaga, bo trujące!), rusałki, karpie i czubajki kanie…












*od razu powiem, że gdy książkę się obejrzy, odnajdzie ukryte organizmy żywe, odłoży na dni kilka, to kolejnym razem jest tylko troszkę łatwiej…

** do tej poryukazały się: ptaki, kwiaty polne, owady, drzewa, grzyby, ryby i najnowsze – oj, świeżynka! - ssaki

[Nie wiedziałam, że jestem biontem. Na równi z ptakiem, ssakiem i owadem. Teraz wiem. Od Łąki Łana. Ulubiona piosenka! Więc Bionty u Małej Ka(f)ki = marpil pisze o książkach przyrodniczych]


wtorek, 9 maja 2017

408. WIOSNO, GDZIE JESTEŚ?

MEMORY NA 3 SPOSOBY
ILUSTROWAŁA KATARZYNA URBANIAK
SERIA: KAPITAN NAUKA

Wiosna w tym roku jeszcze nie dojrzała. Niby wychyla czubek nosa, ale jednak jeszcze wciąż się chowa za zimą. Żeby śnieg w maju? A już by się chciało – te rowery wyciągnąć z piwnicy, z pajęczyn wyłuskać kule do boule, hulajnogi naoliwić i śmigać z górki na pazurki… Ale, gdy skaczemy w gumę, to nogi topią się w kałużach, gdy chcemy grać w kometkę, to wiatr kradnie lotkę, a skrzydła latawca tak są nasiąknięte mgłą, że latawiec wcale nie chce się unosić i powinien czym prędzej zmienić nazwę…
Cóż zostało? Pomarzyć… Albo poćwiczyć. Na sucho zupełnie, choć z wielkim zaangażowaniem.
Na przykład można zagrać w przepiękne memory „Zabawy podwórkowe”…
Czy memo może wzruszać? Ano okazuje się, że owszem… Obracam te kartoniki w dłoniach, niby zwyczajne, choć nieco większe od tych z naszej kolekcji „mem wszelakich” (lubimy, oj lubimy!!!). Ale nagle słyszę w swojej głowie „Pobite gary, pobite gary”… A zaraz potem „Berek!”. I jeszcze „Szukam!!!” i „Raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy!”. I słyszę delikatne szuranie sznurem po płytach chodnika i kredę, która na pewno coś rysuje obok. I kamyk, odbijający się od betonu. I zamaszyste wirowania hula-hop. I śmiech, wszędzie jest śmiech…
Zamarłam z tym memo w ręku, stałam się na chwilę małą dziewczynką, którą biega pod blokiem z koleżankami… „Nie potrzebne jest nam nic, tylko gumy metr i hyc!” - śpiewam w myślach niegdysiejszy hit Majki Jeżowskiej. Bo tak było. Guma do majtek, kawałek kredy z pobliskiej budowy, kamyk, sznurek – tylko gruby i mocny (och, jak cieszyłam się, gdy zaoszczędziłam i kupiłam sobie w sklepie osiedlowym prawdziwą skakankę z niebieskimi rączkami – za 100 złotych!!!), albo kapselki od „orenżady”… Wszystko mogło być zabawką. A jak nie było nic pod ręką, to sami byliśmy swoimi zabawkami…
Berek, gra w gumę, gra w klasy, ciuciubabka, chowany, głuchy telefon… To wszystko jest na tym niesamowitym memo. Ślicznie je narysowała Katarzyna Urbaniak. Są takie lekko przydymione, nostalgiczne, jak fotografie z dawnych lat… I można je potraktować jak zwykłe/niezwykłe memo – niezwykłe, bo są trzy warianty gry. Każda karta w parze różni się trochę między sobą, więc daje to możliwość dostosowania gry do wieku:
2+PAMIĘĆ zapamiętaj, gdzie leży drugi element pary;
4+ SPOSTRZEGAWCZOŚĆ odkryj, czym różnią się ilustracje;
6+ REFLEKS jako pierwszy znajdź trzy różnice;
Ale można też potraktować te karty jak instrukcję obsługi gier podwórkowych – opowiedzieć dzieciakom, jak to „onegdaj bywało”, zachęcić do wyjścia na dwór, do zakręcenia hula-hop, do popstrykania w kapsle, do poskakania w gumę…

To co, Wiosenko, wychodzisz? Kolejne pokolenie czeka...