Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

czwartek, 31 stycznia 2013

29.NIEDOCENIANE CZYLI MIĘDZY DESZCZEM A WIATREM


 WOJCIECH BONOWICZ
„BAJKI MISIA FISIA”
ZNAK, KRAKÓW 2012
ILUSTROWAŁ BARTEK „FISZ” WAGLEWSKI

Zimno.
Od dwóch dni pada. Wczoraj spacerujemy szybko – tak jak nie lubimy, tylko haust świeżego powietrza, pod fioletowym parasolem, kilogram jabłek i chleb i do domu.
Dziś nie wychodzimy, bo wieje okrutnie. Obserwujemy deszcz zza szyby. Przebieramy się kilka razy. Pieczemy muffinki z płatkami owsianymi. I korzystamy bez ograniczeń z dzisiejszego Międzynarodowego Dnia Przytulania.
A jak przytulanie to misie.
Fisza wielbię za jego poezję, którą wyśpiewuje w rytmie hip-hop.
Za: „Kiedy Ciebie nie ma, moje piórko
Jestem wielki ciężki słoń
Kiedy Ciebie nie ma, moje piórko
w głowie mam kapustę zamiast ognia” - słuchałam tego kilka lat temu w kółko i wciąż, gdy moje piórko było daleko... I dlatego Miś Fiś był wciąż w mojej głowie – dlatego, że został narysowany przez Bartka. Ale długo nie gościł u mnie w domu. Bo rysunki rysunkami, a słowo słowem... A gdy Miś Fiś ujrzał świat, to ja zasiadłam do nie-całkiem-mądrego internetu i sobie o Misiu poczytałam... że nie wiadomo dla kogo, że dzieci są „za głupie” na tego misia, że nieczytelny... Odłożyłam na na półkę „raczej nie kupię więc” Misia z Bartkiem. Ale teraz nie wytrzymałam i poddając się magii promocji zaprosiłam Misia do Nas, do Majki głównie.
I przepadłam, zakochana po uszy – zaFIŚiowana dosłownie.
Właściwie są dwa misie – jeden Fiś, który bajki opowiada – są to bajki krótkie, bo on potrafi się skupić tylko na bardzo krótko. I jest też Foremka, który te bajki zbiera i zamyka w litery, żeby trafiły do mnie, do Majki, do każdego, kto zechce otworzyć im drzwi. Jest bajka o królu, z długą brodą, którą chciał obciąć, a z niej wypadł krasnoludek; o dziewczynce, która zgubiła się w lesie; o chłopcu który bawił się globusem (piękna – o sile przełamywania stereotypów, o tym, że dziecięca wyobraźnia nie ma granic!), o chudej lalce, którą dostała gruba dziewczynka...
To takie filozofowanie o świecie, zamknięte w słowa, w czarodziejską szatę graficzną, w misiowe uszy i łapy. Trzeba z tą książką usiąść w deszczowo-wietrzny dzień i wejść w ten świat, w którym też czasem pada, ale deszcz może być pretekstem do krótkiej bajki. Czasem do łez, bo niektóre z tych bajek są troszkę smutne. Ale tak jest w życiu – troszkę smutno, a troszkę wesoło.
Obrazki zrobiły na mnie duże wrażenie – bez nich te bajki byłyby uboższe, miałyby mniejszą siłę rażenia. Majka – zapatrzona... Trzymała dłoń na kartce, żebym nie przewracała za szybko...
I naszła mnie taka refleksja, gdy patrzę z perspektywy czasu na moją niechęć wywołaną komentarzami w necie (z jednej strony to dobrze, że Fiś pojawił się dopiero teraz w naszym domu, dzięki temu mogłam go poznać dokładnie w tym samym czasie, co moja córka). Może to faktycznie nie są łatwe bajki. Może nie są takie, do jakich dzieci są przyzwyczajone (albo do jakich wydaje nam się, że nie są przyzwyczajone). Ale, jak mówi sam Bonowicz „Bardzo chciałem zachować ruch wyobraźni, który jest w każdym dziecku”. Bo to jest takie dziecięce patrzenia na świat, takie wychodzące poza ramy, schematy, świat namacalny. Więc skoro to świat wyjęty wprost z głowy Dziecka, to czemu Dziecko miałoby nie zrozumieć? I obawiam się, że znów, kolejny raz, jakieś Dziecko zostało niedocenione. Że jego mama pisząc, że te bajki są głupie i że jej syn na pewno ich nie zrozumie, odbiera mu szansę na spotkanie naprawdę fajnego misia. Że może nakładamy na dzieci swoje własne niezrozumienie, a one wręcz od razu pojmą, że lew jest w środku pusty i dlatego szybko musi kogoś zjeść, albo że obite jabłko może być najsłodsze. O tym całym naszym, dorosłych, niedocenianiu, jest bajka, w której występuje dziewczynka i słoń – gdy dziewczynka się kąpie, słoń wskakuje jej do wanny i wychlapuje wodę. A gdy rodzice wchodzą do łazienki, słonia już nie ma i oskarżają o rozlaną wodę samą dziewczynkę. A sąsiedzi dzwonią do administracji z powodu plamy.
Nie chwytajmy za słuchawkę.
Może po prostu warto zobaczyć słonia, skoro Nasze Dziecko mówi, że słoń jest...  


[nasz prywatny Miś Fiś]

środa, 23 stycznia 2013

28.ZAMIGOTAŁO...


ROBERTO PIUMINI
„MIGOTNIK”
(TŁ.EWA NICEWICZ-STASZOWSKA)
BONA, KRAKÓW 2012
ILUSTROWAŁA KATARZYNA PARTYKA

Był kiedyś, daleko w tureckim mieście malarz Sakumat, który malował tak, że „czym dłużej ktoś przyglądał się jego pracom, tym bardziej jego ciało, umykając przez furtkę oczu, przenosiło się w barwne i przepełnione spokojem przestrzenie.” [s.10] Pewnego dnia przybył do niego posłaniec z Nactumalu, od burbana Ganuana, który uprzejmie prosił artystę, by stawił się w jego pałacu – ma bowiem do niego nietypową prośbę. Sakumat najpierw wzbraniał się przez podróżą, ale w końcu pojechał do odległego Nactumalu, głównie powodowany ciekawością.
Burban przyjął go z honorami i obiecał olbrzymie bogactwo – w zamian Sakumat miał zrobić to, co umiał najlepiej – malować. W pałacu mieszkał bowiem syn Ganuana, Madurer, niespełna jedenastoletni, który z powodu dziwnej, acz nieuleczalnej choroby, nie mógł wychodzić ze swoich komnat. Szkodziło mu światło słoneczne, kurz, powietrze. Jego pokoje były specjalnie oddzielone od świata – burban chciał, by na śnieżnobiałych ścianach powstały malowidła, które rozweselą chłopca w jego urodziny.
Sakumat miał jedno pytanie – jaka jest dusza twego syna? A burban odpowiedział, że nie sposób tego przekazać, że trzeba Madurera poznać.
I tak zaczyna się opowieść o pięknej przyjaźni chłopca i malarza. O tym, że sztuka może być trampoliną myśli. Że od najmniejszej kropki na ścianie można się odbić i poszybować, a potem wylądować albo na wyspie, albo na pirackim statku. Że można temu statkowi nadać nazwę. Że można opowiedzieć o losach namalowanych piratów tak dokładnie, jakby byli twoimi przyjaciółmi. Że można wymyślić migotnika – roślinę, która świeci w nocy, a on się stanie za sprawą sztuki. Że sztuka ma w sobie ogromną siłę, że za jej sprawą ktoś może oddychać. Że malarz może włożyć w dłoń jedenastoletniego chłopca pędzel i uczyć go malować kwiaty, ale to chłopiec będzie mistrzem, ucząc malarza jak patrzeć, jak myśleć, jak czuć, jak się śmiać i jak toczyć wojny na poduszki. Że w zamkniętym świecie trzech komnat może toczyć się życie barwniejsze, niż paleta farb, jeśli tylko pozwoli się wyobraźni wylecieć przez zamknięte okno. Że jeśli mamy dużo wiary, to migotnik na pewno zaświeci. I że czasem ważniejszy od przyjaciół jest mały chłopiec, który nie może wychodzić z domu.
To nie jest łatwa i dosłowna książka. Tak jak migotnik widać tylko nocą, tak jej sens kryje się między linijkami.
To tekst delikatny, jakby utkany z gazy, która zasłania okna w komnatach Madurera. To baśń, która się snuje, ale i iskrzy, na wzór dalekowschodnich przypowieści, pełnych przepychu, ale i mądrości. To tak naprawdę baśń oszczędna w słowach, ale przepełniona znaczeniem. Tak samo, jak piękne ilustracje Katarzyny Partyki, którym Majka długo się przyglądała.
Ja osobiście wyłuskałam z tej książki ogromną miłość ojca do syna, tak bezbrzeżną, jak całe malowanie (zresztą autor zadedykował książkę swojemu synowi, który uświadamia mu czym jest miłość). To uczucie to wzór, który można namalować na każdej ścianie – i on będzie tam zawsze – nocą będzie świecił, a za dnia tylko migotał, ale zawsze będzie istnieć. To uczucie, które popycha cały świat naprzód. Stwarza morze, góry i łąki, to co, że tylko namalowane, skoro dla kogoś mogą być całym światem?





[Książkę przeczytałyśmy dzięki uprzejmości wydawnictwa Bona]

wtorek, 22 stycznia 2013

27.O RYTUAŁACH


„POCZYTAJ MI MAMO. KSIĘGA 1”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2010

TOM ZAWIERA:
Danuta Wawiłow Daktyle (il. Edward Lutczyn)
Sławomir Grabowski i Marek Nejman Noc kota Filemona (il. Julitta Karwowska-Wnuczak)
Janina Porazińska Niebieska dziewczynka (il. Zdzisław Witwicki)
Helena Bechlerowa Kolczatek (il. Danuta Przymanowska-Rudzińska)
Sławomir Grabowski i Marek Nejman Wilczy apetyt (il. Julitta Karwowska-Wnuczak)
Danuta Wawiłow Chcę mieć przyjaciela (il. Zbigniew Rychlicki)
Sławomir Grabowski i Marek Nejman Cień pradziadka (il. Julitta Karwowska-Wnuczak)
Helena Bechlerowa Przygoda na balkonie (il. Maria Orłowska-Gabryś)
Joanna Papuzińska Agnieszka opowiada bajkę (il. Anna Stylo-Ginter)
Helena Bechlerowa Zaczarowana fontanna (il. Elżbieta Gaudasińska)

Rytuały są jak małe znaki drogowe. Mówią do Dziecka o tym, co się zaraz wydarzy. Bo w życiu jest tak, że trzeba mieć trochę niespodziewanego i zaskakującego, żeby się nie nudzić. Ale też jest tak, że trzeba mieć coś stałego, żeby móc się tego chwycić i trzymać, nie wypuszczając z rąk. Po to są rytuały. Żeby wiedzieć, żeby mieć pewność, żeby czuć się bezpiecznie.
Nasze wieczorne „do łóżka kładzenie” zaczyna się w łazience. Od masażu. Potem jest kąpiel, gaworzenie z Tatą podczas ubierania w śpiochy, czasem śpiewy, a czasem ciche śmieszki. Potem kolacja. I bajka. I kołysanka. A po śpiewaniu w łóżeczku już czeka sen. Miękki, dobry, delikatny.
Do „bajek rytualnych” doskonale nadaje się seria „Poczytaj mi mamo”. Krótkie, ale nie za krótkie. Wyraziste, mocne ilustracje. Różnorodność. Trochę poezji, a trochę prozy. Co wieczór niespodzianka. Co wieczór zgadywanka.
Dla mnie to sentyment. To bursztyny, które znajduje się dość nieoczekiwanie, spacerując w niedzielny poranek nad morzem. To czterolistne koniczynki w morzu traw. To połyskliwy grosik na szczęście, co nagle ląduje pod twoim butem.
Pamiętam niemal wszystkie bajki z tego tomu (nie znałam „Zaczarowanej fontanny”). Są moimi fotografiami z dzieciństwa. Moja ukochana „Agnieszka opowiada bajkę”, która do tej pory została w moich zbiorach. „Noc kota Filemona”, którą dostałam na urodziny – i tylko w pamięci zatarło się kto ją przyniósł... „Daktyle” z rysunkami, które zawsze budziły we mnie niejaki niepokój... „Chcę mieć przyjaciela” - zawsze podobały mi się sukienki bohaterek, fantastyczne balony z gumy do żucia (pewnie z nieodżałowanego Donalda...) i imię lalki – Petronela...
Majka za to najbardziej pokochała „Przygodę na balkonie” - wgapiała się w ilustracje Marii Orłowskiej-Gabryś z namaszczeniem. Bo piękne są i tyle...



piątek, 18 stycznia 2013

26.CICHO SZA...


JEROEN VAN HAELE
„MORZE CICHE”
(TŁ.JADWIGA JĘDRYAS)
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2007
ILUSTROWAŁA SABIEN CLEMENT

Morze nigdy nie jest ciche. Szumi falami, chlupocze uderzając od brzeg, wyje sztormem, krzyczy głosami mew. Jest hałaśliwe, ciągle gada, ciągle jest w ruchu. Czasem można je złapać do dużej muszli, żeby potem przytknąć do ucha i przenieść się na plażę.
Ale jest jedna sytuacja, w której może jest ciche. Milczy wtedy, gdy uszy są zamknięte.
Emilio ma dziesięć lat i mówi o sobie "Urodziłem się za wcześnie. Zbyt wcześnie rano. Lepiej się urodzić wieczorem, wtedy się i słyszy i umie mówić, w południe tylko się słyszy, a jak rodzi się wieczorem, umie się wszystko". Jest niesłyszący i nie mówi, bo wstydzi się swojego głosu, którego nie może kontrolować. Nie wie, czy brzmi jak szum fal, czy jak skrzeczenie mew, czy jak kamyki, stukające o siebie, uciekając spod butów.
Emilio nie jest szczęśliwy. Jest zły, smutny, zamknięty w sobie, czuje się gorszy – ma młodszą siostrę, która jest niezepsuta i wydaje mu się, że takie dzieci kocha się bardziej. Nie, chyba nie bardziej, może łatwiej. Ale nikt nie mówi tego Emiliowi. Tata, który na miano taty nie zasłużył na pewno, opuszcza rodzinę. Ale najpierw wyrywa z Emilia poczucie własnej wartości, godność – wyśmiewa się z niego, szydzi, drwi. Nie mnie go oceniać – bo chyba po prostu sobie nie poradził z niepełnosprawnością syna. Albo był po prostu złym człowiekiem – nie wiem. Mama jest zbyt zmęczona, zbyt przestraszona życiem i zbyt zajęta mniejszym dzieckiem, żeby widzieć, co się dzieje z Emiliem tak naprawdę, wewnątrz niego, w samym środku. Jedynym przyjacielem chłopca zostaje Javier. To sąsiad, z rodzaju tych dobrych, misiowatych, o szerokich ramionach i sercu otwartym na oścież. Z rodzaju tych, którzy biorą nad morze niesłyszące dziecko i opowiadają mu, że morze jest głośne i że tak naprawdę niesłyszące dziecko też może usłyszeć jego szum.
To jest książka do czytania przez łzy – tragedie spadają w niej na każdą stronę jak przejrzałe jabłka. Śmierć, odchodzenie, pożegnania, szyderstwo, oszczerstwo, przekleństwo. I w tym wszystkim jest jeden mały chłopiec, który patykiem grzebie w uszach głęboko, aż do krwi, bo może są po prostu zatkane...
I za mało dla mnie tej nadziei na końcu. 



wtorek, 15 stycznia 2013

25.INSTRUKCJA


KATARZYNA ROJKOWSKA
„NAUCZ MAŁE DZIECKO MYŚLEĆ I CZUĆ. ZABAWA W CZYTANIE, MATEMATYKĘ I MYZUKĘ OD 1. DO 5. ROKU ŻYCIA”
AHA!, ŁÓDŹ 2009

W dzisiejszych czasach macierzyństwo/ojcostwo stało się proste do granic możliwości (choć nie nazywam go prostym w ogóle). Mamy pieluchy jednorazowe, a do nich mokre chusteczki, smoczki silikonowe, bujaczki i przewijaki. Nasi Rodzice mieli jeden rodzaj smoczków, spirytus do pępka i jako krzyk mody torbę na dziecko; babcie prosty stół do przewijania, a ich babcie własne ramiona i ewentualnie kawałek materiału, żeby nosić malca przywiązanego do pleców. Owszem, teraz jesteśmy otoczeni pomocą, ale też chyba bardziej upośledzeni – jak przewinąć dziecko bez przewijaka? Jak uśpić bez płyty z kołysankami? Jak uspokoić bez kawałka silikonu w kształcie sutka?
Przy okazji tej książki zaczęliśmy z Mężem rozmawiać na ten temat. I doszliśmy kolejny raz do wniosku, że wszystko, co potrzebne do wychowania szczęśliwego Dziecka, mamy w sobie – w instynkcie, w genach, w naturze. Że postęp czasem zaburza rozwój, ingeruje zbyt mocno, chce za bardzo uprościć życie – ktoś na przykład wymyślił chodziki, żeby Dziecko szybciej stanęło na nogi i nosidła sztywne w miejsce chust, nie myśląc, że może tym wyrządzić krzywdę, upośledzić ruchowo, rozwojowo...
Gdy moje Dziecko przyszło ze mną do domu ze szpitala, gdy pierwszy raz zapłakało, a ja nie wiedziałam, co mu jest i jak mu pomóc w głowie wyświetlił mi się napis – Boże, dałeś mi taki cud – TERAZ DAWAJ INSTRUKCJĘ! Ale zajrzałam do pieluszki – sucho, przystawiłam do piersi – najedzone, a potem po prostu zaczęłam kołysać, przytulać i mówić. I płacz odszedł w niebyt. Doszłam do wniosku, że to we mnie jest siła. Że instrukcja płynie z moich dłoni, z bicia mojego serca.
Jasne, że korzystam z mokrych chusteczek, ale gdy zmieniam pieluszkę, nigdy nie zapominam pocałować stópki...
Książka Rojkowskiej to dla mnie książka o tym instynkcie, o tych odruchach. Wyciąga je z wnętrza matczynej duszy (gdy pisała „Naucz małe dziecko...” miała córeczkę i drugie dziecko w drodze – opierała się w dużej mierze na własnym przykładzie, a nie tylko na pracach naukowych i badaniach), opowiada o nich i analizuje, do czego są one przydatne Dziecku.
O tym, że Dziecko powinno pełzać i raczkować tak długo, jak tego potrzebuje, bo w tej sposób rozwija połączenia w mózgu i stymuluje wzrok. O tym, że wszystkie szumy i uciszenia, które wytwarzamy przy pomocy aparatu mowy, uspokajają dziecko, bo kojarzą mu się z odgłosami bicia serca i przepływającej krwi, które słyszało w łonie. O tym, że uśmiech łagodzi fizjologiczne objawy zmartwienia. O tym, że muzykę czujemy przez kości i ciało, nie tylko uszami. O tym, że „samo uczucie, że jest się dotykanym, zwiększa wytwarzanie czynnika wzrostu komórek nerwowych NGF” [s.51]. O tym, że gdy dziecko przychodzi na świat ma dojrzały układ przedsionkowy i trzeba go stymulować – kołysać, huśtać, kręcić się z dzieckiem. I o tym, że to kołysanie dziecka, gdy trzymasz je w ramionach, jest w tobie – Rojkowska wyjaśnia, dlaczego ono i Ty czujecie taką potrzebę.
Mówi o stymulacji dziecka od najwcześniejszych chwil życia – można dać dziecku do obejrzenia obraz, gdy tylko jest zdolne zobaczyć kolory, a można tego nie zrobić. Można dać dotknąć plusz, aksamit, jedwab i wełnę, a można tego nie zrobić. Można dać powąchać bazylię i oregano, a można tego nie zrobić. Można mówić do dziecka, przytulać je, kołysać, albo nie... Ale wciąż przypomina, że „im młodsze dziecko, tym więcej korzystnych zmian wywoła w jego umyśle stymulujące środowisko.” [s.33]
To też oczywiście swoisty podręcznik nauki czytania, matematyki i muzyki. Czytając tę książkę myślałam o tym, jak bardzo negatywnym rzeczownikiem jest w Polsce słowo „geniusz”. A przecież każdy chciałby, aby jego Dziecko było geniuszem. A przecież geniusz to osoba, która posiada niezwykłe zdolności. Gdyby każdy był geniuszem, nikt nie byłby wytykany palcami za to, że umie pisać, czytać, liczyć wcześniej i lepiej niż rówieśnicy... Rojowska zachęca więc do tego, by swojemu Dziecku dać lepszy start, nauczyć go jak najszybciej czytać, liczyć bo Dzieci są do tego gotowe znacznie wcześniej niż nam się wydaje. Ja już w momencie zakupu tej książki byłam nastawiona pozytywnie do tej metody, ale rozumiem osoby sceptyczne. I Rojkowska też je rozumie. Bo automatycznym zarzutem jest w tym wypadku – ODBIERASZ DZIECKU DZIECIŃSTWO, NA NAUKĘ BĘDZIE MIAŁO CZAS. I tu autorka przestrzega – nauka czytania, czy liczenia, ma być dla Dziecka zabawą. Ma być czymś, co go cieszy, co sprawia mu radość, czymś, co mu w życiu pomoże, a nie stanie się obowiązkiem ponad siły. Poza tym czy przyjemniejsza jest nauka w domu, z zaangażowaną mamą, która chwali i wyskakuje z planszami zza kanapy, śmiejąc się i klaszcząc, czy nauka w szkole, gdzie inne dzieci i nauczycielka rozliczają cię skrzętnie z tego, ile liter już poznałeś?
I raz po raz przypomina – nie tylko rozwój intelektualny jest ważny, musi zawsze iść w parze z rozwojem fizycznym – nie zapominaj więc zabrać swoje dziecko na plac zabaw, tuż po tym, gdy razem przeczytacie kilka słów.
Ja – z oczywistych racji – skupiłam się na części dotyczącej czytania. Rojkowska zwraca uwagę na to, że cały nasz świat jest z liter i że dopóki Dziecko ich nie pozna, czuje się w nim zagubione. Więc należy oswoić je z nimi, z tym, że niosą określone znaczenie i sprawić, że je pokochają. Daje też rady jak czytać Dziecku – że to ma być przeżycie kojarzące się z czymś przyjemnym, miłym, coś, co jest naturalne i czego się pragnie.
I na koniec ważny cytat:
„Maluch musi czuć się swobodnie wśród książek, nie bać się, że je zniszczy i rodzice będą niezadowoleni. Poprzez swobodny dostęp do książek dziecko zaprzyjaźnia się z nimi. (…) Otaczajcie swoje dziecko książkami. Przynoście do domu ich tyle, ile możecie. Czytajcie z dzieckiem. Dawajcie mu książki do ręki. (…) Wówczas mały człowiek nauczy się obcować z książką, będzie sprawiało mu to przyjemność i na pewno zwiększą się szanse na to, że zostanie wprawnym czytelnikiem.” [s.68]

poniedziałek, 14 stycznia 2013

24.NIEDZIELA WRÓŻEBNA


CLAIRE GAUDRIOT, SOPHIE DE MULLENHEIM
„MAŁA WRÓŻKA AMELKA. DETEKTYW Z BAKI”
OPOWIADA NATALIA USENKO
PAPILON, POZNAŃ 2011

Zbiór zawiera:
W krainie chochlików
Szkoła wróżek
Nocne strachy
Tajemnica robota
Sekret ślimaków
Na tropie Dudusia
Zaginione cukierki
Zimowe śledztwo

a my dodatkowo przeczytałyśmy:
Czarodziejskie drzewo
Sekret Wróżki Zębuszki

Ta książka przywodzi na myśl słowo ciepły. Jak ogromny puchaty koc, którym można nakryć się razem z głową, a pod nim odprawiać czary, jeść lody waniliowe - nawet zimą i urządzać przyjęcia dla misiów. Jak filiżanka absolutnie słodkiej czekolady. Jak kot, który Ci siada na zmarzniętych po wizycie na lodowisku nogach... Jest bardzo, bardzo kolorowa, ale dzięki temu przykuwała uwagę mojej córki. Jest bardzo, bardzo prosta, ale zabawna i można ją czytać zimowymi wieczorami dla odprężenia. Zdecydowanie nie jest literaturą wysokich lotów. Leci raczej nisko, ale my ją złapałyśmy i wcale nie zamierzam jej puszczać. Małej dziewczynce, która we mnie mieszka, tylko na co dzień się ukrywa, zaświeciły się oczy. Na tą tęczę barw, na tę Amelkę, która ma skrzydełka, na te stroje przepiękne – Amelka nosi latem klapki japonki i ma najładniejsze sukienki (cudowne jest, że w każdej części ma inny strój!!!) i ma długie, czarne włosy i w ogóle jest bardzo dziewczyńska. Żeby nie była już taka całkiem słodka, to do tego jest detektywem. Wystarczy trzy razy zaklaskać w dłonie, albo zostawić gdzieś list dla niej, a ona zaraz się zjawi i rozwiąże tajemnicę zaginionego Dudusia, znikających słodyczy, ślimaków bez domku albo zepsutego robota.
Do pomocy ma chochlika Gucia, który jest największym przeciwieństwem dziewczyńskości i nie znosi historyjek miłosnych. Ale za to kocha książki i jest ich pożeraczo-zbieraczem. No i ma laboratorium pełne najdziwniejszych wynalazków – jest tam na przykład mikroskop.
Jako, że u nas niedziela była bura i ponura, trzeba było ją zakolorować. Gdy już wróciłyśmy ze spaceru w śniegu po kolana (to ja), trzeba było jakoś ten dzień obłaskawić. Majka jeszcze nie zna kredek i farb, więc cały dzionek podczytywałyśmy sobie kolorową Amelkę, leżąc na naszym czerwonym kocu, śmiejąc się między opowiadaniami, podjadając mleko (to ona), albo czekoladę (to ja). I słuchając w tle jazzowej muzyki. I międląc w dłoni jej łapkę (to ja), albo łapkę misia (to ona). I taka to była słodko-leniwa niedziela.

Dwie z książeczek „Zimowe śledztwo” (bo zima) i „Tajemnica robota” (bo najbardziej nam się podobała) wystawiłyśmy na aukcjach dla WOŚP.
Mój Mąż powtarza, że Orkiestra to wstyd dla władz państwa. Że powinni zaczerwienić się po czubki uszu. A Owsiaka kochamy bezgranicznie, a w tym roku jeszcze bardziej – w szpitalu, gdzie rodziła się Majka, doświadczyliśmy bowiem działania Orkiestry. WOŚP cały rok finansuje w pełni program powszechnych przesiewowych badań słuchu u noworodków. W książeczce zdrowia mamy naklejkę z logo WOŚP, na której jest wynik badania. Więc w tym roku portfel otworzył się jeszcze szerzej...     



niedziela, 13 stycznia 2013

23.PRZEZ ZASPY I ŚNIEGI


HANS CHRISTIAN ANDERSEN
„KRÓLOWA ŚNIEGU”
(TŁ. FRANCISZEK MIRANDOLA)
M, KRAKÓW 2012
ILUSTROWAŁ VLADYSLAV YERKO

Majka nie chciała słuchać tej baśni.
Próbowałam kilka razy. Ale zawsze wyrywała się z moich rąk, zaczynała płakać.
Wiele lat temu przeczytałam, że Andersen nie pisał dla Dzieci i może coś w tym jest – w tym uciekaniu Majki od Kaja i Gerdy, w tym, że patrzyła na obrazy jak urzeczona, a gdy tylko dokładałam słowa, jej oczy się zamykały i zaczynała wierzgać nogami...

To jest przede wszystkim „Królowa śniegu” do patrzenia. Bardziej niż tekst moje oczy kradły ilustracje – a właściwie obrazy. Pełne szczegółów, pełne znaczeń, pełne symboli. Szczęka brzęknęła mi o ziemię, gdy zobaczyłam pierwszą planszę, a gdy się już pozbierałam, stało się to znów przy następnej. I znów, i znów, i znów... Autorem ilustracji jest Vladyslav Yerko. Wśród nagród za jego ilustracje do tej książki jest Grand Prize Ukraińskiej Książki Roku 2000 i amerykańska nagroda Anderson House Fundation za najpiękniejszą książkę dziecięcą roku 2006. Nie dziwię się. Jego obrazy mówią więcej niż słowa. Wybacz panie Andersen – tym razem jesteś tylko tłem, czystym, delikatnym papierem, na który Yerko rzuca swój własny czar. Jesteś zaledwie pretekstem do sztuki. Jego Gerda kocha goręcej, jego Kaj jest bardziej kamienny, jego Królowa Śniegu ma zimniejszy oddech, jego ogród czarownicy jest bardziej pachnący, jego rozbójnicy straszniejsi... Wziął sobie po prostu pęczek magii, zmieszał z farbami i rzucił na kartki tej książki. I gdy za oknem „śnieg na ulicach, śnieg w bramach” (jak mówi współczesny polski wieszcz Świetlicki), dobrze przeczytać taką książkę i uwierzyć, że znów będzie lato.
(fragment mojej recenzji „Przepraszam panie A.” z ksiazki.wp.pl)




czwartek, 10 stycznia 2013

22.JAK PACHNIE NASZ OGRÓD?


KĘSTUTIS KASPARAVICIUS
FLORIAN OGRODNIK”
(TŁ. ALINA KUZBORSKA)
LIBRONE, 2010
ILUSTROWAŁ AUTOR

Floriana spotkałam w markecie, gdy maszerowałam chyba po czekoladę, z Brzuchem jeszcze, w którym lewitowała Majka. Stał sobie na półeczce z przecenami, za jakąś kwotę śmieszną dość. W pierwszej chwili zainteresowało mnie nazwisko autora. Podeszłam więc do misia, zajrzałam do środka, dłonie przykleiły mi się do książki, a na ustach wykwitł uśmiech. Ilustracje, które stworzył sam autor zaczarowały mnie! Zaczadziły, zamroczyły... Są piękne, mimo że stonowane i brak w nich koloru różowego (a jeśli już to brudny), a i niebieski pojawia się rzadko... Ale hipnotyzują, nie dają o sobie zapomnieć, są magiczne! Majka była tego samego zdania, bo gdy czytałyśmy „Floriana Ogrodnika” wpatrywała się w miśka dość uważnie, zastygała, zamieniona w posąg tak samo, jak ja. Historia jest o Misiogrodzie, w którym mieszka Florian (jest jeszcze śpiewaczka, piekarz, a nawet włóczęga). Z dziada prapradziada uprawia piękny zawód – jest ogrodnikiem. W jego ogrodzie rosną rośliny przecudniej urody, niepowtarzalne, wyciągnięte z samego serca ich opiekuna. Są tak niezwykłe, że pewnego dnia do Misogrodu przybywa sama Królowa, żeby kupić na targu choć jeden bukiet. Mimochodem wspomina o czarnych różach, a Florian obiecuje, że w następnym tygodniu przywiezie jej kilka na specjalne zamówienie, bo właśnie zakwitną. W rzeczywistości nie ma pojęcia o czarnych różach, tak naprawdę gubi go wybujała ambicja i rodzaj pychy. Rozpoczyna poszukiwania – nie chodzi w nich o obietnicę daną Królowej, chodzi o to, że znalazł się na świecie kwiat, który chce go pokonać, a tego Florian Ogrodnik nie może znieść. To prosta, mądra historia, ale opowiedziana bez nakazów, zakazów, przykazań i nawoływań. Raczej z delikatnym drogowskazem, ukrytym między wierszem, a obrazem. Z jakąś strzałką, chyboczącą się na jednej z tysięcy liter...
W wielu miejscach czytałam skargi na język tej książki (tłumaczenia), że zbyt rozbudowany, zbyt wybujały, zbyt kwitnący. Nie wiem, jak będzie, gdy przeczytam Majce „Floriana Ogrodnika” za jakiś czas. Teraz jestem językiem zachwycona – jest melodyjny, sunący, płynący. Doskonale współgra z tymi lekko onirycznymi ilustracjami. Dużo w nim wyliczeń, dla mnie to plus, bo poprawia rytm i melodykę tekstu. Być może później zweryfikuję swój sąd – teraz mogę czytać „Floriana” na sen, czarować Nas, marować nas – obydwie...


(róża w kolorze miłości przyniesiona dla Majki i marpil do szpitala w dzień narodzin przez Tatę)

wtorek, 8 stycznia 2013

21.W SAMYM ŚRODKU POKÓJ


J.PATRICK LEWIS
„DOM”
(TŁ. MAŁGORZATA PASICKA)
BONA, KRAKÓW 2012
ILUSTROWAŁ ROBERTO INNOCENTI

Postawiłam DOM przed Majką. Otworzyłam jego drzwi. A ona weszła do niego, jak do swojego. Biegała między kartkami, między latami, nogami przebierała między niszczeniem, a odnawianiem, śpiewała z zachwytu (sic!), co chwilę zastygając i badając szczegóły obrazów.
Czytałam jej też wiersz i w moim oku zakręciła się łza. Bo ja inaczej rozumiem ten Dom, niż ona. Jako ludzkie przemijanie, jako rozpad pewnych wartości, jako zmianę adresu i antenę satelitarną w miejscu komina. Ona jeszcze – na szczęście - nie zna straty; może biegać po Domu, który zionie otwartym dachem, tak samo wesoło jak po tym, w którym są odnowione podłogi. Ja rozumiem postęp, rozumiem zmiany, rozumiem basen w miejscu zboża i figurkę disnejowskiej Królewny z Krasnoludkami w ogródku. Nie zatrzymuję zmian, nie zawracam rzeki. Ale nie rozumiem zapominania, nie rozumiem wypierania z pamięci stracha na wróble, podporządkowywania sobie całego stworzenia.
Mimo tej refleksji, tej szklanki smutku, którą trzeba wypić wraz z tą książką, to piękna pozycja, mocna, inspirująca, oryginalna.
To historia XX wieku oglądana oczyma szyb w oknach, komentowana schodami i ścianami, zobrazowana rośnięciem zboża i żniwami. Wszystko jest tu wielkim kołem życia, które przypadkiem toczy się w fundamentach jednego budynku – są narodziny i są śmierci, jest czas, gdy wszystko kwitnie i czas, gdy obok wejścia stoi trumna. I tylko mam nieodparte wrażenie, że Dom jest najsmutniejszy dziś (a właściwie już wczoraj, bo ostatni karta jego pamiętnika to 1999), że najmniej w nim duszy, gdy dobudowano mu garaż...
Ale można w tym Domu bawić się gdzie indziej, niż w końcu XX wieku.
Można na przykład wejść w rok 1901 i cieszyć się odbudową, można w roku 1915 bawić się na weselu lub w 1929 wyciskać sok z winogron bosymi stopami. Można ominąć mrok z 1942 i wdowieństwo z 1918.
Można wejść w ten Dom z radością, tak, że będzie widać tylko czubek głowy...





[Książkę przeczytałyśmy dzięki uprzejmości wydawnictwa Bona]

piątek, 4 stycznia 2013

19.MNIEJ NIŻ 365 SŁÓW NA TEMAT 365 ZABAW


SUSAN ELIZABETH DAVIS
„365 ZABAW DLA CIEBIE I TWOJEGO DZIECKA. PIERWSZY ROK ŻYCIA”
(TŁ. MICHAŁ BRODACKI)
MULTICO, WARSZAWA 2008

Gadam, głównie gadam, czytam, skaczę z Majką na rękach, udaję kota, udaję psa, tańczę z Majką na rękach, klaszczę, śpiewam, potrząsam grzechotką, chowam się i znajduję, pokazuję przelewającą się w butelce wodę, brzęczę nad uchem pojemnikiem z kaszą, naciskam nosek wydając głośne lub ciche „piii...”...
Ale czasem zwyczajnie się zapętlam. I brak mi pomysłów. I boję się, że moje Dziecko się ze mną nudzi. Sięgnęłam więc po tę książkę, jak po deskę-trochę-ratunku. I uśmiecham się do niej szeroko, bo są w niej trzy rzeczy, za które ją cenię:
-dostosowuje zabawy do wieku dziecka, pokazując mimochodem, chyłkiem, boczkiem, jego rozwój; ma podział na poszczególne kwartały życia i proponuje zabawy rozwijające to, co w danym momencie rozwijać powinny
-pokazuje zabawy i zabawki tanie – wystarczy trochę wyobraźni, która jest za darmo i na przykład rolka po papierze toaletowym, albo kilka kolorowych tasiemek, albo palce – moje i jej
-nie pozwala posadzić Dziecka przez telewizorem, zmusza do zainteresowania, kreatywności i czegoś, co dla mnie w zabawie jest najważniejsze – okazywanie miłości mojemu Dziecku
Niektóre zabawy są naciągane („uśmiechnij się do dziecka”), by nabić licznik do 365, ale inne w zamian są genialne w swojej prostocie, gdy stukam się w głowę i wykrzykuję - "Że też o tym nie pomyślałam!" (tor przeszkód ze zwiniętych ręczników dla raczkującego malca). Więc nawet jeśli nie jest to 365 a 260 i trochę lania wody, to i tak warto zajrzeć i wyrwać coś, co można włożyć między udawanie samolotu, opowiadanie o gotowaniu obiadu, przewracanie się po kocu, gadania, gadanie, gadanie...

(zabawka za 3,50 plus wieszak z szafy...)

(...w akcji...)

(...budzi zainteresowania)

czwartek, 3 stycznia 2013

18.BIAŁA KOTKA CHOĆ RUDA


ANNIE M.G. SCHMIDT
„MINU”
(TŁ. JOANNA ZAKRZEWSKA-BORYCKA)
HOKUS-POKUS, WARSZAWA 2006

„Minu” poznałyśmy dzięki Annie – naszej drogiej internetowej Bratniej Duszy. Powiedziała Nam o niej, gdy Majka była jeszcze w brzuchu i gdy do brzucha czytałam książki, nie zawsze dziecięce, czasem dorosłe. Ale typy Anny mają niestety to do siebie, że są krucze – tylko te kruki są białe. Są piękne, ważne, mądre, cudowne, ale kopię czasem aż do samych Chin wielki tunel, żeby je zdobyć. I nadzwyczaj często się nie udaje... Z „Minu” miałam wielkie szczęście – Anna powiedziała, ja włączyłam tryb „szukaj” i znalazłam jeden jedyny egzemplarz w jakiej księgarni internetowej – już, od ręki, teraz, bo ktoś może też się dowiedzieć o „Minu” - od Anny, albo od kogoś innego - i sprzątnie „Minu” sprzed nosa i już jej potem nie wykopię... Szybko się uwinęłam i mam tę kotkę białego koloru, trochę kruczą z okładki, ale tak właściwie to rudą.
Minu to właściwie kobieta, która kiedyś była kotem. Poznajemy ją, gdy siedzi na gałęzi drzewa, bo przestraszyła się psa Marsa i jej kocia natura wzięła górę. Na tym drzewie, oprócz nas, spotyka ja jeszcze Tobiasz – reporter miejscowej gazety, który właśnie został wyrzucony z pracy, ponieważ jest zbyt nieśmiały, by rozmawiać z ludźmi i pisze tylko artykuły o kotach. Panna Minu i Tobiasz zawierają coś w rodzaju paktu – za dach nad głową, rybkę i karton wyłożony gazetami, Minu ma pomóc Tobiaszowi w poszukiwaniu ciekawych wiadomości do gazety – zostaje kocią sekretarką. Wciąż jeszcze bowiem rozumie koci język. A koty mają oczy dookoła głowy.
Podobała mi się ta książka – oryginalna i nie-słodka, raczej słodko-gorzka. Jest tam bowiem czarny charakter, jest kotka bezdomna, która powiła właśnie kocięta (do których nie przyznaje się ojciec), jest utrata pracy, plotki, przekupstwo i wahanie między byciem tym, kim się jest, a zmianą na nowe – lepsze? Ale ta między tym wszystkim jest dużo wdzięku, humoru, pozytywnych postaci, koci song Miau-miau i kocie powitanie – nosek-nosek (ale tak witają się ze sobą koty tylko wtedy, gdy nie są ze sobą akurat skłócone) – a nosek-nosek to Nasza – moja i Majki – ulubiona zabawa; gdy robimy nosek-nosek to mała chichra się w głos. Więc już na starcie „Minu” kupiła nas za bezcen. Dość powiedzieć, że Tata zabronił nam czytać „Minu”, gdy jesteśmy same, bo bardzo chciała się dowidzieć, jak zakończy się historia pana Wyrachowalskiego.
No i grzechotka Majki, która do tej pory nie miała imienia, od dwóch dni takowe posiada – wiadomo, że została Panną Minu...


środa, 2 stycznia 2013

17.NIECO NA RÓŻOWO


CARMEN GIL
„O KSIĘŻNICZE, KTÓRA BEZ PRZERWY ZIEWAŁA”
(TŁ.BEATA HANIEC)
TAKO, TORUŃ 2011
ILUSTROWAŁA ELEN ODRIOZOLA

Doskonale wiem, dlaczego dziewczynki kochają księżniczki. Księżniczki mają piękne suknie, mają korony, mają zawsze służącą, z którą w dobrych bajkach się przyjaźnią i mają wszystkich do swojej dyspozycji – na skinięcie małego paluszka. Dostają wszystko, czego pragną.
A ja dziś, wieszając pranie na balkonie – pieluszki, śliniaczki, spodenki, pajacyki i maleńkie skarpetki – pomyślałam, że mam w domu księżniczkę. Że chcąc nie chcąc jest centrum naszego królestwa, dostaje wszystko, o czym zamarzy, biegamy wokół niej i gdy tylko się skrzywi, trzeba szukać przyczyny niezadowolenia i zabawiać, przewijać, karmić, myć... Każde Maleńkie Dziecko jest księżniczką/księciem i to Jego święte, nienaruszalne prawo. Prawo do zginania małego palca i przywoływania sług Rodziców, aby się Nim zajęli i pomogli oswoić świat wokół. Nie mam jej za złe – cieszę się, że wydaje mi polecenia i z uśmiechem wynoszę śmierdzące worki z kupami i podcieram książęcy tyłeczek. Jeśli mogę wywołać jej uśmiech – ona wywołuje tym mój. Potem, gdy trochę podrośnie, będzie musiała zakopać swoją koronę w piasku – takie są reguły coraz bardziej dorosłego świata - na razie może ją nosić do woli.
Moja Córka nie jest różową księżniczką – uwielbiam ją w bluzach dresowych – najlepiej z kapturem! - i z rzadka zakładam jej sukienki (bo zjada koronki); jej pokój nie jest różowy tylko błękitny i wolę zabawki czarno-czerwone, niż różowe. W święta jedna z cioć zadziwiła się, że nie ubrałam Majki na wizytę do niej w koronki i kokardy, ale w piękną (moim zdaniem) tunikę i dżinsy. A tunika była nawet różowa – brudnoróżowa, ale zawsze.
A księżniczka z książki Carmen Gil ma różową suknię i szczerze mówiąc to różowe strony zrobiły na mojej córce największe wrażenie. Ale nie tylko – kolekcja OQO, w której książki charakteryzują się niesamowitym połączeniem słowa i obrazu, to pięknie wydane dzieła sztuki. Księżniczka od ziewania mnie zachwyciła. Prostotą treści – niby księżniczka, a ziewa. Niby księżniczka, a taka ludzka. Niby księżniczka, a potrzebuje ciepła, miłości i przyjaciela – o tym jest ta książka, o potrzebie drugiego człowieka, nieważne kim się jest, ile się ma lat, jak się ma na imię. A po drugie zachwyciła mnie obrazem – delikatnym w kolorach, delikatnym w kresce, a zarazem mocnym w przekazie i fascynującym. To nie są zwykłe ilustracje, to obrazy, które można by zawiesić na ścianie w pokoju każdej księżniczki. I nie będą kiczowate – będą frapujące i takie jak moja księżniczka w bluzie – z przymrużeniem oka...



wtorek, 1 stycznia 2013

16.NOWY


Słowo „nowy” ma w sobie magiczną moc... Jakąś siłę zacierania śladów, szorowania wszelkich zakamarków, pieczenia ciasta i zapraszania do stołu na herbatę. Siłę zamykania oczu na to co było i wypatrywanie tego, co będzie. Siłę uśmiechu, który zasusza łzy. Siłę do podniesienia się. I siłę do zaczynania. I siłę do przenoszenia gór. Albo ponad sześciokilowej córki przez kawałek lasu, żeby pooddychała jodem znad morza.
Bo my w Nowy Rok pojechałyśmy cieszyć się szumem [no raczej pojechaliśmy, bo Tata też przecież] i zwalczać katar prawdziwym morskim powietrzem, a nie zamkniętym w małej niebieskiej buteleczce. Nie wiem, czy nam pomogło na nos. Pomogło na duszę.
A teraz siedzimy nad puzzlami [Tata], herbatą miętową [duża] i w objęciach snu [mała] i wierzymy, że będzie dobrze w tym 2013.
Przyjaciołom wysłałyśmy pod koniec tamtego roku życzenie, aby 2013 był najlepszy z dotychczasowych. Jedna z Przyjaciółek, która ma córkę dokładnie 8 tygodni młodszą od Majki, stwierdziła, że u Nas będzie ciężko z przebiciem 2012. Będzie ciężko, bo cud się już stał. Ale nie przeszkadza to wierzyć, że cudów w 2013 będzie trzy razy więcej. Czego sobie i Wam życzymy.
A teraz mówimy „do poczytania” i idziemy budzić się i poznawać dalsze przygody "Minu", która od Świąt zajmuje nad wieczorami.