Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

poniedziałek, 25 lipca 2016

340. LAJKRY, WILKONIE I INNE STRASZNIE WAŻNE RZECZY

DANUTA WAWIŁOW
„WIERSZYKARNIA”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2016
ILUSTROWAŁA JOLA RICHTER-MAGNUSZEWSKA

DANUTA WAWIŁOW
„STRASZNIE WAŻNA RZECZ”
KRAJOWA AGENCJA WYDAWNICZA, WARSZAWA 1978
ILUSTROWAŁA TERESA WIBLIK

 Niby dzieciństwo ma się tylko jedno. Ale gdy w domu pojawia się dziecko, to przeżywa się to dzieciństwo na nowo. Nie tylko huśtając się z własnym dzieckiem na huśtawce, skacząc przez kałuże, zajadając lody większe niż dłoń (i brudząc się nimi dokładnie tak samo) czy ścigając się po łące (nieograniczone przestrzenie wywołują zawsze chęć do niezatrzymanego pędu!). Ale też wspominając. Gdy Majka bawi się swoją lalką przed moimi oczami staje to, jak kiedyś wymyśliłam, że mój bobas ma zapalenie płuc i umiera i moja Babcia prosiła, żeby jednak wyszedł z tej choroby. Gdy Majka przytula wieczorem swojego lemura, surykatkę, dwa misie i szmacianą Zuzę, ja czuję dotyk moich ukochanych maskotek, tak samo gnieżdżących się kiedyś na mojej poduszce jedno przy drugim. Gdy rysujemy razem zestawem kredek z milionem kolorów, ja wspominam jak łamały się moje kredki. Gdy gramy w kolorową gumę, ja wspominam, że moja pierwsza, to było dwa metry białej gumy do majtek. I że te, które teraz można kupić w sklepie, są owszem, kolorowe, z brokatem, z serduszkami i z czym tam jeszcze, ale dość krótkie, a na moim podwórku miarą statusu była długość gumy do skakania. Gdy robi sobie tatuaże, ja wspominam kalkomanie, albo rysunki, które robiłyśmy na przedramionach długopisem. Gdy gra w grę na dotykowym ekranie mojej komórki ja wspominam komputer Commodore C64, który włączał się jakąś godzinę przy użyciu kasety i maleńkiego śrubokręcika… Porównania – nie da się ich uniknąć! Okazuje się, że w skrytości ducha mierzę i ważę to jej dzieciństwo, żeby doścignąć ideału – mojej własnej dzieciństwa wersji. Że z perspektywy czasu za piórnik z pełnym wyposażeniem, a nie tylko z rysunkiem pióra, zatkniętym w jedną szlufkę, nie oddałabym tamtego czasu, talerzy z łopianowych liści, biwaków na dziko, sznurkowej poczty, oranżadki w proszku i zachwytu nad pierwszymi lajkrami*! I z tego powodu staram się choć trochę przenieść tamten świat w dzisiejsze realia. Tyle, na ile się da. Jakieś ogniska, biwaki pod namiotem, gry z moich czasów, dobranocki z lat 90-tych… omijam tylko kreszowe dresy i wyroby czekoladopodobne – to byłoby stanowczo za dużo.
Najłatwiej jest przenieść się w przeszłość dzięki literaturze. Otwieram książkę i czytam dokładnie ten sam tekst co 20 lat temu. To jak darmowy bilet na wehikuł czasu! Dokładnie tak samo czyta się „Strasznie ważną rzecz” i Kałużystów”!
Dziwny zbieg okoliczności sprawił, że jakiś czas temu buszowałam w antykwariacie. Znalazłam tomik dziwnego formatu z niebieskooką dziewczynką na okładce. Rok wydania i nakład (110.000+200 egz. w oprawie zeszytowej i 10.000+150 egz. w oprawie twardej) przeniosło mnie w moje dzieciństwo jeszcze tam, w ciemnym wnętrzu antykwariatu. W jednej chwili - „Ulepiłam mamie domek z niewidzialnej plasteliny” i „Tatuś, kupisz mi samochód Kwiat dwadzieścia sześć?” okazały się zaklęciami otwierającymi drzwi czasu. To nie był mój ukochany tomik, to nie były wiersze, które recytowałam z pamięci. Nawet o nim nie pamiętałam do czasu, aż znalazłam to wydanie z ilustracjami Teresy Wibilk na półce. Ale okazało się, że trącił jakąś strunę…
Zaraz potem w przesyłce od Naszej Księgarni dostałam nowe wydanie wierszy Danuty Wawiłow… To było jak eksperyment psychologiczny na mnie. Jak drażnienie moich wspomnień i podsuwanie substytutu, żeby sprawdzić, jak zareaguję. Oczywiście pierwsza reakcja to był bunt i sprzeciw, bo jak to niewidzialna plastelina nie wylewa się z pękatego wazonu, jak to kocistki nie niosą razem grubego kota, jak to ta dziewczynka, której mama ma żałować nie pływa na krześle w wielkim morzu łez? Ale zaraz przyszło uspokojenie. Pięknymi, nastrojowymi ilustracjami Joli Rychter-Magnuszewskiej, z jej oniryczną kreską. Jola ma zdolność uspokajania emocji, związanych z klasykami. Więcej – dzięki swojemu talentowi ma prawo klasyków przerabiać, brać na warsztat to, co wydawało się doskonałe, skończone i nienaruszalne, ma prawo podsuwać dzisiejszym rodzicom ich ukochane lektury z dzieciństwa w zupełnie innej formie, ma prawo mieszać – kolory i uczucia. Tu wracamy do tego porównywania. Kolejny raz zdaję sobie sprawę, że nie da się przenieść mojego szczęścia dziecięcego na moją córkę w skali jeden do jeden. Nie da się, bo czasy się zmieniły, na półkach jest coś więcej niż ocet i Lego można kupić w każdym kiosku, a nie tylko w Pewexie. Trzeba nowej klasyki! W warstwie słowa zmiany zachodzą dużo wolniej, ale w obrazie – pędzą jak szalone. To chyba dlatego, że stajemy się społeczeństwem, które przedkłada widzenie nad cała resztę zmysłów. I w obrazie trzeba mieszać, mącić, przeobrażać. Kolejny raz powtarzam też, ze to dobre jest naprawdę dobre. Uwielbiam to dobre od Joli Richter-Magnuszewskiej. Co prawda nadała wierszom Wawiłow innego tonu – Wiblik wydobyła z nich zadziorność, dziecięcą upartość, czupurność. Ale Wawiłow w wersji delikatniejszej czyta się tak samo doskonale!








„MOJE KSIĄŻECZKI. KSIĘGA DRUGA”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2016

TOM ZAWIERA:
  • Czesław Janczarski "Tygrys o Złotym Sercu" z ilustracjami Józefa Wilkonia
  • Hanna Januszewska "Kot w butach" z ilustracjami Janusza Grabiańskiego
  • Lucyna Krzemieniecka "O Jasiu Kapeluszniku" z ilustracjami Antoniego Boratyńskiego
  • Adam Bahdaj "Pilot i ja" z ilustracjami Danuty Konwickiej
  • Maria Krüger "Apolejka i jej osiołek" z ilustracjami Zdzisława Witwickiego
  • Jan Edward Kucharski "Wawa i jej pan" z ilustracjami Hanny Krajnik
  • Irena Tuwim "Pampilio" z ilustracjami Ignacego Witza
Ale gdyby ktoś chciał jednak wrócić do korzeni. Gdyby nie dawały mu spokoju obrazy z dzieciństwa. Gdyby jednak kreski Grabińskiego, Krajnik czy Wilkonia były mu drogie ponad wszystko, nienaruszalne. Gdyby były świętości na które nie można się ważyć. To jest seria „Moje książeczki”. Ta z kotem w butach, ta z dzieciństwa. Niezmieniona. Taka sama. No może prócz tego, że jest wydana zbiorczo, po kilka historii naraz, a nie osobno w miękkich okładkach. Znów dowód na to, że słowo się nie starzeje, albo starzeje się dużo wolniej od obrazu. Piękne ponadczasowe historie! O tygrysie, który miał złote serce i szukał przyjaciela, a wszyscy się go bali. O suczce Wawie, która się zgubiła i którą dwoje dzieci odprowadza do pewnego tajemniczego domu. O kocie w butach. O Jasiu kapeluszniku, do którego przyszedł bardzo dziwny gość. O Walusiu, który narysował pilota, a ten pilot wyskoczył z kartki. O królewnie Apolejce, która mieszka w bardzo, bardzo, bardzo wysokiej wieży, a tak chciałaby mieć kogoś do kochania. I o tajemniczym drzewie, z soczystymi owocami, które nie wiadomo jak się nazywa. Genialne, fantastyczne ilustracje! Staroświeckie, bo tworzyli je mistrzowie polskiej ilustracji sprzed wielu lat! Oszczędne w palecie barw, ale jednak nasycone nimi. Na nich można uczyć Dzieci innej wrażliwości, innego patrzenia, na nich można uczyć historii polskiej ilustracji.







Podoba mi się to, w jakim kierunku idzie teraz Nasza Księgarnia. To odkurzanie, archiwum przekopywanie, do tradycji sięganie, z tradycją zabawa, z tradycją igranie. Cieszę się z tej dwutorowości, z tego, że nisko kłaniają się klasykom, że honorują pracę naszych uznanych i największych, ale też z tego, że zapraszają nowych, by mieli szansę stać się klasykami. Trochę wyszła mi laurka, ale laurka ze szczerego serca.


*jakby ktoś nie wiedział, co to lajkry…  

piątek, 22 lipca 2016

339. EFEKT PUSZCZANIA OCZKA PRZY UŻYCIU OCZU

IZABELA MIKRUT
„OPOWIEM CI MAMO...CO ROBIĄ NARZĘDZIA”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2016
ILUSTROWAŁ DANIEL DE LATOUR

Słyszałam od kogoś tezę, że człowiek tym się różni od innych ssaków, że nie tylko potrafi używać narzędzi – to potrafią i inne gatunki – ale tym, że wymyśla te narzędzia. Wysyp marketów budowlanych zdaje się więc potwierdzać nasze człowieczeństwo. Lubię zanurzać rękę w misce pełnej ziarenek fasoli. Albo ryżu. Albo kaszy jaglanej. Ale lubię też, gdy moją dłoń opływają małe nakrętki. Albo śrubki. Dlatego, gdy idziemy do takiego marketu, zawsze wchodzę w tę alejkę, gdzie są na wagę. I nie mogę się powstrzymać, by nie wkładać ręki w niekończące się pudełka. Majka też. Fascynują ją śrubokręty, gwoździe, młotki i obcęgi. Mamy tego w domu jakieś pół tony. Bo Tata Majki wyznaje zasadę, że facet bez narzędzi jest nie dość męski. Zbiera je - śrubek nigdy nie może zabraknąć! Przeważnie jednak to zbieractwo kończy się tak, że zjedziemy do sklepu po jeden gwóźdź, bo akurat skończył się potrzebny rozmiar. Często Córka z Tatą siedzą razem przy rowerze. On naprawia, czyści, przykręca, odkręca, a ona asystuje. „Mogę?” - pyta i wyciąga z organizera kołki, pinezki, małe okrągłe cosie i jakieś grube wiertło do komenderowania całą reszta bajzlu. I bawi się – a to w dzieci na placu zabaw, a to w szkołę, a to w sobie tylko znaną zabawę. Narzędzia są jedną z najlepszych zabawek.
Podziwiam ludzi, którzy tymi narzędziami potrafią zrobić COŚ. Cokolwiek – półkę, otwór w ścianie, domek na drzewie. Fascynuje mnie stwarzanie, fascynuje przeobrażanie, fascynują ręce, które papierem ściernym oswajają kawałki drewna, fascynują zgrzyty, fascynują zetknięcia metalu z drewnem, fascynuje mnie, że w dłoniach można mieć taką moc!
Ale jak to się wszystko nazywa? Do czego służy? Co się robi tym, a co tamtym? Czym pomalować ścianę, czym pociąć deskę, a czym przekroić metal, czym zaszpachlować, a czym zagruntować? Co się przyda w łazience, co w ogrodzie?
Z pomocą przychodzi „Opowiem ci mamo… co robią narzędzia”. W tym przypadku pewnie obie musimy się podszkolić. Bo mimo że Majka zgrabnie przerzuca metalowe coś z ręki do ręki, że operuje tym drugim metalowym czymś równie doskonale, to nie jestem przekonana, że wiemy jak te narzędzia się nazywają. A już przekonana jestem na pewno, że nie używamy ich zgodnie z przeznaczeniem! Ale kilka podstawowych opanowałyśmy – odróżniamy wkrętak płaski od krzyżaka, coś tam wiemy o miarce i motyce, odkryłyśmy tajemnice, że klucze są nie tylko do zamków. Ale paca? Ale kielnia? Brzeszczot? Nitownica? Krajzega*?! Nagle dzięki tej książce dociera do mnie, że narzędzia są wszędzie – w każdym pomieszczeniu, w każdej przestrzeni! Używamy ich nie tylko do oczywistości – jak bez narzędzi zrobić stół albo naprawić zmywarkę czy auto? Ale czy ktoś łączy narzędzia ze słowem ogród? Czy przychodzą na myśl, gdy mowa o instrumentach (lutnik! Ileż on musi mieć narzędzi!!!)? Czy ktoś tak naprawdę zdaje sobie sprawę z tego, ile narzędzi potrzeba rzeźbiarzowi?
To kolejna, siódma już pozycja z serii. I jak zawsze najważniejszy nie jest tu tekst. Tekst jest właściwie poboczny, pomocniczy, jest rodzajem dodatku, zabawy, rodzajem quizu („Kto się trzyma kierownicy? Kto mknie w taczce po ulicy?”), zwraca uwagę na rzeczy nieoczywiste („Szczotka w strachu. Co za mina! Kogo drut ci przypomina?”), ale Izabela Mikrut, autorka, musi usunąć się w cień**, bo światła sceny są zarezerwowane dla Daniela de Latour. Uwielbiam jego kreskę, jego żarty, jego sposób rysowania oczu – to tylko kółko i kropka, a jednak od razu wiadomo, że ktoś się dziwi, a ktoś inny jest przestraszony. Daniel jest łaskawy, bo tymi oczyma obdarza wszystkie narzędzia, ale taki już jest hojny w tym względzie – zawsze. Dzięki temu jego rysunki są dowcipne i wesołkowate, a my oswajamy nawet piły, młoty i wyrzynarki.










*googlam – widziałam! Tylko nie wiedziałam, że to to!

** zresztą chyba wszyscy o tym wiedzą, skoro na okładce napisane jest „do rysunków wiersze napisała Izabela Mikrut” - znaczy każdy zna swoje miejsce...

czwartek, 21 lipca 2016

338. JEŚLI CHODZI O KARTONY

JAGA SŁOWIŃSKA|MOSS PAPERS|TASHKA
„KUCHNIA ŁAKOMEJ PANDY”
TASHKA, WARSZAWA 2015

Książeczki kartonowe są wszędzie. W księgarniach – oczywiste, w marketach, w kioskach, na poczcie, a czasem w sklepach budowlanych. Bo to takie książki, do których nie przywiązuje się wagi. „Bo to na chwilę”, „Bo i tak zniszczy”, „Bo zje”, „Bo to bardziej zabawka”, „Bo co on tam wyczyta z tej książki”… I tak dalej, i tym podobne. Zapominamy, że małe Dziecko na kartonach się wychowuje. Że to jego pierwsze własne książki. Bo Andersen za ciężki dla małych rączek, a z Grimmów mógłby powyrywać kartki… Trzeba troszkę się skulić, zmniejszyć i postawić się na miejscu Dziecka, co dostaje nagle w kawałku tektury cały świat. Książkę! Coś jak święty Graal albo inny skarb. Coś, co ma stać stać się jego codziennością. A tu straszy jakiś kot, co wygląda jak osioł, albo pies bez ogona, albo dziewczynka poskładana w programie graficznym z gotowych kółek i kresek. Nie narysowana. Nie zilustrowana. I jakiś głupawy tekst, zazwyczaj rymowany, bo przecież jakieś literki trzeba włożyć – Rodzice nie zapłacą ani grosza, jak w książce będą same obrazki!
Majka ma karton z kartonami. Ukryty głęboko pod łóżkiem. Bo zasadniczo już kartonów nie czyta. Ale czasem wyciąga i ogląda swoje „książki jak byłam mała”. I wciąż nie chce oddać niektórych tytułów – „na zawsze” sobie zostawia. „Łakomą pandę” oglądała z zachwytem. Ale jako, że to już nie ta ilość tekstu, odłożyła ją dość szybko. Nawet nie do swojego kartonu, bo to książka „jestem już za duża”. Bo mam niespodziankę. Bo jest tekst. I to w czterech językach – polskim, angielskim, francuskim i hiszpańskim! Tekst w punkt, tekst hasło, tekst jedno-słowo-czasem… Tekst zdecydowanie za krótki dla czterolatki. Ale wbrew pozorom układający się w historię, choć na pierwszy rzut oka tego nie widać. No bo „kruche fantazje”, no bo „w kuchni”, no bo „ciasteczkowi pomocnicy”… Jeśli nawet w czterech językach – co to ma być? Jakiś słownik? To przecież nie jest rymowane…
Ja też nie zauważyłam, że to historia. Myślałam – jest panda, jest łakoma (z tytułu to wywnioskowałam), więc można dać kilka słów, co się kojarzą z kuchnią – niebanalnych, owszem, ale oderwanych od siebie. I nagle przy setnym oglądaniu zobaczyłam, że to opowieść, że to historia, że to bajka, a może reportaż…
O pandzie, która leniwym popołudniem, leżąc na drzewie marzy o czymś słodkim, co połaskocze jej podniebienie, zaspokoi łakomstwo, dopieści wspomnienie obiadu… Ale – bez pracy nie ma kołaczy! Udaje się więc do kuchni i zaczyna przygotowywać coś pysznego. Bardzo szybko zakradają się tam pomocnicy – pewnie zwabił ich wyimaginowany zapach ciasteczek, pewnie takie samo łakomstwo, jakie zmusiło pandę do wyciągnięcia miksera i ubicia śmietanki...Żeby upiec coś pysznego, trzeba smakować – doprawić, dodać, domieszać. Bez tego nie wyjdzie pyszne, ale nie-pyszne, albo dobre zaledwie. A tu potrzeba przecież zadowolić łakomą pandę! Gdy przyjęcie jest już gotowe, przy stole słychać „pomruki zadowolenia”. Zrobiło się miło, przyjemnie, ze wspólnego gotowania wyszedł wspólny czas. Do ciasta zagrała muzyka i zrobiło się przyjęcie – samo z siebie! „Ale zabawa!”. Łasuchy zostały poskromione!
Ta książka jest absolutnie piękna! Pokazuje proces gotowania od niezwykłej strony – od myśli, od burczenia w brzuchu, od wyobrażenia smaku na języku! I absolutnie piękne i niezwykłe są ilustracje! Na pewno ten karton nie znajdzie nas na poczcie. Ani w markecie. Ani w sklepie budowlanym. Nie zaatakuje nas w spożywczaku, nie spadnie nam na głowę w mięsnym. To karton z wyższej półki, po który się trzeba wspiąć, to my musimy go znaleźć. Warto…
Na końcu bowiem chcę się podzielić sekretem – teraz mówię szeptem: tę książkę zamówiłam tak naprawdę dla siebie, pod pretekstem, że mam Dziecko. Bo nigdy, absolutnie nigdy nie jest się za dużym na TAKIE kartony!







wtorek, 19 lipca 2016

337. WIEZIEMY W DARZE

„RAZ, DWA, TRZY – PATRZYMY”
KONCEPCJA I OPRACOWANIE GRAFICZNE JOANNA BARTOSIK
WYDAWNICTWO WIDNOKRĄG, PIASECZNO 2016
PROJEKT ZOSTAŁ WYRÓŻNIONY W KONKURSIE TRZY/MAM/KSIĄŻKI, ZORGANIZOWANYM PRZEZ INSTYTUT KSIĄŻKI

Sięgam pamięcią do czasów, gdy Majka słuchała mojego czytania w brzuchu. Chodziłam do fantastycznej szkoły rodzenia. Jedne zajęcia nasza położna poświęciła kolorom. Trochę opowiadała o tym, że nasze Dziecko, gdy się urodzi, nie będzie nas dobrze widzieć. I trochę o czarnym-białym-czerwonym. Gdy Majka się rodziła, na półkach księgarnianych dopiero ustawiały się nieśmiało książeczki w trzech kolorach. Wydawcy nie byli przekonani, czy chwycą. Bo też koncepcja stymulacji wzroku niemowląt poprzez pokazywanie im trójkolorowych plansz dopiero kiełkowała. W internecie znalazłam wtedy multum obrazków do wydrukowania – na zagranicznych stronach. Drukowałam i wieszałam na poręczy majowego łóżeczka trójkolorowe kartki, a ona gapiła się na nie w zachwycie. Chwilę potem trójkolorowe (albo czarno-białe) książeczki weszły szturmem na rynek. Z pieskami, kotkami, grzechotkami, samochodami, kangurami… Coraz większa świadomość rodziców w zakresie rozwoju zmysłu wzroku sprawiła, że każde niemowlę czytające, ma w swoich zapasach choć jedną tego typu książeczkę.
„A widziałaś to? A to, a to, a tamto?” - dostaję wiadomości około północy. Połknęła bakcyla. Wypełnia koszyk w internetowej księgarni książkami dla Dzieci. Wykorzystuje chwilę między zaśnięciem Dziecka, a swoim pójściem spać, na szukanie najlepszych cen. Moja Bratowa.
Franek. Mój Bratanek. Urodził się dopiero co, a już ma osiem miesięcy. Szkolony do literatury od czasów prenatalnych. Trenowany na dobrego, karnego niewolnika książek. Moja furtka do twardostronicowych, których Majce już raczej nie kupuję.
Za kilka dni jedziemy do Franka. I wieziemy mu w darze coś pięknego. Wieziemy książeczkę. Z twardymi stronami. Bez tekstu, bo to dar tylko dla niego. Kolorową. Ale tylko w czterech barwach, bo wciąż warto na kontrastach ćwiczyć jego oczy. Twarz to najlepsza dziecięca zabawka i Dzieci uwielbiają twarze badać, przyglądać się im, obserwować. Dlatego Joanna Bartosik wszystkim kształtom w swojej książce dała twarze właśnie. Oczy, nosy, usta. Proste formy, dzięki którym słoneczko przestaje być nudne*, księżyc jest przyjacielem, a piesek zjadł uśmiechniętą kość i teraz śpi. To ważne, bo o ile maluch może nie rozróżniać jeszcze po konturach co jest kangurem, a co samolotem, o tyle będzie potrafił zinterpretować twarze – uśmiechy, zamyślenia, okulary (jeśli mama lub tata je noszą). Moim faworytem jest właśnie żółte zastawiające się jabłko w okularach! Widzę jeszcze jedną – całkiem prywatną, egoistyczną zaletę tej książki. Wyobrażam sobie, że Majka będzie Frankowi czytać. Bo o tych obrazkach samo się opowiada. A to, że krasnoludek nałożył dziś czerwoną czapeczkę, a od słońca wyszły mu piegi, a to, że pada deszcz i są błyskawice, ale pioruny też się cieszą, bo lubią sobie postrzelać, a to, że Pan Melonik pojechał do swojego kolegi Murzynka Bambo do Afryki i żeby chronić oczy przed silnym afrykańskim słońcem, musiał założyć ciemne okulary… Bla, bla, bla – można bez końca! Można, bo wszystko widać, czytelne jest i ładne takie, że jeszcze w ostatniej chwili mogę się rozmyślić i nie zapakować daru dla Franka do plecaka. Przekona mnie chyba tylko to Majko-Frankowe wspólne czytanie, żebyśmy ja i Bratowa mogły w spokoju buszować po półkach internetowych księgarni…










[W przygotowaniu kolejne dwie książeczki z serii!!!]


*trochę też te obrazki nawiązują do dziecięcego rysowania – Dzieci mają bowiem skłonność do graficznego personifikowania wszystkiego – stołu, krzeseł, pieska, kotka, samolotu…  

piątek, 15 lipca 2016

336. CO ZA GŁUPIA KSIĄŻKA!!!

ANNA CZERWIŃSKA-RYDEL
„ZDOBYĆ KORONĘ. OPOWIEŚĆ O JERZYM KUKUCZCE”
WYDAWNICTWO NA SZCZYT, GDAŃSK 2015
ILUSTROWAŁA MARIANNA OKLEJAK

Nie, właśnie że nie będę jej czytać! Przełykam głośno ślinę. 23 października 1989 roku w Katowicach mały Wojtek pyta mamę, czy tata zdąży wrócić na jego urodziny. Nie zdąży. Jest w Himalajach. Będzie myślał. Ale nie weźmie synka na ręce, nie podrzuci do chmur. Dotyka nieba tysiące kilometrów od Polski. Przełykam ślinę znów. I jeszcze. Bo przecież wiem, jak się kończy ta historia. Wiem, że tata za kilka chwil nie będzie już nawet myślał… Że po prostu nie wróci. Że w nocy z 23 na 24 października 1989 roku zginie, podczas wejścia na Lhotse. Zabawne – to był pierwszy z 14 szczytów korony, który zdobył. Po raz drugi próbował wejść nową, niezdobytą wówczas drogą.
Głupia ta książka! Głupi Kukuczka! - trzaskam okładką raz po raz, nie będę już czytała!
Jestem domolubna. Nie lubię przekraczać własnych granic komfortu. Nie lubię się sprawdzać. Nie lubię być niespokojna. Dlatego nie rozumiem sportowców. Szczególnie tych ekstremalnych. Tych, co spacerują po linie, tych, co nakładają windsuity, tych, co nurkują. Tak, wspinaczy też nie rozumiem. Po co? Te odmrożenia, te choroby wysokościowe, te niedotlenienia mózgu, te urwane oddechy, obrzęki płuc, te pękające liny, odczepiające się od butów raki, lawiny śnieżne i skrajne wyczerpania organizmu. Po co, skoro, czasem nad twoją głową przelatuje członek twojej ekipy i ginie, tak po prostu… Połowa, dwie trzecie (?) kolegów wymienionych w przypisach nie żyje… Po co, skoro, skrajnie wyczerpany Kukuczka dochodzi na szczyt, zostawia swoje ślady, dokumentację i zaraz schodzi, bez euforii, bez entuzjazmu, bez czucia. „Czy ty też tak masz, że jak wchodzisz na szczyt, to wcale nie odczuwasz euforii, a jak ktoś obok ciebie umiera, to wcale nie pogrążasz się w rozpaczy?” [s.90] – pytał Kukuczka kolegę… To po co? Tylko po to, by zaliczyć całą koronę ziemi, wszystkie 14 szczytów, które mają ponad 8 tysięcy metrów? Tylko po to?
„Góry są, więc trzeba je zdobyć. Tak po prostu. Nie ma w tym jakiejś wielkiej filozofii, czy metafizyki. A jednak to pragnienie ogarnia człowieka tak, że nie może zrobić nic innego, tylko wyruszyć znowu. Na kolejny szczyt...” [s.35]
Tę książkę czytało mi się jak w transie. Bo ja mnożyłam pytania, wątpliwości, a Kukuczka z każdą stroną odpowiadał na każde, oddalał zarzuty, bronił się przed oskarżeniami. Pytałam o to po co – on już ma gotową odpowiedź. „Szczyt zawsze działa na mnie jak magnes”.
Pytałam co z domem, co z Polską, co z dziećmi, co z „normalnym życiem”, a on się zastanawia, gdzie jest właściwie jego dom. Czy to Katowice, tam, gdzie Celina w mig parzy herbatę na kuchence gazowej, czy góry, tam, gdzie woda na jeden blaszany kubek parzy się czasem dwie godziny. Gdzie on był w domu? Co było jego ekstremum? Może to zwykłe życie w szarej rzeczywistości, w codzienności PRL, w mieszkaniu w bloku...
Dla mnie cichym bohaterem tej książki jest Celina, żona Jerzego. Zakochała się, po prostu się zakochała. Być może zakochała się nawet we wspinaczu. Albo może jej się tylko wydawało. Bo jak przywyknąć do ciągłych wyjazdów, do bezsennych nocy, gdy jego nie ma obok, gdy pod jego stopami oblodzona grań, a poniżej 8 tysięcy metrów przepaści? Ale nigdy nie narzekała. Rozumiała. Albo świetnie udawała. Czuła w powietrzu powiew śnieżnego powietrza i mówiła po prostu „jedź i wróć do mnie”. Nawet w ciąży, nawet z dzieckiem. Nawet z dwójką. Byłam zła na Kukuczkę, cierpiałam razem z jego rodziną – bo przecież cierpieli, prawda? Smuciłam się, miałam ochotę krzyczeć. Ale czy Kukuczka nie wspinający się, a tym samym niespełniony, byłby tym samym Kukuczką? Pewnie nie… Pewnie takiego nie dałoby się kochać...
Ale poza tym wszystkim, gdzieś między tym całym bólem, czułam wielki podziw. Dla pasji, dla determinacji, dla siły woli. Bo on po prostu chciał się wspinać. A to nie było takie wspinanie jak teraz – z tysiącem sklepów sportowych, ubraniami wielkich marek, wielkimi pieniędzmi i patentami na survival. Wtedy, w czasach głębokiego PRL, trzeba było najpierw w ogóle mieć pozwolenie na wyjazd z Polski. Pieniądze, jakie trzeba było mieć na wyprawę – nie wiem, być może porównywalne. Żeby wyjechać zdobyć pierwszy szczyt, Kukuczka malował kominy. Inaczej nie miałby szans na wyjazd. I miał zaprzyjaźnioną panią w spożywczaku, która odkładała puszki z mielonką. Inaczej skąd wziąć jedzenie na taką wyprawę? I samodzielne szycie strojów, zdobywanie gęsiego puchu, żeby wypchać kurtkę, dzierganie na drutach skarpet… I to w ilościach podwójnych, potrójnych, bo odpowiednimi ubraniami trzeba obdzielić tragarzy i przewodników. To zawsze część zapłaty. Ta książka o tym wszystkim mówi. Słowem – jak zawsze Czerwińska-Rydel weszła w rolę i opowiedziała historię Kukuczki doskonale. Te wszystkie noce w skalnych ścianach, odmrożenia palców u nóg, te nadludzkie trudy, głupotę wspinacza, który wspina się na szczyt bez oglądania się na konsekwencje. Bez upiększania. Bez kompromisów – jak to ona. Ale doskonale narysowała ją też Marianna Oklejak. Znamy ją z okrągłych twarzy, lekko dziecięcej, miękkiej kreski, trochę żartobliwej, z przymrużeniem ołówka… A tu musiała zilustrować nie tylko fabułę, musiała zderzyć się z prawdziwym życiem, z dokumentem. Przemyciła do tej książki fantastyczne rozwiązania. Moje dwa ukochane, to graficzne oznaczanie szczytów, które zdobył Kukuczka i zamknięcie książki – żyłem górami, w górach umarłem – jak można wpaść na tak genialny obraz tych słów?!...
Razem zdobyły swój własny ośmiotysięcznik tą książką.
„Zgadzam się więc na oddzielenie od domu i rodziny. Zgadzam się na wszystkie niebezpieczeństwa, które czyhają na mnie po drodze. Zgadzam się na wiatry, śniegi, lawiny i bezsenne noce gdzieś na grani. Zgadzam się na wysiłek przekraczający granice wytrzymałości. Zgadzam się na walkę. Zgadzam się. Nagroda, którą za to wszystko dostaję jest wielka. Jest nią radość życia.” [s.181]

Niby nie można uszczęśliwiać ludzi na siłę i skoro on się zgadza, to czemu ja takie drżenie serca w sobie czuję, czemu ta ślina raz po raz i czemu taka gula w gardle, że czasem nie mogę jej przełknąć? Piękna ta książka! Ale głupia, bo straszna! I trochę jak te szczyty, jak magnes – odpycham od siebie tę historię i wraca do mnie, wciąż i wciąż. Przeczytałam, myślę, szperam. I tak niepokojąco brzmi informacja, że Wojtek, który w godzinę śmierci ojca budzi się z koszmaru i woła tatę, wszedł później na Mount Everest...