Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

środa, 15 maja 2013

48.KSIĄŻKA JAK SKARB



JOANNA ROLIŃSKA
„ROZMOWY O DZIECIŃSTWIE”
G+J GRUNER+JAHR POLSKA, WARSZAWA 2013

Obtarte kolano, ale w ręku wielka kolorowa piłka.
Dźwięk odbijającej się od chodnika zabawki.
Głosy dzieci rzucających ją do siebie.
Słyszane nawet zza zamkniętego okna.
Gwar.
Śmiech.
I dużo radości.
Tak zapamiętałam to, co działo się w moim dzieciństwie. Jako ciąg biegów z przeszkodami i wielkiej satysfakcji, że jest się pierwszym na mecie. I że biegnie się zawsze z kimś. Z koleżanką, która ma kolorową wstążkę we włosach. Albo z kolegą, który jest najlepszy w kręconkę, mimo że to dziewczyńska zabawa.
Joanna Rolińska zapytała czternaście osób ze świata kultury i sztuki, jaki dźwięk ma ich dzieciństwo, jakie skojarzenie wywołuje słowo zabawa, kto pierwszy był na mecie w ich wyścigu.
Wyobrażam sobie zakłopotanie, które czuje Józef Hen, opowiadając, że pisał jako dziecko opowiadania do gazety – to była historia o meczu tenisowym, a on znał mecz tylko ze słyszenia, nigdy go nie widział i kazał w finalnej scenie mistrzostw grać mężczyźnie przeciwko kobiecie…
Wyobrażam sobie lekki uśmiech na twarzy Józefa Wilkonia na wspomnienie pierwszej skórzanej piłki, którą zobaczył w wieku szesnastu lat. A Wanda Chotomska na pewno śmieje się do rozpuku, wspominając swoją babcię, która przychodziła do niej bawić się w Czerwonego Kapturka – wilkiem była marchewka nabita na widelec, z dużym ogonem czyli natką – na końcu zabawy wilk zostawał pożarty. Marek Nowakowski pewnie z tęsknotą wspomina swoje zabawy w wypełnionych wodą gliniankach, z których największą nazywało się na podwórku Oceanią. A Maurycemu Gomulickiemu z kolei krzaki nadwiślańskie zamieniały się dżunglę, a jakiś plac budowy w marsjańskie miasto – gdy tylko do zabaw zaprosił wyobraźnię.
I widzę też zadumane spojrzenie Joanny Papuzińskiej, która opowiada jak na piąte urodziny dostała magiczną kredkę, która z jednej strony pisze na czerwono a z drugiej na niebiesko. A teraz z piórnika wysypują się mazaki z brokatem i gdy któryś spadnie i potoczy się poza zasięg rąk, to nie chce się schylać, bo oprócz czerwonego jest przecież jeszcze zielony, niebieski i złoty…
Urzekła mnie ta książka. Żadne inne słowa nie przychodzą do głowy, pouciekały, gdy z zachwytem przewracałam kartki. Cieszyłam oczy reprodukcjami starych pocztówek z motywem dzieciństwa z kolekcji Małgorzaty Baranowskiej. Cieszyłam oczy portretami rozmówców (autorstwa Ryszarda Kajzera). Dotykałam kredowego papieru. I miałam wrażenie, że czytam czyjś zeszyt sprzed lat. Taki, w którym zbierało się informację o ukochanej piosenkarce, albo wklejało obrazki ze zwierzętami. Obok pisało się notatki i obwodziło serduszkami, kwiatkami, szlaczkami. Takie zeszyty pęczniały i były największymi skarbami. Wyjmowanymi tylko wtedy, gdy miało się nowy wycinek z gazety, albo gdy przyszło jakiś święto. Albo żeby wzbudzić zazdrość w koleżance.
To dzieciństwo, które widać w tej książce to dzieciństwo dobre, mądre, szczęśliwe. Choć nie wolne od zagład i burz. Często wojenne, albo powojenne. Czasem PRLowskie. Okraszone śmierciami. Ale za to po brzegi wypełnione powietrzem, wyobraźnią i pewnością, że dzieci zawsze same muszą pokolorować swój świat. Nie pomagały w tym komputery, gry video i telewizja. Trzeba było w sobie znaleźć kolor niebieski na niebo. I mimo że, jak twierdzi Chotomska, dzieci nie uczyły się tyle, co dziś, że mniej zadawano im do domu, były inteligentniejsze, mądrzejsze, a przede wszystkim bardziej oczytane.
Bo to też książka o książkach – Rolińska pyta o ulubione tomy dzieciństwa, o to, czego książki nauczyły Joannę Szczepkowską, Janusza Szubera czy Sylwię Chutnik.
„Rozmowy o dzieciństwie” są dla mnie rozmowami o przeszłości, o świecie którego już nie ma, a który wywołuje dreszcz przyjemności w opowiadaczu i w słuchaczu. To dla mnie także książka-refleksja. O mijającym świecie, kłębku gumy do skakania i konfrontacji dzieciństwa podwórkowego z tym „przedmonitorowym”. Guma do skakania ewoluowała. Bo najpierw kupowało się w pasmanterii kawał białej gumy do majtek – na metry. Im dłuższa była, tym silniejszą się miało pozycję na podwórku. A potem nadeszły kolorowe gumy, zazwyczaj różowe, poprzetykane srebrnymi nitkami, które były krótkie, ale ładne. I znów kto inny miał władzę. Bo biała, długa guma stała się niemodna. Teraz wyglądam przez okno – w te kilka cieplejszych dni - zupełny brak dzieci na dworze. Trawniki otoczone wysokimi płotami, obok których jeszcze wyższy słup z tabliczką – przekreślony pies, piłka i rower. Przekreślony świat, którego już nigdy nie będzie. „Rozmowy o dzieciństwie” to taka ocalona pocztówka z najukochańszym widokiem, którą można wkleić do albumu, chociaż nadpalił jej się róg i nigdy już nie będzie można zobaczyć, czy w tym rogu świeciło słońce, czy płynęła chmura. 





[Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa G+J]


poniedziałek, 6 maja 2013

47.O NACISKANIU



HERVE TULLET
„NACIŚNIJ MNIE
(TŁ. MARTA TYCHMANOWICZ)
BABARYBA, WARSZAWA 2011
ILUSTROWAŁ HERVE TULLET

[Babaryba stawia na dwa końce kija – z jednej są ukochane książki z dzieciństwa, z drugiej premiery, które wprawiają w zdumienie]

Nie od dziś wiadomo, że Dzieci potrafią się bawić „byleczym”. Że ich ogromna wyobraźnia,  nieograniczona jeszcze normami społecznymi i konwencjami oraz naturalna chęć i radość zabawy sprawiają, że drewniana łyżka będzie najlepszym gryzakiem, a garnek, dołączony do tej łyżki, , najlepszą perkusją. Producenci zabawek prześcigają się w wymyślaniu skomplikowanych mechanizmów i nieistniejących dotąd kolorów, żeby stworzyć coś, co przyciągnie dziecięcą uwagę i rodzicielski portfel.
Ale tak naprawdę najlepsza jest prostota i wolność, którą daje się Dziecku. Doskonale rozumie to Tullet. Wyobrażam sobie, że przy tworzeniu swoich książek dla Dzieci, sięga pamięcią do swojego własnego dzieciństwa i szuka w nim kamyków, kapsli, kolorowych karteczek i kulek i przekłada je na język dzisiejszych Dzieci.
„Naciśnij mnie” była pierwsza i powinnyśmy ją czytać przed „Turlututu”, który jest już oczko wyżej – bardziej „ubajerzony”.
A tytuł „Naciśnij mnie” mówi wszystko. Bo liczy się pomysł: tych kilka kropek otwiera Dziecku inny świat – wystarczy namalować je w odpowiednim miejscu i dać do ręki czarodziejską moc, jakim jest wiara w Dziecko!
„Naciśnij mnie” jest porównywane do aplikacji na tabletach i innych tego typu gadżetów, ale ja jestem przekonana, że to jest raczej kawałek sznurka, z którego można zrobić przekładankę między dwoma dłońmi, to kamyk, który może być autem, albo patyk, któremu po włożeniu spódniczki z trawy możemy nadać imię.  
Majka już co nieco rozumie – naciska, potrząsa. Wniosek z tego, że „Naciśnij mnie” jest odwołaniem do dziecięcej ciekawości i aktywności, która drzemie w samym rdzeniu ludzkiego jestestwa. 





[Dziękujemy wydawnictwu Babaryba za możliwość powymachiwania własnym kijkiem]