Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

piątek, 30 marca 2018

495. LINDGREN TROCHĘ WYSTARCZA ZA WAKACJE


ASTRID LINDGREN
„DZIECI W WYSPY SALTKRÅKAN”
(TŁ. MARIA OLSZAŃSKA)
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA ILON WIKLAND

Za oknem szaro i smog. Dziś nawet zaczął sypać śnieg. Gdy stukam w klawiaturę komputera marzną mi koniuszki palców. Mam bladą skórę i zmęczoną głowę. Łykam witaminę D i tęsknię do jej nadprodukcji. Więc zagapiam się, zawyobraźniam i przenoszę się myślami do lata, do wakacji, do jakiegoś miejsca, w którym wszystko będzie „na tak”, nawet, jak będzie kapać na głowę ciepły letni deszcz.
Czy może być Saltkråkan? O tak! Od kilku dni marzę właśnie o wakacjach na tej małej szwedzkiej wyspie. A dlaczego? Bo czytamy z Majką Astrid Lindgren.
A na tę małą wyspę na Bałtyku wybrał się właśnie Melker Melkerson ze swoją rodziną czyli czwórką dzieci: najstarszą córką Malin, dwoma nastolatkami Johanem i Niklasem oraz najmłodszym w rodzinie, miłośnikiem wszelkich zwierząt – Pellem.
Dlaczego wybrał właśnie Saltkråkan? O, to przecież proste – dlatego, że podobała mu się nazwa! No bo czyż "słoną wronę" można tak po prostu zignorować? No przecież, że nie! Melker nigdy tam nie był („no przecież jadę teraz!”), ale zawierzył agentowi nieruchomości i wynajął na całe lato Zagrodę Stolarza. Jak inaczej mógłby się zachować nieco ekscentryczny, roztargniony, najbardziej dziecinny z całej piątki Melker Melkerson? Tylko tak! Ale to dobrze, rzekłabym nawet, że to najlepiej. Mogłoby się wydawać, że to nie będą dobre wakacje, bo piec nie chce się odpalić (ależ tu dymu!), bo jest zimno, mokro i wilgotno, bo kapie na głowę z dziurawego dachu, bo szyba w oknie jest wybita… Ale ta niezwykła wyspa oczarowuje wszystkich! Począwszy od Malin, która zachwyca się pięknem przyrody, poprzez Johana i Niklasa, którzy znajdują dość nietypowych jak na kilkunastoletnich chłopców, towarzyszy zabaw, skończywszy na Pellem, który może przebierać w zwierzakach, jak w ulęgałkach – pies (cudowny, absolutnie fantastyczny, wielki bernardyn Bosman!), kruk, jagnię, foka, a nawet robaki i osy. No i żaby w studni, bo owszem, w studni mieszkają żaby i trzeba uważać, żeby przypadkiem ich nie wypić!
I jest mała Tjorven, jedyna prawowita właścicielka Bosmana, która mieszka po sąsiedzku. To bratnia dusza „Lotty z ulicy Awanturników” – charakterna, mająca własne zdanie, słodka i kochana, ale potrafiąca też postanowić: „jestem zła!” - a wtedy najlepiej być gdzieś daleko, daleko…
To książka trudniejsza niż nasze ukochane ”Dzieci z Bullerbyn”. Widać to w warstwie językowej, ale też w emocjach, jakie towarzyszą bohaterom tej książki. To nie tylko radość, beztroska, miłość, zachwyt, ale też bardzo silne negatywne uczucia (kto nie czytał, nie chcę zdradzać fabuły, acz musi sobie przygotować chusteczki i odbyć żałobę). Nie wszyscy ludzie są tutaj dobrzy, nie wszyscy mają czyste serca. Momentami ta beztroska podszyta troską bezbrzeżną.
Ale, mimo wszystko!, tak mi dobrze na Saltkråkan... Tak lubię tu być, usiąść na pomoście, zwiesić nogi do wody i po prostu udawać, że nie ma świata. Podglądać pamiętnik Malin, która z takim zachwytem pisze o naturze i z taką miłością o swojej rodzinie. I o wszystkich nowych cudownych przyjaciołach, których rodzina Melkersonów poznała na wyspie. Rękę zanurzyć w futrze Bosmana, który na chwilę siądzie obok. Podsłuchać, jak cieszą się Johan i Niklas, którzy wracają z ryb z pełnymi garściami dorszy. Tęskno mi do lata, więc wskakuję w tę książkę na główkę, nurkując i oddychając pod jej kartkami. A i tak jedna z najpiękniejszych scen jest już na samym początku, gdy Melkersonowie dopiero wprowadzają się do Zagrody Stolarza, pada deszcz i nagle słychać odgłosy biegnących stóp. Niklas i Johan dopadają okna i widzą dwie dziewczyny, które wskakują do wody. Są trochę ludźmi, a trochę rybami, bo tak zżyły się z morzem, tak dobrze je znają, że bardzo możliwe, że w ich ciałach rozwijają się zaczątki skrzeli. „Nie zapomnij o mydle!” - przypomina jedna drugiej. I to jest ta scena, która prześladuje mnie w zimowych, zmarzniętych snach… Już bym chciała jak one, w letnim deszczu, letnią nocą kąpać się w Bałtyku. Na razie, czytam Astrid Lindgren. To trochę wystarcza za wakacje...






środa, 28 marca 2018

494.POJEDYNEK EMOCJI CZYLI STUDIUM DOJRZEWANIA W UJĘCIU HARD I SOFT


No bo to jest tak, jakby nagle ktoś walnął Cię obuchem w głowę. Albo z całej siły uderzył w brzuch, tak, że na kilka sekund tracisz oddech i jesteś pewien, że już nigdy nie wróci. Albo jak wyrwanie z najgłębszego snu, gdy nagle ktoś zrywa z ciebie kołdrę. I do tego pyta o tabliczkę mnożenia.
Gdzie jestem, kim jestem, jak tu się dostałem? Co teraz? Co właściwie mam robić dalej? Dużo myśli, pytań, żadnych odpowiedzi. Straszliwy ból. Czasem boli w duszy i nie pomaga ibuprom. A jeszcze trzeba chodzić do szkoły, zdrowo się odżywiać, samodoskonalić, rozwijać swoje pasje i zainteresowania oraz dbać o kondycję fizyczną…
Całe dojrzewanie!
A tu tyle problemów, dziwności, inności – jakby każdego dnia ktoś przemalowywał świat na inny kolor i trzeba było przywykać do niego na nowo. I nie ma próbnika kolorów. Jak się nie pogubić?
Można świat brać na wesoło, można na poważnie. Zależy, czy jest się Agnieszką Tyszką czy Joanną Jagiełło…

Na poważnie...
JOANNA JAGIEŁŁO
„JAK ZIARNKA PIASKU”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2018
PROJEKT OKŁADKI ASIA GWIS

Były jednakowe. Nieodróżnialne. Zawsze razem. Scalone ze sobą, zjednoczone, stopione. Nie bardzo wiedziały, gdzie zaczyna się jedna, a kończy druga. I tak od pierwszej klasy szkoły podstawowej, od momentu, gdy się rozpoznały. Anna i Nina. Dwie zwykłe dziewczynki w pierwszym dniu szkoły. Obydwie przestraszone i niepewne, obydwie wyobcowane. Ale tylko do momentu, gdy patrzą sobie w oczy, bo potem już wiedzą – mam ją, mam drugą połówkę, już nigdy nie będę samotna!
I tak właśnie było. Nawet, gdy Nina dostała się do liceum plastycznego, a Anna była tuż pod kreską i nie miała szans na odwołanie. Nawet wtedy, gdy ostatnie wakacje przed szkołą średnią się skończyły, a one miały zupełnie inny plan lekcji, inne zajęcia, inny program nauczania, innych kolegów w klasie, a ich drogi do szkoły biegły w przeciwnych kierunkach. To nic nie znaczy, prawda, Nino? Wciąż jesteśmy jednym i tym samym bijącym sercem. Wciąż znam Twoje myśli i wiem, co powiesz za chwilę.
Skoro tak, to dlaczego ja wciąż oddycham, a Ty już nie?
Dlaczego założyłaś na szyję sznur, narysowałaś sobie na policzku łezkę Arlekina i tak po prostu, całkiem zwyczajnie i brutalnie się powiesiłaś?
Co jest w Annie? Oprócz tego, co we wszystkich nastolatkach, oprócz tej banalnej burzy hormonów, która sprawia, że stają się mniej sobą niż powinni? Jest w niej tęsknota. Ktoś wyrwał jej pół ciała, pół serca, pół świata. Jest jej na świecie tylko część. I to bardzo boli, bo serce nigdy nie odrasta. No włosy mogą odrosnąć, skóra się zabliźnić, paznokcie pojawią się zupełnie nowe, ale to miejsce po drugim człowieku, to już zawsze będzie wyrwa. A oprócz tego Anna czuje złość i zawód. Bo jak to, Nino, do dnia naszych siedemnastych urodzin (tak, obie urodziły się dokładnie tego samego dnia), wierzyłam, że nic się nie zmieniło i nadal wiem, co masz w głowie. A okazuje się, że była naiwna, że wierzyła w jednorożce i wróżki, że najwidoczniej Nina już się przyjaźniła się z nią tak bardzo, jak ona z Niną.
Zawód, szok, tęsknota, złość, histeria, smutek, niedowierzanie, ból i poczucie winy, że nie zauważyła w porę, co się dzieje z najbliższą jej osobą – jak to wszystko pomieścić w jednej, siedemnastoletniej dziewczynie? I to takiej, której mama jest zasadnicza, zimna, oschła, nie wierząca w uczucia i twierdząca, że żałobę najlepiej potraktować dużą dawką pracy – jakiejkolwiek, byle pożytecznej, bo przestanie się myśleć o głupotach?
Anna nie odpuszcza. Musi dowiedzieć się, co się właściwie stało, dlaczego Nina w stroju Arlekina poszła do lasu, starannie wybrała drzewo i zarzuciła pętlę.
Anna przenosi się do plastyka i zaczyna śledztwo. Idzie po śladach Niny, staje się poniekąd nią… To dwie wersje tej samej historii. Nieprzypadkowo dziewczyny urodziły się tego samego dnia, obydwie mają talent plastyczny i myślą podobnie. Są jakby jedną osobą, tylko rozdzieloną na dwa losy. Jednej Joanna Jagiełło dała przeżyć, jedną ocaliła, żeby niosła świadectwo…
To książka, którą czytałam długo w noc, struchlała ze strachu, przerażona, zapłakana. Jest tu nienawiść, przemoc, wykorzystywanie seksualne, narkotyki. Jest ta typowa niepewność siebie nastoletnich dziewczyn, które tak rozpaczliwie szukają akceptacji, że przestają widzieć świat takim, jakim jest naprawdę. Mam do tej książki przerażający soundtrack: „Na ucho” śpiewa mi Kasia Nosowska. I wciąż, jak pętlę słyszę te wersy:
znam ich córki
które dla ciepłego słowa
pozwalają rozpruwać swą
niewinność na parapetach
nocnych klubów”
Nina i Anna nie są z patologicznych rodzin. Przyzwyczailiśmy się myśleć, że tylko takie spotykają nieszczęścia. One po prostu są zwykłymi nastolatkami, między dziecięcością a dorosłością, jedną nogą w ogromnym świecie odpowiedzialności za siebie i innych, a drugą jeszcze w tym, gdy ktoś zawsze łapał je, gdy upadały, odsuwał rękę od ognia, wyjmował z dłoni ostry nóż. Drżę cała i myślę o swojej córce, która będzie w tym samym punkcie szybciej, niż się spodziewam. Bardzo, bardzo potrzebne są takie książki! Mocne, dosadne, prawdziwe… Może jest szansa, że któraś z nastolatek takiej książki się uchwyci i nie pójdzie ze sznurem do lasu?



Trochę mniej...
AGNIESZKA TYSZKA
„SIOSTRY PANCERNE I PIES”
AKAPIT PRESS, ŁÓDŹ 2018
PROJEKT OKŁADKI AGATA DUDEK

Ile może być sióstr pancernych? Głupia zagadka, bo zbyt prosta. Oczywiście, że cztery! Jak inaczej?! Georginia, Róża, Jaśmina i Hortensja. Pancerne oczywiście. I oczywiście, że pies. Bo jak inaczej?! Pies Paproch, zwany też Paprociem. Jest niezbyt duży, troszkę zaniedbany dom, który trzeba czyścić wyłącznie naturalnymi środkami, nie mającymi negatywnego wpływu na środowisko, eko-żarcie w lodówce, mama i tata, którego właściwie to bardziej nie ma niż jest, bo zarabia na swoje pięć kobiet (i psa!) grając w orkiestrze na statku dalekomorskim. No i dwie babcie – jedna wiecznie zajęta, bo robi karierę, a druga wiecznie zajęta, bo pobożna i zamiast pomóc czasem przy dzieciach, woli się za nie pomodlić. Istny, totalny, absolutny bałagan, biorąc pod uwagę także to, że siostry są reprezentantkami wieku od przedszkolnego do średnioszkolnego, że Róża chce iść na artystyczną uczelnię, interesuje się teatrem, sztukami plastycznymi i Jeremim, że Teśka jest totalną, absolutną gapą z „dziurawymi rękami”, wszystko gui i o wszystkim zapomina, że Gienia ma dopiero kilka lat i szósty zmysł (czasem aż dreszcz przechodzi, gdy okazuje się, że wie wszystko to, co ktoś sobie pomyśli), a Jaśka jest właśnie w chwili, gdy „wszystko jest beznadziejne!”. I do tego Paporch właśnie zachorował. Poważnie. I wymiotuje i ma biegunkę I śmierdzi. I oczywiście na nic nie ma pieniędzy. A teraz jeszcze bardziej nie ma, skoro trzeba wydawać kasę na leczenie tego głupiego, starego kundla! A jeszcze tego dnia Paproch zeżarł korektor Jaśminy do twarzy, więc nie ma nawet czym zamaskować pryszczy! Naj-go-rzej! I jeszcze matma! I nauczycielka, co się uwzięła. I tanie kalosze, które kupiła jej mama, a w których przecież nie można pokazać się światu (a koleżankom w szczególności). Więc trzeba iść do szkoły w starych trampkach – mimo że mają dziurę i chociaż jest deszcz. I najlepsza przyjaciółka, która ma kupę kasy i uwielbia shopping, ma najpiękniejsza torbę (z Barcelony!) chyba właśnie znalazła sobie nową najlepszą przyjaciółkę… Jak żyć? Jak w ogóle można żyć? Jaśka co chwilę wybucha. Czasem płaczem, rzadko, bardzo rzadko śmiechem, najczęściej złością. Rani wszystkich dookoła i wkurza się jeszcze bardziej, gdy wszyscy są dla niej tacy wyrozumiali. Świat jest do de! Wszystko jest do de! Chciałoby się położyć w ciemnym pokoju i przestać być. A trzeba przypilnować młodszych sióstr i posprzątać kupę psa!
Co jest siłą tej książki? Prawda i uśmiech. We wszystkich czterech siostrach widać stadium rozwoju człowieka – od poczwarki (Gienka) do pięknego motyla (Róża). Widać problemy poszczególnych etapów, choć oczywiście Jaśka przoduje, bo jest w wieku, gdy problemów jest najwięcej – wręcz cała masa! Te problemy rozbłyskają, wybuchają, a potem spalają się i znikają. Ale zanim znikną to sieją spustoszenie. A Jaśka – jak to nastolatka, nie umie poradzić sobie z tymi wybuchami i co rusz się parzy, lawirując dość niezgrabnie między odłamkami.
Ale ma coś, czego może nie docenia, ale co jest jej największym darem od losu. Ma coś, co wydaje się oczywiste, ale gdy pojawia się wizja, że tego zabraknie, nagle już tak oczywiste być przestaje. Coś, o co chce walczyć, jak czterej pancerni i pies, choć przeważnie sobie tego nie uświadamia. To coś to jej rodzina! Z rozlicznymi wadami, nieidealna, hałaśliwa, bałaganiarska, czasem tak męcząca, że chciałoby się ją wystrzelić w kosmos (albo siebie!), wtykająca wszędzie nos (trzy nosy sióstr, jeden mamy i mokry nos psa na dodatek!), wymagająca, stawiająca warunki, powierzająca obowiązki (posprzątać tę straszną, okropną łazienkę, której absolutnie nie da się domyć octem i sodą oczyszczoną!), ale najkochańsza, jedyna w swoim rodzaju, słuchająca, uważna, zawsze z otwartymi ramionami, pobłażającą, tolerancyjna wobec obelg, krzyków, łez i wszystkich tych słów, które się mówi, choć tak naprawdę absolutnie nie chciało się ich powiedzieć, wybaczająca, szczera, po prostu pancerna!
I owszem, rodzina Borejków ma się dobrze, wciąż przeżywa nowe przygody, przekształca się, przeobraża i wciąż jest najbardziej znaną książkową rodziną w Polsce, ale rodzina Pancernych na pewno by się z Borejkami zaprzyjaźniła, wymieniła przepisami na ekologiczne, zdrowe dania, opiniami na temat „Cierpień młodego Wertera”, adresami najlepszych ciucholandów w mieście, żarcikami słownymi i upodobaniem do słownych gier i tą niesamowitą pozytywną energią, która jest w obydwu tych rodzinach. To się chyba nazywa miłość po prostu…?





poniedziałek, 26 marca 2018

493.DRZEWO GENEALOGICZNE CZEREŚNIA


ANGELA NANETTI
„MÓJ DZIADEK BYŁ DRZEWEM CZEREŚNIOWYM”
(TŁ. JAROSŁAW MIKOŁAJEWSKI I MAGDALENA MIKOŁAJEWSKA)
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA ANASTAZJA STEFURAK

Chłopiec, o którym chcę dziś opowiedzieć, ma pełną rodzinę. Tuż nad nim w drzewie genealogicznym jest mama i tata. A oni mają swoich mamę i tatę. Tata ma statecznych, wypielęgnowanych, usztywnionych, zapiętych po szyję, „miejskich” Antoninę i Ludwika. Na portretach babcia Antonina często jest malowana z okropnym, paskudnym psem Floppym. „Pies jest dla nich ważniejszy od dziecka” - mawia mama chłopca. I faktycznie, choć mieszkają tuż obok, w tym samym bloku, to wolą wychodzić na spacer z psem niż bawić się z małym chłopcem…
Ale jest też druga strona drzewa genealogicznego, po której, tuż nad głową mamy, stoją Oktawian i Teodora. To jak lustrzane odbicie Antoniny i Ludwika – niedoskonali fizycznie, w starych ciuchach, ale uśmiechnięci i cieszący się życiem ludzie, którzy mieszkają na wsi, hodują zwierzęta, do portretów mogliby pozować co najwyżej z drobiem, który babcia Teodora kocha ponad wszystko i którzy uwielbiają, gdy w ich starym domu z duszą pojawia się wnuczek. Cała wyobraźnia, jaką mają, zaczyna wtedy buzować, gotować się i kipieć. A chłopiec czuje się w ich domu tak, jak powinno czuć się z dziadkami każde dziecko o szczęśliwym dzieciństwie. Gdyby ich malować, to gdzieś w tle na pewno pojawiłaby się czereśnia. Gdy urodziła się mama chłopca, dziadek Oktawian pojechał na targ i kupił złote kolczyki dla swojej żony i drzewko czereśniowe dla swojej córki. I je zasadził w ogrodzie i nazwał Felicją, tak, jak swoją córkę. Ale, gdy babcia zwróciła mu uwagę, że drzewo to rodzaj męski, czereśnia została Felicjanem. I od razu weszła do rodziny. A jaka była najpiękniejsza zabawa mamy Felicji, gdy była dzieckiem? Wchodzenie na drzewo i wymyślanie historii. Tylko teraz trochę o tym zapomniała. Bo przeprowadziła się do miasta, bo ma swoją rodzinę i teściów, którzy nie pochwalają takich zachowań, bo musi być teraz stateczna, zapięta po szyję i trochę się chyba wstydzi swoich rodziców. A oni nie zapomnieli, jak się wchodzi na drzewo, łapie ryby i opowiadają w towarzystwie, że babcia się kładzie na jajkach i je wysiaduje. A potem zaśmiewają się do rozpuku. I są ciepli, serdeczni, życzliwi, prawdziwi, nie-papierowi. Dlatego najpiękniejszą zabawą małego chłopca też jest wspinanie się na drzewo… I tak strasznie żałuje, że z tymi dziadkami może spotykać się tylko raz w tygodniu, w sobotę.
A gdyby wiedział, że tak całkiem, całkiem niedługo babcia Teodora przestanie chodzić, bo nie będzie już miała siły, a potem położy się do łóżka i któregoś dnia już nawet nie otworzy oczu, to pewnie te wizyty byłyby częstsze. Ale tak łatwo dajemy wiarę temu, że jesteśmy nieśmiertelni…
Ta książka jest zawsze wymieniania w rankingach typu „10 książek dla dzieci o śmierci”. I choć wiem, że owszem, ta książka jest o śmierci, bo jest tu jej bardzo wiele i bardzo smutnej – że odchodzi ukochana Babcia i wali się świat. I trzeba go na nowo odbudować z klocków codzienności, które jakoś nie chcą prosto stać. Że ukochany dziadek choruje i z tym też trzeba jakoś wstać na nogi i chodzić po świecie. Ale dla mnie to książka o miłości. Tak najbardziej. O tym, jak dziadek może kochać wnuka, jak może nagle stać się całym światem, jak nie robiąc nic nadzwyczajnego, po prostu kochając, kształtuje małego chłopca i czyni go wartościowym człowiekiem.
To drzewo, ta czereśnia, pojawia się tam nie przypadkiem. Gdyby zapytać o symbole beztroskiego dzieciństwa, to pewnie wspinanie się na drzewo pojawiłoby się w pierwszej dziesiątce, pomiędzy skakaniem na skakance, bieganiem, pływaniem w jeziorze i paleniem ogniska. Ale to też symbol rodziny, jej siły, jej piękna, jej wzrostu, jej umacniania się, jej kontaktów i bycia razem. Nie można odciąć się od swoich korzeni bezkarnie. Zawsze pozostanie wtedy krwawiące sokiem miejsce. No i zbieranie owoców – to, co posiejesz, to zbierzesz, to jakie wartości przekażesz dziecku, takim będzie dorosłym… Nieprzypadkowo w tej książce drzewo ma imię. Nieprzypadkowo dziadek, który stracił ukochaną żonę i który musi się nauczyć chodzić, mówić, patrzeć, przełykać, oddychać bez niej, w pewną szczególnie zimną noc idzie do ogrodu i podtrzymuje ogień, żeby ogrzać Felicjana. Sam niemal zamarzając. Dba o to, co jeszcze mu zostało...
Brak mi słów. Cóż mam tu pozostawić w zamian? Wielką słoną łzę wzruszenia, której już naprawdę nie dało się przełknąć i spadła na papier?
Bo są książki tak piękne, że lepiej się o nich milczy. Albo lepiej się je ilustruje. Oczywiście, gdy ma się tak wielki talent, wrażliwość, uważność i wyczucie, jak Anastazja Stefurak. To dla mnie fenomen, jak doskonale poczuła ten tekst, jakby napisała go sama, tylko obrazami. To niesamowite, że można tak mocno, tak wyraźnie i dokładnie poczuć to, co myśli druga osoba – w tym wypadku autor. Myślę, że gdyby autorka sama ilustrowała swoje książki, to nie zrobiłaby tego inaczej, niż właśnie tak. Ja dokładnie tak tę książkę rozumiem, tak, jak pokazała ją Stefurak – jak mieszaninę tęsknoty, strachu, złości, niepewności, ale też niewyobrażalnej radości i piękna. Mówić o obrazach? To trochę jak eufemizm...
Więc ja tu sobie siądę i po prostu popatrzę...






sobota, 24 marca 2018

492.PODZIĘKOWANIA DLA DZIECI MARTY GUZOWSKIEJ

MARTA GUZOWSKA
„DETEKTYWI Z TAJEMNEJ 5. ZAGADKA ZAGINIONEJ KAMEI”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA AGATA RACZYŃSKA

Leżymy w łóżku u Majki w pokoju. Już po czytaniu, po buziakach, po przytulasach, po zwyczajowym „Mamo, pić!”. Ona pachnąca kąpielą, z mokrymi końcówkami włosów, które zawsze jakoś wymykają się gumce, na granicy snu i jawy, tuż, tuż przed tym, jak wymknę się z jej sypialni, na paluszkach, żeby jej nie obudzić. To ostatni moment przytomności, świadomości, ostatni moment dnia, gdy jesteśmy jeszcze razem – za chwilę pójdzie tam, gdzie ja nie mam wstępu. I nagle z prawie śpiących ust wydobywa się głos: „Mamo, a opowiedz mi bajkę! Albo najlepiej coś z Twojego dzieciństwa. Albo historię jakąś trochę zmyśloną, a trochę nie.”
Hmmmm…
A co, jeśli taką mamą jest Marta Guzowska, autorka powieści kryminalnych dla dorosłych? Wtedy powstaje książka dla dzieci. No bo racja! Dlaczego mama pisze dla dużych, a dla małych to już nie? Dlaczego tylko duzi mogą się cieszyć rozwiązywaniem zagadek kryminalnych, śledztwami i kształtem lupy w kieszeni, a mali to już nie? Wyraźna prośba dziecka: „Mamo, napisz dla mnie książkę” i Marta Guzowska popełnia kryminał dla dzieci.
Bardzo, bardzo udany kryminał.
Ale po kolei.
Bo zanim będzie śledztwo, detektywi, lupa i zdejmowanie odcisków palców, to musi być zbrodnia!
No i jest! A właściwie jeszcze wcześniej jest winda i Piotrek zjeżdżający tą windą na dół, trzymający za rękę swoją pięcioletnią siostrę Jagę. W plecaku Piotrek niesie też swojego szczura Sherlocka. I w tej samej windzie jest Anka, która od dwóch dni chodzi do tej samej klasy, co Piotrek, a na dodatek zamieszkała na tym samym piętrze w tym samym bloku. Piotrek z Jagą idą do babci, która mieszka w kamienicy za rogiem. Ich mama pisze doktorat i nie może się skupić, bo Jaga to nadzwyczaj dociekliwa osóbka i ciągle, absolutnie bez przerwy, zadaje jakieś pytania. A u babci jest fajnie, bo zawsze jest kompot i jakieś ciastka… Piotrek zagaduje Ankę i nagle, zupełnie niespodziewanie, we trójkę (we czwórkę licząc Sherlocka), zmierzają do domu babci.
Ale tym razem u babci nie jest tak jak zwykle. Nie ma ciepłego przyjęcia i ciepłego ciasta. Są zaryglowane drzwi (choć przecież babcia nigdy tego nie robi!) i chusteczka, którą babcia ociera łzy. Bo zaginęła kamea!
Co to jest kamea? - zapytałaby teraz Jaga, gdyby tylko siedziała obok mnie. Kamea to klejnot wyrzeźbiony w kamieniu. I babcia miała taką jedną, przepiękną i bardzo cenną, która zawsze leżała w tym samym miejscu – w grubej popielniczce z kryształu. Teraz popielniczka jest pusta, a babcia roztrzęsiona, bo na pewno kameę ktoś ukradł! A kto? O, podejrzanych jest aż trzech! I choć wydaje się na pierwszy rzut oka, że żaden nie miał motywu, to każdy miał sposobność i możliwość kradzieży, a jak wiadomo „okazja czyni złodzieja”.
Ale zanim babcia wezwie policję, Anka i Piotrek postanawiają przyjrzeć się sprawie.
„Wyjął z plecaka latarkę i lupę.
-Zawsze masz przy sobie taki sprzęt? - zainteresowała się Anka.
-Zawsze. Nie wiadomo, kiedy się może przydać.” [s.49]
Rozpoczyna się najprawdziwsze śledztwo, choć zdecydowanie 18-. Nie znaczy to jednak, że jest pozbawione dreszczyku emocji, ekscytacji i dedukcji. Okazuje się, że aby rozwiązać kryminalną zagadkę, nie trzeba mieć munduru policjanta, ani czapki detektywa. Wystarczy po prostu logicznie myśleć, obserwować, pytać, słuchać odpowiedzi i wyciągać wnioski. A w tym dzieci są przecież mistrzami, prawda?
Co do tego, że dzieciaki będą miały frajdę z czytania tej książki, nie mam w ogóle wątpliwości. I chociaż to powieść, którą pewnie będą czytać już samodzielnie, to na pewno znajdą się tacy, którzy poproszą o jej przeczytanie rodziców. I co wtedy, czy rodzic nie będzie się nudził? Dlatego zdradzę tu tajemnicę – owszem, zagadka została rozwiązana. I owszem, ja, dorosła, tak, jak w najlepszych dorosłych kryminałach do końca nie wiedziałam „kto ukradł” i zakończenie mnie mocno zaskoczyło!  
No i babcia! Babcia jest mistrzynią świata! To babcia uważna na potrzeby swoich wnuków, ale babcia, która nie zapomina dbać o siebie – uwielbia czytać, znacznie bardziej niż gotować, więc w kuchni ma kanapę, na której wygodnie się układa i czyta książki. No i lubi szczury! Nie ucieka z krzykiem na widok Sherlocka, a wręcz przeciwnie – ma dla niego w lodówce przygotowane marcheweczki.
To, co mnie jeszcze ujęło w tej książce to ilustracje. Baaaardzo lubię kreskę Agaty Raczyńskiej, to ilustracje wywołujące we mnie same ciepłe i pozytywne skojarzenia. To ilustracje w pewien sposób staroświeckie, ale to nie jest zarzut – wręcz przeciwnie, bo takie rysunki: delikatne, bez udziwnień, po prostu ładne (nawet bardzo!), czasami zrobić najtrudniej. To w tej prostocie ta siła (i trudność!).
W tym miejscu chyba należałoby podziękować. Więc dziękuję dzieciom Marty Guzowskiej, że głośno, wyraźnie i dobitnie zażyczyły sobie od swojej mamy kryminału dla dzieci. Dziękuję, że powiedziały „Mamo, a opowiesz mi jakąś historię?”. Dzięki nim mamy fajny kryminał dla dzieci. I z niecierpliwością (ja dorosła!) czekam na kolejne przygody Piotrka, Anki i Jagi (mam nadzieję, że choć na chwilę pojawi się też babcia), w „Zagadce grobu wampira”, który (hurrra!) jest zapowiedziany wewnątrz tej części.









środa, 21 marca 2018

491. DWADZIEŚCIA JEDEN


GUSTI
„MALLKO I TATA”
(TŁ. TOMASZ PINDEL)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁ AUTOR

Ludzie pytają ciężarne kobiety zawsze o to samo: „jak się czujesz?”, „kiedy termin”, „co byś wolała – dziewczynkę czy chłopca?”. Ja zwykle odpowiadałam, że „obojętnie, byle było zdrowe”. To nie są moje słowa. To słowa dyżurne, wyuczone, słowa podręczne, które ma się zawsze w kieszeni i wyciąga w takiej sytuacji, słowa-mantra, słowa-zaklęcie, słowa jedyne właściwe, które nie wyrażają uczuć, a mają za zadanie zaczarować rzeczywistość. Nie tylko ja tak mówiłam, właściwie nie myśląc o prawdziwej odpowiedzi. Mówi tak miliony kobiet i mężczyzn na świecie – pewnie nawet w tej chwili wiele ust wypowiada dokładnie te słowa.
No więc… byle było zdrowe. Tylko, że czasami nie jest.
Czasami ma dodatkowy chromosom – chromosom 21. Co się wtedy dzieje? Migdałowate oczy, prosta, pojedyncza bruzda na dłoni, krótkie kończyny, osłabione napięcie mięśniowe, podatność na choroby serca i płuc, niepełnosprawność intelektualna, oczopląs, zez, zaburzenia słuchu, wady przewodu pokarmowego, wady kośćca… można tak wymieniać i wymieniać. Gdzieś tam jest koniec, ale nim się do niego dotrze, jest tyle do pokonania, że właściwie to jakby go nie było…
Gusti prosił w swoim życiu o pewną ważną rzecz – chciał doświadczyć bezwarunkowej miłości – nie letniej, nie zimnej, nie takiej „może, nie jestem pewien, chyba”. Tylko z perspektywy czasu mówi: „trzeba uważać, o co się prosi”. Bo chciał to dostał. Ale „miłość bezwarunkowa” nie znaczy „miłość łatwa”. Wydaje się, że skoro nie stawia warunków, to musi być oczywista i przychodzi bez wysiłku. Ale potem na Twojej drodze staje Twoje dziecko. I okazuje się, że ma charakterystyczną płaską twarz. I już wiesz – to zespół Downa…
Co się wtedy dzieje w człowieku? Wzdrygam się, przypominając sobie to swoje desperackie, błagalne, proszalne „byle było zdrowe”… Wzdrygam się, bo moje było… Wzdrygam się, bo czasem nie jest…
Mallko nie był.
Malko, gdy się urodził „zaatakował mój zamek ze wszystkich sił, cała swoją armią!” - opowiada Gusti, autor przepięknego, poruszającego picturebooka.
To książka o jego synu, o nim i o Downie. O jego żonie, o jej synu i o Downie. O jego drugim, starszym dziecku, jego bracie i o Downie. O czymś, o czym ludzie wolą milczeć, a o czym przecież milczeć się nie da. Bo jest, bo widać, bo trzeba nauczyć się jak patrzeć na osoby z zespołem Downa, jak z nimi rozmawiać, jak ich słuchać, jak z nimi być, żyć, pracować, jak je kochać…
Ta książka jest mocna. Jak uderzenie pięścią w splot słoneczny. Przez chwilę brakuje ci tchu, potem ryczysz, potem zastanawiasz się dlaczego dostałeś taki cios, jeszcze potem czujesz złość, a na końcu przechodzi. Gusti mówi całą prawdę i tylko prawdę. Bez szeleszczącego złotego papierka, który jest ładny, ładnie błyszczy i ładnie ukrywa wstydliwe oczywistości.
Gdy Mallko się urodził Gusti go nie zaakceptował! Tak zwyczajnie, po ludzku. Przeszedł te wszystkie etapy – dlaczego ja? dlaczego on? co teraz będzie? nie chcę go! chcę go wymienić! Oburzające? Okrutne? Nie… ludzkie. Tylko jesteśmy zbyt „dobrze wychowani”, żeby przyznać się, że takie myśli mogą pojawić się w głowie świeżo upieczonego ojca. Masz kochać i już! - tak rozkazujemy, stojąc z boku i głaszcząc foremne główki naszych zdrowych dzieci. Tylko jak pokochać Downa w swoim dziecku?
Gusti bronił się przed tym, aż jego starszy syn, lat osiem, powiedział: „A co mnie obchodzi, czy jest zielony, czerwony czy niebieski, posrebrzany i kudłaty czy niski i grubiutki. Dla mnie zawsze będzie moim najlepszym braciszkiem”. Teraz ma lat 14 i zdania nie zmienił. Ojciec zmienił je tylko raz – na lepsze. Właśnie wtedy, gdy usłyszał te ważne słowa od Theo. Być może, żeby zacząć kochać swojego młodszego syna całą miłością, jaką posiadał, potrzebował wiedzieć, że ktoś inny już go akceptuje takim, jakim jest?
Ta książka to pamiętnik – wiele tu haseł, przemyśleń, oczywiście wiele grafik (Gusti jest artystą grafikiem) – wymownych, symbolicznych, ważnych. Czasem są zapisy rozmów, innym razem zabaw. Jest strach, ból, nuda, irytacja, podwójny(!), potrójny(!!), poczwórny(!!!) wysiłek, który trzeba włożyć w wychowanie dziecka z zespołem Downa (w porównaniu z wychowaniem dziecka zdrowego). Ale jest też przeogromna, bezgraniczna, fascynująca radość. Taka z codzienności. Z tego, że Mallko lubi rysować i narysował samochód z czterema kołami, że chodzi do szkoły (gdzie co prawda ciągnie czasem kogoś za włosy…), że lubi się przytulać, że pomaga woźnemu myć podwórko, że uwielbia być blisko (genialna scena w toalecie!!!)… „Chciałem mieć zdrowe, normalne dziecko. Normalne? Co to właściwie znaczy?” - zastanawia się Gusti. I ja też, razem z nim. Bo czytam/oglądam ten niezwyczajny duet i widzę w Mallku zachowania każdego pięcio-, sześciolatka. Takiego, który chromosomów ma prawidłową ilość. To samo „nie!” - pozornie bez powodu, to samo ganianie za gołębiami do upadłego, to samo ustalanie własnych zasad w każdej grze i zabawie (niekoniecznie wytłumaczalnych dla innych), to samo pragnienie nieustannej zabawy. I ta sama potrzeba miłości. BEZWARUNKOWEJ.
Podziwiam Gustiego za to, że odważył się narysować, napisać, a potem pokazać światu taki pamiętnik. Że nie powiedział: „jest pięknie, niech każdy sprawi sobie dziecko z zespołem Downa, bo opieka nad nim to nic trudnego i od razu zakochujesz się w tych oczach z opadającymi powiekami!”. Nie mówi bzdur – wali prawdą między oczy! Ale jednocześnie pokazuje jak pięknie może wyglądać relacja ojciec-syn. Nie dziwię się, że ta książka dostała Nagrodę główną BolognaRagazzi Award 2016 w kategorii książek o niepełnosprawności. Nie wyobrażam sobie piękniejszej, bardziej szczerej, bardziej wzruszającej książki na ten temat. Gusti – kłaniam Ci się nisko…













[Ważna informacja – w Polsce dochód ze sprzedaży książki zostanie przekazany na rzecz podopiecznych Stowarzyszenia Rodzin i Opiekunów Osób z Zespołem Downa „Bardziej Kochani”.]

czwartek, 15 marca 2018

490. ZNOWU TO ZROBILI!!!


MARCIN WICHA
„NIEZWYKŁA HISTORIA SEBASTIANA VAN PIRKA”
SERIA POCZYTAJ ZE MNĄ. BIOGRAFIA
LITERACKIE EGMONT, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA DOMINIKA CZERNIAK-CHOJNACKA

JUSTYNA BEDNAREK
„TROPEM JEŹDŹCA NA SŁONIU”
SERIA POCZYTAJ ZE MNĄ. DZIENNIK
LITERACKIE EGMONT, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA KATARZYNA TRZESZCZKOWSKA

ZOFIA STANECKA
„GDY PADA DESZCZ. WIZYTA GOBLINÓW”
SERIA POCZYTAJ ZE MNĄ. FANTASY
LITERACKI EGMONT, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA ALEKSANDRA KRZANOWSKA

EWA NOWAK
„STRAŻAK LULEK”
SERIA POCZYTAJ ZE MNĄ. PRZYGODA
LITERACKIE EGMONT, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA DARIA SOLAK

No ileż można!?
No jak to tak?! Nie nudno, naprawdę, tak doskonałe rzeczy wydawać wciąż i wciąż? Nie mdli od pochwał? Nie spowszedniał już ten rozwój i udoskonalanie? I trzymanie poziomu? I żadnej złej recenzji? I tylko miód, miód, miód, a żadnej łyżki dziegciu? Nie przydałaby się na język gorzka kropla, żeby tak nie było wciąż tylko dobrze? A nawet lepiej? No bo Poczytaj ze mną rozwija się pięknie – książkowy, podręcznikowy to przykład, jak coś kiełkuje, rozrasta się i owoce daje.
Tym razem:
Biografia
„Biografia to książka o życiu” - pisze we wstępie autor, Marcin Wicha. No i ma rację. Tutaj akurat to książka o życiu Sebastiana Van Pirka. Ale to nie jest taki sobie zwykły Sebastian. To jest zupełnie niezwykły Sebastian – bo to Sebastian wampir. I nawet to nie byłoby takie niezwykłe, w końcu wiele wampirów jest w literaturze. Ale ten wampir… nie ma kłów! Och, jak cierpią jego rodzice z tego powodu! Chcieliby, aby Sebastian był porządnym wampirem – straszył, przerażał i budził lęk. Ale czego tak naprawdę chce w życiu sam Sebastian? Czy tego samego? Czy także z niecierpliwością czeka na to, aż ziszczą się słowa mamy: „Kły? Jeszcze mu wyrosną!”. A może on wolałby, żeby na ustach ludzi, którzy się z nim zetkną gościł uśmiech a nie grymas przerażenia? Biografia to lekcja życia. I choć ta jest wymyślona, to może dać do prawdziwego myślenia.




Dziennik
Okazuje się, że tata Justyny Bednarek, Witold Dobrowolski jest archeologiem. I bardzo często musi „kopać nie tylko w ziemi, ale też w papierach, również w dziennikach”. Więc ten dziennik archeologa, pana Witolda, nie jest tak do końca zmyślony. Więcej! Justyna Bednarek mówi, że etruski grobowiec, zwany grobem jeźdźca na słoniu, istniał naprawdę i że to właśnie jej tata go odnalazł! A czy uda się to książkowemu panu Witoldowi? Naukowcowi z dwójką niesfornych dzieci? A może to właśnie dziecięce spojrzenie na świat pozwoli mu dociec prawdy? Pochwała dziecięcego odbioru rzeczywistości!




Fantasty
Pamiętacie,jak się skończyła poprzednia część? Jeśli nie, to trochę tylko odchylę tylną okładkę i ukażę oblicze goblina Korzonka, który znalazł się po tej stronie świata i aktualnie w ciepłej bluzie z kapturem pomaga wkładać naczynia do zmywarki. Goblin? Zmywarka? Dres? No tak, przecież to fantasy. A skoro fantasy, to nie może być zwyczajnie. I nie jest. Bo reszta goblinów znalazła sposób, jak przedostać się na ziemię i zawładnąć światem. Będzie emocjonująco! I z humorem! I ciepło, i rodzinnie, i swojsko. I będzie herbata, a jak wiadomo, dobra angielska herbata czyni cuda! A z zakończenia można wywnioskować, że to nie koniec przygód Gai i jej brata Feliksa. Cieszymy się zatem!




Przygoda
Samo słowo „strażak” w tytule, sugeruje, że tu się będzie działo… No i się dzieje… Zaczyna się niewinnie. Od nowego chomika Śnieżynki. Edytka dostała go dopiero co – w gazecie było ogłoszenie, że właściciel wyjeżdża i odda chomika w dobre ręce. Ręce Edytki wydawały się najodpowiedniejsze na świecie. A teraz, dzień później, są puste, bo chomik zaginął… A przypominam, że to dopiero początek tej przygody! Później jest wciąż coraz bardziej emocjonująco. Do rozwiązania będzie zagadka: dlaczego chomik Edytki znika tak często? I będzie dym, będzie ogień, będzie wóz strażacki, będzie hełm, toporek, nawet zjeżdżalnia ratownicza i maska tlenowa! Ale jak do tego wszystkiego dojdzie, skoro zaczyna się od małego chomika? Nie powiem już nic więcej! Tylko tyle, że wszystkie atrybuty powieści przygodowej zachowane – zwroty akcji, bohaterowie i czarne charaktery, paznokcie obgryzione do krwi i dużo, dużo przeszkód do pokonania. Oprócz, że ekscytująco jest, to jeszcze wzruszająco jest! I uroczo!




Znów mission complete, znów „kapitanie, wykonaliśmy rozkazy”, znów z tarczą, znów bohatersko!
No bo właściciel Paszportu Polityki, na który mógłby wyjeżdżać w szerokie i dalekie kraje literatury bez biletu i bez wizy, pisze dla Dzieci. Biografię! I to jest do tego Marcin Wicha w wydaniu dziecięcym, ale wciąż w formie, w swoim stylu, z pazurem i charakterkiem, ciut w zabawie językowej, troszkę w absurdzie. Ja nie mogłam się zdecydować – która nowość z serii tym razem najlepsza, ale Majka wskazała Van Pirka. Już się więc pod nosem uśmiecham, już ręce zacieram, myśląc - „Poczekaj, dam ja Ci jeszcze przeczytać 'Rzeczy, których nie wyrzuciłem'”! Grunt sobie szykuję pod dorosłego czytelnika. I on sobie grunt szykuje…
To jest znak rozpoznawczy tej serii, dowód na to, że pięknie się pogłębia, powiększa, udoskonala. To otwarcie na nowych twórców, na nowe głosy i na nowe obrazy. To swoistego rodzaju „podążanie za modą”, wykorzystywane w słusznym celu – rozpowszechnianiu czytelnictwa, poszerzaniu wiedzy.
Na końcu tej książki jest świetna infografika, która mówi między innymi o tym, że „20 minut wspólnego czytania codzienne to milion słów, które dziecko słyszy rocznie”. A czym te słowa robić, żeby były dobre, jak nie dobrymi ludźmi?
Znów więc plejada gwiazd – Wicha, Bednarek, Stanecka, Nowak. Znów doskonali ilustratorzy – każdy wsobny, osobny, w swoim stylu bazgrzący po kartkach. To jest w tej serii fantastyczne – ta różnorodność, rozpiętość tematów.
No i do znudzenia będę powtarzać o cenie tych książek – 14,90 w detalu! Można? Można! Te książki przeczą teorii, że nie może być dobre i tanie – może! Nawet coś więcej niż dobre!