Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

środa, 24 czerwca 2015

273. Z CYKLU: DZIECKO W GARNKU (2) SAM LUKIER CZYLI UWAGA BĘDĘ SŁODZIĆ!

TEKST, FOTOGRAFIE, RYSUNKI I KALIGRAFIA:
ZOFIA RÓŻYCKA
„ALFABET CIAST”
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2015

Naprawdę nie wiem, czy wolę R czy H. Bo R zachwyciło mnie już na wstępie. Widziałam je oczyma wyobraźni, choć od razu wiedziałam, że moje R będzie mniej kaligraficzne. P zachwyciło. N połechtało podniebienie, nim go spróbowałam. O zaszokowało*, przy K się rozmarzyłam, ale to H właśnie sprawiło, że od razu obrałam kurs na kuchnię.
To naprawdę alfabet. Jest nawet X. I Y.

Zastanawiałam się, czy w ogóle jest sens pisać o tej książce, czy po prostu wkleić kilka zdjęć (wszystkie!) i to wystarczy. Ale jest sens z dwóch powodów.
Jeden: By w pas się skłonić Zofii Różyckiej. Ta książka budzi niekłamany zachwyt – jest dopracowana, dopieszczona, przemyślana. Ważny w niej każdy szczegół, każda kropka, widać serce i pasję. Zofia R. postarała się o książkę doskonale zaprojektowaną, edytorsko doskonałą i z doskonałym, acz prostym pomysłem. Połączyła w niej nie tylko proste, przejrzyste przepisy, nie tylko wysmakowane zdjęcia (najadam się patrząc na nie, ślina cieknie po brodzie, działa na mnie jak pawłowowski dzwonek – otwieram i biegnę do kuchni!), ale też własny font! Rzadko się zdarzają książki (a szczególnie kucharskie), które byłyby koncepcyjne od początku do końca – ta jest i dlatego jest wyjątkowa!
Wielbię!



Do tej pory miałam faworytów – myślałam, że mam już piękne, najpiękniejsze książki kucharskie, ale ta jest fenomenalna! Gdy przyniosłam ją do pracy, żeby się pochwalić, jedna koleżanka od razu spisała tytuł, a druga przepis. Ta pierwsza pognała po pracy do księgarni, ta druga do kuchni…
Drugi: Koleżanka numer jeden spisała też nazwę wydawnictwa. „Dwie siostry? - zapytała – ale to przecież nie jest książka dla Dzieci!” W pierwszy odruchu potwierdziłam – nie jest. W drugim zaczęłam nad tym myśleć. Doszłam do wniosku, że się mylimy! To, że książka kucharska nie ma w tytule słowa dziecko, odmienionego przez polskie przypadki, nie znaczy, że Dziecko nie może z niej korzystać. Przepisy Różyckiej są proste, z alfabetu kuchennych zapasów (mąka, cukier, jajko). A że zdjęcia, że kaligrafia, że zaawansowany projekt? Tym lepiej – można dodatkowo kształtować dziecięcą wrażliwość na piękno, zarażać je dobrymi edytorskimi praktykami…
Dość powiedzieć, że od kilku dni przerabiamy alfabet. Co wieczór, tuż przed pójściem do kąpieli, pieczemy „ciasta od Różyckiej”, żeby na rano były**. Raz był zapas, nie piekłyśmy. W ciemnym pokoju, wśród dźwięków kołysanek, spod półprzymkniętych powiek, spojrzało na mnie nagle dwoje zdziwionych, trochę przestraszonych oczu: „Mamo, a dziś nie pieczemy?”
Po prostu Vivat Różycka – i chyba się nie wygrzebie spod lukru!







*orzechowe z bekonem?!? z bekonem?!?

**dobre ćwiczenie silnej woli – nie spróbować nocna porą choćby kawalątka

272. Z CYKLU: DZIECKO W GARNKU (1)

DAGMAR VON CRAMM
„WIELKIE GOTOWANIE NA ULICY CZEREŚNIOWEJ”
(TŁ. ANNA GAMROTH)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2015
ILUSTROWAŁA ROTRAUT SUSANNE BERNER

Majka uwielbia gotować. Nawet gotowanie makaronu (czytaj: nalewanie wody, wsypywanie soli, wrzucenie nitek na wrzątek) musi obserwować ze stołeczka, postawionego tuż tuż przy kuchence.
Majka obiera marchewki i ziemniaki.
Majka rozbija jajka.
Majka kroi (truskawki, cukinię, pieczarki…)
Nie odmierza składników, bo nie zna cyferek.
Nie czyta przepisów, bo z literek tylko A, B, C i M, więc nawet nie mąka…
Po to ja jestem w kuchni. I do gorącego, bo jeszcze blachy do piekarnika nie wstawia – nie ufam jej koordynacji ruchowej na tyle…
Ale jest w kuchni. Wciąż, nagminnie. Więc są z nami książki kucharskie.
Lubię te dla Dzieci, bo są proste, przejrzyste, bo wyznaczają Dzieciom BARDZO WAŻNE ZADANIA. Poza tym co innego mieć swoją własną książkę kucharską, a co innego zerkać przez ramię w te dorosłe.

„Wielkie gotowanie na ulicy Czereśniowej” ujęło mnie kilkoma rzeczami. Ale zacznę od konkluzji – jeść musi każdy. Dagmar von Cramm we wstępie zastanawia się, co na co dzień robią mieszkańcy Czereśniowej – poza kartami książek, na których zostali zatrzymani w biegu, wycięci z rzeczywistości i przeniesieni między okładki. Robią dokładnie to samo, co każdy z nas – żyją. A żeby żyć, trzeba się odżywiać. A więc gotować, smażyć, piec… Każdy czereśniowianin lubi co innego, każdy ma popisowe dania – zupełnie jak w życiu, bo ja wolę ser żółty, a Majka pleśniowy.
To jest w tej książce piękne – bo jednocześnie odczarowuje jedzenie, przybliża je, w zasięg małej ręki podsuwa gotowanie – skoro gotuje każdy, nawet Ania z Czereśniowej, to czemu nie ja? A z drugiej robi z kucharzenia świetna przygodę. Bo skoro Pola z Zosią – te z KSIĄŻKI – gotują, to chyba to jest coś, czego warto spróbować...
A inne plusy dodatnie?
Mogłabym napisać tylko „czereśniowa” i to by wystarczyło, ale jest ich jeszcze kilka:
+sezonowość!
Książka jest podzielona na pory roku i w zgodzie z naturą, jej cyklami. Wiosną proponuje szparagi, latem pomidory i lassi na słodko, jesienią nadziewane grzyby i pieczoną dynię, a na zimę poncz dla dzieci.
+wariantowość!
Zosia najbardziej lubi naleśniki z truskawkami, Tomek z pomidorami, a Timmy z cukrem i cynamonem. Nie trzeba się ograniczać, można jeść to, co się lubi, eksperymentować, sprawdzać, szukać, słone zamieniać na słodkie i odwrotnie. A sałatka ziemniaczana daje nieskończenie wiele możliwości!
+”złotoradność”
jak się przygotować do gotowania, czym wydrylować wiśnie, jak ubić śmietanę na sztywno, jak umyć owoce i warzywa i co najważniejsze – jak pokroić cebulę i się nie popłakać - wszystko tu jest! Złote rady zawsze w cenie!
+bonusowość

Szablony do dekoracji kawy? Własna książka kucharska? Klajster z ziemniaków? Poduszka z pestek wiśni? To też tu jest… Niby od kuchni dalekie, bo co z gotowaniem ma wspólnego „tuba z deszczem”? Ale to pokazuje, że kuchnia może się rozprzestrzeniać na cały dom…