Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

środa, 28 stycznia 2015

249.KOGUT MA GRZEBIEŃ

JULIA ROTHMAN
„ANATOMIA FARMY. CIEKAWOSTKI Z ŻYCIA WSI”
(TŁ. BARBARA BURGER)
ENTLICZEK, WARSZAWA 2014
ILUSTROWAŁA JULIA ROTHMAN

Nigdy nie miałam Dziadka na wsi. Ani Babci. Nie bawiłam się pomiędzy oborą a stajnią. Jedyne moje kontakty z wsią ograniczały się do wykopków, na które parę lat z rzędu jeździliśmy z Rodzicami i ich przyjaciółmi. Dom pełen ludzi, wielki, ogromny gar ziemniaków, brudne dłonie, jeżdżenie na pole na wozie, piec, który wtedy jeszcze nie grzał i zwierzęta, których wszędzie było pełno. Takie mam mgliste wspomnienie. To był zupełnie inny świat, czas toczył się tam inaczej, inny był apetyt (to masło, własnoręcznie ubijane przez gospodynię śni mi się po nocach do dziś), inne problemy. Miastowi wpadali tam na chwilę i choć frajdę sprawiało nam wkładanie ziemniaków do wielkich koszy i dzielenie ich na małe i duże, to nigdy nie potrafiliśmy tak naprawdę wejść w ten świat. Nie mieliśmy w tej ziemi korzeni, to, co my traktowaliśmy jak zabawę i świetny sposób na spędzenie weekendu, dla wioskowych było codziennością i harówką. Wpadaliśmy w ten świat trochę jak meteory – szast, prast i już nas nie było. Bez pojęcia, jak naprawdę funkcjonuje wieś. Beż pojęcia, że za słońcem, z którego my się tak cieszymy, może stać susza, a za rzeką, w której zażywamy kąpieli, widmo powodzi. Że zielony groszek, który tak chętnie wyłuskujemy ze strączków, trzeba obrać ze szkodników, a porzeczki, których uszczkniemy to tu, to tam, ktoś będzie musiał wyzbierać co do najmniejszego owocka. Wieś miastowych, to wieś ze snów.
Wieś sielską, anielską odwiedza też Julia Rothman. Jej mąż dorastał na farmie, robiąc tam wszystko, co dzieci mogą z powodzeniem robić – zbierał jajka, doglądał zwierząt, pielił. Pewnie wstawał jeszcze przed świtem, ale na polu mógł przywitać każde inne wioskowe dziecko. Gdy poznali się z Julią i pojechali pierwszy raz na farmę, ta zachwycała się kozami, opierającymi przednie nogi o ogrodzenie i niebem pełnym gwiazd. Tak właśnie widzą wieś przyjezdni – cisza, piękno przyrody i przestrzeń do oddychania i biegania. Prawda kryje się głęboko.
I chyba dlatego, żeby nauczyć się wsi, Julia napisała/narysowała tę książkę.
To coś w rodzaju katalogu, coś na kształt ściągi (gdyby trzeba było pisać egzamin przed rodziną męża z hodowli koni, z zawartości szopy na narzędzia albo ze sposobu budowania owczarni). Ale też chyba trochę pamiętnik. Bo mimo że książka ma formę „spisu inwentarza i środków trwałych”, to mam wrażenie, że jest bardzo osobista. Rothman stworzyła ją z miłości do męża, z chęci zbadania jego dziedzictwa, dotarcia do korzeni.
Julia jest metodyczna i drobiazgowa, z zapałem nowicjusza grzebie w farmy bebechach i z zaciętością początkującego badacza kataloguje wszystko, co jej przyjdzie do głowy – rośliny, narzędzia, budynki, zwierzęta. Z kompletnego laika, który zachwyca się kawałkiem drewna, z którego można zrobić półkę na książki, staje się ekspertem. Bada, zgłębia, poznaje.
A ja jestem tą książką zachwycona! Jej dokładnością, jej bogactwem, jej różnorodnością. To niesamowite, jak mało wiem o świecie – oglądając takie książki mocno zdaję sobie z tego sprawę! Że ledwo odróżniam krowę od konia, a przecież tych krów i tych koni jest setki odmian. Że nie bardzo wiem, które to żyto, a które proso, a z drzew to znam wierzbę płaczącą i dąb. A Julia wie, z czego zbudowana jest piła łańcuchowa, ile jest odmian suszonej fasoli i jak zawiązać węzeł szybkouwalniający.
To przewodnik po wsi – nie jakiejś konkretnej, ale wsi jako pojęcia – możemy wziąć go i pospacerować między szopą, koziarnią, sadem a chlewem, z chmur odczytać pogodę na następny dzień, wybrać po drodze jajka spod kury i zbadać, czy są świeże, wydoić krowę, nakarmić baranki miniaturki (które w rzeczywistości są królikami, z ćwierćtuszami tylnymi i combrami, które możemy zlokalizować dzięki poglądowemu rysunkowi królika), skoczyć do ula po miód, a potem zasiąść do własnoręcznie upieczonego chleba i zacząć zszywać narzutę...
I mam tylko nadzieję, że ktoś kiedyś pokusi się o anatomię typowo polskiej wsi.











[Po farmie spacerowałam dzięki Entliczkowi]

piątek, 23 stycznia 2015

248. DWIE MEDALU STRONY

AIDA AMER
OPOWIEŚCI SPOD OLIWNEGO DRZEWA”
POŁAWIACZE PEREŁ, WARSZAWA 2014
ILUSTROWAŁA NEŽKA ŠATKOV

Nie wiem, czy tak naprawdę Polskę od Palestyny dzieli dwanaście gór i dwanaście rzek, czy to tylko bajka, ale właśnie w Palestynie mieszka Mirjam. Jest stara - od stu lat opowiada dzieciom historie. A historie są niezrównane, są barwne, pachną zawsze tymiankiem i miętą, tak jak wzgórza w tym dalekim, dziwnym kraju. „Opowiadaj, opowiadaj, Mirjam!” - słychać ze wszystkich stron. Bo bajarka jest trochę jak czarodziejka. Opowiada zawsze tylko to, co powinno się powiedzieć, daje słowa, które nie tylko pobudzają wyobraźnię, ale leczą. Mirjam jest sprytna i ma doskonały zmysł obserwacji, jest bajkologiem, psychoopowiadaczką. Opowieścią rozwiązuje ludzkie problemy, jest zawsze dokładnie w tym miejscu, w którym powinien zasiąść ktoś do opowiadania. I w czasie, gdy ucho wychwyci podtekst, gdy zafascynowany opowieścią bajkosłuchacz pojmie sercem, że opowieść jest do niego, że to on ma sobie z niej wziąć wszystko co najlepsze.
Najchętniej słucha jej pięcioro dzieci. Podążają jej tropem, bo jest dla nich przyjaciółką, mentorem, nauczycielką. Zawsze ma dla nich czas, nigdy nie traktuje ich z góry, a ich problemy zamienia w baśnie i pozwala im rozwiązywać się wraz ze szczęśliwym zakończeniem. Nie wprost, bez oczywistości, ale jednak tak, żeby bajkę można było przełożyć na życie.
Mirjam jest drzewem, na którym Aida Amer zamieściła swoje opowieści. Powkładała jedne w drugie, zamknęła w pniu – ciele Mirjam. Ale nietrudno jest się do nich dostać, wystarczy przyjść pod oliwne drzewo i poprosić „Opowiadaj!”.
Pretekstem może być wszystko – puszka po coca-coli, źle, nie do taktu bijące serce jednego z chłopców, obrazek znaleziony w obcojęzycznej książce...
To kolejna, druga pozycja, która wyszła w serii ½+½=∞.
Napisała ją pół Arabka, pół Polka i w duchu założeń serii, która ma oswajać wielokulturowość, pokazała, co to znaczy być tyglem pochodzeń. Pokazała doskonale, pomysłowo, zaskakująco.
Dzieci, które przychodzą do Mirjam po opowieści, znajdują książkę z obrazkami, którą zgubił jakiś turysta. Nie wiedzą, w jakim języku jest napisana, pokazują ją bajarce w nadziei, że ona będzie wiedzieć o czym jest. I Mirjam wie, ale wie po swojemu. Z pana Twardowskiego robi złego czarownika, który wylądował na księżycu za karę, z krasnoludka dżina i nawet puszki po coca-coli służą tam jako skarbonki. To niesamowite, jak bardzo postrzeganie świata zależy od wychowania, od wartości, jakie mamy wpojone, od religii. To niesamowite, że interpretujemy świat poprzez kulturę i dziedzictwo, także narodowe, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
Jestem zachwycona pomysłem autorki na pokazanie, jak jesteśmy różni od siebie i że czasem jeden człowiek musi te różnice łączyć w jednym ciele i w jednym umyśle. I że to wartość dodana, bo dzięki temu można patrzeć na świat raz tak, raz tak, widzieć go od dołu i od góry, konfrontować ze sobą wiele spojrzeń na jedne problem i wybierać to, które przyda się w życiu bardziej.
Kolejny raz tom zdobią ilustracje Nežki Šatkov – teraz jest jakby dojrzalsza, poważniejsza, bardziej wymagająca. Te ilustracje nie są tak łatwe, jak w przypadku „Zebry” Ifi Ude – ale też cała książka jest dla starszego czytelnika. Ważne jednak, że wciąż są dobre, podoba mi się, że są kompletnie różne od poprzednich.








[Bajarki słuchałyśmy dzięki wydawnictwu Poławiacze Pereł]

środa, 21 stycznia 2015

247.USZOPIESZCZENIE

JOANNA WACHOWIAK
„OPOWIASTKI DLA MAŁYCH USZU”
BIS, WARSZAWA 2013
ILUSTROWAŁA ANITA GŁOWIŃSKA

Uszy Dziecka są delikatne. Trzeba zwracać uwagę, co się do nich wkłada. Nie może być za dużo hałasu. Nie może być niemądre. Nie może być wulgarne. Nie może być nieodpowiednie. Uszy Dziecka bardzo łatwo zranić, bo uszy Dziecka mimo że dopiero rosną, to są jak radary, wyłapujące każdy dźwięk. W tym uszach są całe tony dźwięków i dobrze serwować im tylko przyjemne.
Takie są „Opowiastki dla małych uszu”.
Naprawdę dla małych. Już samo to zdrobnienie „opowiastki”, jest dla uszu miłe – delikatne. I zapowiada dokładnie to, co w samym środku.
To historyjki – takie w sam raz, bo nie są długie, pozwalają małym uszom do końca wyławiać dźwięki, skupić się na treści, chłonąć. Ale też nie za krótkie, małe uszy nie mogą czuć się zlekceważone.
Te opowiastki to takie „z życia wzięte przełożone na zwierzęta”. Zwierzęta zawsze się w małych historyjkach sprawdzają. A jeśli są tak sympatyczne, jak zwierzątka Wachowiak i Głowińskiej, to po prostu musi być hit. I małe uszy będą chciały słuchać, będą chciały, by wciąż i wciąż wpadały do nich dźwięki, które niosą opowieść o myszce, co zazdrościła nietoperzom skrzydeł, o żabie na księżycu, o pająku, który złapał słońce w swoją sieć i zaburzył porządek świata i o króliku, który wyrusza w nocny las szukać „tego, co jest bardzo blisko”.
A oczy? Czy tylko uszom dać pieszczotę, zapominając o tej drugiej parze? Absolutnie. Oczy też mają miło i przyjemnie. Anita Głowińska stworzyła świat bliski dziecku. Jej ilustracje kojarzą mi się z pracami plastycznymi na kółku hobbystycznym – pełne uczucia, talentu, niedoskonałe, ale z miłością. Takie, w które wkłada się całe serce.
I cicho sza, nie można mówić tego głośno, żeby małych uszu nie przerazić tymi dźwiękami, ale te historyjki to są dydaktyczne, moralizatorskie i pouczające. Celowo używam takich chłodnych słów, które źle się kojarzą. Celowo, bo ktoś mógłby pomyśleć, że te opowiastki to sama słodycz, wata cukrowa i że nie można ich serwować przed snem, bo trzeba by było umyć drugi raz zęby.
Co to, to nie! Niosą za sobą ważne treści, jakkolwiek ważne brzmi w zestawieniu z „opowiastki”. W tym właśnie tkwi ich siła i tu widać kunszt autorski – bo jak w te małe uszy włożyć to „Ważne”? Na przykład taką, że najważniejsi są przyjaciele? Albo taką, że trzeba doceniać, co się ma? Albo tę, że warto spełniać swoje marzenia, nawet na przekór losowi? I że w siebie warto wierzyć? I że dzielenie się z kimś pomnaża naszą radość? Być może to czysta propaganda, być może haczy o banał, ale małe uszy jeszcze tego nie znają i dopiero uczą się odróżniać dobro od zła i dopiero budują wewnętrzny system motywacyjny i dopiero zaczęły sprawdzać, co w życiu jest tak naprawdę istotne. Warto powtarzać im to ciągle i wciąż, bo wiadomo – co włożysz, to wyjmiesz, a lepiej przecież mieć człowieka zadowolonego z siebie, wierzącego w swoje możliwości, szukającego „bright side of life” niż ponurą biedronkę, której nie podoba się ani deszcz ani słońce albo szarą sowę, która depcze cudze marzenia, bo jest sfrustrowana własnym po nie niesięganiem?







PS. A już w lutym druga część uszopieszczenia.


[Uszy nasze pieści wydawnictwo BIS]

246. DLACZEGO LATAMY DZIŚ SAMOLOTAMI...

TORBEN KUHLMANN
NIEZWYKŁE PRZYGODY LATAJĄCEJ MYSZY”
(TŁ. MARTA KRZEMIŃSKA)
WILGA, WARSZAWA 2014
GRUPA WYDAWNICZA FOKSAL
ILUSTROWAŁ TORBEN KUHLMANN

Ta mała mysz jest zupełnie inna niż cała reszta. Wymyka się z mysiej nory i w bibliotece, zamiast podgryzać książki, zaczytuje się w historiach w nich opisanych. Chłonie literaturę, dzięki czemu otwiera się na nowe, zaczyna marzyć, poszerza horyzonty. Ale też wpada w tarapaty. Gdy ona zaczytana w książce, zagubiona w tekście, ukryta w słowie, dookoła niej dzieją się rzeczy koszmarne – ktoś wymyślił nową, ulepszoną wersję pułapki na myszy. Jej przerażone krewne i wszyscy przyjaciele ewakuują się. Ta jedna mysz zostaje sama. I odkrywa, że samotność jest niebezpieczna. Chce znaleźć swoje siostry i przyjaciółki. Nawet wie, w jakim kierunku udać się na poszukiwania – do Ameryki! To mityczne miejsce, o którym słyszą już najmłodsze myszki – więc pewnie tam.
Ale jak dotrzeć do mitycznego miejsca, kiedy jest się małą myszką bez biletu na statek?
Po prostu musi polecieć! Zaczyna ukradkiem znosić do swojej samotni śrubki, trybiki, a nawet zapalniczkę. Nie ma innego wyjścia – po prostu musi wzbić się w powietrze!
To książka o determinacji. O tym, że „bój się, ale rób”, o tym, że gdy nie ma wyjścia to po prostu trzeba robić rzeczy wielkie. Ale też o tym, że każda zwykła rzecz, zwykły przedmiot ma w sobie coś z cudu. Że w kawałku starego materiału ukryte są skrzydła szybowca, tylko trzeba mieć na tyle dużo wyobraźni, żeby je tam zobaczyć.
Cud jest też zaklęty w tym tomie – ilustracje są niesamowite! Przyćmiewają tekst i historia o małej, dzielnej myszce staje się właściwie albumem, do kartkowania, wyszukiwania szczegółów, do zachwycania się.
To także książka – żart, trochę przewrotna, takie mrugnięcie okiem w stronę czytelnika, zabawa z nim. Bo na końcu książki mały chłopiec stoi przed wielkim plakatem. Na plakacie jest mysz – ma gogle i pozuje na tle samolotu. Chłopcu brakuje tchu, bo gdzieś w głębi niego jest małe ziarnko – on też chciałby latać... Ziarenko powoli wypuszcza pierwsze pędy. Mały Charles Lindbergh odwraca się i idzie w przyszłość...









[Za ten lot bez trzymanki dziękujemy Wildze]

poniedziałek, 19 stycznia 2015

245. W SMUTNYM KOLORZE BLUE

GUNILLA BERGSTROM
„CO CIESZY ALBERTA?”
(TŁ. KATARZYNA SKALSKA)
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2015
ILUSTROWAŁA GUNILLA BERGSTROM

Podobno dziś przypada najbardziej depresyjny dzień roku czyli Blue Monday. Takie imię poniedziałkowi ostatniego pełnego dnia stycznia nadał Cliff Arnall. Obliczył pseudonaukową metodą, że tego dnia mamy najmniej słońca, a najwięcej potrzeba nam witaminy D. Bo to już ten czas, gdy okazuje się, że nie dotrzymujemy noworocznych obietnic, ale za to musimy spłacić pożyczki zaciągnięte na świąteczne prezenty. Ja od siebie dodałabym, że „święta, święta, a teraz długo, długo nic”. Trwamy w zawieszeniu, a do tego za oknem nie ma śniegu, a jakaś buroszarość.
Cieszymy się w pracy, że na przekór „blu mondejowi” stoi jeszcze choinka. Nikt nie ma serca jej rozebrać.
Takiemu nastrojowi poddaje się również Albert i jego tata. Brak im sił, brak energii. Siedzą przy obsypanym drzewku świątecznym i wspominają. Że były prezenty i zwykłe kredki zamieniały się w magiczne, choć dzisiaj są najzwyklejsze, a do tego połamane. Teraz na drzewku nie ma już ani jednego cukierka. Nie ma już nawet igieł... Teraz jest „smutno, źle i beznadziejnie” i dlaczego wciąż nie może być dobrze, ekscytująco, fajnie po prostu? Dlaczego tych dni nudnych, żmudnych, codziennych nie można po prostu przeskoczyć?
Podśpiewująca babcia Alberta, która sprząta poświąteczny bałagan śmieje się w głos – to najgłupsza rzecz, jaką usłyszała. Dlaczego?
Nie będę zdradzać.
Powiem tylko, że to książka o dwóch rzeczach, które pozornie stoją na dwóch krańcach świata – o pogodzeniu się z losem, ze światem, a poprzez to z sobą samym. Po drugie o braniu spraw w swoje ręce – chcesz, żeby było fajnie, to trzeba zrobić tak, by było!
Książka doskonała na dzisiejszy dzień, na plugawą pluchę za oknem, na tą pewność coraz dotkliwszą, że trzeba zejść do piwnicy z pudłem pełnym bombek. Trzeba tylko zdać sobie sprawę z tego, że zwyczajność też ma swój smak i że wszystko na świecie ma swój cel, choć może nie widać go na pierwszy rzut oka. Ale jak się dobrze przyjrzeć, to okazuje się, że na świecie jest znacznie więcej powodów do radości niż nam się wydawało.





[Dziękujemy Zakamarkom za pokazanie drogi ewakuacji do uśmiechu]

poniedziałek, 12 stycznia 2015

244.STĘCHLIZNA

Zastanawiałam się, czy 2 lata i 3 miesiące to wystarczające doświadczenie życiowe na odwiedzenie Akwarium Gdyńskiego. Skusiła mnie rozmowa z dwoma znajomymi mamami, które polecały. I groupon. W sobotnie południe lało z zacięciem – pogoda idealna, żeby zrobić „coś pod dachem”. Zabraliśmy ciocię E. i pojechaliśmy.
I gdyby ktoś pyta mnie o te 2 lata i 3 miesiące, to ciężko byłoby mi odpowiedzieć jednoznacznie.
Gdyby ktoś przeprowadzał ankietę po naszym wyjściu, ile czasu spędziliśmy w Akwarium, obstawiałabym 45 minut. Okazało się, że zwiedzaliśmy ponad 2 godziny (Majka była już pod koniec tak pełna ryb, że chciała już tylko „dalej”).
Dlatego uczucia mam mieszane i wahliwe. Bo w końcu kawał dnia tam spędziliśmy, ale...
Po skrzypiących podłogach wyniosłam z tego miejsca niedosyt, momentami jakiś taki żal lekki za moimi pieniędzmi za bilet, a w przedsionku wyjścia wręcz niesmak.
Ryby były piękne. Żółw, który tańczył dla Majki zachwycający, rafa koralowa zapierająca dech w piersiach... Ale konik morski, który jest ponoć znakiem firmowym Akwarium, w ilości minimalnej, smutny jakiś pływał po wielkiej wodzie. I ja smutna, że miejsce ma potencjał, ale zmarnowany.
Przede wszystkim jest kompletnie nieprzystosowane dla Dzieci lat 2 i ¼, wzrost 90cm. Wszystko wysoko, głowę trzeba zadzierać, oczy wznosić, a i tak się nie zobaczy. Barierki skutecznie zasłaniają. Czasem ewentualnie można się o nie oprzeć brodą i wtedy widać co nieco. Owszem, są wózeczki do wożenia maluchów, ale takie, jak małe sklepowe, czyli w odwrotną stronę... Więc albo Dziecko jest tyłem, albo rodzic tyłem idzie, by wózeczek prowadzić...
Puzzle przekładanki, poza zasięgiem małych rączek – tata musiał podsadzać, żeby można było ułożyć pso-rybo-jaszczurkę*...


A przecież powinno się wychodzić, z otwartymi ramionami witać, stołeczki podstawiać, zapraszać, robić wszystko, by gość czuł się dobrze w przybytku edukacyjnym...
Po drugie zaniedbanie... Odłażące litery, szufladki z muszelkami (fajny pomysł), w których nie ma muszelek, bo taśma za słabo trzymała, a nikt nie naprawił, urwane kawałki eksponatów, nadszarpnięte, najpewniej zębem czasu, fragmenty akwariów – w jednym przez 5 minut zastanawialiśmy się, czy to ryba, czy płaz, a okazało się, że kawałek nietrzymającej się dekoracji...

Poza tym informacja – kuleje na jedną nogę. Zabrakło mi jasnych, przejrzystych opisów, nazw. Makieta – na makiecie ryby podpisane po łacinie, niżej w opisach, po polsku i bądź mądry i czytaj po łacinie, żeby zrozumieć, która ryba to kaszalot. Na czuja, ta najbrzydsza. Przez ten brak czytelnego komunikatu, niewiele zapamiętałam. Posługuję się nazwami kolorów, a nie nazwami ryb, żeby opowiadać, co widziałam.

I na koniec ten okropny, przestraszny sklepik, z niby-pamiątkami. Zniosłabym jeszcze tandetne, chińskie krokodyle, koniki morskie i żółwie, które ponoć unoszą się na wodzie – te przynajmniej tematycznie nawiązywały do Akwarium. Zniosłabym nawet lampkę, która świeci bez prądu – skorelowałabym sobie tematykę z węgorzem elektrycznym. Zniosłabym to wszystko nawet mimo dławiącej mnie zazdrości – ostatnio widziałam jak fajne, pomysłowe pamiątki ma w swoim sklepiku Wrocławskie Zoo. Ale jak - do licha ciężkiego!!! - przyszyć do Akwarium Gdyńskiego pierdzącą poduszkę, która wedle słów zachęcającej do zakupów w sklepiku Pani, rozrusza każdą imprezę?!
Nie wnikam dlaczego Akwarium wygląda, jak wygląda, bo rozumie się samo przez się – pewnie kasa. Pewnie problem kto ma dać i dlaczego. Ale tak mi to wszystko stęchlizną zalatuje, jakimś czasem, za którym trzeba się oglądać przez ramię. Bilety nie są tam wcale tanie – są nawet droższe niż w oliwskim zoo. I rozumiem, że trzeba nakarmić tańczącego żółwia i zapłacić Pani od pierdzących poduszek, ale może czas otrząsnąć się ze snu zimowego i zajrzeć do kalendarza – moi drodzy 2015, czas konkurencji, wychodzenia do klienta i modernizacji. A Akwarium Gdyńskie mocno czuć.


*fascynuje mnie obecność w Sali Bałtyckiej na puzzlach jamnika - pomiędzy jaszczurkami, rybami, skorupiakami jakimiś... Czy jamniki występują na dnie Bałtyku? Czy tylko na linii brzegowej? I czy statystycznie więcej jamników niż wyżłów na przykład, że to jamnik akurat?