Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

poniedziałek, 12 stycznia 2015

244.STĘCHLIZNA

Zastanawiałam się, czy 2 lata i 3 miesiące to wystarczające doświadczenie życiowe na odwiedzenie Akwarium Gdyńskiego. Skusiła mnie rozmowa z dwoma znajomymi mamami, które polecały. I groupon. W sobotnie południe lało z zacięciem – pogoda idealna, żeby zrobić „coś pod dachem”. Zabraliśmy ciocię E. i pojechaliśmy.
I gdyby ktoś pyta mnie o te 2 lata i 3 miesiące, to ciężko byłoby mi odpowiedzieć jednoznacznie.
Gdyby ktoś przeprowadzał ankietę po naszym wyjściu, ile czasu spędziliśmy w Akwarium, obstawiałabym 45 minut. Okazało się, że zwiedzaliśmy ponad 2 godziny (Majka była już pod koniec tak pełna ryb, że chciała już tylko „dalej”).
Dlatego uczucia mam mieszane i wahliwe. Bo w końcu kawał dnia tam spędziliśmy, ale...
Po skrzypiących podłogach wyniosłam z tego miejsca niedosyt, momentami jakiś taki żal lekki za moimi pieniędzmi za bilet, a w przedsionku wyjścia wręcz niesmak.
Ryby były piękne. Żółw, który tańczył dla Majki zachwycający, rafa koralowa zapierająca dech w piersiach... Ale konik morski, który jest ponoć znakiem firmowym Akwarium, w ilości minimalnej, smutny jakiś pływał po wielkiej wodzie. I ja smutna, że miejsce ma potencjał, ale zmarnowany.
Przede wszystkim jest kompletnie nieprzystosowane dla Dzieci lat 2 i ¼, wzrost 90cm. Wszystko wysoko, głowę trzeba zadzierać, oczy wznosić, a i tak się nie zobaczy. Barierki skutecznie zasłaniają. Czasem ewentualnie można się o nie oprzeć brodą i wtedy widać co nieco. Owszem, są wózeczki do wożenia maluchów, ale takie, jak małe sklepowe, czyli w odwrotną stronę... Więc albo Dziecko jest tyłem, albo rodzic tyłem idzie, by wózeczek prowadzić...
Puzzle przekładanki, poza zasięgiem małych rączek – tata musiał podsadzać, żeby można było ułożyć pso-rybo-jaszczurkę*...


A przecież powinno się wychodzić, z otwartymi ramionami witać, stołeczki podstawiać, zapraszać, robić wszystko, by gość czuł się dobrze w przybytku edukacyjnym...
Po drugie zaniedbanie... Odłażące litery, szufladki z muszelkami (fajny pomysł), w których nie ma muszelek, bo taśma za słabo trzymała, a nikt nie naprawił, urwane kawałki eksponatów, nadszarpnięte, najpewniej zębem czasu, fragmenty akwariów – w jednym przez 5 minut zastanawialiśmy się, czy to ryba, czy płaz, a okazało się, że kawałek nietrzymającej się dekoracji...

Poza tym informacja – kuleje na jedną nogę. Zabrakło mi jasnych, przejrzystych opisów, nazw. Makieta – na makiecie ryby podpisane po łacinie, niżej w opisach, po polsku i bądź mądry i czytaj po łacinie, żeby zrozumieć, która ryba to kaszalot. Na czuja, ta najbrzydsza. Przez ten brak czytelnego komunikatu, niewiele zapamiętałam. Posługuję się nazwami kolorów, a nie nazwami ryb, żeby opowiadać, co widziałam.

I na koniec ten okropny, przestraszny sklepik, z niby-pamiątkami. Zniosłabym jeszcze tandetne, chińskie krokodyle, koniki morskie i żółwie, które ponoć unoszą się na wodzie – te przynajmniej tematycznie nawiązywały do Akwarium. Zniosłabym nawet lampkę, która świeci bez prądu – skorelowałabym sobie tematykę z węgorzem elektrycznym. Zniosłabym to wszystko nawet mimo dławiącej mnie zazdrości – ostatnio widziałam jak fajne, pomysłowe pamiątki ma w swoim sklepiku Wrocławskie Zoo. Ale jak - do licha ciężkiego!!! - przyszyć do Akwarium Gdyńskiego pierdzącą poduszkę, która wedle słów zachęcającej do zakupów w sklepiku Pani, rozrusza każdą imprezę?!
Nie wnikam dlaczego Akwarium wygląda, jak wygląda, bo rozumie się samo przez się – pewnie kasa. Pewnie problem kto ma dać i dlaczego. Ale tak mi to wszystko stęchlizną zalatuje, jakimś czasem, za którym trzeba się oglądać przez ramię. Bilety nie są tam wcale tanie – są nawet droższe niż w oliwskim zoo. I rozumiem, że trzeba nakarmić tańczącego żółwia i zapłacić Pani od pierdzących poduszek, ale może czas otrząsnąć się ze snu zimowego i zajrzeć do kalendarza – moi drodzy 2015, czas konkurencji, wychodzenia do klienta i modernizacji. A Akwarium Gdyńskie mocno czuć.


*fascynuje mnie obecność w Sali Bałtyckiej na puzzlach jamnika - pomiędzy jaszczurkami, rybami, skorupiakami jakimiś... Czy jamniki występują na dnie Bałtyku? Czy tylko na linii brzegowej? I czy statystycznie więcej jamników niż wyżłów na przykład, że to jamnik akurat?

4 komentarze:

  1. Wiem, że mało śmieszne, ale kurcze uśmiałam się z tego opisu. Takich miejsc niestety wiele w Pl. Ale, gdybyś była w okolicach Łeby, to wpadnij do Parku Dinozaurów. Świetnie jest! Za to odradzam władysławowskie Oceanarium, czy jak to się tam zwie. Fajny jedynie jest plac zabaw, ale 20zł za plac zabaw to przegięcie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłam w Łebie u dinozaurów jeszcze zanim była Majka - podobało mi się pół na pół, ale to było zupełnie inne patrzenie :-)

      Usuń
  2. Po wielu latach, w zeszłym roku, odwiedziłam Akwarium Gdyńskie z dziećmi (wcześniej, jako nastolatka, byłam tam z rówieśnikami w ramach szkolnej wycieczki - wiem, że byłam, ale miejsca nie pamiętam, więc porównać nie umiem i zmian lub braku zmian wytknąć) i niestety, mogę się podpisać pod wszystkim, co tu napisałaś. Rozczarowanie, niesmak i poczucie, że źle zainwestowanych pieniędzy - takie wrażenia miałam po tej wizycie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A myślałam, że tylko ja taka jestem upierdliwo-wymagająca-za wiele sobie wyobrażająca ;-)

      Usuń

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...