Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

niedziela, 30 września 2018

543. NOSTALGICZNA NIEDZIELA



„Marzi” to był pierwszy komiks, który przeczytałam, gdy w dorosłym życiu na nowo zaczęłam interesować się komiksami. Wypożyczałam go z biblioteki kilkanaście już razy i czekałam na wznowienie, żeby móc go mieć na wyciągnięcie ręki. Co w nim jest?
Moje dzieciństwo…
Odwracam jego kartki i to jak wehikuł czasu, jak film nakręcony na taśmie video, trochę już rozciągniętej i nie do końca oddającej rzeczywiste kolory. Wraca do mnie wszystko, każdy skrawek mojego dzieciństwa po kolei… Ten specyficzny zapach różowej gumki do ścierania. Identyczne stroje gimnastyczne. Lycry, ostatni krzyk mody, o których marzyłam, a które kosztowały sto tysięcy złotych. Papierki po cukierkach, papierki po czekoladach i puszki po piwie, które kolekcjonowaliśmy. Zabawy z koleżankami na klatce schodowej. Smak porannej kawy Inki z mlekiem, gdy miałam jeszcze nie całkiem otwarte oczy – wciąż były sklejone snem. Przebój „The final countdown” grupy Europe, który mój Brat uwielbiał. Pierwsze szklanki duralexowe, które pojawiły się w sklepach i które każdy choć raz w życiu zrzucił na podłogę, żeby sprawdzić, czy naprawdę się nie rozbiją. Kolejki – tak, je też trochę pamiętam, choć już nie tak bardzo.
Marzi jest trochę starsza niż ja, więc pewne rzeczy pamięta lepiej. Ale obie mamy za sobą doświadczenie bycia dzieckiem w latach 80-tych. I co? Jak to było?
Zupełnie tak samo, jak u mnie…
Marzi mieszka na zwykłym osiedlu w zwykłym bloku, w mieszkaniu urządzonym podobnie do tych piętro niżej i do tych piętro wyżej (nie ma skąd wziąć innych mebli). Bawi się na klatce schodowej, bo w żadnym z pokoi nie ma tyle miejsca, by pomieścić zgraję dzieciaków. Poza tym – kto by tam siedział w domu! Wiadomo, że najlepiej jest poza nim (ach te zabawy domofonem albo dzwonkami u drzwi sąsiadów!). Cieszy się, gdy w sklepie na osiedlu rzucą pomarańcze. Stoi w kolejkach z mamą i tatą. Zimą zjeżdża na sankach i ślizga się na lodzie. Ciocia Stasia, krawcowa, szyje jej ubrania i tylko dlatego ma inne rzeczy niż cała reszta. Ogląda bajki na kliszach z projektora do slajdów. Latem jeździ na działkę zbierać owoce i warzywa, które uprawiają jej rodzice (a potem wekują, marynują, smażą, suszą, żeby było na zimę). Ma świnkę morską (czy wszyscy mieliśmy świnki morskie lub chomiki???).
Marzena Sowa przekopała się zapewne przez tony wspomnień, emocji, obrazów. Stworzyła (oczywiście we współpracy z Sylvain Savoi'ą) jedną z najbardziej wiarygodnych bohaterek komiksowych, z jaką miałam do czynienia.
Dlatego ten komiks jest magiczny! Dlatego wywołuje we mnie tyle retrospekcji. W niektórych kadrach widzę siebie, w niektórych dymkach swoje własne słowa i myśli. I nie przeszkadza mi, że Marzi czasem się boi, że jest niepewna, że znajduje się w dziwnych sytuacjach, których nie rozumie. Te strachy i obawy mogę ominąć, bo wiem już, jak kończy się ta historia – kończy się kapitalizmem, „wyjściem na ludzi”, skończeniem szkół i pracą. Tak samo u mnie, jak i u niej. Ale na moment mogę wrócić do czasów, gdy byłam bardziej beztroska, zaciągnąć się zapachem czekolady z pazłotka, przypomnieć sobie smak wafelka Kouku-Rouku i gumy Donald – najlepszej gumy świata, usłyszeć znów cichy szept i grzechy koleżanki, które wymienia mi do ucha tuż przed pierwszą spowiedzią (nie słuchałam mamy, przezywałam się z koleżkami…), poczuć znów ból przekłuwanych igłą uszu (byłam ostatnia w kolejce – zaraz za mamą i moją najlepszą przyjaciółką), zobaczyć znów siebie, gdy mam kilka lat i właśnie okładam nowe zeszyty i książki w okładki…
Znów mam 7 lat, znów długie włosy, które ściągam kolorową frotką…
To jest, owszem, książka o czasach PRL, o wpływie, jaki historia miała na ludzi, o stanie wojennym i strajkach. Ale to jest jakby na marginesie. Najważniejsza jest tu po prostu ta mała dziewczynka i jej świat, który zderza się ze światem dorosłych – czasem niezrozumiałym, czasem okrutnym… A że wszystko zdarzyło się akurat w latach osiemdziesiątych… No nie mogło zdarzyć się kiedy indziej i gdzie indziej, bo tylko wtedy i tylko tu było właśnie tak…












SCENARIUSZ I ILUSTRACJE MARCUS „MAWIL” WITZEL
„KINDERLAND”
(TŁ. GRZEGORZ JANUSZ)
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2017

No chyba, że zdarzyłoby się w latach osiemdziesiątych w Niemieckiej Republice Demokratycznej pewnemu kilkuletniemu chłopcu, Mirco. Okazuje się, że Marzi i Mirco nie różnili się od siebie tak bardzo. Że z taką samą zazdrością patrzyli w stronę RFN, gdzie można było kupić dżinsy, prawdziwą czekoladę i… rakietkę do tenisa stołowego.
Mirco jest taką ciapą, fajtłapą, ofermą. Cała szkoła z niego drwi, to kujon i trochę mamisynek (stereotypowo nosi okulary i nie jest zbyt przystojny…). Nie ma przyjaciół. Do czasu, aż w szkole pojawia się nowy chłopak – Torsten. To jeden z tych dziwnych dzieciaków – nie jest popularny, ale nic sobie z tego nie robi. Nie zależy mu. Chadza własnymi drogami, robi, co chce i wydaje się, że nie zależy mu kompletnie na niczym. Trochę chuligan, a trochę bohater. Taki ktoś, po kim nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać…
Jeden autobus, który akurat tego dnia ma zmieniona trasę, i drogi Torstena i Mirco się przecinają. A Trosten tak po prostu zaprzyjaźnia się z tym kujonem, którego nikt nie lubi. Chwilę potem na szkolnym boisku, Mirco odbija książką bardzo trudną piłkę. Tenis stołowy nagle okazuje się czymś, co nie jest takie trudne. I tak to się wszystko zaczyna. Ale czy ma szansę skończyć się dobrze? W komunistycznym kraju, gdzie towarów na półkach brak, gdzie trzeba chodzić na pionierskie zbiórki i niemile widziane jest chodzenie do kościoła, gdzie autobusy wyglądają dokładnie tak samo, jak te w Polsce (i tak samo się spóźniają), gdzie dzieciaki grają w rosyjskie gierki elektroniczne z Wilkiem łapiącym jajka (zupełnie tak samo, jak u nas) i gdzie każdy marzy o wyjeździe do RFN, żeby w końcu poczuć się wolnym…
To w takich warunkach rozwija się nietypowa przyjaźń, która właściwie od początku jest skazana na niepowodzenie… A może jednak się uda? Może jest szansa w tym całym brudzie i gnoju na promyczek nadziei i jedną dobrą piłkę meczową?
Świetny, klimatyczny komiks o dorastaniu. Podobnie jak Marzi, historia odgrywa tu rolę niebagatelną, ale jednocześnie jest na marginesie. Ta historia potoczyłaby się bowiem zupełnie inaczej, gdyby działa się tu i teraz (albo tam i teraz), ale mimo wszystko nie to jest najważniejsze. Najważniejsza jest przyjaźń, jej siła, jej moc, zdolność wybaczania i braterstwo krwi, które udowadnia, że nie jesteśmy sami na świecie.
Warto przeczytać z dwóch powodów (jest ich oczywiście dużo więcej, ale dwa koronne). Po pierwsze – pomimo scenerii NRD, pomimo niemieckich imion, pomimo pionierów, których u nas nie było, ten komiks porusza te same struny duszy, co Marzi – wiele razy unosiłam głowę znad czytanego komiksu, aby przewinąć sobie w głowie swój własny film z ostatnich klas podstawówki. Podobne blokowiska, podobne problemy, tylko nie mieliśmy stołu do tenisa stołowego, który tutaj jest rekwizytem kluczowym.
Powód drugi – wzruszające, mocne, ważne, piękne zakończenie. Nie spodziewałam się, że łzę uronię nad „Kinderlandem” (no doba, nie łzę, a stado łez). Z lekkiego komiksu o dojrzewaniu, stał się nagle ciężkim komiksem o dojrzewaniu, o potrzebie akceptacji, bliskości, o braku pewności siebie i potrzebie potwierdzenia swojego istnienia w oczach drugiego człowieka. W tej materii jest się ponad granicami – myślę, że po RFN-owskiej stronie muru młodzież tak samo potrzebowała bycia dla kogoś ważnym. Tylko może w dżinsach było troszeczkę łatwiej...










sobota, 29 września 2018

542. NA URODZINY


RAMONA BĂDESCU
„POMELO ROŚNIE”
(TŁ. KATARZYNA SKALSKA)
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2018
ILUSTROWAŁ BENJAMIN CHAUD

Spotykam się z mamą Franka, kolegi Majki z przedszkola. Jeszcze chwilę temu biegali razem po przedszkolnym ogrodzie. Teraz Franek zdeptuje już szkolne korytarze jako zerówkowicz. Przez głowę przebiega mi myśl, że jeszcze mała chwilkę temu rozmawiałam z innymi mamami o śpioszkach, smoczkach, chustach, wózkach i nocnym karmieniu, a teraz już o śniadaniówkach, rowerach, długopisach i zajęciach pozalekcyjnych… Jeszcze przed chwilą wysyłałam moim rodzicom zdjęcie pierwszego wyrżniętego ząbka, a teraz Majka przynosi mi go w dłoni, z dumą pokazując szczerbę.
Zawsze, gdy jedzie do swojej babci, babcia przysuwa ją plecami do futryny, do czubka głowy przykłada ekierkę i zaznacza kreskę kreślarskim ołówkiem. Zawsze jest trochę wyżej niż poprzednia. Córka mi rośnie, a ja czasem budzę się ze snu zlana potem – jak przeżyję ten moment, gdy mnie już przerośnie? Ja się trzęsę ze strachu, ona promienieje. Z dumą pokazuje, że jej stara sukienka, która zaplątała się na dnie szafy, teraz jest już co najwyżej koszulką…
Jak dziecko widzi swoje rośnięcie? Swoje stawanie się wyższym, szerszym, cięższym, wypełnianie świata coraz bardziej sobą?
Pewnie dokładnie tak, jak Pomelo.
Pomelo, nasz słoń kochany, który zawsze był taki malutki, taki poręczny, taki do torby, do torebki nawet (niektóre części mieściły się do dziecięcej torebusi), nagle urósł. Przeżyłam szok! Z jednej strony – dobrze, że urósł, że się rozwija, że próbuje czegoś nowego, a z drugiej pytanie, które ciśnie się na usta: czy to wciąż ten sam Pomelo, co zawsze?
Spieszę donieść, że tak! Że wciąż jest wzruszający, filozofujący, kolorowy, zabawny… Dla niego to też dziwność – to rośnięcie. No bo czy nie jest już przypadkiem za duży do tego świata? Czy rośnie w dobrym tempie? Czy będzie rósł symetrycznie? Czy wszystko w środku dogoni to, co urosło na zewnątrz? Czy bardzo się zmieni, gdy urośnie? Ale z drugiej strony jest pełen entuzjazmu, nadziei, radości, ciekawości, bo wie, że z rośnięciem wiąże się dużo, bardzo dużo nowych rzeczy. I choć troszkę się boi, to jednak nie może się doczekać…
To cudowna książka, bardzo mądra. Jak zwykle w tych zwariowanych, kolorowych rysunkach ukryte jest coś ważnego, coś do przystanięcia, pomyślenia, zastanowienia się. To książka dla małych i dla DUŻYCH. Każdy znajdzie w niej coś innego. I dla jednych i dla drugich to książka o nieuchronności zmian i o tych zmian oswajaniu. Podejrzewam, że mali znajdą tu pewność, że wszystko będzie dobrze, gdy powoli, powolutku będą się stawać dużymi. Że wszystko co się nimi dzieje, jest OK. I że każdy ma te same dylematy i pytania.
A dla dużych – to książka na otarcie łez. Wiem, że z każdym dniem coraz bliżej jest tego, że głowa Majki dosięgnie mojej głowy, że coraz bliżej jest usamodzielniania się i odchodzenia. Coraz wyżej wchodzi na drabinki na placu zabaw. Coraz szybciej jeździ na rowerze, kilka razy sama już przeszła przez ulicę, nie czekając na mnie… Dzieje się, a ja muszę to zaakceptować bez sprzeciwu, z dumą. Więc najpierw poczytam sobie jeszcze dużo, dużo razy „Pomelo rośnie”, żeby mi było łatwiej. Chociaż trochę...











środa, 19 września 2018

541. TYDZIEŃ Z NATURĄ: CV DLA ZIÓŁ


Majka z Tatą Majki mają rytuał. Gdy zaczyna się robić ciepło, a centra ogrodnicze otwierają drzwi na oścież, jadą do swojego ulubionego i kupują mnóstwo donic z ziołami – oregano w kilku odmianach, lubczyk, rozmaryn, tymianek, miętę… Po zapachu, jaki wnoszą do domu, poznaję, że jest późna wiosna i zaraz zacznie się lato.
Zioła są dla mnie jak przedmioty magiczne – trochę prawdziwe, rzeczywiste, realne, a trochę z jakiegoś innego lepszego świata. Jakby jakaś wróżka leciała nad Ziemią i nagle upuściła kilka nasion, a one opanowały świat. Są teraźniejsze, bo bez trudu kupuję na zielonym rynku pęczek pietruszki czy korzeń imbiru albo sieję je w doniczce i stawiam na oknie w kuchni. Ale są też wieczne – pochodzą sprzed wielu setek lat. Leczyły, chroniły, karmiły naszych przodków, są łącznikiem między przeszłością a przyszłością. I są wszędzie – w każdym zakątku świata, w każdej kuchni regionalnej, w każdym środowisku naturalnym. Mam do nich nabożny wręcz szacunek, choć nie do końca umiem z nich korzystać, a części nie rozpoznałabym nawet, gdyby machały do mnie ze ściółki leśnej albo ze skrzynek ulicznego sprzedawcy ziół. Czuję też przed nimi respekt, bo mają w sobie przeogromną moc, którą zwykło się bagatelizować. Phi! Taka mała zielona gałązka? Co ona może mi zrobić? Może wiele – może uleczyć, a może zabić.
O tym, jakie moce mają zioła i ziółka pisze (i ilustruje!) niezastąpiona Dorota Wojciechowska-Danek. Wybrała 20 ziół, każde narysowała i napisała o każdym dwa-trzy zdania. To coś jak podsumowanie CV – najważniejsze cechy, ciekawostka, mocne strony. I już specjalista HR wybiera miętę na bolący brzuch, szałwię na bolący ząb, a liściem melisy smaruje ugryzione przez komara ramię. Zatrudnione na stałe, bez okresu próbnego! Te mini-opisy są genialne – niewyobrażalne, ale w tych kilku słowach Wojciechowska mieści jeszcze zabawę słowem, żarcik, mrugnięcie okiem (dla przykładu fragmencik o lubczyku: „Obecnie oczarowuje swoim aromatem wielu kucharzy, którzy z lubością dodają go do rosołu” [s.27]). Autorka zadbała też o praktyczną stronę zagadnienia – oznaczyła, gdzie możemy spotkać te zioła – czy tylko w domu, czy też w lesie, w ogrodzie, a może na łące. A do czego właściwie te zioła się wykorzystuje? W medycynie, w kosmetyce, w kuchni… Robi się z nich napary, odwary, macerały i mikstury – czym to się wszystko różni? Oczywiście odpowiedź w książce. I jeszcze garść przepisów – na przykład na olej z bazyliszka (sic!). A już zupełnie na koniec – początek. Czyli, żeby mieć zioła trzeba je najpierw posadzić lub posiać, a potem dbać o nie, wkładając w to całe serce. I Autorka daje kilka rad, jak to zrobić poprawnie.
No i jak to jest narysowane! Jak? No nie muszę mówić! Bo Dorota Wojciechowska-Danek to marka. Wypracowała swój rozpoznawalny, niepodrabialny, zachwycający styl i wciąż niezmiennie zachwyca mnie swoimi eterycznymi, misternymi, pełnymi szczegółów, oszczędnymi w kolory dziełami sztuki. Kocham, kocham, kocham!
Ach, nie wspomniałam o najważniejszym! Kim jest Parzyziółko? Tajemniczy jegomość z okładki książki, w kapeluszu i w okrągłych okularach t o profesor od ziół. Jest zielarzem i zna się na nich jak nikt (no może jak sama Wojciechowska-Danek). To on jest przewodnikiem po tym świecie i to za nim chodzimy krok w krok.
Gdy wyobrażam sobie siebie za kilkadziesiąt lat, to w domu pełnym książek i ziół. Jakoś nie potrafię wyrzucić z tej wizji tych specyficznych roślin. Przestałam nawet z tym walczyć, bo po co? Niech sobie rosną w tej mojej alternatywnej rzeczywistości, w tej przyszłości, która być może kiedyś się zdarzy. Niech się suszą pod powałą małego drewnianego domku, który krąży gdzieś w roku 2058 i jeszcze nie ma fundamentów. Jedno wiem na pewno - w kuchni oparty o doniczkę z miętą, będzie stał „Parzyziółko”.







wtorek, 18 września 2018

540. TYDZIEŃ Z NATURĄ: HERBATA W TERMOSIE


ADAM WAJRAK
„WIELKA KSIĘGA PRAWDZIWYCH TROPICIELI”
AGORA, WARSZAWA 2018
FOTOGRAFIE AUTORA I POLSKICH FOTOGRAFÓW PRZYRODY

Są takie książki, którym absolutnie nie mogę się oprzeć. Nawet nie próbuję, tylko od razu, w ciemno, powiększam kolekcję. To książki przyrodnicze i książki o aktywnym i twórczym spędzaniu czasu. Wajrak połączył te dwie rzeczy w jednej książce. Książce solidnej, niemal 500-stronicowej. Więc „Wielka księga prawdziwych tropicieli” okazała się moim prywatnym, osobistym must havem. Nie mówiąc już o tym, że nazwisko „Wajrak” wywołuje we mnie drżenie kolan i stan bliski omdlenia – jestem jego wielką fanka i podziwiam jego wkład w edukację ekologiczną w Polsce.
Takim wkładem jest na pewno ta zacna kniga.
Co w niej takiego wspaniałego? Ano przyroda! Tak zwyczajnie i po prostu, a jednocześnie tak magicznie i nie bez wysiłku. Bo trzeba wyjść z domu i… tropić! Trzeba najpierw posłuchać mentora – co, kiedy, gdzie i dlaczego. No bo przecież nie wytropimy lwa w Puszczy Białowieskiej ani bociana zimą w Polsce. Ale za to możemy wytropić...chomika! Okazuje się bowiem, że żyją sobie na wolności i można je wytropić na przykład na Roztoczu, Lubelszczyźnie albo w Sandomierzu. W Lublinie pojawiają się nawet na miejskich trawnikach! Wajrak zjeżdża całą Polskę i wskazuje, kogo i gdzie najlepiej obserwować. Co mi się bardzo podoba (jako mieszczuchowi z urodzenia i zamieszkania) – nie wyklucza w tych obserwacji miast! O, na przykład na nadchodzącą jesień. Co robić jesienią w mieście? Jest zimno, mokro, wszyscy kichają, „i jakby tego było mało, to jeszcze te czarne kraczące ptaszyska, które wyglądają jak z horrorów. No właśnie, tymi kraczącymi ptaszyskami i innymi zwierzętami z horrorów powinniście się teraz zająć!” [s.341] Można więc obserwować kruki, gawrony, kawki. A jest co oglądać! Bo wrony na przykład są fascynująco sprytne! Wajrak proponuje przeprowadzić na nich test orzeszka – niemożebnie lubią bowiem orzechy, ale ich dzioby nie potrafią rozłupać skorupki. Nauczyły się więc zrzucać je z wysoka na twardy chodnik. Ale, to nie wszystko. Nauczyły się wykorzystywać do tego...samochody! Rzucają orzeszek pod koła, a jak auto przejedzie, to zabierają rozłupany orzech z jezdni. To jednak wciąż mało, bo nauczyły się wykorzystywać do tego sygnalizację świetlną i wskakują na drogę po rozłupanego orzeszka tylko, gdy samochody mają czerwone światło! O Matko Naturo! Trzeba przyznać, że jest to niesamowite już wtedy, gdy się o tym czyta. A gdy się to zobaczy na własne oczy…
Co tu jest jeszcze? Wskazówki, jak spakować plecak na wyprawę, jak nadać sygnał SOS latarką, przypomnienie, żeby w góry zabrać gwizdek, który może się przydać do wezwania pomocy, wskazówki, jak się zamaskować, żeby na otwartej przestrzeni sfotografować na przykład żurawie, rady, co zrobić, gdy zimą wpadniemy pod lód („polski lód – jedna z najbardziej nieprzewidywalnych rzeczy”), jak nadawać sygnały do helikoptera i rady, jak zmierzyć wysokość drzewa.
No i te fotografie!!! Poprzednia wersja książki była wydana w czterech tomach (oddzielny na każą porę roku) z ilustracjami Michała Skakuja. No fajnie, fajnie, ale… teraz jest po prostu doskonale! W tego typu książkach fotografie to skarb, bo ilustracje zawsze są jednak filtrowane przez rękę i oko twórcy. A jeśli do tego fotografie wyglądają tak, jak te w książce Wajraka (wykonane przez niego samego i przez innych profesjonalnych fotografów przyrody), to ja nie mam w ogóle żadnych wątpliwości!
Wajrak jest dla mnie autorytetem w dziedzinie obserwacji przyrody – z niejednym łosiem stanął oko w oko, z niejednym wilkiem (choć o to naprawdę ciężko) i z jednym rysiem (ale to i tak więcej niż średnia). Więc ufam mu w stu procentach, wierzę, że po prostu trzeba wziąć lupę, lornetkę, aparat (może być telefon), trzeba zrobić pierwszy, drugi, trzeci krok...
„Wielka księga prawdziwych tropicieli” to nie jest książka do przeczytania naraz przy kominku i kubku ciepłej herbaty. Herbata owszem, może być, ale w termosie, w samym środku lasu, nad rzeką lub pod pobliskim blokiem. Na zewnątrz, na dworze, poza domem!
Ale o to już nie muszę się martwić. Bo gdy się zajrzy do tej książki, przeczyta kilka historii, zachwyci się fotografiami (które ktoś przecież zrobił, gdy wyszedł z domu), to nogi same zechcą pójść, a oczy same zechcą patrzeć.
Więc koryguję nieco zawartość plecaka tropiciela, którą zaleca Wajrak. Dorzucam „Wielką księgę prawdziwych tropicieli”. Owszem, jest trochę ciężka, ale bez niej już nie wyobrażam sobie wycieczki na łono natury!