Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

środa, 5 września 2018

538. O CZYM PISAĆ W 1947 ROKU?


IRENA JURGIELEWICZOWA
„O CHŁOPCU, KTÓRY SZUKAŁ DOMU”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁA ANITA GRABOŚ)

Czy w roku 1947 można już nie pamiętać o wojnie? Czy można ją tak po prostu, szast prast!, wyrzucić ze swojej głowy, a tym samym z ręki, zapisującej litery? Czy można już w dwa lata po jej zakończeniu pisać wesołe historie dla dzieci? Zdaje się, że nie można. Że to siedzi gdzieś pod czaszką, wali od środka w skroń i sprawia, że trzeba gdzieś upuścić strach, lęk, łzy, ból, tęsknotę… Może na kartkę, najbliżej leżącą… może zacząć tak: „Mały chłopiec idzie drogą wśród lasu. Nie jest to wesoły las, jest to las najsmutniejszy.” [s. 6]
Dlaczego najsmutniejszy? Bo mały chłopiec jest sam. Zupełnie. Nie ma mamy i taty, nie ma domu. A bardzo, bardzo chciałby mieć. I jeszcze dlatego najsmutniejszy, że zbolały, bo była wojna, jeszcze chwilę temu. Poniszczyła to, co cenne, pozabierała skarby – rodzinę, mieszkanie, uśmiech na ustach. Gdy chłopiec już całkiem nie ma siły, brakuje mu już zapasów dzielności, gdy łzy szykują się już do spłynięcia po policzkach, wtedy spotyka na swojej drodze kobietę. Siedzi pod sosną, je chleb. A potem dzieli się chlebem i siedzą już razem. Zaraz potem razem idą do domu. Czy to będzie prawdziwy dom? I czy to będzie tylko dom kowalowej Marty, czy Piotruś też się tam wpasuje, wniknie, stanie się niezastąpiony? Szybko okazuje się, że owszem, pasuje do tego domu jak ulał, ale są tam jeszcze dwa miejsca, które zieją pustką – miejsce Kasi i miejsce Trusi, córeczek kowalowej Marty. Marta nie będzie w pełni szczęśliwa, gdy ich nie odnajdzie. Piotruś nie będzie w pełni szczęśliwy, gdy ciocia Marta nie będzie szczęśliwa. Sposób na szczęście jest jeden – znaleźć dziewczynki! Tylko jak, gdy się jest kilkuletnim chłopcem w kraju, w którym jeszcze przed chwilą wszystko dymiło? Piotruś odszukuje w głowie radę swojej mamy – po pomoc można się zawsze udać do Miłorady. Miłorada mieszka w lesie i jest przyjaciółką dzieci i zwierząt. Piotruś spotyka się z nią i w wyniku splotu wielu okoliczności, Miłorada zaczarowuje go - staje się tak malutki, że może go wyżywić jeden owoc wiśni, ale umie rozmawiać ze zwierzętami. Problem w tym, że Miłorada nie może chłopca odczarować – musi to zrobić kowalowa Marta, która nawet nie wie, co się stało z Piotrusiem… Ale chłopiec rusza w drogę, żeby odszukać Kasię, Trusię i szczęście.
Gdy Nasza Księgarnia ogłosiła wznowienie tej książki, to dookoła mnie rozległy się głosy: „Czytałam to!”, „Znam!”, „To moja ukochana książka z dzieciństwa!”. Ja nie miałam z tą książką do czynienia, więc czytałam ją inaczej, nie jako wspomnienie, ale jako świeży tekst. Ale pewnie z nie mniejszym wzruszeniem. Bo to taka książka jest! O miłości, o przyjaźni, o poszanowaniu drugiego (obojętne – człowiek to, czy zwierzę), o odwadze, o domu, o rodzinie, o współpracy.
No i o wojnie.
Irena Jurgielewiczowa zaznaczyła na samym końcu „Napisane w roku 1947”. To ostrzeżenie – wojna nie odeszła na tyle daleko, żebym mogła ominąć ją w swoim pisaniu-bajaniu. Będzie o wojnie, bo musi być, bo ona ciągle jeszcze dyszy mi w kark, choć w gazetach czytam, że już poszła jak niepyszna.
A po wojnie wszystko się pomieszało, poplątało, powywracało do góry nogami. Dzieci przestały być dziećmi, a matki matkami. Powymieniały się rodziny swoimi domownikami, czasem dróg do własnego domu się zapomniało, a czasem po prostu nie było już domu. Trzeba było dopiero szukać, na nowo podwiązywać gałęzie drzewa genealogicznego, układać w albumie zdjęcia, znaleźć wszystkich tych, którzy mieszkali razem w jednym domu. Stąd ta historia. O chłopcu, który wie, że już nigdy nie będzie tak samo, bo przecież nie ma już mamy ani taty. O chłopcu, który szuka kogoś na zastępstwo, ale na zawsze. O chłopcu, który znajduje kowalową Martę i ma nadzieję, że jakoś jeszcze się to życie ułoży, że jeszcze będzie mógł literować słowo DOM.
I jeśli to wszystko jest takie oczywiste (no przecież wiemy: dojdzie, znajdzie, przyprowadzi...), jeśli wiadomo od początku, że na końcu będzie „żyli długo i szczęśliwie”, to dlaczego serce tak drży, dlaczego się czyta z takim niepokojem, dlaczego ta gula w gardle, dlaczego jednak oddychamy z ulgą, czytając ostatni rozdział?

1 komentarz:

  1. Marta! Dziękuję Ci, że przez Ciebie i Twoje recenzje płaczę.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...