Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

środa, 31 grudnia 2014

242.WIEŻA JAKO PODSUMOWANIE ROKU 2014

Niezrównana Olga zrobiła kolejną edycję budowania książkowej wieży.
I zbudowałyśmy swoją - z książek, które w 2014 roku były Majkowymi hitami, wykochanymi i znanymi przez nas na pamięć, z rogami poobijanymi, z kartkami naderwanymi czasem, z wycałowanymi postaciami w środku.
Obrazkowe podsumowanie roku 2014.

niedziela, 28 grudnia 2014

241.FOTO STORY. STORY TEN – MIKOŁAJ BYŁ...

Bez prezentów Święta nie byłyby udane. Nie byłyby udane dla mnie, bo bardzo lubię obdarowywać. Na szelest rozrywanego papieru w rękach moich bliskich czekam chyba bardziej, niż na swoje własne niespodzianki. Cieszę się ich uśmiechem, cieszę się zaskoczeniem i błyskiem w oku, cieszę się tym wypróbowywaniem-od-razu, bo nie można już czekać.
Majka wypatrywała Mikołaja i Gwiazdki zamknięta z Tatą w ciemnym pokoju. I jak to się stało, że go przegapili? „Wiesz, Mikołaj jest sprytny i szybki, robi tak, żeby absolutnie nikt go nie wiedział. Poza tym spieszył się do innych Dzieci...”
Szalała – spod choinki wygrzebywała prezenty ze zdjęciami zamiast imion i roznosiła pod wskazany adres (a jeszcze w zeszłym roku każdą paczkę niosła do Taty...). Każdą najmniejszą rzecz pakowaliśmy osobno, żeby urosła wielka góra prezentów. I choć wiem, że rzeczy nie są najważniejsze, to nie mogę się powstrzymać – lubię dla niej kupować...
Tegoroczne prezenty były bardzo udane – cieszy się ze wszystkiego. I wszystkim się bawi.
Ale gdybym miała wskazać jednoznaczny hit, to drewniana pizza na rzepy.
Pół dnia zabawy w pizzerię („Czy mogę zamówić pizzę z podwójnym serem?”, „Płacisz 3 buziaki”). Gdy już leżała w łóżku prawie śpiąc, a ja czatowałam z boku na jej sen, usłyszałam taki monolog-dialog:
-Dryń dryń (no bo przecież do pizzerii się dzwoni – ja ze swojego telefonu, ona odbiera pilota) Halo, czy to pizzeria? Tak. A czy mogę zamówić pizzę? Nie, dziś już nie.
(długa chwila ciszy) Ale jutro :-)










\



PS. Tak, nawet jakieś od-ciociowe koniki Pony (czy jakieś...) się znalazły pod choinką...

poniedziałek, 22 grudnia 2014

240c. WIGILIA U DWÓCH SIÓSTR

[Już czuję zapach choinki, na języku obietnica czerwonego barszczu i jedynych w swoim rodzaju gołąbków z kaszą gryczaną, czytam książki oświetlona migoczącymi lampkami, ręce mam umączone po łokcie, a Majka zlizuje z palców miód. Czekamy na święta, a nasz Mikołaj ma już worek tak pełen prezentów, że nie wciśnie się już żaden, nawet najmniejszy. Czekamy spokojnie.
Jeśli jednak jest tu ktoś, kto ma w oczach panikę, kto jeszcze teraz, za chwilę, będzie pomagał Mikołajowi, to rzucam jedno hasło KSIĄŻKA NAJLEPSZYM PREZENTEM. Ale nie książka byle jaka. To taki krótki przegląd nowości świątecznych, książki warte każdego centymetra pod choinką.]

dla tych, którzy już dorośli

INDIA DESJARDINS
„WIGILIA MAŁGORZATY”
(TŁ. JADWIGA JĘDRYAS)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2014
ILUSTROWAŁ PASCAL BLANCHET

Kilka dni temu czytałam wspomnienia z zimy stulecia 1978/1979. Śniegu było pół metra, napadł w ciągu jednej nocy, w Sylwestra. Ci, którzy wybierali się na zabawy, bale, często nie docierali na miejsce, zatrzymani w pół drogi brakiem taksówek, autobusów i śniegiem, który więził kroki. Czytałam o tym, jak jedna para chciała zadzwonić do znajomych, że ich nie będzie, nie dotrą, żeby się nie martwili. Nie było komórek, to banał, ale nie każdy o tym wie. Nie było nawet telefonu stacjonarnego w każdym domu. Więc chodzili od drzwi do drzwi i pytali o aparat telefoniczny. W końcu w jakimś bloku znalazł się kto, kto nie tylko dał zadzwonić, ale zaprosił na prywatkę, nakarmił, napoił. Dziś nie do pomyślenia, dziś brzmi, jak bajka. Obudowujemy się w swoich mieszkaniach, okopujemy, widząc wszędzie czające się zło i źdźbło w oku sąsiada. Zapominamy jak się rozmawia.
Taka jest też Małgorzata. Ją dopadła również starość. Zniechęcenie życiem, w miarę wygodne w nim ułożenie. Tu mam nogę, tu rękę, nie będę się ruszać, bo mogę stracić komfort, bo może coś zacznie uwierać – po co się przekręcać, badać nowe? Małgorzata życie ma nader poukładane – dzieci gdzieś daleko, częściej na zdjęciach, niż w rozmowie, dostawy prądu, bułek i domowe wizyty fryzjera. Nie wychodzi ze swojego kokonu, nie wychodzi ze swojego domu. Dom jest duży, ale pewnie używa tylko kuchni i jednego pokoju. Przestała zauważać daty. Rozmyśla tylko o tych, co już odeszli, bo jest następna w kolejce. Niby nie boi się śmierci, bo jakoś chyba szczególnie nie żałowałaby życia. Wigilia różni się tylko jadłospisem – szczególny zestaw na jeden dzień w roku. I nagle w tę ciszę i pookładanie wdziera się pukanie do drzwi – niezaplanowane. To wstrząsa światem Małgorzaty, bo będzie musiała wykonać ruch, którego sobie nie zaplanowała. A może taki ruch przyniesie jakiś cud?
To książka zupełnie wyjątkowa.
Wyjątkowa na wiele sposobów.
Wyjątkowa, bo to książka z ilustracjami. A sednem jest to, że nie jest książką dla dzieci. Jest książka dla tych, którzy zechcą wspomnieć Wigilie sprzed lat. Nie plastikowe, ale płynące prosto z serca. Takie, które można było urządzić nawet w samochodzie, ale ważne, żeby być razem, przełamać się chlebem i zaśpiewać kolędę.
To książka z kilkoma zaledwie słowami, z tymi, co najpotrzebniejsze. Z absolutnie fantastycznymi ilustracjami, takimi, które sięgają wiele lat wstecz. Do czasów, gdy zupełnie innym głosem śpiewało się kolędy, gdy w ogóle się jeszcze śpiewało. Do czasów młodości Małgorzaty. Te rysunki, ich staroświeckość, ich formalna oszczędność i bogactwo znaczeń w każdej jednej kresce, stoją w pozornej sprzeczności z tym, co przekazują. Z dzisiejszym świątecznym „odczłowieczeniem”, z pustym talerzem, który nie mieści się na stole, z łańcuchem, którym ryglujemy drzwi, z zestawami wigilijnymi, kupowanymi na wynos, z Wigilią na odległość, bo nie chce się jechać wielu kilometrów tylko po to, by zjeść z kimś kolację... Te obrazy uderzają tym bardziej, zmuszają do refleksji, do szybkiego, acz gruntownego rachunku sumienia, do chwytania za słuchawkę telefonu po to tylko, by usłyszeć kochany głos osoby, której nie mamy na wyciągnięcie ręki.

Cała ta książka taka jest – mocno refleksyjna, pod spodem oskarżycielska - „opamiętaj się w te właśnie Święta! W tym roku zastanów się, po co są i co za sobą niosą i wyjdź z domu, żeby zanieść komuś jakiś cud, choć jeden, choć niewielki...”






240b.MIKOŁAJ Z WILGĄ

[Już czuję zapach choinki, na języku obietnica czerwonego barszczu i jedynych w swoim rodzaju gołąbków z kaszą gryczaną, czytam książki oświetlona migoczącymi lampkami, ręce mam umączone po łokcie, a Majka zlizuje z palców miód. Czekamy na święta, a nasz Mikołaj ma już worek tak pełen prezentów, że nie wciśnie się już żaden, nawet najmniejszy. Czekamy spokojnie.
Jeśli jednak jest tu ktoś, kto ma w oczach panikę, kto jeszcze teraz, za chwilę, będzie pomagał Mikołajowi, to rzucam jedno hasło KSIĄŻKA NAJLEPSZYM PREZENTEM. Ale nie książka byle jaka. To taki krótki przegląd nowości świątecznych, książki warte każdego centymetra pod choinką.]

coś dla średnich

SILVIA GIANI
„PRZYGODY SUPERMIKOŁAJA”
(TŁ. TADEUSZ LIPIŃSKI)
WILGA, WARSZAWA 2014
GRUPA WYDAWNICZA FOKSAL
ILUSTROWAŁ GIUSEPPE FERRARIO

Gdybym spotkała tę książkę na półce w księgarni, na pewno ominęłabym ją wzrokiem. SuperMikołaj? Rubaszny humor? Ilustracje bez cienia artystycznego snobizmu? Straciłabym wiele, bo ta książka przypomina o co chodzi w dobrym Świąt przeżywaniu, w życia przeżywaniu.
Pewnego grudniowego dnia, Mikołaj słyszy głos syreny alarmowej. Okazuje się, że to syrena dzwoniąca na fajrant, koniec pracy. Elfy już wszystko przygotowały do magicznej nocy.
To obraz dzisiejszych Świąt – elektronicznych listów do Mikołaja, w których edytor podkreśla błędy ortograficzne, ulepszeń i usprawnień, zakupów przez internet i masowo produkowanego papieru świątecznego, bombek i karnecików do prezentów. Machina rusza na wiele, wiele dni przed magiczną nocą. Przepych, przeładowanie, świąteczne kredyty i konsumpcjonizm, który pożarł Święta. Elfy zamiast cały rok składać zabawki dla dzieci, pukając młotkami, konstruują taśmę montażową, żeby wszystko szło sprawniej i szybciej. A Mikołaj zamyśla się nad tym i dochodzi do wniosku, że przez to wszystko on się nudzi, że ktoś mu coś odebrał – odebrał mu możliwość realizacji swojej pasji. A on kocha dzieci, kocha im pomagać, robić dla nich prezenty, widzieć uśmiech na ich twarzach. To chciał robić, w tym jest dobry, w tym się spełnia. Nie w podnoszeniu normy i w przyspieszaniu, ale w niespiesznym celebrowaniu. Dlatego właśnie wpada na szalony pomysł. Skoro elfy na tyle dbają o magiczną noc, że właściwie jego nie potrzebują żadnej innej nocy, niż nocy wigilijnej, to znajdzie sobie zajęcie – zostanie superbohaterem i będzie pomagał dzieciom, które takiej pomocy od niego oczekują. Każe skonstruować dla siebie Fantasanie, uszyć bajerancki kostium superbohatera i wyrusza w świat. Najpierw jedzie do chłopca, któremu w szkole dokuczają starsi chłopcy – musi sprawić, by Jimmy nabrał odwagi i pewności siebie. Potem jest Anitka, która bardzo chciałaby mieć żywą małpkę, ale rodzice się nie zgadzają, by trzymała ją w domu.

Być może to nie jest humor, jaki cenię najbardziej, być może szata graficzna nie do końca odpowiada moim gustom, ale to naprawdę ważna książka. To książka o tym, że czasem się trzeba zatrzymać i złapać za ogon sens swojego życia. To książka nie tylko o Świętach, ale o odwadze robienia tego co się kocha – przez cały rok. Owszem najbardziej dało mi do myślenia, dlaczego tak bardzo chcemy spłycić te Święta, dlaczego tak wszystko ułatwić, żeby nie poczuć ani kropelki potu na skroniach, a przy tym tej satysfakcji, która towarzyszy dobrze wykonanemu zadaniu, dlaczego rozciągamy świąteczny czas jak gumę – do obrzydzenia, pozbawiając jej większej części magii... Ale to historia nie tylko o tym – to trzymająca w napięciu, przygodowa historia faceta, który postanawia zrobić coś ważnego dla innych, a dzięki temu odnaleźć siebie. I tylko przy okazji jest Mikołajem – to mógłby być każdy z nas.      





240a. ZAKAMARKI ŚWIĄTECZNE

[Już czuję zapach choinki, na języku obietnica czerwonego barszczu i jedynych w swoim rodzaju gołąbków z kaszą gryczaną, czytam książki oświetlona migoczącymi lampkami, ręce mam umączone po łokcie, a Majka zlizuje z palców miód. Czekamy na święta, a nasz Mikołaj ma już worek tak pełen prezentów, że nie wciśnie się już żaden, nawet najmniejszy. Czekamy spokojnie.
Jeśli jednak jest tu ktoś, kto ma w oczach panikę, kto jeszcze teraz, za chwilę, będzie pomagał Mikołajowi, to rzucam jedno hasło KSIĄŻKA NAJLEPSZYM PREZENTEM. Ale nie książka byle jaka. To taki krótki przegląd nowości świątecznych, książki warte każdego centymetra pod choinką.]

coś dla Małych

JUJJA WIESLANDER
„WIGILIA MAMY MU I PANA WRONY”
(TŁ. MICHAŁ WRONEK-PIOTROWSKI)
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2014
ILUSTROWAŁ SVEN NORDQVIST

Mama Mu to zdecydowanie moja ulubiona krowa. Do tej pory nie darzyłam krów żadnym uczuciem, nie wyobrażałam sobie, że mogłyby być ulubionymi bohaterami. Ale Mama Mu jest absolutnie genialna. Po pierwsze dlatego, że ma takie długie rzęsy, a po drugie dlatego, że jest optymistką. Że nigdy się nie poddaje. Że zawsze widzi „bright side of life”. Że chce spróbować wszystkiego, co wydaje jej się rozśmieszać, rozbawiać i sprawiać przyjemność. Czytanie, huśtanie, sanki? Mama Mu próbowała już tego wszystkiego. Teraz chciałaby świętować najpiękniejsze dni w roku.
Mama Mu urządza Wigilię. Gospodyni zawiesiła w oknie obory gwiazdkę, krowy ubierają choinkę i przystrajają rogi. Jest ciepło, magicznie, jasno. A u Pana Wrony, nieodłącznego towarzysza Mamy Mu, jakoś zawiewa chłodem i ciemno. Nie ma świątecznych światełek i na pewno nie ma świątecznego klimatu. Pan Wrona zupełnie zapomniał o Wigilii!
Wigilia Mamy Mu to Wigilia najprawdziwsza. Pokazuje istotę Świąt. To świąteczna propozycja dla najmłodszych i mówi to, o czym Dzieci w święta myślą. Możemy się oszukiwać, że dla nich najważniejsza jest biblijna historia i pierogi z grzybami. Ja doskonale pamiętam siebie i pospiesznie zjadane 12 wigilijnych potraw i to zerkanie raz po raz po choinkę. Ukradkowe liczenie paczuszek i przeliczanie ich na liczbę domowników.
Dla Dzieci liczy się śnieg, liczą się gwiazdy w oknach, pierniki i światełka na choince. Choinka! Choinka się liczy! I to, co pod nią. I obdarowywanie jeden drugiego. Pamiętam, jak byłam mała i niewiele grosików było w śwince skarbonce. Ale zawsze wysupłałam choć kilka na prezenty – bardziej chyba cieszyło mnie dawanie, niż branie.
Bo to jest książka o tym, co najważniejsze – o radości dawania, dzielenia się. Tak, o prezentach, ale w tym międzyludzkim wymiarze.
Pewnie zaraz ktoś krzyk podniesie, że dla Dzieci liczy się to, czego się je nauczy. Nie mówię, że nie ma znaczenia historia o stajence i małym Jezusku, jeśli taką historię będziemy im opowiadać do poduszki. Nie mówię, że nie doceniają smaku dwunastu potraw i odświętnych sukienek, zaprasowanych mankietów koszuli.
Ale mój apel i apel Mamu Mu jest chyba taki, żeby dać Dzieciom przeżywać Święta na swój sposób, żeby pozwolić im cieszyć się najbardziej z tego, co jest dla nich ważne. Bo inaczej po co byśmy taką wagę przykładali do zakupu prezentów, do najlepszego miodu w piernikach i do tego, żeby koniecznie mieć w Święta wolne i usiąść wspólnie pod choinką? Dorosną do mistycznego i duchowego przeżywania Świąt, jeśli będzie im to potrzebne. Na razie, niech zostanie sama, czysta radość.






coś dla Małych trochę większych

FRIDA NILSSON
„PREZENT DLA CEBULKI”
(TŁ. AGNIESZKA STRÓŻYK)
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2014
ILUSTROWAŁA MARIA NILSSON THORE

W zeszłym roku był Mikołaj, który stracił wiarę w Święta. W tym roku jest Cebulka. Cebulka w Święta wierzy bardzo mocno, ale już w Mikołaja niekoniecznie*. Wie, że prezenty kupuje Mama. I doskonale zdaje sobie sprawę, że nie stać jej na prezent, który jemu się marzy. Cebulka marzy bowiem o rowerze! Zielony, czerwony, czarny, obojętnie. Byleby miał dwa koła i jeździł – dokładnie tak, jak w wyobraźni Cebulki. Mama każe mu jednak wymyślić coś innego. Coś do 300 koron, jakieś Lego na przykład... „Ale to niemożliwe! Jeśli się marzy o jednej jedynej rzeczy na świecie, to wszystkie pozostałe wydają się nic nie warte! Równie dobrze mógłby poprosić o starą, przepoconą skarpetę, jeśli nie może o rower!” [s.9] Tata też nie może kupić Cebulce roweru. A to dlatego, że nie ma żadnego taty. To znaczy owszem, był ktoś, dzięki komu Cebulka się urodził. To było dawno. Mama poznała go w Sztokholmie, ale wcale go nie chciała. Chciała tylko Cebulkę. To byłą jedna noc, a potem mama zgubiła kartkę z adresem taty Cebulki – pamięta tylko, że to była bardzo długa ulica. Cebulka marzy o tym, że kiedyś pojadą do Sztokholmu, znajdą jego tatę, a on od razu będzie wiedział, że Cebulka jest jego synem. Ale póki co tkwi w domu, w którym furtka ma chyba ze sto lat, przed wejściem stoi rozlatujący się samochód, który co rusz trzeba naprawiać, mama pisze artykuły do gazety i każe mu wymyślić prezent za 300 koron i na pewno nie kupi mu roweru. Ale Cebulka znajduje sposób, aby dostać upragniony prezent. Postanawia poprosić o pomoc Karla, miejscowego dziwaka, który mieszka nad warsztatem samochodowym, naprawia auta i hoduje kury. Ale jest coś, co wyróżnia Karla spośród innych – Karl umie te kury hipnotyzować! Tak, żeby chodziły do tyłu. Może więc będzie potrafił tak zahipnotyzować mamę, że zapomni o tym, że brak im pieniędzy i Cebulka dostanie to, o czym marzy?
To w gruncie rzeczy książka o tym samym, o czy mówi świąteczna Mama Mu - to książka o istocie świąt, o dawaniu. O tym, że czasem lepiej dostać niematerialne, ale też o tym, że trzeba dojrzeć do tego, aby taki prezent docenić. O byciu razem, o szczerości, o tym, że trzeba nauczyć się być innym niż wszyscy. I że to wcale nie jest łatwe i czasem wymaga całego kilograma odwagi. O tym, że czasem trzymanie na rękach kury staje się ważniejsze, niż pedałowanie. O tym, że jak się nie ma taty, to bardzo chce się go mieć, czasem nawet za wszelką cenę. Albo za cenę roweru. I o tym, że „nie należy przykładać aż takiej wagi do tego, jak być powinno” [s.23], że należy cieszyć się z tego, co jest, bo może się to okazać najpiękniejszym darem losu, jaki mogliśmy dostać.
Piękna, magiczna książka, choć uprzedzę od razu – niełatwa. I jeśli ktoś nie zamierza siadać razem z Dzieckiem pod choinką i tłumaczyć, dyskutować, oswajać lęki, to lepiej niech kupi czekoladki – to książka dla tych, którzy docenią zieloną nitkę na białym materiale i chcą pokazać swoim Dzieciom, że to od nich zależy, czy Święta będą piękne.






*książka jest dla tych starszych, którzy już pewnie z Mikołajem się nie kumplują...

wtorek, 16 grudnia 2014

239. UWAGA! DLA CZYTELNIKÓW O MOCNYCH NERWACH!


 

SERIA „POTWORNE MALUCHY”
MEYER, LEHMANN, SCHULZE
NOWY”
(TŁ. ANNA BITTNER I MAGDALENA CICHA-KŁAK)
GRUBSZA SPRAWA”
(TŁ. ANNA BITTNER)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2014
ILUSTROWAŁA SUSANNE GÖHLICH

Przedszkolaki winny być słodkie i miłe, cały dzień siedzieć po turecku na dywanie, śpiewać piosenki czystymi, dziecięcymi głosami i przynosić do domu laurki. I zjadać wszystko z talerza, wypijać ze szklanki pełnej po brzegi, nie roniąc ni kropelki, nie chlapiąc sosem dookoła talerza, nie upuszczając ni okruszka. Powinny być zawsze czyste, uśmiechnięte, skore do zabawy, ale tylko do tej, która nie wymaga krzyków i pisków. I nie muszą sprzątać, bo skoro cały dzień siedzą na dywanie, to nie ma bałaganu. Ale i tak sprzątają, żeby było czysto na zapas.
A „oto przedszkolna grupa maluchów”.

Bałagan w każdym kącie sali, poprzewracane zabawki, wypadki samochodowe z resoraków, pomalowana mazakami lalka, jedna płacząca dziewczynka, druga dziewczynka z tyłkiem na wierzchu i wywalonym językiem, mokra plama od pistoletu na wodę na dywanie.
A jest dopiero przed śniadaniem...
Czyli w przedszkolu dzień jak co dzień...
Tak zaczyna się seria „Potworne Maluchy” - foto story z życia najmłodszej przedszkolnej grupy.
A zaczyna się od nowego. Między dziesięcioro dzieci, które poznały się już na wylot i na wyrywki, trafia Konstanty. Dzieci są go ciekawe, ale trochę nieufne. Bo w końcu to nowa sytuacja, ktoś rozbija ich zgrany zespół i będzie musiał zarezerwować sobie w nim miejsce. I co prawda wszyscy dzielą się z nim swoim śniadaniem, ale każdy radzi sobie na swój prywatny sposób z tym Nowym. Jedni chcą koniecznie, żeby koło nich siedział, a drudzy od razu nadają mu przezwisko „Konstantynopol-Głupol”.
Często dorośli bagatelizują takie zmiany w życiu dziecka. Bo co to za problem – przyjdzie nowy kolega, posadzi się go gdzieś pomiędzy jedno a drugie dziecko i po kłopocie. A przecież wcale tak nie jest – to trochę próba sił i budowanie na nowo całej hierarchii, to robienie odpowiedniego miejsca, klasyfikacja i ocenianie. Konstanty musi odnaleźć się w nowym środowisku i dzieci muszą tam odnaleźć Konstantego...




A gdy już nowy oswoił się z grupą maluchów, przychodzi kolej na Martę. Dziewczynka przy śniadaniu puściła wielkiego śmierdzącego bąka. A teraz bardzo chce jej się kupę. W pamięci ma wymarzoną piłkę nożną – jeśli przez tydzień sama będzie sobie radzić w toalecie, to taką piłkę dostanie. Więc Marta podejmuje wyzwanie. Ale obok piłki w tej pamięci jest informacja, że musi bardzo dobrze wycierać się po grubszej sprawie. Więc Marta trze i trze i zużywa coraz więcej papieru toaletowego, który nagle, zupełnie nie wiadomo dlaczego, po spuszczeniu wody wraca na powierzchnię. Do tej sprawy ewidentnie trzeba wezwać Antka i Janka – kolegów, którzy akurat bawią się w warsztat samochodowy...
To nie jest książka obliczona na szok i na epatowanie nieprzyjemnymi zapachami. To nawet nie jest książka o kupie, choć kupa tu na pierwszym planie. To książka o tym, co interesuje dzieci i że to, co dorosłym wydaje się paskudne, dzieci uważają za naturalną kolej rzeczy, za materiał do eksperymentów, za część procesu poznawczego. Dorośli uczą się zapominać, że są ludźmi, że dotyczy ich fizjologia. A dzieci uczą się, czym jest człowiek, jak działa i jak funkcjonuje. To o tym jest ta książka – o tej wielkiej różnicy między dużymi a małymi.




To książki o żywych dzieciach, o dzieciach prawdziwych, nie do końca zmyślonych, mających na pewno pierwowzór w pierwszym lepszym przedszkolu w grupie maluchów. O dzieciach zasmarkanych, płaczących, wrzeszczących bijących się, pewnie przeklinających i czasem naprawdę obrzydliwych (scena z wędrującym od dziecka do dziecka kawałkiem kiełbasy tylko dla ludzi o mocnych nerwach). Bekają, pierdzą, bawią się w muszli pełnej kupy i namokłego papieru toaletowego, bawią się w karambol i ofiary wypadku. To książka o życiu. Bo takie są dzieci. Nie słodkie, albo nie zawsze. Czasem jak miód, a czasem doprawione dziegciem. Ale dzieci ciekawe świata, odważne, inteligentne. To dzieci, jakie każdy z nas ma obok siebie, jakie głaszcze codziennie po głowie, a co rano odprowadza do przedszkola. To dzieci do przytulania, nawet z kawałkiem papieru toaletowego przyklejonym do buta...
Dla mnie w tym właśnie tkwi siła tej serii – w odczarowywaniu mitu dziecka, któremu wszystko co ludzkie jest obce.

[Dziękujemy wydawnictwu Dwie Siostry za możliwość uczestniczenia w dniu otwartym u Potwornych Maluchów]

238.ŻYCIOWA ROLA

GABRIEL GAY
CZERWONY I ZIELONY”
(TŁ. ANNA NOWACKA-DEVILLARD)
WIDNOKRĄG, PIASECZNO 2014
ILUSTROWAŁ GABRIEL GAY

Podobno najczęstsza przyczyna wypadków w udziałem pieszych wydarza się, ponieważ ignorują czerwone światło. Nie lubimy Czerwonego, bo stopuje. Bo nas zatrzymuje. Bo gdy się na niego gapimy, to wydaje się, że czas zwalnia. Bo jest poważny, nieustępliwy i zasadniczy. Bo czegoś zabrania. Wolimy Zielonego. Jest weselszy. Sprzyja nam. Jest w ruchu, więc i my możemy się ruszać. Jest koloru nadziei, więc uśmiechamy się do niego bez żadnego wysiłku – samo wychodzi.
Gdy pilnujemy się dyktatury Czerwonego, powinniśmy być bezpieczni. Ale często o tym zapominamy i tratujemy go, wbiegając na jezdnię, gdy on próbuje nas zatrzymać.
Zielony ma gorzej. Musi być z nim na co dzień. Musi go słuchać, nieustannie, raz za razem, w jednakowych odstępach czasu, bez gadania. Pewnego dnia chce pójść na małe ustępstwo. Nie ma żadnego auta, więc może by przepuścić pieska, który czeka już zbyt długo na upragnioną drugą stronę ulicy. Czerwony mówi „nie!”, ale Zielony nalega. Kłótnia wisi w powietrzu i w końcu spada na nich z takim impetem, że Zielonego wyrzuca z sygnalizatora. Jest wolny! Oczom swoim nie wierzy! Może świat zwiedzać i wszędzie, gdzie pójdzie będzie miał zielone światło. Tylko nie do końca dobrze kończy się jednokolorowa podróż. Nie do końca jest tak, że wszystko zawsze może iść, biec, bez zatrzymania, bez zasad.
To książka tylko pozornie o tym, że „Czerwone – stop!”, „Zielone -idź!”. Owszem o tym też i na takim poziomie interpretacyjnym można pozostać z młodszymi Dziećmi. Majka uczona od maleńkości dwóch kolorów i ludzików, z których jeden stoi na baczność, a drugi tańczy, rozumie to doskonale. To ona krzyczy do mnie, gdy idziemy przez pasy, że jest zielone i że teraz można, stopuje mnie, gdy moja stopa zawisa nad jezdnią, a na sygnalizatorze kolor truskawek. Bawią ją ilustracje dwóch ludzików, znanych ze świata zewnętrznego, tym bardziej, że czerwony/zielony urosło do rangi naszej codziennej porannej zabawy.
Ale ja widzę też drugie dno. To dno, na które upadł Zielony. To dno, od którego się odbił i zdał sobie sprawę, że życie bez zasad tylko z pozoru jest lekkie i przyjemne. Że można zachłysnąć się bezmyślną wolnością, ale w końcu będzie brakowało powietrza. I o roli życiowej – każdy z nas ma jakąś. Że trzeba zaakceptować każdego, kto dobrze i sumiennie wykonuje swoje obowiązki. Że trzeba wręcz bić mu za to brawo. Że w życiu nie może być zawsze zielono. Że czasem trzeba przełamać kolory. I że z połączenia zieleni i czerwieni wychodzi całkiem nowy kolor...







[Dziękujemy wydawnictwu Widnokrąg za dwukolorową lekcję pokory]