Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

niedziela, 30 grudnia 2018

582. WEEKEND Z ANDRZEJEM: PSIA KOŚĆ!


Wydawnictwo MDR specjalizuje się w wydawaniu gier, ilustrowanych ręką Mistrza – Andrzeja Mleczki. Na tegorocznym Festiwalu GRAmy miałam okazję pograć w nie (w gronie trzech dorosłych osób!) i z miejsca się zakochałam. Dlaczego? Że szata graficzna – oczywistość! Ale też dlatego, że są małe (a ja lubię małe gry, które można zabrać wszędzie i zawsze). Po drugie mają banalnie proste do wytłumaczenia zasady. Krótka instrukcja, której nie czytam jak pełnoprawnej lektury. Chwila moment i już wiem i już gram. A o to chodzi, prawda? No i mechanika – równie prosta, co instrukcja. I czyni te trzy gry bardzo regrywalnymi.
Więc ćwiczymy spostrzegawczość, refleks i bardzo dobrze się bawimy!
A jak?
Już tłumaczymy!

Na koniec nasza ulubiona Psia kość!


Krótki film z przykładową rozgrywką obejrzycie TU


sobota, 29 grudnia 2018

581. WEEKEND Z ANDRZEJEM: KURZA STOPA!


Wydawnictwo MDR specjalizuje się w wydawaniu gier, ilustrowanych ręką Mistrza – Andrzeja Mleczki. Na tegorocznym Festiwalu GRAmy miałam okazję pograć w nie (w gronie trzech dorosłych osób!) i z miejsca się zakochałam. Dlaczego? Że szata graficzna – oczywistość! Ale też dlatego, że są małe (a ja lubię małe gry, które można zabrać wszędzie i zawsze). Po drugie mają banalnie proste do wytłumaczenia zasady. Krótka instrukcja, której nie czytam jak pełnoprawnej lektury. Chwila moment i już wiem i już gram. A o to chodzi, prawda? No i mechanika – równie prosta, co instrukcja. I czyni te trzy gry bardzo regrywalnymi.
Więc ćwiczymy spostrzegawczość, refleks i bardzo dobrze się bawimy!
A jak?
Już tłumaczymy!

Po drugie jest Kurza stopa!


Na krótki film z przykładowej partii zapraszamy TU.

piątek, 28 grudnia 2018

580. WEEKEND Z ANDRZEJEM: MOTYLA NOGA!


Wydawnictwo MDR specjalizuje się w wydawaniu gier, ilustrowanych ręką Mistrza – Andrzeja Mleczki. Na tegorocznym Festiwalu GRAmy miałam okazję pograć w nie (w gronie trzech dorosłych osób!) i z miejsca się zakochałam. Dlaczego? Że szata graficzna – oczywistość! Ale też dlatego, że są małe (a ja lubię małe gry, które można zabrać wszędzie i zawsze). Po drugie mają banalnie proste do wytłumaczenia zasady. Krótka instrukcja, której nie czytam jak pełnoprawnej lektury. Chwila moment i już wiem i już gram. A o to chodzi, prawda? No i mechanika – równie prosta, co instrukcja. I czyni te trzy gry bardzo regrywalnymi.
Więc ćwiczymy spostrzegawczość, refleks i bardzo dobrze się bawimy!
A jak?
Już tłumaczymy!
Na pierwszy ogień idzie Motyla noga!

Po krótki film z przykładowej rozgrywki zapraszamy TU.

niedziela, 23 grudnia 2018

579. POWIERZYĆ ŻYCZENIE KŁOPOTKOWI


Minął rok i Hedwiga ma już osiem lat. W szkole czuje się jak w drugim domu. Ma przyjaciółkę od serca, Lindę, ma ulubiony sposób spędzania przerw w szkole (na ulubionym drzewie, z najlepszą przyjaciółką, tam, gdzie na gałęziach jest miejsce tylko i wyłącznie dla dwóch!), ma stado koleżanek… No właśnie – stado! Bo okazuje się, że szkołę w Hardemo opanowała „końska gorączka”. A wszystko zaczęło się od Ellen – to ona przyniosła wirusa „końskiej gorączki” do szkoły. Ellen jest najszczęśliwsza na świecie, bo mieszka w domu, w którym mieszka też koń. I to jest najprawdziwszy koń Ellen. To co, że jest gruby jak beczka? Nazywa się Okruszek, można na nim jeździć i czasem zabiera się go na jakieś końskie pokazy, gdzie zdobywa nagrody. Ech… Więc co dzień na przerwie po placu galopują jakby dziewczynki, a jednak konie. Parskające, wierzgające, kręcące głowami. Ellen jest opiekunką i krzyczy na konie, a czasem zachęca je do szybszego biegu, machając po ich nogach drewnianą witką. To zrozumiałe, że Ellen jest opiekunem, w końcu to ona ma konia i wie, jak się nim opiekować. Tylko Linda patrzy na zabawę dziewczynek z góry (z ulubionej gruszy i z wyższością jednocześnie) i nie rozumie, jak można lubić tę zabawę… Tylko ona jedna ze wszystkich dziewczynek w szkole, wolałaby mieć motor zamiast rumaka… Ech…
Więc teraz Hedwiga marzy o koniu. Znajduje nawet sposób na to, by to marzenie spełnić. Jest taka rymowanka - znają ją wszystkie dzieci, które choć raz w życiu widziały biedronkę. „Biedroneczko leć do nieba, przynieś mi kawałek chleba”. Gdy wypowiada się te magiczne słowa i wypuszcza biedronkę w niebo, to już wiadomo, że życzenie się spełni. U Hedwigi aktualnie brak biedronek, ale za to jest kłopotek czarny. To też przecież owad. Też lata. A do tego jest rzadszy niż biedronka. Hedwiga uznaje, że może właśnie jemu powierzyć swoje marzenie. I to jest wielki, wielki błąd…
Bo owszem, zaraz, dosłownie za chwilę czar zaczyna działać i tata jedzie do sąsiada pożyczyć przyczepę, a potem przywozi w niej coś specjalnie dla Hedwigi… I ta przyczepa jest akurat rozmiarów konia. I może nawet przez szpary w tej przyczepie Hedwiga widzi sierść? Ale w rzeczywistości wszystko jest na opak. Hedwiga już wie – nie powierza się życzeń kłopotkowi czarnemu!
Ech, Hedwiga to Hedwiga! Jedyna w swoim rodzaju, a zarazem jak archetyp ośmiolatki. Nikt na świecie (oprócz tysiąca, miliona ośmioletnich dziewczynek), nie jest taki jak ona. Znów okazuje się, że to bohaterka idealna, bo można się z nią identyfikować, czasem w stu procentach, czasem w osiemdziesięciu, ale można w niej znaleźć cząstkę siebie i pociechę, gdy zrobi się coś nie tak. Bo Hedwiga, mimo upływu roku, mimo promocji do kolejnej klasy (już drugiej!), nic a nic się nie zmieniła! Włosy ma co prawda dłuższe (jak dobrze, że Anke Kuhl to zauważyła!), trochę bardziej uczesane, ale w głowie nadal burze, oceany i tysiąc pomysłów na minutę. Nadal jest tak samo niecierpliwa, ciekawska, wesoła i nadal popełnia masę błędów, które potem trzeba naprawiać. A nie jest tak zupełnie łatwo… Hedwiga rośnie, więc i problemy robią się jakby większe. Kuzyn, który podpalił garaż, przyjaciółka, najlepsza, ta od serca, z którą się pokłóciło zupełnie bez sensu, przemoc – ta prawdziwa, z zastraszaniem, cieknącą krwią i nową torbą wciskaną do sedesu. No i to pragnienie - większe nawet od tego, żeby posiadać konia – pragnienie bycia akceptowaną, lubianą, kochaną. To pragnienie czasem sprawia, że robi się rzeczy, których nigdy nie chciało się robić. Na przykład zmyśla się historię o sąsiedzie Maksie-Olofie, alkoholiku, który owszem, jest głośny, nieuprzejmy (delikatnie mówiąc), ale który ma jedną najlepszą rzecz na świecie. W jego stajni mieszkają trzy białe konie. Wyścigowe. Tylko, że Maks-Olof nie jest tak zupełnie sąsiadem Hedwigi. To znaczy, no jest, ale nie tak zupełnie alkoholikiem z trzema białymi końmi… Jest zupełnie, ale to zupełnie kimś innym…






piątek, 21 grudnia 2018

578. SERCE ROBOTA


PETER BROWN
„DZIKI ROBOT”
(TŁ. MARTA BRĘGIEL-PANT)
ENTLICZEK, WARSZAWA 2018
ILUSTROWAŁ AUTOR

Jest zimny poranek. Idziemy z Majką do przedszkola, stawiając stopy w mokrym śniegu. Twarze ukrywamy w szalikach, bo wieje. Ale nie czujemy zimna, bo rozmawiamy. O czym? O robotce Roz. Robotka Roz to robot, który urodził się w puszczy. Jak do tego doszło? Statek, który płynął z robotami z jednego dużego miasta do drugiego dużego miasta rozbił się u wybrzeży wyspy. Z wnętrza statku wysypały się skrzynki z robotami. Jeden z tych robotów przetrwał katastrofę. A potem ciekawskie wydry przez przypadek włączyły jeden przycisk z tyłu głowy robota. I tym samym tchnął życie w robota ROZZUM model 7134. „Ale możesz do mnie mówić Roz”, twierdzi robotka w swoim powitalnym komunikacie. Ten komunikat jest identyczny dla wszystkich robotów tego modelu, jednak ten robot okazuje się zupełnie wyjątkowy. Roz jest obcym elementem w życiu wyspy – jest mechaniczna, jest fabrycznym wytworem, ale bardzo stara się zacząć żyć. Wyspę traktuje od początku jak swój dom. Choć początki są trudne – burza, pościg rozwścieczonych na nią niedźwiedzi, problemy językowe. Roz mówi „po ludzku”, bo to ludzie ją stworzyli. A chciałaby się porozumieć z naturą. Bo to dzięki wyspie i naturze żyje. To, co cechuje Roz to cierpliwość. Zaczyna więc słuchać, obserwować, uczyć się. Stopniowo ptasie trele, niedźwiedzie pomruki czy lisie piski stają się mową. Roz zaczyna rozróżniać poszczególne słowa. I zaczyna w języku natury także mówić. Natura jest jednak nieufna. Zwierzęta nazywają Roz potworem i uciekają na jej widok. Dopóki robotka nie ratuje gęsiego jaja i nie zostaje gęsią mamą dla pisklęcia…
„Czy Roz była zwykłym robotem?” - pytam Majkę. „Nie! Roz była zdziczała, bo była daleko od ludzi” - mówi Majka. I stwierdza, że to było dla niej najlepsze. Że to stanowiło o jej wyjątkowości.
Peter Brown w posłowiu mówi o tym, że od zawsze jego fascynacje szły dwutorowo. Fascynują go roboty. Przede wszystkim to, czy robot może mieć własną tożsamość, osobowość, uczucia. Czy dwa roboty wyprodukowane w jednej fabryce, na identycznych podzespołach mogą być od siebie różne? A druga komora jego serca tętni życiem, dzikością. Druga bije w rytm nurtu rzeki i podmuchów wiatru. Należy do natury. Brown od zawsze uwielbiał badać przyrodę dookoła siebie, poznawał nazwy kwiatów i owadów, które są obok. Obserwował ptaki. „Dziki robot” jest połączeniem tych dwóch fascynacji. Połączył je z wielką zręcznością i miłością. Z wielkim wyczuciem i tak, że można o tym połączeniu gadać i gadać w zimowy poranek, nie czując zupełnie roztapiających się na rzęsach płatków śniegu.
To przepiękna, mądra historia o nietuzinkowej bohaterce. Trzyma w napięciu – gryzłyśmy palce w stresie (szczególnie na końcu, gdy po Roz przychodzą trzy roboty RECO, wysłane przez fabrykę). Jest wzruszająca, tak, że wiele razy miałyśmy łzy w oczach (matka-robot, która poświęca się dla swojego syna-gęsi tylko pozornie brzmi groteskowo). I jest niesamowicie zilustrowana – to czarno-szare ilustracje, ale ja doskonale widzę w nich tętniącą zieleń puszczy!
Uwielbiam takie książki, które otwierają nam usta. Taki jest dla mnie sens literatury (dobrej literatury!) - prowokować do myślenia, zadawania pytań, a potem rozmawiania na temat tego, o czym się myśli. Spierania się albo zgadzania. Argumentowania. Dzięki Roz gadałyśmy z Majką o rodzinie, o domu, o pomaganiu, o sensie istnienia, o tym, dlaczego warto kogoś poznać i jak to zrobić najlepiej, o związkach natury z człowiekiem, o tym, co czyni nas wyjątkowymi, o tym, dlaczego Roz była inna. „Dlaczego Roz była fajna? Bo miała nienormalny mózg. Miała roboci mózg.” - mówi Majka. A potem mówi najważniejsze zdanie: „To miłość sprawiła, że Roz była wyjątkowa. To miłość sprawiła, że znalazła przyjaciół i miała rodzinę.” Tak, miłość sprawia, że nawet robotowi zaczyna bić serce.