Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

czwartek, 3 października 2019

627. W CIEMNOŚCI JEST WIĘCEJ MIEJSCA


TINA OZIEWICZ
„AWARIA ELEKTROWNI”
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2019
ILUSTROWAŁA RITA KACZMARSKA

Dawno, dawno temu, gdy nie było jeszcze na świecie myśli o Majce, pojechaliśmy na Mazury. Zimą. Pod Puszczę Piską. Do takiego domu, który stał samotnie na środku pola. Pierwsza noc. Gasimy światło. I nie widać nic. Wyciągam dłoń, macham nią sobie tuż przed oczami i nie widzę ani palca. Ten szok, przerażenie, rzucenie się do lampki i nerwowe szukanie przycisku „on”… W mieście wciąż jesteśmy na świetlanym „stendbaju”. Nawet, gdy wydaje nam się, że jest ciemno, to gdzieś tam jest światło. Świeci się latarnia, światło w oknie sąsiada, maleńka żaróweczka na wyświetlaczu elektrycznej kuchenki… Światło nigdy nie zasypia. Wciąż ma otwarte oczy. A jak stoisz nocą między blokami to nie widzisz gwiazd. Chociaż bardzo mocno zadzierasz głowę. Aż do bólu karku. A co, jeśli by tak elektrownia uległa awarii? Co się zobaczy, gdy nic nie widać? Nasze źrenice zrobiłyby się ogromne, pewnie nie byłoby już miejsca na tęczówki. A skoro wszyscy mieliby taki sam kolor oczu, to może byliby dla siebie trochę milsi? Może wyszliby przed miejskie bloki, gnani najpierw niepokojem i chęcią sprawdzenia, „czy u sąsiada się pali”, ale w końcu staliby tam na dole, ramię w ramię, urzeczeni chwilą, o której wiedzą, że na pewno zaraz minie. Zachłyśnięci świętem ciemności, jakimś podniosłym nastrojem i niepowtarzalnością. Zupełnie tak, jak bohaterowie „Awarii elektrowni” Tiny Oziewicz. Tylko, że ludzie są w tej książce najmniej ważni. Okazuje się, że są jakimś skutkiem ubocznym rozwoju elektryczności. Że gdy sztuczne światło znika, pojawiają się istoty, które zazwyczaj kryją się w mroku. Lis wyszedł z obrzeży ogródków działkowych. Rak przypomniał sobie swoją młodość w pobliżu molo, do którego teraz się już nie zbliża, żaby rozsiadły się na trawie, ćma w końcu mogła odetchnąć z ulgą – nie musiała już gonić sztucznych księżyców, ropucha przestała bać się kosiarki, słonka przeniosła swoje pisklęta w inne miejsce, a borsuczyca wyprowadziła dzieci na pierwszy spacer. I jeszcze sowa i jeż wypełnione ciemnością po brzegi, poszły na spacer, bo nagle nie było w nich miejsca na lęk. Zmieścili się wszyscy – zwierzęta i ludzie. W ciemności jest jakoś więcej miejsca.
Chciałabym móc od czasu do czasu wskakiwać do tekstu książki Oziewicz. I do książki Rity Kaczmarskiej, która „Awarię elektrowni” zilustrowała. Wydawałoby się, że nie da się narysować nocy, a ona zrobiła to tak pięknie, że teraz nie chcę zasypiać, bo mam nadzieję, że taką noc zobaczę na żywo, choć raz. Chciałabym móc zamknąć oczy, wejść do tej nocy duetu Kaczmarska-Oziewicz, a potem po prostu patrzeć w gwiazdy. Wyczuwać w powietrzu nieznane zapachy – nigdy dotąd nie miałam okazji wąchać lisiego futra…
To piękna nastrojowa książka. Książka o tym, żeby nie zapomnieć zatrzymać się na chwilę. Chociaż co jakiś czas. Zamiast wzroku użyć dotyku, węchu. Porzucić wszelkie codzienne troski i po prostu stanąć pod gwiazdami. Uśmiechnąć się.