Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

czwartek, 29 maja 2014

187.MUFKA, „NIECH MI BĘDZIE WOLNO” I TRZASKAJĄCY NA KOMINKU OGIEŃ

FRANCES HODGSON BURNETT
MAŁA KSIĘŻNICZKA”
(TŁ.JÓZEF BIRKENMAJER)
BIBLIOTEKA AKUSTYCZNA, WARSZAWA 2014
CZYTA JOANNA PACH-ŻBIKOWSKA
[Im bardziej jesteś zajęty, tym więcej masz czasu na Bibliotekę Akustyczną]
Małą księżniczkę” znają wszyscy. Każdy wie, że nazywa się Sara. Że urodziła się w Indiach, ale jest córką angielskiego kapitana, że jej mamusia zmarła tuż po jej narodzinach, więc dziewczynka nigdy jej nie poznała. Że tatuś przywiózł ją z Indii do Londynu, bo czas już był ku temu, żeby zaczęła pobierać naukę – umieściła ją na stancji miss Minchin – cieszącej się dobrą opinią, a nawet sławą w niektórych kręgach. Był bardzo bogaty, więc otaczał Sarę zbytkiem – kupował jej piękne lalki, równie wspaniałe ubrania, zadbał o to, by Sara miała własną służącą, osobny pokój, powóz, a nawet kucyka. Wymieniali się listami, wymieniali się myślami i tęsknili do siebie, bo byli sobie najbliższymi istotami na ziemi. Sara w szkole była przez niektórych kochana, przez innych poważana, w innych wywoływała zazdrość, a w samej miss Minchin uczucia zgoła nieprzystojne – kobieta pragnęła Sarę mieć na swojej pensji, zabiegała o jej względy, chwaliła się nią przez gośćmi, ale w głębi duszy skrywała dla niej nieprzyjemne uczucia – strach, zawiść, pogardę nawet. Ale umiała się maskować, bo zbyt jej zależało na pieniądzach ojca Sary. I nagle dnia jednego, który był akurat dniem przyjęcia urodzinowego Sary – kończyła 11 lat i zaprosiła wszystkie koleżanki na wystawne przyjęcie z girlandami, ciasteczkami i uroczystym otwieraniem prezentów – na pensję przybywa gość. Mężczyzna przynosi wieść straszną – kapitan Crew nie żyje, a umarł w nędzy, straciwszy cały majątek, nie zostawiając Sarze żadnego spadku – nie wyszedł mu wielki interes z kopalniami diamentów, który miał uczynić jego i jego córkę bajecznie bogatymi i zabezpieczonymi na resztę życia. Sara nie dba o pieniądze – w jej sercu powstaje wyrwa, bo nie ma już tatusia, który nazywał ją „jej mała jejmością”. Miss Minchin zaś może w końcu wypuścić długo wstrzymywane powietrze, a wraz z nim krzyk, drwiny i ubolewanie – Sara znalazła się na jej łasce. Przyjmuje ją jako dziewczynę do pomocy – w nauce młodszym dziewczynkom, w kuchni, jako goniec i jako sprzątaczka. Sara z pięknego swojego pokoju przeprowadza się na poddasze, gdzie siennik jest twardy, w ścianie mieszkają szczury, a za ścianą Becky – współwięzień w Bastylii… Tylko wielka wyobraźnia pozwala dziewczynce trwać i nie załamywać się. I jeszcze to, że kiedyś nazywana księżniczką, wciąż chce podołać temu tytułowi..
Ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę, że choć doskonale znam losy Sary, to nigdy nie dotąd czytałam książki. W głównej mierze moja z nią znajomość opierała się na puszczanym w telewizji jakieś 20 lat temu serialu produkcji japońskiej, w którym Sara miała wielkie oczy, czarne włosy i nosiła śmieszne kapelusze. Teraz przeniosłam się do jej świata za sprawą tekstu i tłumaczenia Józefa Birkenmajera (swoją drogą ciekawa jestem, jak przyswoją tekst mniejsi odbiorcy, dla których wszystkie „owszem”, „bynajmniej”, „zgodził ją na służbę” i „jak mniemam” mogą być dość problematyczne, choć dla mnie są pełne uroku, podobne starym fotografiom, serwetkom z koronek i batystowym chusteczkom, które widuje się teraz tak rzadko…).
To historia nieprawdopodobna – i nie mam tu na myśli kopalni diamentów, indyjskich małpek pukających w okno, powozików i mufek z gronostaja czy losu Sary, który bujał się na wielkiej huśtawce życia raz w górę, raz w dół, ale samą jej osobę. To dziewczynka rozumna, o mądrych przepastnych oczach, nad wiek rozwinięta intelektualnie, o wyobraźni, w której gąszczu można się zagubić i niespotykanie szlachetna. Jedenastoletnia dziewczynka, która przymiera głodem, a oddaje swoje ciastka żebraczce; która wysławia się jak uczona, czyta o Bastylii i podziwia hrabiego Monte Christo jest postacią zaiste nieprawdopodobną! Jednak mocno chcę wierzyć, że takie dziewczynki istnieją, że może nie fascynują się historią Francji i nie dygają przed starszymi od siebie, nie mówią „niech mi będzie wolno”, ale w sercu mają taką samą dobroć, a w głowie takie same niesamowite światy!
I jeszcze słówko o Joannie Pach-Żbikowskiej, lektorce – jest do czytania tej książki stworzona! Jej głos zmienia się dla każdej postaci, nieco głupiutka Ermengarda mówi nosowo, podstępna Lavinia syczy jak wąż, a już mistrzostwem świata jest Becky, która mówi w jakimś dialekcie, a do tego płacze tak rozdzierająco, że czapki z głów.
Więc czapki z głów, rozpalmy w kominku, przygotujmy imbryk z herbatą, koniecznie śnieżnobiałe serwetki i filiżanki i wejdźmy w Londyn małej Sary Crew – małej księżniczki…
[Dziękujemy Bibliotece Akustycznej, za to, że popieściła nasze uszy]

wtorek, 27 maja 2014

186.O PRAWDZIWOŚCI OBRAZÓW KILKA

KaeReL
„ŁAUMA”
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2014
KOMIKS WYDANY W SERII KRÓTKIE GATKI

[Kultura gniewu to chaos, z którego wypadają perły]

Wielkie oczy, niemal niewidoczny nos i nieproporcjonalna głowa. To Dorotka. Dziewczynka, która jedzie ze swoimi rodzicami z dusznej, zasamochodzionej Warszawy do Łojm, małej wioski, gdzie mieszka jej babcia. Tylko, że babci już nie ma. Dzień wcześniej zabrała się z życia – wylała na siebie 10 litrów benzyny i się podpaliła. Miała w sobie serce Jaćwinga, a to serce biło już nierówno i babcia bała się, że będzie ciężarem i kłopotem dla swoich bliskich – postanowiła sama o siebie zadbać, ten ostatni raz. Zostawiła list, zostawiła wspomnienia. I smak poziomek, które zamykała w słoiku. I sny, w których odwiedzała wnuczkę. No i dom. Bez łazienki i bieżącej wody, ale z duszą. A to jest przecież w domach najważniejsze. Rodzina Dorotki też to wie, więc zostawia za sobą spalinogenne miasto i przeprowadza się do wsi, gdzie wszystko pachnie inaczej i co innego jest ważne. Wszyscy przewartościowują swoje światy, nagle okazuje się, że w Warszawie nie można żyć, że tam się tylko wegetuje, że prawdziwy oddech można brać tylko na łonie natury, bez pośpiechu i z sensem.
Ale nie tak od razu droga układa się pod stopami – nie wystarczy zmienić adresu w dowodzie. Pozostaje jeszcze zaprzyjaźnić się z miejscem, obłaskawić duchy. A jeśli zaczyna się od zabicia węża i jeśli tym wężem okazuje się dziadek, który po śmierci zmienił postać, bo miał do wykonania zadanie – chronić wioskę przed wiedźmą Łaumą – to trzeba potem złożyć jakąś ofiarę i dać z siebie naprawdę wiele, żeby takie miejsce nazwać domem.
Jak zwykle w takich wypadkach, brzemię naprawiania świata spoczywa na barkach dziecka – bo dzieci widzą więcej i zwracają uwagę na to, że w śmietniku grzebie Ajtwar – duch domowy, że jego najlepszym przyjacielem jest niemy stwór, który nie pamięta jak ma na imię, a żywi ich Kurke – duch urodzaju. Tylko dziecko może zostać porwane przez wiedźmę Łaumę i tylko dziecko może mieć w sobie tyle odwagi, żeby stanąć przed najwyższym bogiem – Perkunem, żeby poprosić go o pacyfikację złej czarownicy.
To piękna książka – o tym, co tak naprawdę w życiu jest ważne – że ważne jest tylko to, co prawdziwe i że w człowieku, na samym dnie drzemie to jego prawdziwe ja, takie, które jest blisko natury, które nie zapomniało imion prawdziwych bogów, które wierzy w miłość, w opiekę dobrych duchów i w moc dobrej muzyki.
Lubię Dorotkę – za jej rezolutność, za to, że mimo strachu, nie poddaje się i szuka rozwiązania dla problemów świata, za to, że przyjmuje duchy i duszki za pewnik, że nie kwestionuje ich prawdziwości, zawierza intuicji i pradawnym przekonaniom, i nawet za brak koloru - kolor tu nie potrzebny, bo wszystko da się opowiedzieć na czarno-biało. I za to, że wykasowuje z mp3 Norbiego, a wgrywa Johnny'ego Casha. I za to, że zna na pamięć „Always on my mind”. I za to, że jeśli chce się czegoś dowidzieć to nie pyta wujka Google, tylko udaje się do biblioteki i szuka w książkach.











[Dziękujemy Kulturze gniewu za pełną gniewu kulturalnego pozycję]  

poniedziałek, 26 maja 2014

185.JEDNA Z ULUBIONYCH MAM

ULF STARK
„JAK MAMA ZOSTAŁA INDIANKĄ”
(TŁ. KATARZYNA SKALSKA)
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2008
ILUSTROWAŁ MATI LEPP

Mam kilka ulubionych Mam. Na prowadzeniu, od lat i niezmiennie jest moja własna, która nauczyła mnie kochać. Ale mam też kilka takich kieszonkowych, podręcznych, do których mogę zapukać w okładkę i coś od nich wyciągnąć – przepis na tort i pokłady cierpliwości od Mamy Muminka, wiarę w cuda i igłę z nitką od Mamy Czarodziejki, pomysłowość od Mamy Mu...
Ale jest jedna papierowa mama szczególna – to mama Indianka.
Ulf się nudzi – jest słoneczny dzień, jego brat ma jakieś ważne sprawy, tata rozwiązuje krzyżówki, babcia wygląda przez okno, a dziadek przekopuje ogródek. Każdy zapamiętał się w tym co robi i jakoś tak się w tym rozpanoszył, że dla Ulfa nie starczyło już miejsca. Jest jeszcze mama, ale ona jak zwykle wykonuje te milion rzeczy, które trzeba zrobić każdego dnia – pranie, prasowanie, sprzątanie i smażenie kotletów. Została uwięziona przez blade twarze w klatce konwenansów, w życiu codziennym, w butelce z płynem do mycia naczyń. Zapomniała już, że kiedyś nazywała się Piękna Ryba i że można nosić rozpuszczone włosy. Splata je ciasno, w wysoki kok, żeby nie przeszkadzały – bo mogą się przecież zaplątać w szczotkę do podłogi, albo wkręcić w maszynkę do mięsa... I jak to się dzieje, że mama jest tak blisko, a Ulf się nudzi? Jak to możliwe, że jest Indianinem i nie ma obok squaw? Ale nagle dzieje się cud – mama przypomina sobie, co jest w życiu najważniejsze, przyszpila dwa niedosmażone kotlety do kuchennych drzwi i ucieka – żeby pływać w różowych majtkach, łapać ryby i osmalać je na ognisku, pozdrawiać sąsiada zaczarowanymi słowami, robić tęczę z wydmuchiwanej pod słońce wody i malować czerwoną szminką nie usta, a barwy wojenne na policzkach. Po prostu rzuca wszystko, by pobyć ze swoim synem i śmiać się tak, jak nie śmiała się od dzieciństwa. To nie jest skarga, to czysta radość. To nie jest przebranie – to odkopywanie własnego ja! To okazja, żeby pochwycić sens życia i pokazać ten sens swojemu Dziecku. A co jest tym sensem? Radość z tego, że się żyje, że ma się kogoś najważniejszego przy sobie, że świeci słońce i że można śpiewać piosenki.







Myślę, że ta książka jest o kwintesencji macierzyństwa – chodzi o to, żeby czasem ubrudzić ręce w farbach, albo włożyć na głowę kartonową koronę i iść po chleb, albo uciec z pracy i zabrać Dziecko na lody, albo nad morzem wykopać wielką dziurę i sprawdzić, czy przebijemy się do Australii, rzucać piaskiem do samego nieba i klepać babki, używając czerwonego wiaderka i małej żółtej łopatki. Nie chodzi o to, żeby zawsze na obiad były lody. Nie chodzi o to, żeby nie czuć się zmęczonym, żeby nie chcieć poczytać książki, żeby zawsze mieć czysto i żeby zawsze mieć ochotę na rysowanie i lepienie z plasteliny – nie na tym polega macierzyństwo! Żadna z mam nie jest idealna, ale każda, która kocha swoje dziecko jest ideałowi bliska. Bo najważniejsze to czasem się zapomnieć, dać się ponieść, zapomnieć, że coś trzeba i po prostu podrzucać Dziecko do samego nieba i cieszyć się jego ciężarem opadającym w ramiona...




sobota, 24 maja 2014

184.CHODZI O PROSTĄ RZECZ

MARCIN BRYKCZYŃSKI
CHODZI O TO CZY WIESZ CO TO. ZWIERZĘTA”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2014
ILUSTROWAŁA AGNIESZKA ANTONEWICZ

[Dorobek, doświadczenie, dobre książki – Nasza Księgarnia] 

Walka o uwagę najmłodszego czytelnika przebiega na różnych polach. Czasem to tematyka, czasem znany autor, czasem sam tekst, nierzadko szokujący, a innym razem ilustracje – raz wymyślne, raz przepełnione brokatem, a raz nawiązujące do wielkookich postaci Disneya. Wszystkie chwyty dozwolone, ale nie wszystkie wywołują efekt. Przy okazji tej książeczki po raz kolejny stwierdziłam, że Dzieci są od wieków takie same, że wystarczy im tak naprawdę coś najprostszego na świecie i trochę rodzicowego czasu, żeby im to pokazać i objaśnić.
Temat zwierząt – jeden z ulubionych dziecięcych tematów – jest! Fajny format, który sugeruje naprawdę poważną pozycję – jest! Grube strony, odporne na dziecięce wertowanie – są! Ilustracje, pełne kolorów, ale takie, od których nie bolą zęby – są! Zabawne wierszyki, trochę z przymrużeniem oka – są! I zagadki – coś, co dzieci uwielbiają! Dlaczego? Sądzę, ze dlatego, iż każdy człowiek lubi się sprawdzać. I lubi z tego sprawdzianu wychodzić zwycięsko, obojętnie czego dotyczy. Zagadki to taki popis wiedzy, takie udowodnienie sobie i światu, że jestem mądry i błyskotliwy. I to, co piszę wcale nie jest przesadzone, bo widzę błysk w oku Majki, gdy poprawnie wskaże jakieś zwierzątko na obrazku, widzę jej dumę, gdy ją chwalę, widzę, że wtedy dwa razy mocniej jej się chce zastanawiać nad odpowiedzią i szukać w gąszczu traw dwóch krów i siedmiu kotów.
Zagadek jest kilka i nie ma prostych odpowiedzi, podanych na końcu strony – jest rysunek, który może dziecku pomóc wpaść na trop. A jeśli i to nie pomoże, to jest jeszcze wierszyk z bohaterami zagadek. I na końcu „wyszukiwanka” – trawy, drzewa, kilkanaście akwariów i trzeba znaleźć – a to kotka, a to pieska, a to konika.

Na same zagadki Majka jest może jeszcze za mała, ale na wierszyki, obrazki i szukanie z palcem na stronie – nie. I kolejny raz widzę, że sprawdza się prostota, że wystarczy ukryty w tekście pies i schowana rybka, a dziecko staje się detektywem i już czeka na nagrodę przy końcu strony!







[Dziękujemy Naszej Księgarni, że powiększa Naszą biblioteczkę]

czwartek, 22 maja 2014

TOFFI A HISTORIA WSZECHŚWIATA

Christina Björk
rycerze i smoki”
(tł. agnieszka stróżyk)
zakamarki, poznań, 2014
ilustrowała Eva Eriksson
[Zakamarki – gdzie modzie i sztampie mówi się wielkie NIE!]
Chcesz posłuchać o rycerzach i smokach?” – Majka nic sobie nie robi z tego, że jest dziewczyną i pewnie nie uniosłaby rycerskiej zbroi – chce posłuchać. Co więcej, słucha codziennie. Bo rycerzy jest siedmiu – po jednym na każdy dzień tygodnia.
Bohaterowie „Rycerzy i smoków” noszą imiona znane doskonale nam, dorosłym – kto bowiem nie wie nic o Arturze i okrągłym stole, albo o Tristanie, czy Parsifalu? Tak, to ci sami bohaterowie, sławieni w dorosłych pieśniach i wierszach, tylko kilkanaście lat wcześniej, kiedy nie noszą już może pieluch, ale wciąż jeszcze zasypiają z misiem i wolą na śniadanie chleb z czekoladą niż pożywne mięsiwo. Chirsitna Bjork postanowiła bowiem, że zajrzy w dzieciństwo wielkich mężów i sprawdzi, jak to było być malutkim jeszcze-nie-rycerzem. I każdego obdarzyła jakąś przygodą – kto wie, czy tylko zmyśloną?
Ale wcale nie potraktowała chłopców ulgowo, tylko dlatego, że są jeszcze mali i wielkich czynów mają dokonać gdzieś tam w dalekiej przyszłości. Smoki nie są tu wcale dobroduszne, nie traktują delikatnie i z rezerwą małych chłopców, którzy nie są jeszcze tak do końca rycerzami – zieją ogniem tak samo gorącym, jak zawsze, straszą kłami równie ostrymi, jak w tych dorosłych opowieściach o smokach i równie głośno, co tam, ryczą. Ale mały rycerz, który staje w obliczu prawdziwego smoka, nie czuje w sercu bojaźni. Dzieje się tak dlatego, że mały rycerz kiedyś ma zostać dużym, silnym, wyszkolonym rycerzem, mężczyzną o mocnym sercu, nie znającym trwogi, mężczyzną, którego zadaniem będzie zgładzanie takich smoków – może nie co dzień, może nie od 8 do 16, ale raz na jakiś czas na pewno. Dlatego taki mężczyzna musi być najpierw takim samym chłopcem – odważnym, szlachetnym i mądrym. I taki chłopiec ma w pokoju wielkiego smoka treningowego, na którym ćwiczy ciosy treningowym mieczem – z drewna. I nawet jeśli mały chłopiec, który ma zostać rycerzem, czasem jest niesforny, to tylko dlatego, że nie może się doczekać, kiedy już będzie duży! I czasem gnany tym pragnieniem dokonywania czynów wielkich, schodzi do piwnicy i wyciąga z ukrycia prawdziwy miecz. I wywijając nim rani treningowego smoka, ale również przecina jakąś nitkę rzeczywistości i coś zmienia na zawsze – zaczyna nagle rozumieć mowę kruków, albo z obrazów schodzą do niego niedźwiedzie, albo budzi się smok – ten prawdziwy, co gnębi królestwo i zjada dziewice. I mały rycerz nagle musi się stać, choć na kilka chwil, rycerzem całkiem dorosłym i zgładzić bestię! I tu właśnie ujawnia się różnica, między rycerzem dorosłym, a rycerzem niewielkich rozmiarów – dziecięca wyobraźnia! To broń ważna tak samo jak obosieczny miecz, tak samo jak tarcza, która zatrzymuje ciosy przeciwnika, to nawet coś więcej, bo to cecha właściwa tylko małym rycerzom, pozwalająca przeżywać im niezwykłe przygody. Jaki dorosły rycerz potrafiłby się oprzeć użyciu ostrza w obliczu zielonookiego potwora? A co, jeśli miecza nie ma u pasa? A mały rycerz zawsze ma pomysł – bo przecież w kieszeni są niezwykle pyszne i niezwykle ciągliwe toffi!
Podobają mi się te historyjki, bo pokazują, że za każdym bohaterem stoi jego młodsze ja i że gdyby nie Jerzy to historia świata mogłaby się potoczyć zupełnie inaczej (choć autorka mówi, że nie wiadomo, czy to ten sam Jerzy, co zgładził smoka)…








[Dziękujemy Zakamarkom, że wpuściły nas w swoje bez-ogonkowe ;-) królestwo]  

wtorek, 13 maja 2014

182. FOTO STORY. STORY SIX – KOLORY ZRODZONE Z DESZCZU

Weekend nie skąpił deszczu. Okna płakały. Choć w szafie Majki mieszkają czarne kalosze w trupie czaszki ze skrzyżowanymi piszczelami, nie chcieliśmy wychodzić. Baliśmy się, że nie tylko zmokną nam włosy i torebki, ale że zdrowie zmoknie najbardziej i będzie musiało potem się schować. Urządziliśmy więc prawdziwie plastyczny weekend. W ruch poszły pędzle, kredki, mazaki, plastelina, kawałek kartonu, trochę kleju. Było lepienie z plasteliny zwierzątek (i rozlepianie ich przez Majkę – badacza plastelinowych części ciała i wnętrzności), było wycinanie, malowanie i sklejanie kartonowej korony (niestety o ile wykonywanie korony cieszyło się wielkim powodzeniem, o tyle noszenie – niekoniecznie, z trudem namówiłam swoją córkę na dwa zdjęcia – dla Dziadków), było zwykłe/niezwykłe malowanie farbkami, przy których wypróbowałyśmy nasz nowy komplet pędzelków z trójkątnymi rączkami (a i tak oczywiście skończyło się na odciskaniu ufarbionych palców na papierze) i było budowanie domu – dla kredek i mazaków. Podpatrzyłam u bielemorele stolik małego artysty (autorka bloga zachwyca mnie pomysłami – tanimi, zaskakująco mądrymi, łatwymi w wykonaniu, fascynującymi…), a że do Ikei mamy niecałe 11 kilometrów – musiałam go ucieleśnić w Naszym domu. Jest – i jak na razie hitem jest wyrzucanie kredek z pojemników (ale już wkładanie ich z powrotem niekoniecznie…).
I chciałam podzielić się plastyczną refleksją osoby, która po kilku –nastu? –dziestu? latach na nowo nurza dłonie w farbach i plastelinie*: Nie warto kupować najtańszego! Myślałam, w swej naiwności, że skoro Majka jeszcze nie umie rysować, to wystarczą jej tanie kredki z marketu. Nic bardziej mylnego! Tanie marketowce nie rysują – o wiele więcej siły trzeba włożyć w przyciśnięcie ich do papieru, by wydobyć kolor, łamią się – już przy temperowaniu, ale nie tylko w rysiku, także w pół, w swej wiotkiej posturze. Jeszcze gorzej sprawa ma się ze świecowymi – tu czasem jest tak mało barwnika, że jedną kredką można narysować tylko jednego kota – żeby było go widać na kartce… Więc zamiast kupować kilka pudełek tańszych, nic niewartych, warto zainwestować w te ciut lepsze**– bo jeśli kredki nie będą rysować, to dziecko też nie będzie rysować – taka prawda. Dlatego Majka tak bardzo lubiła moje długopisy – przy minimum wysiłku powstawały najpiękniejsze kreski i półokręgi – zauważyłam, że czasem tak mocno przyciska długopis do kartki, że robi dziurę – wpływ tanich kredek na postrzeganie pisania/rysowania przez moje dziecko – szybko trzeba to odkręcić!!! Przy plastelinie byłam już mądrzejsza. Przy farbach też – tu sięgnęłam po opinię Olgi (i Ewki), choć póki co miałam Otockiego w malutkich słoiczkach – ale nie opłaca się, oj nie! Muszę zaopatrzyć się w buteleczki! A najtańsze pędzle zostawiają włosy na kartce, łysieją, linieją, zrzucają czuprynę – ciekawy efekt, ale nie zawsze pożądany, bo czasem niezamierzony…
A teraz znów Majka będzie się bawić w papierowo-plastelinowym świecie, bo gorączka jednak ją dopadła, mimo że nie wyszliśmy na deszcz…















*czy kiedykolwiek nurzałam do tej pory dłonie w farbach, czy raczej niewolniczo trzymałam się czysto-palcowego pędzelka??? A stopą? Czy malowałam kiedykolwiek stopą???

** nie mówię o czeskich Koh-i-norach od razu (choć widziałam, że obok linii artystycznej pojawiła się też szkolna, więc pewnie tańsza), ale jakieś Bambino, czy na przykład świetny hiszpański Milan… zaś jeśli chodzi o świecowe – chwalę sobie Bambino – jedyne kredki pudrowe, jakie spotkałam do tej pory – i Crayolę. Crayola ma też genialne mazaki dla dzieci 1+ - zmywalne ze wszystkiego, nie wysychające i z zaokrąglonym wkładem, którego nie ma jak wcisnąć.