Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

czwartek, 31 marca 2016

316. CZASEM NIESIE MNIE W WALIZCE

TOON TELLEGEN
„TATA”
(TŁ. JADWIGA JĘDRYAS)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2016
ILUSTROWAŁA ROTRAUT SUSANNE BERNER

„Mój tata wszystko wie!”
„Mój tata wszystko umie!”
„Mój tata wszystko naprawia!”
Słyszę to z jej ust codziennie. Słowa wypadają z nich z taką mocą, że uderzają o chodnik i to chodnik się rozpryskuje. Ona nie przyjmuje odmowy, nie przyjmuje, jakiegokolwiek cienia krytyki – wierzy w nieomylność, w siłę ponadludzką, we wszechwiedzę, w niezniszczalność, idealizuje, cechy boskie przeczepia mu do rąk, do stóp, zawiesza na rzęsach i końcówkach włosów. Nie pozwala mu być kimś zwykłym. To tata-bohater, tata-najwyższy człowiek na świecie, tata-co ucisza wojny. I jest po to, żeby wyrzucać zbirów spod jej łóżka.
Zupełnie, dokładnie, identycznie jak tata Józefa! Jak to możliwe, że i ona i on mają tatę, który jest naj-? Jak to możliwe, że i jeden i drugi jest w ich oczach takiego samego wzrostu? Że aż trzeba się wspinać mozolnie do jego ucha, by zadać jakieś pytanie – taki jest wysoki!, że nigdy nie umrze, bo umie pokonać śmierć (i mama nie umrze i dziecko, bo tata przecież ich też obroni), że tymi spod-łóżkowymi zbirami obydwaj mogą puszczać kaczki na wodzie i że obydwaj ocalają świat.
A tak, że każdy tata jest bohaterem dla swojego własnego dziecka. Każdy jest dla niego autorytetem, wyrocznią, najsilniejszym człowiekiem świata.
Nawet, jeśli ten tata kocha nie do końca dobrze, źle, krzywo. Bo w tacie Józefa (pewnie w każdym innym tacie też) ja, dorosła, odczytuję też gorzkość. To tato-znikanie. To tato-zapadanie się w sobie. Widzę, że czasem tata idzie tak szybko, że Józef za nim nie nadąża. „Zapomniał o mnie?”- zastanawia się chłopiec. Tata Józefa ma dziwną pracę – codziennie rano zakłada lwią skórę i grzywę i pożera złych ludzi. Ale czasem zapomina w progu zdjąć kostium i przerażony Józef widzi zakrwawiony pysk… A jak uda się Józefowi podejrzeć tatowe sny, to okazuje się, że ucieka w nich na koniu – oddala się od domu i zabiera tylko mamę, a Józefa zostawia w zamkniętym na cztery spusty domu. Bo mimo całej siły, wiedzy i miłości taty Józefa, to mama jest opoką. To do niej do łóżka można się wślizgnąć w drżącą od strachu noc, a ona nawet przez sen wypowie imię swojego dziecka. To mama nigdy nie zapomina. To mama jest zwykłego wzrostu. Józef zastanawia się nad przyszłością – chciałby mierzyć tyle centymetrów, żeby być pomiędzy mamą a tatą. Bo to okropnie trudne mieć ojca, który jednym gestem ucisza wiatr. Trudno, bo chciałoby mu się dorównać, ale ma się głęboko w sobie strach, że to się nie uda… To trudne także dlatego, że ten tata musi dzielić swoją uwagę i oddawać część siebie także innym. A jak przychodzą tatowi koledzy, to rozmawiają w takim języku, jakiego Józef nie rozumie. I czasami ktoś go uprowadza. A czasem tata nie poznaje Józefa na ulicy. Ale Józef kocha ojca bardziej niż siebie samego.
To wzruszająca, mocna, piękna książka. O tym, że tata zawsze jest, niewidzialny nawet i że nie wiadomo, jak on to robi, ale czasem szepce do ucha rozwiązania matematycznych równań, gdy się nie wie, ile to jest trzysta siedemdziesiąt osiem podzielone przez dwadzieścia siedem. Że jest nawet wtedy, gdy odchodzi. To książka niełatwa, pełna symboli, absurdalnych scen, jakiejś duszności też, niepokoju. Ale to książka o miłości. Ja, zakochana w Tellegenie po koniuszki uszu, uważam, że napisał książkę nadzwyczajną. Ot, kilka historyjek w swoim stylu – rozmowy z muchami, złamanie człowieka na pół i szycie go grubą czarną nicią i czerwony drewniany młotek, którym mama zmniejsza tatę do rozmiarów jego syna. Ale w tym wszystkim są jeszcze podziemne znaczenia, międzykartkowe oceany uczuć, myśli, wzruszeń, łez. I tylko nie pasują mi do tej książki ilustracje. Bo Berner jest jasna, dziecięca, uśmiechnięta, kolorowa, a Tellegen jest czasem czarny do niewidzialności. I ten pean na cześć taty mógłby być malowany ręką Ewy Stiasny (tak,jak dwie poprzednie jego książki u Dwóch Sióstr), bo jej rozedrgana, zaplątana, nieprosta kreska, pasuje dużo bardziej. Bo to trochę jak obrazem śpiewać pieśń pochwalną.
Tata umie przecież wszystko – wyprowadzić za trąbę rozwścieczonego słonia z zoo albo schować Józefa w walizce i nieść go na spacer. To nic, ze czasem zapomina go z tej walizki wyjąć. To nic, że czasem zbyt mocno chce, żeby Józef już dorównywał my wzrostem. I rozciąga go jak gumę i nawet na chwilę mierzą tyle samo. To nic, że czasem przestaje mówić, albo wpada w tajemniczą dziurę w podłodze.

Wszystko to nic, bo najważniejsza i najpiękniejsza w tej książce nie jest miłość taty do syna – ta jest ułomna, powykrzywiana, koślawa, nieporadna czasem, czasem wręcz brutalna. Najważniejsza jest ta miłość odwrotna, w drugą stronę, miłość syna do ojca, dziecka do ojca, taka ślepa, gdy syn nie do końca wszystko rozumie, ale bierze całość, bo wie, że tylko jego tata jest najwyższy na świecie, tylko on nie da wyciąć mu migdałków i tylko on jeden sprzedaje bohaterstwo i bohaterskie czyny, bo ma ich tyle, że wystarczy przecież dla wszystkich...







315. ZŁY CZŁOWIEK


MARY NORTON
„POŻYCZALSCY W PRZESTWORZACH”
(TŁ. MARIA WISŁOWSKA)
„POŻYCZALSCY POMSZCZENI”
(TŁ. URSZULA GUTOWSKA)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2015
ILUSTROWAŁA EMILIA DZIUBAK

Śniło mi się, że jestem Pożyczalskim. Mieściłam się w ludzkiej dłoni i ta ludzka dłoń koniecznie chciała mnie zamknąć w klatce z palców. Uciekałam najszybciej, jak potrafiłam. Obudziłam się bez tchu…
Pożyczalscy nigdy nie mieli łatwo. Człowiek ma skomplikowaną naturę, która często nie pozwala mu zaakceptować inności. Ma w sobie chęć dominacji i poczucie wyższości, uznaje siebie za istotę najbardziej rozwiniętą. I sam sobie dał prawo niszczyć to, co odbiega od normy – jest na przykład zbyt niskie, dużo dużo za małe… Dał sobie również prawo, do zarabiania na tym pieniędzy, jeśli tylko wymyśli sposób - człowiek, istota chciwa…
Do Pożyczalskich wracamy, gdy muszą wyprowadzić się z kolejnego domu. Spiller uświadamia im, że miniaturowe miasteczko, które było swoistym miejscem mitycznym, istnieje naprawdę. Stworzył je niejaki pan Pott. Był to człowiek nadzwyczaj dobry i poczciwy. Niegdyś był kolejarzem. Podczas pełnienia służbowych obowiązków stracił nogę – ugryzła go łasica, przewrócił się na tory, prosto pod przejeżdżający pociąg i „nigdy nie zobaczył śladu zębów łasicy na swej nodze, gdyż noga razem ze śladami zębów została amputowana. A łasica uciekła cała i zdrowa.” Nie mógł już pełnić swoich obowiązków, z Funduszy Pomocy Kolejarzom dostał sporą sumkę, a że był zręczny, kreatywny i miał smykałkę do prac ręcznych, zaczął budować kolejkę. Kupił wagoniki, a potem krok po kroku, dom po domu, zaczął rzeźbić w drewnie miniaturowe miasteczko – kopię swojego miasta. Pan Pott nazwał je Mały Potok i poświęcał mu odtąd cały swój czas, doskonaląc, domalowując, sztukując i odzwierciedlając. Był perfekcjonistą, więc wszystko musiało być doskonałe. Swoją pomoc zaoferowała mu panna Oktawia – pisała książki dla dzieci, lepiła figurki z plasteliny i chyba trochę podkochiwała się w panu Potcie, więc była kandydatką idealną do pracy przy replice miasteczka – utalentowaną i oddaną, nigdy przedwcześnie nie zdradzającą szczegółów kolejnej z budowli pana Potta. A na miasteczko przychodzili popatrzeć wszyscy mieszkańcy! Pan Pott tego nie lubił, bo mu przeszkadzali. Nie pobierał opłat za zwiedzanie, bo miasteczko robił tylko dla siebie. Jednak po drugiej stronie rzeki mieszkał pan Platter. A pan Platter i jego żona bardzo chcieli zarabiać na swoim własnym, drugim w okolicy, miniaturowym miasteczku. Początkowo nie wiedzieli o Małym Potoku, ale wkrótce miało się to zmienić. Najpierw za sprawą niskich obrotów i ich przyczyny: kolejki pana Potta – w ten sposób dowiedzieli się o Małym Potoku. Ale wkrótce na scenę wkroczyli Pożyczalscy.
Zmęczeni po podróży, znużeni, pełni obaw i bezdomni, chcieli w końcu mieć miejsce dla siebie. Trafili do Małego Potoku, gdzie pewnego dnia, przez przypadek, zauważyła ich panna Oktawia. Była dyskretna, bo kochała krasnoludki, jak nie wiem co, wkrótce zaprzyjaźniła się z Ariettą (potajemnie) i zaczęła podrzucać rodzince wyposażenie, ubrania i czasem nawet coś do jedzenia. Żyło im się dostatnie i spokojnie. Do momentu, aż także państwo Platter wpadli na ślad maleńkich ludzików, które idealnie by się nadawały do ich miniaturowego miasteczka i znacznie podniosłyby obroty z biletów…
Nie będę zdradzać, jak Strączek z Dominiką i Arietą wydostali się ze strychu państwa Platterów, gdzie byli więzieni – dość powiedzieć, że się wydostali.
Tylko po to, by znów być bezdomnymi. W międzyczasie bowiem Strączek dowiedział się o przyjaźni Arietki z panną Oktawią i surowo zakazał takich kontaktów. Kazał przysiąc córce, że więcej się do panny Oktawii nie odezwie. Poza tym plamą na honorze jest przyjmować dary od człowieka. Naturą Pożyczlaskich, jest pożyczanie, muszą je ćwiczyć i doskonalić, bo od tego zależy ich byt. Strączek nie mógł więc pozwolić, by jego rodzina znalazła się na łasce czy niełasce jakiejś tam panny Oktawii. Stanowczo nakazał odwrót z Małego Potoku i cała rodzina, ze Spillerem na czele znów wyruszyła w nieznane. Tym razem do swej dawno nie widzianej rodziny…
Dwie ostatnie części Pożyczalskich są naznaczone niechęcią do ludzi, ciągłym strachem i ucieczką. Owszem – ich przygody są emocjonujące i mimo że Mary Norton napisała je ponad sto lat temu, wciąż bawią i zabawiają. Nie mniej jednak to tomy, które ukazują człowieka w niezbyt jasnym świetle, gorzej, wydobywają jego najgorsze cechy, naznaczają go piętnem prześladowcy i pokazują, że dla zysku gotów jest zrobić każdą rzecz, najpodlejszą nawet – ukraść coś, zabić (na szczęście do tego nie dochodzi, ale i takie myśli biegną przez głowę pana Plattera), zniszczyć dorobek czyjegoś życia, uwięzić najbardziej przyjazną rodzinę Pożyczalskich, jaką znam… Aż się odechciewa być człowiekiem! Dobrze, że Pożyczalscy pomszczeni - mam nadzieję, że gdzieś tam, od tych stu lat, są w końcu szczęśliwi i bezpieczni…

Ach, no tak, ilustracje! Ach, no tak – cóż mam mówić! Pozachwycam się tylko: Ach! Och! Ech! Uch! Ych! I nawet Óch! Nic się nie zmieniło, Emilia D. wciąż w mojej czołówce!









piątek, 25 marca 2016

314. CENZURA Z TCHÓRZOSTWA

GRO DAHLE
„WOJNA”
ENEDUERABE, GDAŃSK 2015
TŁUMACZENIE PAWEŁ URBANIAK
ILUSTROWAŁA KAIA LINNEA DAHLE NYHUS

Jeśli ktoś mówi mi, że się nie kłóci – nie wierzę. Prędzej już wierzę w jednorożce (przecież są!), niż w całkowity brak ostrzejszego słowa, podniesionego głosu i trzaśnięcia drzwiami. Życie już takie jest – jak warkocz. Są w nim pasma miłości, pasma uśmiechu i pasma cichych dni. Gdy rodzice rzucają w siebie słowami, jak sztyletami, dziecko czuje się zagrożone. Robi wszystko, by zatrzymać walkę. Czasem wystarczy zwykłe „Nie kłóćcie się”, czasem „Patrzcie, a ja potrafię stać na jednej nodze!”, czasem wybuch płaczu, po którym rodzic płonie rumieńcem zawstydzenia. A potem jest już wszystko dobrze. To wymaga od dziecka dużej odwagi, ale jest też niemal instynktowne. Sklejać, scalać, nie pozwalać, by się rozsypało w drobny mak. Gorzej, gdy rodzice krzyczą tak głośno, że nic do nich nie dociera. Gdy dziecku nie pozostaje już nic innego, jak uciekać. Żeby nie dostać odłamkiem, żeby nie zostać wojennym jeńcem, żeby od tego krzyku już tak nie bolały uszy.
Takie wojny istnieją – na słowa, na rękoczyny nawet. Wojny, które niweczą wspólne obiady, spacery, granie w gry, kąpiele w morzu i łaskotanie do utraty tchu. Wie o tym Inga. Niby mieszka w kraju, gdzie wojen nie ma. Ale tylko niby, bo wojna wypełza z samego środka – tam, gdzie dotąd stykały się skóry mamy i taty, tam, gdzie we wspólnej kanapie były wgłębienia idealne na każde z ich ciał, teraz są czołgi, zasieki, broń i łzy. A potem trzaśnięcie drzwiami – tata zostaje po drugiej ich stronie.
Wojna mamy i taty jest nawet gorsza, niż wojna na świecie, bo co wobec dziury po tacie znaczy dziura po kuli? Dokładnie tak samo siedzi się w szafie – bez oddychania i bez jednego słowa. Dokładnie tak samo trzeba uważać na każdy krok. I dokładnie tak samo zawala się cały świat. Przez wojny dorasta się szybciej, właściwie, jeśli wybucha, gdy jesteś dzieckiem, to odbiera ci dzieciństwo bezpowrotnie. Indze walka rodziców nagle odebrała prawo do bycia beztroską. Przestaje być zauważalna – zauważa się tylko jej przydatność – bo może odprowadzić młodszych braci do szkoły i zrobić im kanapki, gdy mama bez przerwy na życie płacze w poduszkę. Bo może szpiegować dla taty, szpiegować dla mamy. Inga nagle zostaje naderwana i z każdym dniem coraz bardziej się dzieli na pół. Gdy się ma podwójne życie, to nie znaczy, że miłości jest dwa razy więcej. Wręcz przeciwnie. Inga czuje, jak ta pierwsza, wspólna miłość zaczyna się dzielić na dwa. A nawet i z tego wykruszają się kawałeczki. Bilans wychodzi ujemny.
Inga nie radzi sobie z sytuacją, zaczyna w sobie szukać winy. Nie rozumie, więc na wszystkie sposoby próbuje znaleźć zgubiony sens. Nie śpi, nie je, jedyną ulgę zaczyna jej przynosić kaleczenie własnego ciała. Rodzice, w swojej walce zacietrzewieni, nie widzą, że giną cywile… Mam do nich żal, mam do nich pretensje, że tak późno zaczynają zwracać uwagę na swoją córkę. Że dopiero wtedy, gdy jej już właściwie nie ma. Jest jakiś cień, jakiś odblask, pokaleczona wewnętrznie i zewnętrznie mała dziewczynka, której nakazano być żołnierzem. W zbyt dużym hełmie, bez kamizelki kuloodpornej.
Rysunki Kai Dahle Nyhus mi się nie podobają, ale one wcale nie mają się podobać! Mają wstrząsać tobą do głębi. Pokazywać wojnę. Pokazują! Przełykam głośno ślinę. Bolą mnie takie książki, uwierają, spać po nich nie mogę, a czytam... Książkę stworzyły matka autorka i córka ilustratorka z inicjatywy dwóch Ośrodków Pomocy Rodzinie. Ta informacja wywołała we mnie dreszcze, zgrozę, chęć zamknięcia oczu. Bo to urealniło małą Ingę. Pewnie takich dziewczynek, przedwcześnie dojrzałych, jest na pęczki, na tony, na miliony… Pewnie to ma być terapia szokowa – dla nich, w Indze odnajdą siebie, a na końcu zobaczą pączkujące kwiaty i delikatny, jeszcze nieśmiały uśmiech na ustach Ingi. I dla rodziców tych dziewczynek (i chłopców!), żeby zatrzymali się z rękoma na spustach swoich pistoletów, zdali sobie sprawę, że odłamki mogą trafiać prosto w serce kogoś, kto z tą wojną nie powinien mieć nic wspólnego. Nie, to nie tak, że „ze względu na dzieci” trzeba mieszkać wciąż pod jednym dachem i trząść domem w posadach tylko nocami, gdy już śpią. Ze względu na dzieci może lepiej właśnie się rozstać. Ale najważniejsze, by ich nie utracić, by nie okazało się na końcu, że został z nich tylko wysuszony szkielet.
To książka ważna, w swoim przesłaniu piękna, mądra, poetycka, ale...czytam ją ukradkiem, po kryjomu, chcąc oszczędzić mojemu dziecku widoku i zapachu krwi, widoku i zapachu dymiących zgliszczy. To klosz! - ktoś zakrzyknie oskarżycielsko – Przykrywasz nim dziecko, by odgrodzić od realnego świata! Żeby zrozumieć świat i umieć w nim żyć musi go poznać!

Zgadzam się z tym, ale jestem tchórzem i wolę nie tłumaczyć zła, dopóki nie muszę. Jak miałabym wyjaśnić, patrząc w jasne oczy mojej córki, tę przemoc, ten strach, to że „wojna przetacza się przez Ingę, przewala po niej. Wojna depcze jej serce, naciska na głowę, wtłacza się między myśli i przeszukuje każdy mały kąt. Cała Inga jest jednym polem bitwy. Głębokie ślady, ciemne rowy, kratery. Żadne miejsce nie jest bezpieczne, żadne. Wszystko w ruinie.” I jednak kładę „Wojnę” na najwyższą półkę, gdzie jeszcze nie sięga, gdzie długo sięgać nie będzie. I mam nadzieję, że do końca życia będzie nosić koszulkę z pacyfką (jak Inga!!!) i że na najwyższej półce będzie ukrywać „Wojnę” Gro Dahle przed swoją własną córką…










czwartek, 24 marca 2016

313. EDYTOR TEKSTU PODKREŚLA



PIOTR WAWRZENIUK
„STRAŻACZKA”
POŁAWIACZE PEREŁ, WARSZAWA 2015
ILUSTROWAŁA DOROTA WOJCIECHOWSKA

PIOTR WAWRZENIUK
„AGENTKA”
POŁAWIACZE PEREŁ, WARSZAWA 2016
ILUSTROWAŁA DOROTA WOJCIECHOWSKA

Niedawno moja znajoma dziwiła się, że jej studentki mówią o sobie: „logopeda, pedagog, terapeuta, nauczyciel, wychowawca”. Że tylko ona jest „nauczycielką, terapeutką, trenerką”. A ja się nie dziwię. W kulturze języka polskiego dominują mężczyźni, a kobiety podporządkowują się i przyjmują te wszystkie męskie końcówki, jak swoje. Bez zastanowienia. Zupełnie naturalnie. Bo wrosły w ich świat, na języku układają się odpowiednio, są z językiem zrośnięte, nie trzeba nad nimi myśleć. Dziwnie brzmią te kobiecie odpowiedniki, jakby tworzone na siłę, jakby wycięte z papieru, doklejane nie tam gdzie trzeba, rozlatujące się, nieprzystające, niewłaściwie ulepione ze słownego ciasta, niestrawne. Oglądam je sobie z boku i widzę, jaka to wielka, jaka ogromna walka, żeby żeńskość przebiła się do języka. Pamiętacie „Kosmonautkę”? Dziwiłam się już wtedy językowym zlepkom i podziwiałam wojnę, na którą wybrali się Poławiacze pereł. To wojna o prawo kobiet do bycia w języku, do bycia mówionymi, do bycia formalnie poprawnymi. Oczywiście, gdzieś w podtekście można wyczytać, że kobiety mają prawo do robienia wszystkich tych rzeczy, co mężczyźni, jeśli tylko chcą. Oczywiście, z takim tematem łączy się nieodwołalnie słowo „feministka”. Ja feministką nie jestem, ale doskonale rozumiem to, co leży u podstaw tego ruchu. Wiara w kobiecą siłę, w kobiecą moc sprawczą, w to, że nie są gorsze od mężczyzn. Niestety wiele wieków historii sprawiło, że tak właśnie kobiety się postrzega i dużo czasu jeszcze minie, zanim „strażaczka, kustoszka, leśniczka czy weterynarka będzie tak samo łatwo wypowiadalne, co strażak, kustosz, leśnik i weterynarz. Może dla córek, które teraz przerzucają kartki tej książki maleńkimi łapkami, to będzie już słownictwo powszechne, a może dopiero dla ich córek. Może treści, jakie zawarte są w takich książkach, dokonają rewolucji bezkrwawo, naturalnie i będzie tak, jakby wyssać z mlekiem matki te wszystkie geolożki wiertnicze, elektryczki i grabarki? Bo przecież dyrygentka, himalaistka, rzeźbiarka, ogrodniczka, konduktorka brzmią familiarnie, wypowiada się je bez potknięć i bez przystanków. Więc może jest nadzieja? Tyle, że cukierniczka to wciąż, wiadomo, pojemnik na cukier na środku stołu...
„Strażaczka” i „Agentka” są więc niewątpliwie książkami z przesłaniem, z zadaniem, z misją. Ale ja chcę na nie patrzeć jak na kawałek świetnej literatury i jak na genialnie zaprojektowany przedmiot! Jak na dopracowanego, ślicznego picture booka. Podziwiam teksty Piotra Wawrzeniuka, to igranie ze znaczeniami, zupełnie beztroskie, zabawę ze słowami, w której się zatracam, dna podwójne i uśmiech od ucha do ucha. Na przykład moja ukochana hydrauliczka (tak, tak, mój edytor tekstu podkreśla mi to słowo czerwoną, falowaną linią!) „co niedzielę spaceruje po parku, spuszczając tygodniowe ciśnienie i kanalizując radość rurkami z kremem”. Fantastyczne, prawda?

No i te ilustracje! Ten brak słów na obraz! Te rozedrgane linie, kolory w niewielkiej ilości, te zawijasy i ta mnogość szczegółów! Dorota Wojciechowska skradła mi serce już przy „Kosmonautce” i od tamtej pory trzyma je mocno, nie puszcza. W „Strażaczce” i „Agentce” jest w wyśmienitej formie, choć nie widziałam dotąd, by nie była. Piękna książka, piękny przedmiot. Daję córce do czytania, oglądania, zabawy. Niech przesiąka, a nuż uda jej się być tym, kim chce?











312. WSZYSTKO, CO CHCIELIBYŚCIE WIEDZIEĆ, ALE BOICIE SIĘ ZAPYTAĆ

DOROTA SUMIŃSKA
„DLACZEGO HIPOPOTAM JEST GRUBY? SEKRETY NIE TYLKO ŚWIATA ZWIERZĄT”
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2016
ILUSTROWAŁA JOANNA ŻERO

Majka ma wujka Damiana. Wujek Damian jest jednym z ulubionych wujków. Zastanawiałam się nad tym fenomenem, obserwując ich relacje. Przyglądałam się z boku i chyba znam sekret. Wujek Damian jest uważny, traktuje ją poważnie i odpowiada na każde pytanie. Nie robi uników i nie odprawia jej przytaczając frazesy w stylu „jesteś za mała”, „po co ci to wiedzieć”, „dowiesz się, gdy podrośniesz”. Zasada jest prosta – jeśli jesteś wystarczająco duża, żeby zadać pytanie, jesteś wystarczająco duża, żeby uzyskać odpowiedź.
Dorota Sumińska też jest uważną ciocią. Jest tą osobą, która rozmawia z dzieckiem, odpowiadając na każde zadane pytanie. Bez mrugnięcia okiem wyjaśnia „Co je wrona?”, „Dlaczego krew jest czerwona?”, „Po co ośmiornicy osiem łap?”, ale też na pytania nieco bardziej drażliwe i odwołujące się do sfer życia, uznawanych za wstydliwe. No bo „Dlaczego wujek jest łysy?”, „Czy zwierzęta się całują?”, „Dlaczego psy nie wstydzą się siusiać na trawniku?”.
Przed moimi oczyma maluje się taka scena – w jakimś wirze codziennych spraw, naprzeciw siebie siedzą ciocia Dorota i Dziecko. Rozmawiają o pogodzie, o przedszkolu/szkole, o książce, którą Dziecko ostatnio przeczytało i nagle pada pytanie „Ciociu, czy zwierzęta nie potrzebują butów?” Ciocia Dorota zamyśla się, ale tylko na chwilę. Chce dobrać odpowiednie słowa, by przekazać wiedzę w możliwie najlepszy, najodpowiedniejszy sposób. Taki, który Dziecko zrozumie, przyswoi i poniesie w świat. Umysł dziecięcy to bardzo plastyczna materia, dlatego łatwo go nagiąć do swojego wyobrażenia świata, łatwo go rozciągnąć i zniekształcić. Dlatego zwróciłam uwagę na pewien szczegół – treść książki została poddana konsultacji psychologicznej. Ujęło mnie to! O ile na gorąco, w żywej rozmowie, odpowiada się czasem nie to, co by się chciało,odpowiednie słowa nieraz chowają się, ukrywają pod mchem, pod kamieniem, pod ziemią, o tyle słowo pisane można ujarzmić, można przyjrzeć mu się z boku, z dystansu, zatrudnić słowa najodpowiedniejsze, wymienić te, które nie spełniają swojej roli. To dowód na to, że czytelnik jest traktowany z najwyższą powagą i że w mniemaniu cioci Doroty, zasługuje na pełną dawkę uwagi, bez półśrodków.
To dla mnie także popis dziecięcej wyobraźni i szerokich horyzontów, dziecięcego głodu wiedzy i zaglądania pod każdy możliwy kamień – bez wyjątku. Bo czy dorosły zastanawia się nad tym, „Czy psy rozpoznają swoje odbicie w lustrze?”, „Czy w wulkanie jest jakieś życie?”, „Jak kukułki wołają na swoje dzieci?”, „Czy zwierzęta mogą się opalić?”, „Czy zwierzęta też obgryzają paznokcie?”.
Jest coś jeszcze, co pozwala mi na oklaski na stojąco, w uznaniu dla „Hipopotama”. Majka upodobała sobie ostatnio program „Dlaczego? Po co? Jak?” - w kółko oglądamy odcinki o wyciu wilków, o produkcji kredek, o produkcji płyt CD i o tym, dlaczego mydło się pieni. W każdym odcinku dzieci wychodzą na ulicę i robią sondę wśród dorosłych. Zadają banalne (zdawałoby się!) pytania w rodzaju dlaczego pada deszcz i dlaczego księżyc zmienia rozmiar. Dorośli zazwyczaj nie wiedzą. Wymyślają bajki. Sklejają odpowiedzi z jakichś strzępków, wyciąganych naprędce z zakamarków pamięci. Coś świta, rzucają odpowiedź i uciekają zawstydzeni, że świat dookoła to dla nich taka wielka, niezgłębiona tajemnica. Co bardziej dociekliwi pewnie sprawdzą po powrocie do domu w internecie, upewniając się, że źle wypadli na teście. Trochę tak jest z tymi książkami – to wiedza o tym, co jest najbliżej nas – o psie, którego codziennie wyprowadzamy na spacer, o kogucie, który obudził nas w wakacje na agroturystyce, o pijawce, której baliśmy się jako dzieci, mocząc nogi w jeziorze, o nas samych w końcu – o tym, jak jesteśmy zbudowani i „dlaczego panom rosną wąsy, a paniom nie?”. „Książka, którą pokochały dzieci, rodzice i dziadkowie” czytamy na okładce. Bo to pytania, na które każdy z nas chciałby znać odpowiedź, ale jeśli jest już dorosły, to boi się zapytać. Bo to przecież trywialne, bo wszyscy powinni to wiedzieć. Dlatego z takim zainteresowaniem czytam je i ja, choć te wielkie litery sugerują, że dawno już przekroczyłam główny target wiekowy.

To już druga książeczka z serii. „Dlaczego oczy kota świecą w nocy? I inne sekrety świata zwierząt” to była rozmowa z Dorotą Sumińska weterynarzem, ze znawcą zwierzęcego zdrowia, zwyczajów, cech gatunkowych. „Dlaczego hipopotam jest gruby?” to już coś więcej. Tu odkrywamy sekrety świata nie tylko zwierząt, ale też ludzi. Dlatego tu większe pole do popisu ma Dorota Sumińska – psycholog. Co prawda ciocia Dorota jest psychologiem zwierzęcym, ale czy człowiek to nie zwierzę? Czy w gruncie rzeczy nie kierują nim pierwotne instynkty? Na pewno ma jedną przewagę, przywilej – potrafi czytać i dzięki temu może sięgnąć po serię Sumińskiej. Stamtąd jednak dowie się, że zwierzęta też chodzą do szkoły. „A dlaczego zwierzęta nie uczą się czytać i pisać?” - pyta Dziecko. „Oczywiście, że się uczą!” - odpowiada ciocia. Zaskoczenie, zaciekawienie, głód wiedzy…