Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

piątek, 25 marca 2016

314. CENZURA Z TCHÓRZOSTWA

GRO DAHLE
„WOJNA”
ENEDUERABE, GDAŃSK 2015
TŁUMACZENIE PAWEŁ URBANIAK
ILUSTROWAŁA KAIA LINNEA DAHLE NYHUS

Jeśli ktoś mówi mi, że się nie kłóci – nie wierzę. Prędzej już wierzę w jednorożce (przecież są!), niż w całkowity brak ostrzejszego słowa, podniesionego głosu i trzaśnięcia drzwiami. Życie już takie jest – jak warkocz. Są w nim pasma miłości, pasma uśmiechu i pasma cichych dni. Gdy rodzice rzucają w siebie słowami, jak sztyletami, dziecko czuje się zagrożone. Robi wszystko, by zatrzymać walkę. Czasem wystarczy zwykłe „Nie kłóćcie się”, czasem „Patrzcie, a ja potrafię stać na jednej nodze!”, czasem wybuch płaczu, po którym rodzic płonie rumieńcem zawstydzenia. A potem jest już wszystko dobrze. To wymaga od dziecka dużej odwagi, ale jest też niemal instynktowne. Sklejać, scalać, nie pozwalać, by się rozsypało w drobny mak. Gorzej, gdy rodzice krzyczą tak głośno, że nic do nich nie dociera. Gdy dziecku nie pozostaje już nic innego, jak uciekać. Żeby nie dostać odłamkiem, żeby nie zostać wojennym jeńcem, żeby od tego krzyku już tak nie bolały uszy.
Takie wojny istnieją – na słowa, na rękoczyny nawet. Wojny, które niweczą wspólne obiady, spacery, granie w gry, kąpiele w morzu i łaskotanie do utraty tchu. Wie o tym Inga. Niby mieszka w kraju, gdzie wojen nie ma. Ale tylko niby, bo wojna wypełza z samego środka – tam, gdzie dotąd stykały się skóry mamy i taty, tam, gdzie we wspólnej kanapie były wgłębienia idealne na każde z ich ciał, teraz są czołgi, zasieki, broń i łzy. A potem trzaśnięcie drzwiami – tata zostaje po drugiej ich stronie.
Wojna mamy i taty jest nawet gorsza, niż wojna na świecie, bo co wobec dziury po tacie znaczy dziura po kuli? Dokładnie tak samo siedzi się w szafie – bez oddychania i bez jednego słowa. Dokładnie tak samo trzeba uważać na każdy krok. I dokładnie tak samo zawala się cały świat. Przez wojny dorasta się szybciej, właściwie, jeśli wybucha, gdy jesteś dzieckiem, to odbiera ci dzieciństwo bezpowrotnie. Indze walka rodziców nagle odebrała prawo do bycia beztroską. Przestaje być zauważalna – zauważa się tylko jej przydatność – bo może odprowadzić młodszych braci do szkoły i zrobić im kanapki, gdy mama bez przerwy na życie płacze w poduszkę. Bo może szpiegować dla taty, szpiegować dla mamy. Inga nagle zostaje naderwana i z każdym dniem coraz bardziej się dzieli na pół. Gdy się ma podwójne życie, to nie znaczy, że miłości jest dwa razy więcej. Wręcz przeciwnie. Inga czuje, jak ta pierwsza, wspólna miłość zaczyna się dzielić na dwa. A nawet i z tego wykruszają się kawałeczki. Bilans wychodzi ujemny.
Inga nie radzi sobie z sytuacją, zaczyna w sobie szukać winy. Nie rozumie, więc na wszystkie sposoby próbuje znaleźć zgubiony sens. Nie śpi, nie je, jedyną ulgę zaczyna jej przynosić kaleczenie własnego ciała. Rodzice, w swojej walce zacietrzewieni, nie widzą, że giną cywile… Mam do nich żal, mam do nich pretensje, że tak późno zaczynają zwracać uwagę na swoją córkę. Że dopiero wtedy, gdy jej już właściwie nie ma. Jest jakiś cień, jakiś odblask, pokaleczona wewnętrznie i zewnętrznie mała dziewczynka, której nakazano być żołnierzem. W zbyt dużym hełmie, bez kamizelki kuloodpornej.
Rysunki Kai Dahle Nyhus mi się nie podobają, ale one wcale nie mają się podobać! Mają wstrząsać tobą do głębi. Pokazywać wojnę. Pokazują! Przełykam głośno ślinę. Bolą mnie takie książki, uwierają, spać po nich nie mogę, a czytam... Książkę stworzyły matka autorka i córka ilustratorka z inicjatywy dwóch Ośrodków Pomocy Rodzinie. Ta informacja wywołała we mnie dreszcze, zgrozę, chęć zamknięcia oczu. Bo to urealniło małą Ingę. Pewnie takich dziewczynek, przedwcześnie dojrzałych, jest na pęczki, na tony, na miliony… Pewnie to ma być terapia szokowa – dla nich, w Indze odnajdą siebie, a na końcu zobaczą pączkujące kwiaty i delikatny, jeszcze nieśmiały uśmiech na ustach Ingi. I dla rodziców tych dziewczynek (i chłopców!), żeby zatrzymali się z rękoma na spustach swoich pistoletów, zdali sobie sprawę, że odłamki mogą trafiać prosto w serce kogoś, kto z tą wojną nie powinien mieć nic wspólnego. Nie, to nie tak, że „ze względu na dzieci” trzeba mieszkać wciąż pod jednym dachem i trząść domem w posadach tylko nocami, gdy już śpią. Ze względu na dzieci może lepiej właśnie się rozstać. Ale najważniejsze, by ich nie utracić, by nie okazało się na końcu, że został z nich tylko wysuszony szkielet.
To książka ważna, w swoim przesłaniu piękna, mądra, poetycka, ale...czytam ją ukradkiem, po kryjomu, chcąc oszczędzić mojemu dziecku widoku i zapachu krwi, widoku i zapachu dymiących zgliszczy. To klosz! - ktoś zakrzyknie oskarżycielsko – Przykrywasz nim dziecko, by odgrodzić od realnego świata! Żeby zrozumieć świat i umieć w nim żyć musi go poznać!

Zgadzam się z tym, ale jestem tchórzem i wolę nie tłumaczyć zła, dopóki nie muszę. Jak miałabym wyjaśnić, patrząc w jasne oczy mojej córki, tę przemoc, ten strach, to że „wojna przetacza się przez Ingę, przewala po niej. Wojna depcze jej serce, naciska na głowę, wtłacza się między myśli i przeszukuje każdy mały kąt. Cała Inga jest jednym polem bitwy. Głębokie ślady, ciemne rowy, kratery. Żadne miejsce nie jest bezpieczne, żadne. Wszystko w ruinie.” I jednak kładę „Wojnę” na najwyższą półkę, gdzie jeszcze nie sięga, gdzie długo sięgać nie będzie. I mam nadzieję, że do końca życia będzie nosić koszulkę z pacyfką (jak Inga!!!) i że na najwyższej półce będzie ukrywać „Wojnę” Gro Dahle przed swoją własną córką…










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...