Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

wtorek, 29 kwietnia 2014

176.W TEN ŚWIAT SZEROKI

MARY NORTON
„POŻYCZALSCY IDĄ W ŚWIAT”
(TŁ.MARIA WISŁOWSKA)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2014
ILUSTROWAŁA EMILIA DZIUBAK

[Dwie Siostry- dwa razy więcej radości!]

Chcąc nie chcąc, iść muszą. Zauważeni, Zobaczeni, Widziani, spod kuchni wypędzani, dymem truci, myszami straszeni, muszą uciekać, bo w „Stokrotce” nie ma już dla nich miejsca. W tamtym domu został kąt ciepły, znane szlaki „na pożyczanie” i troszkę serca. Ale trzeba brać nogi za pas, ratować siebie i swój świat. Każdy z nich bierze to, co drogie sercu – Strączek swoje narzędzia, Dominika druty, a Arietta „Diariusz” i „Księgę przysłów” i ruszają szukać borsuczej nory, w której mieszka wujostwo.
Pożyczalscy. Te małe ludziki, które przywłaszczają sobie mydelniczkę, żeby z niej zrobić łódź, albo rękawiczkę, bo odcięty palec nada się na plecak. Albo zakrętkę od butelki z aspiryną, bo w niej można nosić wodę... Zastanawiali się kiedyś, czy można żyć pod gołym niebem, czy z dala od kuchennego ognia można coś ugotować, czy ogrzać się można poza czterema ścianami. Teraz świat rozkłada przed nimi ramiona i muszą w nie wejść, przytulić się i poddać temu uściskowi, bo nie ma innego wyjścia. Dominika biada na każdym kroku, bo jako wzorowa pani domu nie może ścierpieć, że już domu nie ma. Strączek od razu zabiera się do układania rzeczywistości – troszkę ją przycina, trochę stuka młotkiem i stara się, żeby do nich pasowała. A Arietta zachwycona jest tym, że może oddychać pełną piersią, że mogła w końcu wyjść spod podłogi, że nareszcie widzi niebo! Korzysta z dobrodziejstw świata – ze świeżych poziomek, zrywanych prosto z krzaka, z kwiatów, z których da się zrobić sukienkę, z szumu wody, na którą można patrzeć godzinami i nawet ze śniegu, w którym też drzemie trochę zabawy.
Nie przeszkadza jej nawet to, że z konieczności zostali jaroszami. I że łąka, na której gdzieś tam jest borsucza nora, jest strasznie wielka i że zdaje się specjalnie dom krewnych ukrywać. Po prostu chłonie świat. A któregoś dnia poznaje kogoś, kto świat umie sobie podporządkować – Spiller zna zasady, jakie panują pod gołym niebem – ma łuk i strzały i dzięki niemu zima zdaje się być trochę cieplejsza...
Cudna książka – we wszelkich aspektach! Językowo, choć język nieco archaiczny, inkrustowany pampasami, odziomkami i moleskinami. Ale czyta się sam, ja tylko siedzę nad tym tekstem i chłonę. Bo dzieje się dużo, dzieje się mocno – Jednooki Cygan, polowanie, samotny rejs mydelniczką Arietty, która nie umie pływać, atak myszy, lisy jakieś... Nie mogę przestać czytać, bo tak bardzo chcę już wiedzieć, czy na zimę będzie herbata, ciepły koc i zapasy dla Pożyczalskich... Bo może im trzeba pożyczyć?
O Dziubak chyba nie napiszę, bo byłoby za słodko, bo jak jeszcze nazwać moją miłość do jej rysunków, żeby było oryginalnie, żeby nie powtarzać w kółko „zachwyt!”, „kocham!”, „uwielbienie!”?
I apeluję tylko do moich własnych Pożyczalskich, którzy najczęściej pożyczają akurat skarpety mojego Męża i kredki Majki, żeby czasem wyszli spod podłogi, że na powietrzu da się żyć, że żyje się dwa razy piękniej i że jak będą wychodzić na spacery, to nie będę ich podglądać...





[My dwie i one dwie – Dwóm Siostrom kłaniamy się w pas w podziękowaniu za egzemplarz]

czwartek, 17 kwietnia 2014

175. OSIEM ZAGIĘTYCH ROGÓW


THIERRY LENAIN
ZUZA I SUKIENKA DLA MAKSA”
(TŁ. MAREK PUSZCZEWICZ)
ENTLICZEK,WARSZAWA 2014
ILUSTROWAŁA DELPHINE DURAND

THIERRY LENAIN
ZUZA MA ADORATORÓW”
(TŁ. MAREK PUSZCZEWICZ)
ENTLICZEK,WARSZAWA 2014
ILUSTROWAŁA DELPHINE DURAND

[Wyliczanka – radość, niebanalna forma, wrażliwość, spontaniczność, Entliczek]

Codziennie chociaż raz. I to od razu trzy za jednym zamachem (najlepiej byłoby wszystkie trzy jednocześnie). Bo przecież na jednej poprzestać nie można. Skoro były trzy w serii to wszystkie trzy trzeba było przeczytać. Tę o mamutach, siurkach i rowerze, tę o rybie przywiązanej do palika, siedzeniu pod drzwiami toalety i pocałunkach i tę o wielkiej poduszce, czekoladzie zdrowej dla dzidziusiów i gnieździe na drzewie. A potem najchętniej raz jeszcze, albo nawet ze trzy (wciąż razy trzy). Imię bohaterki jest pierwszym, które nauczyła się mówić Majka – jeszcze przed swoim własnym.
Zuza.
Dziewczynka nietuzinkowa, rezolutna, mająca własne zdanie, trochę władcza i na pewno gender (choć problem gender w odniesieniu do Zuzy jest tak oczywisty, że chyba pisać o tym to banał).
Zuza ma siedem lat, ma chłopaka Maksa i wielką głowę (którą łatwo narysować w dziecięcej zabawie w kalambury – i Majka bezbłędnie zgaduje, już po głowie i dwóch kucykach z boku, które nieodmiennie nazywa „uchami”). A duża głowa jest po to, żeby mieścić dużo małych i dużych myśli.
Bo Zuza i Maks to dzieci, które się nad światem zastanawiają, które świat analizują, które światem zachwycone, rozkładają go na cząstki, dążąc do sedna, do pestki.
Tym razem zastanawiają się „co by było gdyby...”. No bo gdyby Maks się nie przeprowadził* to przecież wcale by się z Zuzą nie poznali i Zuza musiałaby mieć jakiegoś innego ukochanego, niż on. A Maksowi wcale nie jest miła perspektywa, że Zuza kogoś innego by całowała, kogoś innego trzymała za rękę i z kimś innym bawiła się Małym mechanikiem – nawet, jeśli to tylko wyobrażenie i wcale nieprawda. I nagle rozgląda się dookoła i zdaje sobie sprawę z zagrożenia – wokół jest mnóstwo chłopców, którzy mogliby być tym „nie-Maksem”. Musi więc podjąć jakieś działania i walczyć o swoją kobietę!
To historia o tym, jak w Maksie, troszkę zdominowanym, leciuteńkim pantoflarzu budzi się nagle lew, co ryczy i chce bronić swojego terytorium. To historia chyba też o tym, że dzieci są zaborcze i naprzód i w tył – bo mogą być zazdrosne o to, bo już było, o to, co ma się zdarzyć, a nawet o to, co nie istnieje, ale zaistnieć by przecież mogło. I chyba też o wielkiej miłości, bo najpiękniejsze jest zuzowe podsumowanie, które oczywiście pozostanie Naszą tajemnicą.
A potem Zuza i Maks w supermarkecie napotykają piękną różową sukienkę z kokardą w pasie i innymi fidrygałkami. I Maks wyobraża sobie Zuzę w tej sukience i bardzo, ale to bardzo chce ją w niej zobaczyć! Nie będę zdradzała, w jaki sposób sukienka stała się „sukienką dla Maksa”. Powiem tylko, że to taki „protest book” przeciwko upupieniu i gębie, że to książka, która wyciąga dzieci ze stereotypów, ratuje je przed utonięciem w nich. Wiem, że może szokować, że pewnie różowe plus chłopiec (nie mówiąc już o zestawieniu chłopiec i sukienka) może rodzić strach i skojarzenia ze słowem na G, którego boją się pewnie chłopców tatusiowie. Ale to ma być wielki, jaskrawy, falbaniasty przykład tego, że dorośli narzucili zbyt wiele ram, że w zbyt wielu klatkach zamykają dzieci, że wytyczają im granice, a może warto byłoby w tych płotach zrobić też bramki, furtki, wrota i wierzeje, żeby choć zerknąć mogły bez przeszkód na drugą stronę... To też książka o różnicach charakterów. O tym, że każde dziecko jest inne, że jedne interesują się piłką nożną i mamutami, a drugie wolą śpiewać i piec ciasta. I że nie ma tu znaczenia, czy ktoś jest chłopcem czy dziewczynką – zainteresowanie o płeć nie pyta. Może o cechy charakteru i predyspozycje – co najwyżej.
Ja w każdym razie błogo-będę-sławić osiem nowych zagiętych rogów! Do kolekcji tych dwunastu już pozaginanych. Bo Zuza jest z nami wszędzie (a mimo to w rękach osiemnastomiesięcznej Majki wciąż dobrze się trzyma!) i drżyjcie niebiosa, jeśli by gdzieś nie poszła! I cieszę się, że jeśli Majce przykleiła się jakaś książka do rąk, to jest to coś wartościowego. Co prawda gdy czytałam jej w szpitalu, to mama z „łóżka obok” zapytała z niedowierzaniem - „I pani jej czyta takie rzeczy?”, wyłapując jakieś cipkówny i siurkowców. Teraz pewnie by zakrzyknęła - „A fe! Chłopak w sukience!”. A ja krzyczę „Maks, tańcz, tańcz!” i znów błogo-sławię osiem zagiętych rogów do kolekcji!










{zuzowa sesja zdjęciowa była nad wyraz utrudniona, bo Majka, gdy zauważyła, że robię zdjęcia, jak przegląda książkę, to najpierw władowała się na kolana, żeby czytać, a potem zazdrośnie broniła prywatności Zuzy całym ciałem. Potem czytały z lalką, skoro mama nie chciała, a w końcu zabrała książki i poszła do swojego pokoju czytać sama – a ja jak paparazzi podążyłam za nimi – ale drzwi zostały zamknięte... Majka czyta Zuzę – nie przeszkadzać!}

*hmmm... tu mam problem, bo wydawało mi się, że to akurat Zuza się przeprowadziła, skoro przyszła do nowej szkoły (w części „Czy Zuza ma siurka?)...


[Dziękujemy Entliczkowi, że się uśmiechać nam pozwolił]

czwartek, 10 kwietnia 2014

174.CZEPLIWOŚĆ

GIANNI RODARI
KOCIA GWIAZDA”
(TŁ. JAROSŁAW MIKOŁAJEWSKI)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2014
ILUSTROWAŁA ELENE TEMPORIN

[Jedno z najbardziej prestiżowych wydawnictw w Polsce pochyla się też czasem nad Dziećmi]

Rodariego lubię bardzo za dwie rzeczy. Pierwsza to jego niesamowita wyobraźnia – to, że igra z czasem, z przestrzenią, przeobraża jedne formy w całkiem inne i uchodzi mu to na sucho. Że bawi się bohaterami, wrzucając je w sam środek różnych dziwacznych sytuacji i sprawdza, jak sobie poradzą, co z nimi będzie – czy w wodzie wyrosną im płetwy, czy gdy się ich podrzuci, to dostaną skrzydeł i polecą? Wszystko jest możliwe, nic nie jest wykluczone. Czasem jego pisanie ociera się o absurd, czasem czystoabsurdalne, ale w przypadku tomiku o kotach zadziwiająco, jak na Rodariego, zwyczajne. Koty, oprócz tego, że czasem mówią, że czasem uczą się obcych języków, że czasem, tak jak kot Artur, latają w odrzutowych koszykach, czasem, jak Gustaw grają na fortepianie, albo jak Karol Wielki - na flecie, to są całkiem zwykłe – polują na myszy (choć dziwnymi czasem sposobami), pod stolikami restauracyjnymi wyczekują smakowitych kąsków, nie aportują patyków, są indywidualistami i lubią skakać po meblach.
Drugą cechą Rodariego-autora, jest jego czepliwość – uczepia się jakiegoś motywu, jakiegoś bohatera, jakiegoś pomysłu i obnosi go po wielu wierszach, opowiadaniach, bajeczkach. Tutaj też tak jest – bo wiersze o kotach to sam środeczek – jest ich wiele i są bardzo różne, ale jak klamrą, Rodari spina je dwoma opowiadaniami o kociej gwieździe. A było to tak – na placu Argentina w Rzymie, mieszkają sobie koty-koty. Piją mleko, jeśli ktoś im zostawi kapeczkę w spodeczku, myją swoje wąsy i łapy dość często, ucinają sobie popołudniowe drzemki w słońcu. Ale lubią też czasem posłuchać kotów-osób. To nie są takie zwyczajne koty. To koty, które wcześniej były ludźmi, ale zmęczone ludzką postacią, ludzkimi problemami, ludzkimi kłótniami, przerzucały nogę nad niskim ogrodzeniem i po jego drugiej stronie, traciły ludzką postać na rzecz kociej. Wygodne rozwiązanie. Nazywało się to „odejść z kotami”. Przy czym zachowywali całą swoją wiedzę, wyniesioną z ludzkości, dzięki czemu mogli zapraszać inne koty-osoby oraz koty-koty na przykład na prelekcje dotyczące gwiazd. I właśnie dzięki tej ludzkiej wiedzy koty nagle zorientowały się, że żadna gwiazda nie jest kocia – jest niedźwiedź, nawet dwa, jakiś pies, wąż, żuraw, gołębica, a kota ni miau, miau... Postanawiają zastrajkować i wynegocjować z ludźmi kocią gwiazdę...
Jak zwykle Rodari mruży oczy po szelmowsku i uśmiecha się pod wąsem (czyżby trochę kocim?). I bawi się z czytelnikiem, jak z kotkiem, rozwijając motek historii i każąc za nim gonić. Ale przyjemna to gonitwa. Lekka, niezobowiązująca. Na pewno dla kociarzy.







[Dziękujemy Wydawnictwu Literackiemu, że dzieli się z Nami swoimi cennymi perełkami – książki wszak najwartościowszymi klejnotami]

środa, 9 kwietnia 2014

173.W TŁUMIE NA NIEBIESKO

LUKE PEARSON
„HILDA I PTASIA PARADA”
(TŁ. HUBERT BRYCHCZYŃSKI)
CENTRALA -MĄDRE KOMIKSY, POZNAŃ 2014
WYDANE W SERII CENTRALKA - KOMIKSY DLA DZIECI I MĄDRYCH RODZICÓW

[Centrala – bo komiksy nie muszą być głupie!]

Oczy Hildy otwierają się. Za oknem widać góry. Mama już jest na nogach i od jakiegoś czasu na stole stoi pożywne śniadanie. Pożywne, bo Hilda cały czas biegnie i musi mieć na to siłę. Biegnie, by zwiedzać świat, by sprawdzać, czy przez noc coś się zmieniło, czy przybyło roślin, czy jakiś troll zamieszkał na skałach, albo tak zwyczajnie – powłóczyć się. Nie chodzi do szkoły, ale w jej chlebaku zawsze jest flet, szkicownik, jakieś kredki i koniecznie książka – albo o drewniakach albo na przykład o mchach skalnych. I kanapki z ogórkiem, bo Hildy nie będzie cały dzień. Wróci dopiero na kolację...
Rok później.
Za oknem szare, choć na kolorowo pomalowane domy, szarzy, choć kolorowo ubrani ludzie. Śniadanie Hilda je przy stole. Wolno, jak najwolniej. Nie biegnie już z kęsem kanapki w ustach. Teraz chodzi. I już nigdzie się nie spieszy, bo świat jej się zmienił – chodzi teraz do szkoły i na ulicach nie rośnie mech. A gdy chce wyjść pozwiedzać okolicę, to na czoło mamy występuje pot – boi się, że Hilda zginie pomiędzy identycznymi domami, że przepadnie w tłumie spieszących się dokądś przechodniów, że zapomni nazwy swojej ulicy... Tam w górach każdy skrawek ziemi był domem Hildy – tu wszędzie czai się strach i nieznane. Ale Hilda musi wyjść z ciepłego domu, znaleźć w mieście miejsce dla siebie. Przychodzą po nią koledzy z klasy i pokazują miasto takie, jakim go widzą – są w nim co prawda tajemnicze zakamarki, ale jest też dzwonienie do drzwi staruszek i ucieczka, jest brak szacunku dla rodziców i jest rzucanie kamieniami w ptaki. Nie widzą zaś tego wszystkiego, co widzi Hilda, mimo że patrzą na to samo – nie wiedzą, kogo przedstawia ogromny pomnik, nie zauważają, że każde drzwi są pomalowane na inny kolor i na pewno nie widzą, że kruk, którego strącili z drzewa, potrafi mówić. A Hilda słyszy jego głos. I postanawia mu pomóc. Bo kruk nie dość, że zapomniał, jak się lata, to zapomniał kim jest. Wie tylko, że ma do zrobienia coś naprawdę ważnego...
Jak zwykle najpiękniejsze jest to, że Hilda się nie dziwi. Że zauważa więcej, ale przyjmuje wszystko to, co się zdarza, jak to, co się zdarzyć po prostu musi. Przecież to oczywiste, że małe solne lwy nie robią nikomu krzywdy, a te duże są groźniejsze. I przecież to oczywiste, że kruki umieją mówić – trzeba tylko dobrze ich słuchać.
Myślę, że Pearson przyprowadził Hildę do miasta specjalnie. Chciał udowodnić, że nie powinno być miejsca na wątpliwości – wszędzie jest magia. Ktoś mógłby przecież powiedzieć, że na rozległych łąkach i w wysokich górach łatwiej o cuda i dziwy, że kominy miejskich domów odstraszają czary. Ale to nie jest prawda – trzeba tylko mieć oczy i serce otwarte. Hilda przecież wszędzie widzi niezwykłe – w odróżnieniu od swoich znajomych ze szkoły. Jest inna – w tłumie mama pyta o dziewczynkę z niebieskimi włosami – a jej inność zostaje nagrodzona radością z odkrywania świata. To nie muszą być koniecznie solne lwy albo gadające kruki, bo przecież dziura w płocie, która prowadzi na wysoki mur, na którym można usiąść i oglądać doroczną paradę, też może być tajemnicza.
W mieście wszystko jest inne, ale Hilda powoli szuka dla siebie – i swojej mamy – miejsca pomiędzy ulicami i w tłumie ludzi. Zaczepia wzrokiem o dzwonnicę, wyszukuje schowki i dziury w płotach. Wie, że może być szczęśliwa wszędzie, jeśli się postara i otworzy. Bo ludzie tak naprawdę nie potrzebują gadających kruków, by odnaleźć niezwykłość w zwyczajności – kruk jest tylko znakiem, gdyż nie do końca wierzą w swoje moce. Hilda wierzy, dlatego ma niebieskie włosy i zawsze odnajdzie się w tłumie.








A komiks do kupienia w autoryzowanym sklepie Centrali PictureBook.pl
[Dziękujemy Centrali, że uznała nas za mądrą mamę i córkę i podzieliła się swoim centrum świata]

172.ZADZIWIAJĄCE!

WANDA CHOTOMSKA
„TERE-FERE”
MUZA SA, WARSZAWA 2014
ILUSTROWAŁ BOHDAN BUTENKO
SERIA MUZEUM KSIĄŻKI DZIECIĘCEJ POLECA

[MUZA SA otwiera ramiona i chce zagarniać Dzieci, czytając im dobre książki]

Kiedyś tam był sobie rok 1958. To, że był bardzo dawno temu widać po tym, iż nie zaczynał się od dwójki, tylko od jedynki. I w tym roku Wanda Chotomska wydała swój debiutancki tomik „Tere fere”. Dla Małego Człowieka, który jest adresatem tego tomiku, to, że powstał w ubiegłym wieku nie ma pewnie znaczenia. Może o tyle, że zacznie się zastanawiać, jak można na jednorazowej chusteczce higienicznej zawiązać pięć supełków, tak jak panna Sabina, co o wszystkim zapomina (albo czemu nie można zapisać sobie w ajfonie?), albo co to jest „facjatka” lub też jak smakuje certa (certa? certa??? to jest taka ryba???). No a kto to jest zdun? Ale wszystko da się wyjaśnić!
Są takie tomiki, takie wiersze, które się nie starzeją. I nawet za kolejne 58 lat będą o tym samym i tak samo świetnie będzie się je czytało. Nie po częstochowsku, choć rymów tam w bród. I z dużym sensem, bo choć Chotomska gada wierszem nieustannie, to jeszcze przy tym myśli...
Uwielbiam taką panią Wandę – taką, która bawi się ze słowem, która rzuca mu patyki i patyczki, a ono aportuje – niezawodnie, zawsze w zębach przynosząc trochę śmiechu, szczyptę uszczypliwości i deczko ironii.
Gdy rzuca w powietrze gąskę i kurkę – to nagle z ptaków robią się grzyby; gdy rzuca w powietrze nocnego stróża, to spada księżyc, a łyżkę do zupy przemienia w tę do butów – to jest moc poezji w czystej postaci! I nawet o oście, co się zasiał wśród sałaty nie pisze zwyczajnie, ale nadaje mu postać dzikiego lokatora w Sałatowicach.
I już w tym pierwszym tomiku jest dziecięcą ambasadorką – bo Julek, który nie mówił „r” i którego wszyscy mocno strofowali zamienia się w Jurka – a dlaczego?, bo dorośli nie pozwolili mu być sobą! A dom z klocków, który wybudował pewien chłopiec w Otwocku, nie ma drzwi i stoi na dachu. A chłopakowi z Opacza pozwala być chłopakiem na opak, bo takie już dziecięce prawo, że mogą mówić „lato” na zimę i chodzić w tej zimie w kąpielówkach.
A wiersz ostatni, ten o „Szczupaku” to dla mnie zaproszenie - „Dalej same mówcie dzieci” to jest o tym, że każde dziecko ma w sobie swoją własną poezję i że trzeba tylko pozwolić im mówić, a powstają najpiękniejsze wiersze.
No i Butenko... Mistrz, co z Mistrzynią pod rękę się po tej książce przechadza... Czy słów trzeba? Chyba nie ma takich, co opiszą te obrazy. Że prześmiewcze, że humorzaste, że kolaże, że nawet teraz, w wieku XXI w pewnym sensie innowacyjne? Mało – trzeba patrzeć...
Od czasu, gdy „Tere fere” wydrukowało się po raz pierwszy, upłynęło wiele atramentu, tego w piórze, długopisie, w maszynie do pisania, gdzie atrament jest nawinięty na rolkę, a teraz pewnie w komputerze, który drukuje zapisane na monitorze strony na bardzo realnych kartkach. Przez głowę Chotomskiej przebiegło pewnie tyle słów, że nie ma takiej liczby, choć ponoć istnieje nieskończoność. A ja stoję oniemiała i zadziwiona. Nad trwałością wiersza, jeśli jest dobry, nad niezniszczalnością poezji, jeśli pisana jest przez poetę z powołaniem, nad tym, jak Książka Senior tak wspaniale może dogadywać się z Małym Człowiekiem.











[Dziękujemy wydawnictwu MUZA SA, że zaprosiło nas do gry i rozdaje instrumenty]

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

171.-ERKA, -ORKA, -AUTKA

PIOTR WAWRZENIUK
„KOSMONAUTKA”
KONSULTACJA JĘZYKOWA PROF.MIROSŁAW BAŃKO
POŁAWIACZE PEREŁ, WARSZAWA 2014
ILUSTROWAŁA DOROTA WOJCIECHOWSKA

[Poławiacze pereł łowią dla Dzieci tylko to co piękne i wartościowe – Dzieci są zbyt ważne na niską jakość]

Kiedy ktoś pyta mała dziewczynkę kim chce być w przyszłości, pada zazwyczaj jakaś piosenkarka, aktorka, modelka czy tancerka. Czasem malarka. Czasem ekspedientka. Ewentualnie weterynarz (weterynarka???), bo małe dziewczynki kochają zwierzęta i bardzo chcą im pomagać. Czy którakolwiek mała dziewczynka powiedziała, że chce być kosmonautką? Że chce być generałką? Albo pastorką? Ja takiej nie znam. Małe dziewczynki, które napotkałam na swojej drodze, wybierały proste odpowiedzi, nieskomplikowane językowo.
Bo jak to brzmi? Generał-ka? Pastor-ka? Prezes-ka? Neurochirurżka??? Jakby do jedynej właściwej – męskiej!!! - formy przyczepił się jakiś rzep, jakiś odłamek, który tam nie pasuje, jakiś paproch językowy. Bo która kobieta tak świetnie jeździ autem, że może zostać mistrzynią Formuły 1? Która w oku ma miarkę i potrafi narysować dom na papierze milimetrowym i zostać architektką? Która jest na tyle władcza, że może być prezydentką?
Założycielka wydawnictwa Dominika Żukowska jest mamą trójki dzieci. I skarżyła się, że w dziecięcych książeczkach stereotypy uwiły sobie przytulne gniazdko, że wszelkie żeńskie końcówki spotykała tylko w tych nieszczęsnych sprzątaczkach, tancerkach, kosmetyczkach i baletnicach, a te zawody, które mogą być ekscytujące i które wymagają siły, precyzji albo otwartego umysłu, zarezerwowane były dla mężczyzn. Chciała to zmienić. Szukała, nie znajdowała. W końcu postanowiła sama napisać taką książkę – o kobietach, które wykonują „męskie” zawody – żeby przeskoczyć przez jakiś płot i pokazać, że dziewczyny też mogą się wspinać na drzewa. I mieć ciekawą pracę. Problemem pozostawało to, że nie umiała pisać książek.
Traf chciał, że spotkała Piotra Wawrzeniuka, opowiedziała mu o swoim projekcie, a on od razu podchwycił temat i od razu stwierdził, że „mama kosmonautka ma wszystko w tubce, nawet podwieczorek”. I poszło.
Piotr Wawrzeniuk od 30 lat mieszka w Szwecji. I zastanawiam się na ile konsultacja językowa profesora Bańko była potrzebna z racji jego oddalenia od ojczyzny, a na ile był to problem nieprzystosowanego języka polskiego. Bo polszczyzna (mimo że sama jest kobietą ;-) jakoś nie nadąża za zmianami i rozwojem kobiet. Ja nie nadążam, bo obco i dziwnie brzmi ta architektka i ta neurochirurżka. Ale mam też pełną świadomość tego, że ta książka właśnie po to jest – nie tylko po to, żeby uświadomić małym dziewczynkom, że mogą wszystko, a małym chłopcom, że auta władza i kosmos nie są zarezerwowane tylko dla nich, ale też po to, by język naszych dzieci łatwiej wypowiadał takie słowa, żeby nie łamał się na wszelkich -erkach, -orkach i -autkach, dodawanych do męskiego rdzenia.
Dla mnie najcenniejszy w tej książce jest jednak humor i zabawa językiem w czystej postaci. No bo jak nie zachwycić się inżynierką, która „pracuje nad projektami samochodów. Jest prostolinijna i nie lubi przekrętów.”? Albo prezydentką, najwyższą osobą w państwie, która „podczas wypraw do lasu uwielbia być na poziomie poziomek”?
I pastelowe obrazki, których chyba nie nazwałabym ilustracjami. To takie dodatki, pieczątki przystawione do tekstu, które w moim mniemaniu są w tak delikatnych kolorach, by podkreślić kobiecość architektki i generałki.
Kolejny raz Poławiacze pereł weszli w tłum i zrobili hałas. Wzięli do ręki wielką tubę i krzyczą, że można inaczej, że nie trzeba płynąć w tę samą stronę, że można mieć swoje zdanie i robocze buty zamiast pantofelków albo butów do baletu. I że nawet róż można potraktować inaczej niż zawsze.








[Jakiś czas temu mignął mi w internecie tytuł – Tilda Swinton reklamuje polską książkę. To nie jest jakaś kampania reklamowa, to zbieg okoliczności – mąż Dominiki Żukowskiej spotkał aktorkę na lotnisku. Opowiedział jej o „Kosmonautce”, a ona zgodziła się pozować z książką. To żadna kampania, a jednak ujęło mnie, że Tilda zgodziła się na fotografię, gdy usłyszała co Poławiacze pereł chcą przekazać. A że uważam Tildę za piękną kobietę i zdolną aktorkę, a „Kosmonautkę” za śliczną i zabawną książkę, nie odmówię sobie zamieszczenia linka do tej pseudo-reklamy.]

[Dziękujemy wydawnictwu Poławiacze pereł że przyjęli nas do swojej załogi i dzielą się perłami]