Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

środa, 9 kwietnia 2014

172.ZADZIWIAJĄCE!

WANDA CHOTOMSKA
„TERE-FERE”
MUZA SA, WARSZAWA 2014
ILUSTROWAŁ BOHDAN BUTENKO
SERIA MUZEUM KSIĄŻKI DZIECIĘCEJ POLECA

[MUZA SA otwiera ramiona i chce zagarniać Dzieci, czytając im dobre książki]

Kiedyś tam był sobie rok 1958. To, że był bardzo dawno temu widać po tym, iż nie zaczynał się od dwójki, tylko od jedynki. I w tym roku Wanda Chotomska wydała swój debiutancki tomik „Tere fere”. Dla Małego Człowieka, który jest adresatem tego tomiku, to, że powstał w ubiegłym wieku nie ma pewnie znaczenia. Może o tyle, że zacznie się zastanawiać, jak można na jednorazowej chusteczce higienicznej zawiązać pięć supełków, tak jak panna Sabina, co o wszystkim zapomina (albo czemu nie można zapisać sobie w ajfonie?), albo co to jest „facjatka” lub też jak smakuje certa (certa? certa??? to jest taka ryba???). No a kto to jest zdun? Ale wszystko da się wyjaśnić!
Są takie tomiki, takie wiersze, które się nie starzeją. I nawet za kolejne 58 lat będą o tym samym i tak samo świetnie będzie się je czytało. Nie po częstochowsku, choć rymów tam w bród. I z dużym sensem, bo choć Chotomska gada wierszem nieustannie, to jeszcze przy tym myśli...
Uwielbiam taką panią Wandę – taką, która bawi się ze słowem, która rzuca mu patyki i patyczki, a ono aportuje – niezawodnie, zawsze w zębach przynosząc trochę śmiechu, szczyptę uszczypliwości i deczko ironii.
Gdy rzuca w powietrze gąskę i kurkę – to nagle z ptaków robią się grzyby; gdy rzuca w powietrze nocnego stróża, to spada księżyc, a łyżkę do zupy przemienia w tę do butów – to jest moc poezji w czystej postaci! I nawet o oście, co się zasiał wśród sałaty nie pisze zwyczajnie, ale nadaje mu postać dzikiego lokatora w Sałatowicach.
I już w tym pierwszym tomiku jest dziecięcą ambasadorką – bo Julek, który nie mówił „r” i którego wszyscy mocno strofowali zamienia się w Jurka – a dlaczego?, bo dorośli nie pozwolili mu być sobą! A dom z klocków, który wybudował pewien chłopiec w Otwocku, nie ma drzwi i stoi na dachu. A chłopakowi z Opacza pozwala być chłopakiem na opak, bo takie już dziecięce prawo, że mogą mówić „lato” na zimę i chodzić w tej zimie w kąpielówkach.
A wiersz ostatni, ten o „Szczupaku” to dla mnie zaproszenie - „Dalej same mówcie dzieci” to jest o tym, że każde dziecko ma w sobie swoją własną poezję i że trzeba tylko pozwolić im mówić, a powstają najpiękniejsze wiersze.
No i Butenko... Mistrz, co z Mistrzynią pod rękę się po tej książce przechadza... Czy słów trzeba? Chyba nie ma takich, co opiszą te obrazy. Że prześmiewcze, że humorzaste, że kolaże, że nawet teraz, w wieku XXI w pewnym sensie innowacyjne? Mało – trzeba patrzeć...
Od czasu, gdy „Tere fere” wydrukowało się po raz pierwszy, upłynęło wiele atramentu, tego w piórze, długopisie, w maszynie do pisania, gdzie atrament jest nawinięty na rolkę, a teraz pewnie w komputerze, który drukuje zapisane na monitorze strony na bardzo realnych kartkach. Przez głowę Chotomskiej przebiegło pewnie tyle słów, że nie ma takiej liczby, choć ponoć istnieje nieskończoność. A ja stoję oniemiała i zadziwiona. Nad trwałością wiersza, jeśli jest dobry, nad niezniszczalnością poezji, jeśli pisana jest przez poetę z powołaniem, nad tym, jak Książka Senior tak wspaniale może dogadywać się z Małym Człowiekiem.











[Dziękujemy wydawnictwu MUZA SA, że zaprosiło nas do gry i rozdaje instrumenty]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za słowa do prywatnej kolekcji...