Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

piątek, 30 września 2016

352. DWA PALCE

GUNILLA BERGSTRӦM
URODZINY ALBERTA”
(TŁ. KATARZYNA SKALSKA)
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2016
ILUSTROWAŁA GUNILLA BERGSTRӦM

Zgadnijcie, kto jeszcze, oprócz Majki, miał wczoraj urodziny? Kto jeszcze, tak, jak Majka, w sobotę urządza urodzinowe przyjęcie? Albert!
Przyjeżdża do niego ciocia Fela. Ciocia Fela ma DOSKONAŁY plan na przyjęcie. Co prawda pyta Alberta, kogo chciałby zaprosić. Albert liczy gości na palcach. Palców jest tylko dwa – jeden dla Wiktora i jeden dla Miki. Więcej nie potrzeba mu do szczęścia – dwójka najlepszych przyjaciół. Znają się dobrze, więc urodziny będą naprawdę udane. Przecież mają ulubione zabawy, wspólne zainteresowania, powiedzonka, wspomnienia, marzenia. Tylko, że w tę wizję wkracza nagle ciocia Fela. Patrzy z politowaniem na dwa palce Alberta. Mało ich jakoś. W porównaniu z dziesięcioma, które stanowią komplet dwóch rąk. Trzeba tu coś zmienić, dodać, zamieszać. Przyjęcie, to przyjęcie! Dużo, hucznie, kolorowo, wesoło, krzyk, pisk, wrzask. Decyduje autorytarnie – musi być WIĘCEJ! Przede wszystkim więcej gości! Cała grupa zerówki! - tu przytomnie wkracza tata i zgadza się ewentualnie na ten komplet. Niech będzie – ciocia kapituluje. Ale nie podda się w ilości ciast – kilka tortów! (przecież trzeba nakarmić dziesięcioro dzieci – i to z dokładkami!). I konkursy! I zabawy! Wyrusza w bój! Musi walczyć (na przykład posprzątać, zrobić zakupy, narysować świnkę do jednego z konkursów…) i wygrać – na końcu czeka wspaniała wizja, IDEALNYCH urodzin Alberta. Jednym ruchem odgina pozostałe osiem palców, jednym władczym gestem niszczy wizję „więcej nie potrzeba do szczęścia”.
Ja też się łapię w tę pułapkę. Przyklejam się do niej, jak do pajęczyny. I czasem nie mogę z niej wyjść. Trzeba. Dużo. Więcej. Te słowa biegają po głowie, stawiają mnie na niej i sprawiają, że zapominam czasem o celu. Tak jak w przypadku urodzinowego przyjęcia… Chcę odróżnić, wyróżnić, podkreślić, markerem zaznaczyć, uczynić niezapomnianym. To z miłości. To z troski. To z przekonania, że to jedyny sposób. Ale przecież celem nie jest huczne przyjęcie, celem jest przyjęcie, jakie spodoba się mojej córce. Celem jest jej zabawa. Jej ulubiony sposób spędzania czasu. Jej ewentualne zajęcia „po przedszkolu”. Jej książki, które wybierze w bibliotece. Jej spódniczka, którą będzie nosiła z radością. Jej ulubiony kolor. Jej wymarzony prezent. Nauczyłam się pytać („Co chciałabyś robić w dzień urodzin?”, „Kogo chcesz zaprosić na przyjęcie?”, „Jaki chcesz sok?”, „Jaki kolor sukienki?”). Teraz uczę się słuchać odpowiedzi – to dużo trudniejsze, w tym tkwi jeden z sekretów dobrego rodzicielstwa.
Jak przebiegła impreza urodzinowa Alberta? No cóż, było gorąco, gwarnie, słodko, hucznie – zupełnie tak, jak chciała ciocia… Podsumować ją można zdaniem: „dobrze, że przed nami niedziela”… Bo w niedzielę, na końcu tej książki, Albert siedzi pod stołem z Wiktorem i Miką. Dwójką najlepszych przyjaciół. I zajadają wczorajszy tort. Na „prywatnym przyjęciu urodzinowym”. Pewnie szepczą sobie do ucha sekrety, mówią o wspólnych sprawach, bawią się najlepiej, jak tylko można - razem…

Dwa wyciągnięte palce oznaczają przecież Victorię – zwycięstwo. Więc czy nie lepiej od razu wygrać i pozwolić dzieciom na własną wizję świata?









czwartek, 29 września 2016

351. WYMAWIA SIĘ TAK SAMO JAK WIDZIEĆ…*

ECHA MORSKIE
UKŁADANKA EDUKACYJNA
PROJEKT I ILUSTRACJE BOŻKA RYDLEWSKA
PRODUCENT ECHA LEŚNE
26 ELEMENTÓW, 4 ZWIERZĄTKA ORAZ PLANSZA DO ARANŻACJI PRZESTRZENI MORSKIEJ


Nie doceniam go. Jest za blisko. Na jazdę tramwajem parę przystanków, albo na bardzo długi spacer. Nie darmo mówią – cudze chwalicie… A może to jest tak, że mam je w sobie? Że od niego mam błękitną krew? Szlachcianka morska, hrabina bryzy, dziedziczka fal. Jest dla mnie oczywistością. Jak kromka chleba. Moja ciocia nie lubi szumu fal. A ja upatruję przyczyny tego w jej pochodzeniu znad jeziora. Jezioro nie szumi, a morze gada bez przerwy. Nawet, jak jest słońce i brak wiatru. Zawsze coś szepcze pod nosem, czasem krzyczy. Lubię od niego uciekać – w góry, w doliny, w obce miasta, ale zawsze tęsknię i wracam pokornie i posłusznie, bo gdzie indziej, tam, gdzie nie czuć jego soli, nie potrafię oddychać pełną piersią. Morze jest. Jest obok, jest we mnie. Jest w moim Dziecku. Majka ma oczy koloru morza. I też uważa morze za oczywistość. Niedzielny spacer, letnia kąpiel, skarpy, wydmy – wszystko w stopach od samego urodzenia. Zna trudy chodzenia po piasku, ale godzi się z nimi, bo ma je w genach. Zawsze chce się kąpać – obojętnie jaka jest pogoda, gdy wieje tak, że nakładamy czapki i szaliki, też woła, że chociaż sprawdzi jaka woda. To przyciąganie – przedwieczne i podskórne, nie poradzimy nic na to, nie da się.
Myślimy czasem o jego głębinach. Zastanawiamy się, co jest w środku. Zamykamy oczy i wkładamy dłonie między fale. W głowie pojawiają się ryby, ośmiornice, rekiny i meduzy. Niby można ten świat znaleźć w książkach, w filmach przyrodniczych, w profesjonalnych podwodnych fotografiach. Ale dla mnie to, co w morzu pozostaje zawsze lekko wyobrażone. Bo nie widać tego na zewnątrz, bo morski świat się chowa, bo trzeba przekroczyć jakąś magiczną granicę, żeby go dotknąć, poczuć.
Bożka Rydlewska weszła w morze. Dotarła do miejsc, z których można wynieść tylko piękno. Nie wiem, czy jej wyobraźnia po tym projekcie była mokra, czy musiała schnąć na słońcu, ale ja chowając po zabawie z Majką Morskie Echa do pudełka, delikatnie strzepuję z palców krople wody. To fantasmagoria. W głębi morza miesza się sen z jawą i Bożka to właśnie zaprojektowała. To niby tylko kilka tekturowych elementów (jak zawsze gruba, doskonała tektura, którą bajecznie prosto wyciska się z podkładek, nawet przy jakichś pięciu w skali Beauforta – sprawdzone, potwierdzone), ale są piękne, doskonale oddają morskiego ducha. Ośmiornica, pewnie dlatego, że jest taka tajemnicza, trochę niebezpieczna, gibka, zwinna i właściwie nigdy nie wiadomo jakie ma zamiary – fascynuje… Ryby, bo bez nich morze by nie istniało. Konik morski, bo to najsympatyczniejszy mieszkaniec morskich odmętów. Podmorskie trawy, bo dotyka się ich mimowolnie, zanurzając rękę w wodzie. Muszle, bo wynosi się ich z plaży pełne kieszenie. Na pamiątkę. Prezent od morza…
Zwykła zabawka, karton, trochę farby – przenosi w inny świat…
Morze, nasze morze…





















*po angielsku „sea” (morze), wymawia się tak samo jak „see”(widzieć).

wtorek, 27 września 2016

350. KRÓLESTWO I KRÓL

„KRÓLESTWO”
SCENARIUSZ: JACQUES PERRIN
REŻYSERIA: JACQUES PERRIN, JACQUES CLUZAUD, STEPHANE DURAND
ZDJĘCIA: ERIC GUICHARD, MICHEL BENJAMIN, LAURENT FLEUTOT
MUZYKA: BRUNO COULAIS

Widziałam królestwo. Zwierzęta – wolne, dzikie, nieujarzmione. Człowieka, który obserwował z boku. Łowcę i zbieracza. Zbieracza cały czas, łowcę tylko wtedy, gdy nachodził głód. Człowieka, który potrafił pokłonić się pięknu przyrody, doceniał jej nieskalaność. Człowieka, który nie zabijał dla przyjemności, nie zabijał dla zysku. Człowieka, który współgrał z królestwem.
Niestety królestwo widziałam tylko na ekranie. Wciśnięta w kinowy fotel, od nadmiaru emocji nie mogłam oddychać. Bałam się mrugnąć, żeby nie przegapić żadnej ze scen – lecącego owada, komara na nosie rysia, rodzącego się jelonka, zaśnieżonego futra żubra, niepowstrzymanego biegu dzika, wiewiórki, ogryzającej orzech, sowich oczu…
Właściwie od jakiej iskry zaczął się ten pożar, w którym królestwo płonie? Jak to się stało, że aby zrealizować tak piękny film, trzeba szukać plenerów i nie jest to wcale takie proste? Jak to się stało, że człowiek wprosił się, rozsiadł, zagarnął wszystko ze stołu i jeszcze nie rozumiem, że nie pokazał się z dobrej strony na tym przyjęciu? I co dadzą łzy w moich oczach, ocierane ukradkiem w kinowej sali?
Część ze zdjęć była realizowana w Białowieży. „W Puszczy Białowieskiej zachowały się ostatnie fragmenty lasu o charakterze pierwotnym” czytam w Wikipedii. Drżę o to dziedzictwo, martwię się.
Niektórzy mówią, że królem Puszczy Białowieskiej jest żubr (bo żyje tu największa populacja wolnych żubrów na świecie). Owszem – zwierzę dostojne, pełne siły i powagi, mocne, charakterne, budzące respekt. Ale moim osobistym zdaniem, królem puszczy jest jednak – o ironio! - człowiek. Ale nie człowiek w ogóle, nie człowiek jako rasa, ale jeden, zupełnie konkretny. Z imieniem i nazwiskiem. Tomasz Samojlik. Dlaczego?
Otóż już tłumaczę. Pan Tomasz, podobno skromny i niepozorny, poświęcił swoje życie Puszczy Białowieskiej. Mieszka sobie na jej skraju. Jest doktorem nauk przyrodniczych i pracuje w Instytucie Biologii Ssaków PAN w Białowieży. Swoje życie zawodowe (i prywatne) poświęcił badaniu wpływu człowieka na Puszczę Białowieską. Tego dobrego (bo zdarzały się takie wpływy) i tego złego. Ale nie w tym upatruje jego panowania, bo pewnie naukowców jest wielu i pewnie prac naukowych jest wiele i pewnie dużo mądrych głów codziennie na ten temat się uczy i dyskutuje. Ale król Tomasz zrobił coś, czego nie zrobił nikt inny (no może poza zastępcą króla Tomasza, vicekrólem Adamem Wajrakiem) – zaniósł Puszczę pod strzechy. Rozgarnął trawy i pokazał prawdziwą Puszczę dzieciom. Zaraził miłością. Zarezerwował miejsce za drzewem i dał do ręki lornetkę. Pokazał gdzie patrzeć, wytłumaczył co widzimy.
Uwielbiam Tomasza rysownika, uwielbiam Tomasza scenarzystę komiksów, uwielbiam Tomasza ilustratora. Nie wiem, jak spełnia się w uczelnianym przerzucaniu stosów papierów i naukowym żargonie, ale oswajanie tego żargonu i wtłaczanie w komiksy wychodzi mu po mistrzowsku. A dzieci (wiem z autopsji, obserwacji i ze słyszenia), chłoną „samojlikowe” jak gąbki!

TOMASZ SAMOJLIK
„TO NIE JEST LAS DLA STARYCH WILKÓW”
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2016
SERIA KRÓTKIE GATKI

„To nie jest las dla starych wilków” to ukłon także w stronę dorosłych. Bo dzieci – wiadomo, wezmą, zjedzą, przetrawią, podziękują i będą chciały jeszcze. Ale nie wszyscy dorośli zdzierżą Żubra Pompika, Wilka Ambarasa, rzeszy Ryjówek, czy nawet przesłania Bartnika Ignata. Ale te historyjki po prostu będą musieli pokochać! Jest tu to wszystko, co docenialiśmy w „Sadze o Ryjówkach” - śmiech, łzy, szczypta niebezpieczeństwa, przyroda, Puszcza, las… Ale jest też podtekst, podskórność, podobrazkowość, która będzie zrozumiana raczej przez czytelnika z dowodem osobistym. Bo humor, ten słynny, zupełnie niepowtarzalny humor, jedyny w swoim rodzaju, humor samojlikowy, jest jak i był – niewzruszony. Więc w skrócie – co my tu mamy? Starego wilka (samo przez się rozumie się), pojedynek żubra z dzikiem, wojowniczą łasicę ninja, żubra Żorża, który postanowił opuścić zoo i wrócić na przyrody łono, olśnioną wiewiórkę, jednookiego szopa, który wierzy, że panuje nad puszczą i jego nieodłącznego szopa-podnóżka, dobrze znane dżdżownice – wnuczka i dziadka oraz coś absolutnie fantastycznego: „The Łoś show!”, z którego możemy dowiedzieć się, co tak naprawdę zwierzęta porabiają w Puszczy, gdy nie patrzymy (GDZIE nie patrzymy). 18 minikomiksów, które nic tylko połykać na raz. Cudne! Miodne! Zielone!









TOMASZ SAMOJLIK
„PIKOTEK CHCE BYĆ ODKRYTY”
WIDNOKRĄG, PIASECZNO 2016

Ale jest i nowy bohater. Pikotek. Do tej pory był tylko jeden – pętelka robiona szydełkiem, ot taki zakrętas z włóczki. Ale teraz jest jeszcze jeden. Czerwony. Z zawiniętym w pętelkę ogonem. Z dziwnymi uszami. Z uśmiechem na pyszczku. Ze zmartwieniem. Bo Pikotka nikt nie odkrył. Absolutnie nie wiadomo, jak to się stało, że znalazł się w Puszczy (no może tylko to, że Samojlik, miłość, Puszcza – wiadomo...). Ale skoro już jest, to chciałby być. Istnieć w świadomości. Przyjaźnić się. Znaleźć swoje miejsce. Idzie więc przez Puszczę, a Puszcza jest wielka, ogromna, długa… To i wędrówka długa. A skoro wędrówka długa, to książka też. Ma blisko siedem metrów. To leporello. Więc można ją oglądać na różne sposoby – albo po kawałku, między dwoma okładkami, jak to zwykle czynimy z książkami. Albo w całości, rozciągając na podłodze, mchu, kocu, plaży, drodze… Wszędzie tam, gdzie się dobrze oddycha, gdzie można swobodnie biegać od jednego jej końca do drugiego (można nawet urządzić wyścigi szlakiem Pikotka) i sprawdzać, co mu się przydarzyło i czy będzie szczęśliwe zakończenie. A nade wszystko kogo spotkał po drodze. A kogóż mógł? Żubra! Niedźwiedzia! Wiewiórkę! Dzika! Jelenia! Rysia! Wydrę! Jeża! Zająca! Kreta! Lisa! Sowę! Borsuka! Kaczkę! Nawet żuka jakiegoś! Wciąż głodny akceptacji idzie przez dzień cały i sprawdza, jak im się wszystkim powodzi, kim są, co robią, co lubią, co jedzą i czy któreś z tych zwierząt jest choć trochę pikotko-podobne… A jak czytać tę książkę? Tylko w jeden jedyny możliwy sposób – z przyjemnością! A może to robić każdy. Bo nie ma w niej słów – są obrazy. Słowa trzeba dobrać, wygrzebać z podręcznego słownika, nazwać to i owo, prześledzić historię. Można czytać po wielokroć, bo historii (zwierząt!) jest tu całe mnóstwo.









Czyż król Tomasz nie jest więc Mistrzem? Żeby tak opowiadać Puszczę? Ale co z tego opowiadania wynika? - ktoś mógłby sceptycznie zapytać. Odpowiem sentencjonalnie: poznaj, by pokochać, pokochaj, by chronić...