Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

środa, 31 lipca 2013

59.PAPIEROWY SAMOLOT

MAŁGORZATA CIEŚLAK
„GRY I ZABAWY DLA DZIECI. OD 1 MIESIĄCA ŻYCIA”
WYDAWNICTWO NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2013

[Dorobek, doświadczenie, dobre książki – Nasza Księgarnia]

Z moją koleżanką od spacerów rozmawiałyśmy ostatnio o zabawkach – pytała mnie, czym najbardziej lubi bawić się Majka. Zinwentaryzowałam w myślach jej kosz z zabawkami i doszłam do wniosku, że tak naprawdę jej ulubione zabawki (oprócz książek) to kawałek zwykłego materiału, sznurówka, wyciągnięta kiedyś ukradkiem z bluzy taty, dwie grzechotki zrobione z pojemnika na mocz (sic!) oraz kukurydzy i fasoli i orkiestra z rondla i dwóch łopatek drewnianych. „Po co więcej? Skoro każda zabawka jest na chwilę? Majka jest tak ciekawa świata, że musiałabym wydawać fortunę na coraz to nowe gadżety, na które rzuci okiem, pobawi się nimi i biegnie dalej” - przekonywałam. Nie wiem, czy przekonałam. Wiem, że drogie zabawki Majka porzuca bezlitośnie, że podarowanej przez kogoś grająco-śpiewająo-gadającej różowej Myszki Miki się boi, a grzechotki samoróbki królują już kilka tygodni.
Jakiś czas temu zobaczyłam w którymś ze sklepów internetowych zabawkę dla dzieci – rodzaj wieży – kolorową, przyciągającą spojrzenie i kosztującą około 90 zł. Ato było kilka plastikowych elementów. Pomyślałam, że wystarczy kubek po jogurcie dużym, kubek po jogurcie mniejszym i kubek po małym jogurcie, kilka naklejek, albo kolorowa taśma klejąca, wyciągnięta ze skrzynki z narzędziami mojego Męża.
Dlatego, z powodu tego jogurtu i tych pojemników, lubię takie książki, jak ta. Są proste do granic możliwości – bez zbędnego kolorowego papieru i blichtru, bogate w treść a nie w formę. Mądre tą mądrością, która bierze się wprost ze świata. Bo najwyraźniej Małgorzata Cieślak też nie wydałaby stu złotych na plastikową wieżę. Napisała tę książkę w 2007, gdy jej córcia miała dwa lata. Spotkały się ze sobą w pół drogi, bo mała chciała wciąż nowych zabaw, wciąż nowych doznań, wiąż nowej twórczej stymulacji. A sama autorka bardzo chciała spędzać z nią jak najwięcej czasu – dać jej to, co jest istotą zabawy – zainteresowanie, poświęcenie uwagi, rozwój, który w tej zabawie można znaleźć i podsycanie wyobraźni – kredkami, papierowymi wycinankami, przeobrażaniem zwykłego kartonu po butach w coś, czym dziecko zajmie się na kilkadziesiąt następnych minut.
Teraz, 5 lat później, Cieślak prowadzi bloga z propozycjami kreatywnych zabaw dla dzieci i nieustanne nim zainteresowanie, skłoniło ją do uaktualnienia „Gier i zabaw dla dzieci”. Dała nam doskonały podręcznik, obwarowała się ze wszystkich stron.
Wiadomo na przykład, że „w czasie deszczu dzieci się nudzą, bo to powszechnie znana rzecz”- wtedy można sięgnąć do rozdziału na temat zabaw w domu – tu polecam domowe podchody albo szereg zabaw plastycznych (mozaiki z fasoli i orzechów, przyklejane na papierowy talerzyk albo wąż z rajstopy). Gdy jedziesz nad morze – otwórz książkę na rozdziale „Zabawy nad morzem” (piaskowa zgadywanka, gdy rysujemy coś na piasku, a dziecko musi zgadnąć co przedstawia nasz rysunek), a gdy urządzasz tzw. „kinder bal” - możesz sprawić, że dzieci sąsiadów zapamiętają go na dłużej – zamiast powszechnych, sztampowych urodzin, możemy urządzić przyjęcie tematyczne – na przykład pt. „Tęczowy świat balonów”, gdzie króluje ping-pong balonami i balonowy taniec.
Autorka podzieliła gry i zabawy na szereg sposobów, tak, byśmy mogli dobrać to co w danej chwili nam odpowiada – przede wszystkim ze względu na wiek dziecka. W drugiej kolejności ze względu na miejsce, w którym się znajdujemy – inaczej dziecko bawi się przecież podczas przejażdżki samochodem, a inaczej w wannie. I wreszcie zabawy podzielone są na różne formy, zgodne z etapami rozwoju – są więc zabawy dydaktyczne, konstrukcyjne, ruchowe, manipulacyjne i tematyczne.
Taki podział daje nam do ręki wielką moc – wiemy dokładnie, co chcemy osiągnąć, a Cieślak prowadzi nas za rękę do celu. Gdzieś przeczytałam, że dla dziecka nauka jest nieustanną pracą, więc dzięki tej książce możemy sprawić, żeby była przyjemna, a poza tym efektywna.
Takie książki uświadamiają dobitnie, jak szybko rozwijają się nasze dzieci, jak biegną w tych zabawach przed siebie i jak ugniatając dłonią plastelinę, ćwiczą tę dłoń na przykład do pisania na komputerze.
Siłą rzeczy rzuciłam się najpierw na dziesiąty i jedenasty miesiąc życia dziecka – nigdy nie myślałam, że Majka już może zainteresować się samolotem składanym z papieru. Spróbowałyśmy – sama nie umiała jeszcze go puścić, ale podawała mi go ochoczo, żebym robiła to za nią. Samolotów było trzy i z jednym raczkowała po całym mieszkaniu w takim tempie, że nawet nie dałam rady zrobić im zdjęcia.
A zabawy w berka na czworakach, na szczęście dla mojego wizerunku, nikt nie zarejestrował.







[Dziękujemy NaszejKsięgarni, że powiększa Naszą biblioteczkę]

wtorek, 30 lipca 2013

58. A NIECH TO CACA BOUDIN!

PAMELA DRUCKERMAN
„W PARYŻU DZIECI NIE GRYMASZĄ”
(TŁ.MAŁGORZATA KACZOROWSKA)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2013

[Jedno z najbardziej prestiżowych wydawnictw w Polsce pochyla się też czasem nad Dziećmi]

U podstaw szukania „sposobu na dziecko” leżą strach, desperacja i poświęcenie. Strach, bo Rodzice boją się nowo narodzonego – patrzy na nich oczyma wielkimi jak starożytne monety i nie wiadomo, co myśli, jak ocenia, jakie wystawi świadectwo. Desperacja, bo gdzieś z tyłu głowy istnieje ważna myśl, która pulsuje, a co jakiś czas wyświetla się jak neon – że to od naszego wychowania zależy, kim będzie kiedyś nasze dziecko. I w końcu poświęcenie, bo chcemy doskoczyć do nieba, uszczknąć kawałek i podać jak lody waniliowe w wafelku – wszystko dla tej istoty, którą dostaliśmy jak najpiękniejszy prezent.
I tylko czeka na nas z decyzją, kim ma być. I tylko czeka na nas z decyzją, czy kiedyś będzie swoje własne dzieci przytulać, czy odwracać się do nich plecami.
Na barkach rodziców ciąży więc trzynaście ton rozterek. I dlatego chętnie lub z czystego poczucia obowiązku, sięgają po poradniki (czy istnieje matka, która nigdy nie zajrzała do żadnego?) na temat wychowywania dzieci.
„W Paryżu dzieci nie grymaszą” to nie jest typowy poradnik. To poradnik maskujący się, bowiem niesie swoje przesłanie, zawinięte w opowieść „z życia wziętą”.
Pamela Druckerman zamieszkała w Paryżu, chociaż nigdy tego nie planowała. Była wręcz trochę uczulona na Francję i na pewno nie sądziła, że w tym miejscu na ziemi przyjdzie jej wychowywać swoje dzieci. Pierwsza przyszła na świat Bean i wtedy autorka zainteresowała się, jak różna jest ona, matka Amerykanka, z rozwianymi włosami, w dresie, z torbą przekąsek, biegająca za córką po całym placu zabaw, od tych szczupłych, wymuskanych Francuzek, które siedzą w małych grupkach i rozmawiają, podczas gdy ich dzieci spokojnie lepią babki z piasku.
Druckerman zaczęła podglądać. Najpierw spod oka, niepewnie i nieśmiało – jak detektyw, który w gazecie ma wycięte dwie dziury i przez nie patrzy na świat. Potem coraz natarczywiej i coraz jawniej – pytała zaprzyjaźnione Francuzki o ich sekret, rozszerzyła pole manewru do pediatrów, pań w żłobku i psychologów dziecięcych, aby zbadać fenomen tego, dlaczego w Paryżu dziecko zjada w restauracji cały posiłek, nie uciekając z krzesełka, czemu francuskie dzieci lubią warzywa, dlaczego zasypiają na cała noc już w okolicach drugiego tygodnia życia i dlaczego mówienie „nie” z odpowiednim akcentem jest takie ważne.
Druckerman drążyła, węszyła, jakby na każdym kroku obsesyjnie szukała różnic między amerykańskim a francuskim stylem wychowywania dzieci.
Poznała francuski sposób podejścia do dzieci, który cechuje się dużym spokojem, pełnym równowagi podejściem do każdego problemu, pozostawianiu dzieciom dużej swobody ale i stanowczości – jak dla mnie, graniczącej z surowością, z jaką podchodzą do dzieci.
Druckerman porusza zagadnienia, które są ważne dla każdego rodzica – wieczorne zasypianie, jedzenie, żłobek, interakcje z innymi ludźmi. Ważne słowa, jakie padają z ust francuskich rodziców, a które opisują poniekąd cały skomplikowany system wychowawczy paryżan to „pauza” - gdy dziecko płacze, należy dać mu chwilę na to płakanie, niech poczeka – w ten sposób uczy się cierpliwości (a w przypadku płaczu nocnego – może oznaczać chwilowe wybudzenie się ze snu i interwencja rodzica może zakłócić jego naturalny cykl); to „cadre” czyli ramy, w jakie paryscy rodzice wkomponowują swoje dzieci – to ramy sztywne, jasno wyznaczone granice, wewnątrz których jednak jest ogromne pole do manewru i dużo swobody dla dzieci, a także możliwość, by od tego „cadre” czasem dać dyspensę; to „creche” czyli po polsku żłobek – miejsce, o które rodzice francuscy niemal się biją, bo uważają go za naturalny element prawidłowego rozwoju ich dziecka., a nie jak matki amerykańskie, jako największe zło i powód zachwiania róznowagi psychicznej ich pociech; to wreszcie fakt, że „nie znaczy nie”, że trzeba je dziecku powtarzać, bo ono je doskonale rozumie i że to rodzic jest najważniejszy, jako instancja, do której należy się zwracać, ale także jako odrębna osoba – jeśli rodzic będzie zadowolony, wypoczęty i uśmiechnięty to dziecko też, należy więc zawsze znaleźć równowagę pomiędzy rodzicielstwem a małżeństwem i byciem sobą samym.
To niby nic nowego, to zasady, które niby płyną prosto z serca każdego rodzica, jednak Druckerman musiała je wytropić, podglądnąć, oswoić w sobie, a dopiero potem zastosować do niczego nie świadomej Bean. I sprawdzić, że działają.
Przeszkadzało mi w tej książce to, że autorka po prostu się przestawia, że zaczyna uważać francuskie „pauzy” i „nie bo nie” za jedyne skuteczne metody wychowawcze, że patrzy trochę z wyższością na osoby, które o nich nie słyszały, że przestała ufać intuicji, a zaczęła się wyuczać dzieci, jakby byłą do nich jakaś ogólna instrukcja.
Zaskoczyło mnie, że każdy z nas jest człowiekiem, ale każdy jest nim na inny sposób. Że możemy być tak bardzo różni i tak mocno determinuje nas miejsce, w którym przyszliśmy na świat. Matka amerykańska kontra matka francuska, to zestawienie kompletnej wariatki i męczennicy z dobrze ułożoną, spokojną panią domu – z naciskiem na panią – przynajmniej w oczach Druckerman.
A podobało mi się w tym Paryżu, że mimo cadre, mimo swoistego rygoru, jakiemu dziecko jest poddawane, mimo że nie jest na pierwszym miejscu, to tak bardzo szanuje się je jako człowieka, daje mu się jego własną konstytucję, że na wiele mu się pozwala, ciesząc się, gdy poznaje świat na własną rękę, gdy „otwiera oczy”, co oznacza „otwarcie dziecka na wrażenia zmysłowe, w tym smakowe. […] Mogło polegać na wpatrywaniu się w niebo, wąchaniu przygotowywanego obiadu albo samodzielnej zabawie na kocu. […] 'Otwieranie oczu' to swego rodzaju ćwiczenie dziecka w sztuce profiter – cieszenie się przyjemnością i urodą chwili.” [s.118] Podobało mi się, że jeśli wieczorem rodzic każe dziecku siedzieć we własnym pokoju i nie wychodzić, bo to czas dla rodziców, to w zamian daje mu prezent – w tym pokoju możesz robić co tylko ci się podoba – ograniczenie, ale przyjemne... I wolę nie roztrząsać ten francuskiej surowości, która kojarzy mi się czasem z oschłością, a pomyśleć o „caca boudin” czyli „kupoparówce”...
„Caca boudin to przekleństwo używane tylko przez malutkie dzieci. Mówienie caca boudin (…) sprawia dziecku frajdę. To ich sposób, żeby pokazać, że mają świat w nosie i łamią zasady. (…) Caca boudin daje im poczucie władzy i autonomii. (…) Przekleństwo specjalnie dla dzieci – jakież to oryginalne!” [s.230-231]

[Dziękujemy Wydawnictwu Literackiemu, że dzieli się z Nami swoimi cennymi perełkami – książki wszak najwartościowszymi klejnotami]

piątek, 26 lipca 2013

56.MY TEŻ JESTEŚMY GŁODNE!


ANNA NOWACKA-DEVILLARD
„APTETYT NA MAROKO. TADŻIN”
WIDONOKRĄG, WARSZAWA 2011
ILUSTROWAŁA JUSTYNA STYSZYŃSKA

KATARZYNA WĘGIEREK
„APTETY NA MEKSYK. FAMILIA”
WIDNOKRĄK, WARSZAWA 2012
ILUSTROWAŁA MARIA GROMEK

[Można być innym, ale widzieć to samo, wiedzą to w Widnokręgu i udowadniają dzielnie]

Chciałybyśmy zjadać świat po kawałku. W Norwegii uszczknąć trochę ryb i trolli. W Czechach spróbować knedliczków i Golema. A w Krakowie zjeść obwarzanka czując za plecami ognisty oddech smoka. Chciałybyśmy wiedzieć, gdzie na kolorowym globusie szukać Indii i że w Indiach je się chlebek naan.
Dzięki serii „Apetyt na świat” wędrujemy małymi kroczkami po Meksyku i po Maroku.
Pierwsze było Maroko – ze swoją słynną potrawą, przygotowywaną w specjalnych garnkach – tadżin. To wysokie, stożkowato zakończone naczynia cermaiczne, w których na rozżarzonych węglach dusi się mięso. To cały rytuał. I każda gospodyni ma kilka naczyń tadżin pod ręką – jest takie zwyczajne, na co dzień, gdy cała rodzina zasiada do stołu i jest to najpiękniejsze, którego strzeże się i które wychodzi spacerowym krokiem na stół tylko wtedy, gdy wydarzy się coś niezwykłego. Zupełnie jak nasze sztućce – te codzienne i te ze srebra, które przekazała nam babka i których zimne korpusy ogrzewały dłonie wielu ludzie z przeszłości. W rodzinie Abdullaha i Sumiji właśnie zdarzyła się jakaś niespodzianka, coś wielkiego i pięknego, bo mama stawia na stół tadżin w pięknym niebieskim kolorze. To które opowiada historię poznania mamy i taty. To, które mówi o tym, jak biedna dziewczyna przyszła do garncarza i nie było jej stać na tadżin, a młody uczeń zauroczony jej oczyma, zrobił dla niej błękitne tadżin, ispirowane ich kolorem.
W Meksyku trafiamy zaś na Święto Zmarłych. Ana wstaje rankiem tego dnia i przez okno dostrzega dziadka, który gra na swojej gitarze. I w jej sercu, w miejsce spodziewanego strachu, wstępuje radość. Dziadek Any i Antonia nie żyje. Ale dziś jest dzień, gdy pójdą na targ, kupią latarenki, kwiaty, kadzidełka, kandyzowane owoce, a przede wszystkim chleb zmarłych. A potem ustawią wszystko w piękne, przemyślne ołtarzyki dla swoich zmarłych i będą się cieszyć i mówić im o całym roku, który wyrwany wraz z kartkami kalendarza, nie odszedł w zapomnienie. O golu, który się strzeliło i o piniacie, którą się rozbiło na Boże Narodzenie. I ustawi się tam także ulubione potrawy tego, którego już nie ma. Bo to taki magiczny dzień, w którym zmarły może znów zakosztować ziemskich smaków.
Maroko piękniejsze, bo mocniej gra w sercu, bo chciałybyśmy też upiec kiedyś chleb zmarłych i ustawić ołtarzyk dla mojej babci, której opowiem co się wydarzyło przez ten cały rok.
Podoba mi się bardzo pomysł na tę serię. Pomieszanie smaków, z obrazami, z tradycją, ze zwyczajami. Historia, wycinek z życia, jakieś najważniejsze święto, doniosły dzień, dają iskierkę od której zapala się nasze poznanie. I wędrujemy z bohaterami w krótką, ale intensywną podróż po obcym kraju. Oswajamy ostrą paprykę w tadżin, albo rozbijamy piniatę, z której wysypują się cukierki. A potem możemy iść za rękę – mama i córka – do kuchni i ugotować własną wersję churros – ciastek smażonych na głębokim oleju. A gdy będziemy czekać aż wystygną, możemy w książce poszukać różnic między dwoma obrazkami, pokolorować kolby kukurydzy, albo ozdobić papierową dłoń kredkową henną.
Podobają mi się odnośniki w tekście – te słowa, które są najważniejsze – tadżin, dżellaba, mariachi czy mole zaznaczone innym kolorem i wyjaśnione obok.
Podoba mi się – Nam! - wreszcie format książki, który można rozłożyć na piknikowym kocu, przejrzeć, rozkładając na kolanach w tramwaju, albo położyć na stole, na którym rozrzuciło się wcześniej kredki w wielu kolorach.
I jesteśmy głodne reszty świata, jesteśmy niecierpliwe, zaglądamy co chwilę do pieca, w którym wyrasta „Nem. Apetyt na Wietnam”.









[Dziękujemy trzem Mamom z ósemką Dzieci, które patrzą na Widnokrąg, że przyjęły nas w pewnym sensie do swojego grona i pozwoliły poczytać swoje książki] 

środa, 24 lipca 2013

56.MATKA JEŻY


DOROTA SUMIŃSKA
„WIERZĘ W JEŻE”
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2011
ILUSTROWAŁ JANUSZ WRZESIŃSKI

DOROTA SUMIŃSKA
„JAK JEŻ JERZY ZOSTAŁ TATĄ”
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2013
ILUSTROWAŁ JANUSZ WRZESIŃSKI

[Jedno z najbardziej prestiżowych wydawnictw w Polsce pochyla się też czasem nad Dziećmi]

Jeśli słyszysz w nocy charakterystyczne tupanie to może być jeż. Bo jeże się nocą budzą, a gdy słońce wstaje, to kładą się spać. A ludzie – zupełnie odwrotnie – cichną, gdy gaśnie słońce i wtedy jeże mogą dojść do głosu. Ich tupanie niesie się echem. Dlatego według Jerzego, duża część jeży na imię ma Tuptuś. Druga duża część nazywa się Jerzy – też wiadomo dlaczego – to taki odwieczny żart człowieka.
Jerzy zamieszkuje dom pewnej dobrej Pani. Ta Pani wyrwała go z rozczapierzonych palców śmierci. Jego mama zginęła pod kołami samochodu, a rodzeństwo umarło z głodu. On był silniejszy i doczekał troskliwych dłoni ludzkiej mamy. Jerzy jest jeżem nietypowym, bo mieszka w jednym domku z myszką i wężem, a ja nie zdziwiłabym się wcale, gdyby to nieprawdopodobieństwo było jak najbardziej prawdziwe. Bo Dorota Sumińska to mama wielu stworzeń – nie tylko ludzkich. To weterynarz i psycholog zwierzęcy, najbardziej chyba oddana zwierzakom kobieta w Polsce. Taka, która oprócz tego, że kocha je mądrze, to wie o nich tak dużo, że nie mieści się w niej ta wiedza i pisze o nich, mówi, opowiada. A mówi pięknie, zajmująco, tak, że słucha się jej jak wytrawnej bajarki, czyta się ją, jak najlepsze powieści przygodowe.
A wszystko przeważnie jest z życia wzięte.
I pewnie jeż Jerzy faktycznie mieszkał kiedyś u pani Doroty i pewnie był najbardziej ciekawskim jeżem w naszym kraju.
Bo to nie jest zwykły jeż także z innego powodu – to jeż, który przyrzekł nie jeść nikogo żywego, starcza mu jedzenie przygotowane przez ludzką mamę – zamiast tego woli posłuchać potencjalnych żywicieli, otworzyć się na ich historie, zaprzyjaźnić z nimi i dzięki temu powiedzieć o wszystkim nam.
„Wierzę w jeże” to właściwe katalog zwierząt, których człowiek nie lubi, których się boi, które mu się nie podobają, które tępi, bo nie są piękne i przymilne. To katalog mitów na temat tych żyjątek, które wzięły się pewnie ze strachu, bo z niewiedzy to już na pewno. Bo kto wymyślił, że nietoperze wplątują się we włosy, skoro mają w swoich uszach najdoskonalszą nawigację świata? Skąd przypuszczenie, że polskie pająki polują na człowieka? I dlaczego ludzie, gdy widzą padalca krzyczą „żmija!”, mimo że padalec to jaszczurka? Do przyjaciół Jerzego należy też kret, ropucha i komar, znajdzie się też szerszeń i gołąb. I nawet pies, który pojawia się na kartach tej opowieści, to niezbyt piękny pekińczyk, a kot nie ma oka, bo skrzywdził go człowiek/nie-człowiek. A każdy skarży się na ludzi, na to, jak zrzucają na nich winę za swoje niedbalstwo i swoje bałaganiarstwo. Nazywają te „niepiękne” zwierzęta szkodnikami, a „w przyrodzie nie ma szkodników. Szkodnik to taka istota, która szkodzi ludziom, a nie Matce Naturze.” [s.75]
Piękna to książka, o tym, że można pokochać nawet osę, jeśli spojrzy się na nią jak na „człowieka”, że jeśli usłyszysz, jak troszczy się o własne dzieci, zobaczysz „człowieka” nawet w karaluchu, a do muchy nabierze się szacunku, gdy ukradkiem podejrzy się jej ciężką pracę.
W drugiej części Jerzy zostaje tatą i wstrząśnięty tym faktem, rozpoczyna krótki kurs ze znajomości cudu, jakim są narodziny. Jego przyjaciele – nowi i starzy, odwiedzają go z ustami pełnymi „zarodków”, „zapłodnień” i „komórek jajowych”. To zdecydowanie trudniejsza pozycja, niż pierwsza część – Jerzy jest starszy, jest głową rodziny i starsi powinni być jego słuchacze. Ale mimo wszystkich „mejoz”, „DNA” i „dziedziczenia” , którymi upstrzony jest tekst, nadal najpiękniejsze jest w niej poszanowanie dla każdego, najmniejszego nawet organizmu. To po raz drugi (i jak zapowiada Jerzy nie ostatni) hołd złożony wszelkim zwierzętom świata.
Piękny, mądry, zabawny tekst, który genialnie się czyta na głos. Piękne nastrojowe ilustracje (bardziej klimatyczne w drugiej części – ze zdumieniem odkryłam, że malował je te sam autor). Piękna ludzka mama jeża Jerzego, że uratowała mu życie, a on teraz może oswajać nasze lęki.









[Dziękujemy Wydawnictwu Literackiemu, że dzieli się z Nami swoimi cennymi perełkami – książki wszak najwartościowszymi klejnotami]

poniedziałek, 22 lipca 2013

55.FOTO STORY.STORY TWO - PARKOWANIE 2013

Parkowanie w Parku Oliwskim to czas, gdy można wejść na trawnik. Jedyny czas, gdy możesz troszeczkę nagiąć zasady, zdjąć buty i gołymi stopami przeskoczyć przez barierki. I zjeść na piknikowym kocu morele, czereśnie, jabłka, winogrona i śliwki. I dotknąć drzewa. I zobaczyć biedronkę na mankiecie spodni. Było nawet moczenie nóg w strumyku. I nawet stoisko z bookcrossingiem. I Katedra Oliwska - ale organy milczały akurat. I było mnóstwo ludzi. I kaczki też. I słońce. I George, ale o Georgu - innym razem....

I migawki - mrugawki, a w sercu aparatu 327 zdjęć...



























poniedziałek, 15 lipca 2013

54. „CÓRCIU, JESZCZE TYLKO JEDNĄ!”

TOON TELLEGEN
„NIE KAŻDY UMIAŁ SIĘ PRZEWRÓCIĆ”
(TŁ.JADWIGA JĘDRYAS)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2013
ILUSTROWAŁA EWA STIASNY

-proszę moją córkę, której kleją się oczy. „Wytrzymaj! Przecież spać można za pięć, dziesięć, piętnaście minut!”.
Bo to są takie cudne bajki. Takie, które wyłażą z książki, nie chcą się zamknąć pomiędzy dwoma okładkami, krzyczą i kuszą króciutkimi rozdzialikami, wabią takim poczuciem humoru, które lubię – absurdalnym, acz podszytym głęboką refleksją. To takie maleńkie perły, które chciałoby się przepisać na kolorowe kartki i nosić zawsze przy sobie. I w chwilach zwątpienia wyciągać tę zieloną, w kolorze nadziei, na którym jest bajka o Słoniu, który przyszedł do Wiewiórki w nieproszoną gościnę, zbił jej filiżankę, połamał meble, wylał herbatę, a ona powiedziała na to - „czas się przeprowadzić” - to, żeby pamiętać, że w każdej chwili możemy coś zmienić i że w każdym wydarzeniu trzeba szukać „bright side of life”. W chwilach, gdy przestaje się wierzyć w siebie, najlepiej sobie na żółtej kartce poczytać o Jeżu, który chciał zawisnąć na niebie, jak słońce – wszystko może się udać, jeśli tylko wystarczająco mocno tego pragnąć. A w chwilach melancholii, to najlepiej z błękitnej poczytać o Mrówce, która zamyka wspomnienia w pudełeczku.
Chociaż nie... Bo jeśli by przepisać te bajki, to ominie nas cała oprawa graficzna, o którą postarała się Ewa Stiasny, ta długonoga Mrówka, puszystokita Wiewiórka, ten Jeż kolczasto nastroszony, narysowane ot tak, jakby przypadkiem, gdzieś na serwetce albo kawałku chusteczki i przecież -phi!- wszyscy tak umieją, a jakoś taka trąba u Słonia nie wychodzi i jakoś Żółw nie ma takich wielkich oczu, a żądło u Osy tępe jakieś, nieuzbrojone...
Ta cała książeczka ma w sobie jaką ulotność, jakby „odniechceniowatość”, która jest tylko pozorna, bo w samym jej środku toczą się sprawy najważniejsze na świecie. Rozstrzyga się sens życia, ustala się tożsamość, sprawdzają się przyjaźnie i wypełnia się silna wola. Można by długo o tym, że w kostiumie Wiewiórki ukryła się trochę zakompleksiona młoda kobieta, a nogami Słonia tak naprawdę porusza młody mężczyzna, taki Piotruś Pan, który ma w sobie mnóstwo beztroski i tyleż samo uroku.
Tak, zdecydowanie Słoń został moim najulubieńszym ulubieńcem. Bo lata. Bo jednego razu się roztopił w słońcu, ale Wiewiórka zrobiła tamę i go zatrzymała, póki znów się nie zesłonił w ciało stałe. Bo zawsze sprawdza, czy skakanie z wierzby jest takie samo, jak skakanie z dębu. Bo akceptuje siebie w milionie procentów. Bo rozśmiesza mnie najbardziej. I przyjaźni się z Wiewiórką, która nigdy mu się nie znudzi.
Tellegen prowadzał do tego zwariowanego lasu swoje córki tuż przed zaśnięciem – snuł historie o listach, które między zwierzętami roznosi wiatr, o Mrówce i Wiewiórce, które dyskutują, czy się kiedyś skończą, o Nosorożcu, który upiekł na swoje urodziny tort-pomnik i o Koniku Polnym, który wybuchnął i teraz trzeba go poskładać – wszystko to mówił im prosto w ucho tuż przed tym, jak zasnęły i sennie snuły swoje własne bajki.

Ja mogę tylko czytać. Opowiadać Majce ten świat słowami Tellegena, zachwycać się i prosić - „Jeszcze tylko jedną, córeczko!”