Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

wtorek, 21 listopada 2017

456. CO NAJBARDZIEJ LUBISZ W KOMIKSACH O MAMIE MU I PANU WRONIE?

JUJJA WIESLANDER
„MAMA MU NA WYCIECZE I INNE KOMIKSY”
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2017
ILUSTROWAŁ SVEN NORDQVIST
KOMIKS NARYSOWAŁA MICAELA FAVILLA, A POKOLOROWAŁA ELIN FAHLSTED

Gdyby ktoś wyszedł na ulicę z wielkim magnetofonem, mikrofonem przypiętym do tego magnetofonu długim przewodem i zadał losowo wybranym przechodniom pytanie: „Za co lubisz serię 'Mama Mu'?” to gwarantuję, że na pierwsze miejsce wysuwałaby się jedna odpowiedź: „Za ilustracje”. Oczywiście dalej byłoby, że za „pióropleksję”, że za uroczego w swej ciągłej irytacji i niezadowoleniu Pana Wronę, za wolność, równość i braterstwo – idee, jakim Mama Mu hołduje całym swoim, dość ciężkim, jestestwem, za humor oczywiście, bo przecież uśmiech Mamy Mu jest jak namalowany markerem permanentnym, za pomysłowość – autora i krowy, za to, że jak się czyta te książki na głos, to co chwilę z otworu gębowego wydobywa się przeciągłe „muuuuuu...”… No co tu dużo mówić – powodów jest wiele, a nawet więcej. I choć Mama Mu w dawkach hurtowych nie trawi się tak dobrze, jak powinna i trzeba ją przyjmować raczej ściśle według zaleceń lekarza, to miłość moja do tej zwariowanej krowy jest wielka. Oczywiście latorośli nie przeszkadza schemat, opozycyjne względem siebie charaktery głównych bohaterów (na czym opiera się zawsze pomysł i komizm tych książek) i mogłaby przyjmować „Mamę Mu” jak chleb z serem – bez ograniczeń!
Nie mniej jednak wracam do meritum – siłą „Mamy Mu” oprócz wybujałej fantazji, chwytnego ogona i tych dłuuuugich rzęs, są ilustracje! A w jakiej formie literackiej jest najwięcej ilustracji?
W komiksie!
I tak oto – jest! Komiks o Mamie Mu i Panu Wronie! Oklaski, zachwyt, ekstaza! Dość powiedzieć, że bez mrugnięcia okiem odczytałam wszystkie cztery historie naraz. I nie miałam dość! Są dobre, jak zawsze! A w wersji komiksowej nawet lepsze, no bo te obrazki i skondensowana forma i ten humor jakby lotniejszy jeszcze niż zwykle. I w ogóle same „ochy!” i „achy!”.
Najpierw Mama Mu, jak zwykle radosna i pomysłowa, postanawia wybrać się na wycieczkę – wiadomo: prowiant, koszyk, kocyk, jezioro… Prowiant? To słowo wytrych, którym otwiera się Pana Wronę! A nie można by tak od razu, tu na miejscu, w stodole zjeść tego prowiantu? Nie można! Jak zje się na miejscu, to nie ma wycieczki, a Mamu Mu ma właśnie ochotę na tę wycieczkę. A do tego jest taka piękna pogoda! Czy Mama Mu i Pan Wrona dojdą do konsensusu i nad jezioro?
Potem, jak zwykle głodny, jak zwykle nie wierzący w siebie, choć udający przed światem, że jest wręcz odwrotnie, jak zwykle niepewny i jak najzwyklej w świecie naburmuszony Pan Wrona odwiedza Mamę Mu, która zachwyca się i pieje z zachwytu nad szczeniaczkami, które dopiero co się urodziły. Uwaga – tutaj fragment, który bawi każdego osobnika niepełnoletniego! Salwy śmiechu wybuchają przy stwierdzeniu Pana Wrony, że jak wszystkim szczeniakom naraz zachce się siku, to powstanie jezioro. A jakie? „Jezioro Sikowickie!” (śmiech do łez, chichot, zaśmiewanie się, czkawka od śmiania, oczy mokre od „śmiesznych” łez...kurtyna, możemy czytać dalej). A dalej to ważne, bo Pan Wrona się przekonuje, że są na tym świecie istoty, które darzą go pozytywnymi uczuciami...
Następnie Mama Mu wymyśla sobie dyscyplinę sportu, którą będzie uprawiać – a mianowicie stanie na jednej nodze. Skoro bociany mogą, to dlaczego ona nie? Oczywiście Pan Wrona stanowczo jej to odradza i oczywiście, od słowa do słowa, okazuje się, że to wrony właśnie są najlepszymi „staczami na jednej nodze” w całym wszechświecie…
A na koniec wielkie wzruszenie, łezka, co się kręci w oku, bo Pan Wrona odsłonił swoje prawdziwe ja! Pokazał swoje wnętrze! Wygarnął Mamie Mu, że nigdy go nie odwiedza i że nawet nie wie, jak jest u niego w gnieździe! „Niech się cieszy, że nie zaglądam do jego gniazdka! Przecież by się zarwało. A może nie…?” - zastanawia się Mama Mu. A teraz krótka instrukcja: zaraz po przeczytaniu tego scenariusza, należy chwycić za telefon i zadzwonić do swojego najlepszego przyjaciela. Albo najlepiej od razu go odwiedzić! Choćby mieszkał na drzewie i choćby się było krową, co nie umie latać! Dla przyjaciół nie ma przecież rzeczy niemożliwych!

Tak samo, jak dla Mamy Mu i Pana Wrony! Ten niepowtarzalny duet umie wystąpić nawet w komiksie!  










czwartek, 16 listopada 2017

464. KLOCKÓW JESZCZE ZOSTAŁO…

- No ale czemu one są takie fajne? - pyta mnie Przyjaciółka.
Siedzimy w kawiarni, pijemy kawę, nasze córki się bawią, a my plotkujemy o… zabawkach.
- Przecież to zwyczajne klocki! - kontynuuje. - No dobra, takie z literkami, ale nadal zwyczajne…
Wsiadłam na swojego konika. Konika z klocków. Bo tak, owszem, takiego konika można sobie z tych klocków zbudować. Albo słonia. Albo co tam się chce. Mało tego, można go nawet podpisać. Bo w tym zestawie jest „ń”. I „ł” też jest. I te wszystkie inne literki, które podpierają się laskami, machają ogonami, te, którym coś wyrosło na głowie i te, na które pada deszcz i śnieg (no co poradzę, że takie właśnie mam skojarzenie z ż i ź...) - cały ten system, którym honorujemy przodków i ich mowę (tak, tak, wszystkie „dziwne” litery polszczyzny zawdzięczamy staro-cerkiewno-słowiańskiemu językowi…).

Przechodziłam w swoim życiu różne fazy. Najpierw chciałam uczyć Majkę czytać wtedy, gdy jeszcze nie umiała chodzić. Ale potem zatrzymałam się na chwilę i pomyślałam - „a co ona będzie robiła, jak inne dzieci będą się uczyły czytać? a co, jeśli ktoś jej zaproponuje inną metodę i sobie nie poradzi? a co, jeśli ja zrobię coś źle?”. Dałam spokój. Do czasu, gdy sama zaczęła pytać o litery. Rozróżniać. Drążyć. Składać. Literować. Litery ją fascynują. I tego już nie mogę zatrzymać. Mogę tylko tę fascynację pielęgnować. Na przykład podsuwając Likocki…

No fakt, no niby zwykłe są… Drewniane klocki z literami. Nic wielkiego. Ale… Ja jestem nimi oczarowana z kilku bardzo ważnych powodów.
1. to klocki z literami! Nie z atrapą liter, nie z czymś, co litery jedynie udaje. To prawdziwe, wyraźne, porządne litery. Wszystko czytelne i bez domysłów.
2. to klocki niezniszczalne. Nie bawimy się nimi co prawda kilka lat i nie próbowałyśmy jeździć po nich autem, ale upadły nam parę… naście… dziesiąt… razy i nic. Istnieją nadal w swoim bycie nienaruszone! Lubię solidne zabawki. Nie cierpię, gdy coś mi się rozlatuje w rękach! I płaczu Dziecka, gdy to coś się rozpadło...
3. są polskie, nasze rodzime, zza ściany! A to taki mój patriotyzm – jeśli mogę, to wspieram „naszych”. Nie będę pisać o gospodarce, o tym, że to wraca, nie będę też udawać, że się na tym znam, ale napiszę tak zwyczajnie – ktoś mieszka w tej samej strefie czasowej i mówi tym samym językiem, jest moim sąsiadem, zrobił coś fajnego, mądrego, ładnego – więc chcę kupić to, zamiast wersji bez „ą” i „ę”…
4. mogą być personalizowane! Serio! Można, tak, jak my, napisać, że się lubi wilki i będzie pudełko z wilkami! A do tego miły Pan, obsługujący sklep, dopyta, doprecyzuje i zrobi wszystko, żeby był efekt „będzie pani zadowolona”. Profesjonalne podejście do klienta!
5. i wreszcie – last but not least - są tworzone przez ludzi z pasją! Takich zapaleńców, co mieli pomysł i zrobili wiele, by go zrealizować. Więc oddam im teraz głos, żeby przekonali Was do tych klocków – zrobią to najlepiej!

Co oznacza nazwa LIKOCKI? Skąd się wzięła?
Likocki to połączenie słów Literki i Klocki. Ale Liklocki brzmiało słabo, więc usunęliśmy 'L' i powstało "LIKOCKI"

Skąd pomysł na klocki z literkami?
Klocki z literkami to nasz pierwszy produkt, ale planujemy znacząco poszerzyć ofertę. Już się pojawiły puzzle, a niedługo będzie więcej. Jednakowoż klocki z literkami pozostaną naszym flagowym produktem. Mamy do nich osobisty sentyment. Pomysł właściwie przyszedł od kolegi. To on zaczął tę Likockową przygodę. Razem z nim zauważyliśmy, że dostępne na polskim rynku zabawki z literkami są bardzo ubogie* - nie można układać z nich wielu wyrazów a zatem nie można dziecka uczyć na nich czytać. A co najważniejsze większość z tych zabawek nie zawiera polskich literek (produkowane za granicą, zawierają tylko łaciński alfabet). Zależało nam, żeby to zmienić.

Jaką macie misję?
Likocki to efekt połączenia kilku bardzo ważnych dla nas idei.
-prawidłowy rozwój dzieci - zabawki, które służą nie tylko zabawie, ale również edukacji i rozwojowi kreatywności są najcenniejsze, a często przegrywają ze świecąco-grającymi tandetnymi bublami.
-troska o przyrodę i wynikająca z niej dezaprobata dla wszechobecnego plastiku. Musimy uczyć kolejne pokolenia, jak ważna jest ochrona środowiska.
-rozwój polskiej gospodarki i promowanie polskich produktów. Chcemy pokazać, że polskie jest dobre!
A dlaczego nasze zabawki nie są pstrokate i rozkrzyczane? Bo szanujemy dzieci. Wierzymy w ich wyobraźnię, która dodaje kolorów i zamienia najprostsze przedmioty w magiczne amulety. Dorośli tak nie potrafią, dla nich słoń musi wyglądać jak słoń, ruszać się jak słoń i trąbić jak słoń – a i tak nie będą przekonani, że jest prawdziwy. Dla dziecka słoniem może być tekturowe pudło. Dlatego unikamy jarmarcznych kolorów i głupawych obrazków. Wolimy prostą formę i nieskomplikowany, choć przemyślany projekt. Wystrzegamy się lśniących pudełek i opakowań, które cieszą oczy i nadają się tylko do wyrzucenia.

Jaki był najdziwniejszy test, któremu poddaliście LIKOCKI?
hmm... Rzucaliśmy nimi o podłogę, zgniataliśmy prasą 12 tonową, przejeżdżaliśmy samochodem po nich, opalaliśmy palnikiem (nie wiem po co:)), wrzucaliśmy je do betoniarki wypełnionej żwirem i kamyczkami i tak kręciliśmy nimi przez pół godziny.

Wymień trzy słowa, które najbardziej pasują do waszych klocków.
Klasyczne, ponadczasowe, niepowtarzalne

A ja dodam jeszcze, że są dość drogie – nie będę oszukiwać. Producenci też tego nie robią i tłumaczą na swojej stronie dlaczego Likocki nie mogą kosztować kilku złotych. Bo są trwałe, bo są polskie (a nie na przykład z Bangladeszu), bo są ręcznie robione, bo są autorskimi projektami, bo są… dużymi, grubymi kawałkami drewna! I raczej ciężko je połknąć (Likocki, czy taki test przeprowadziliście?). Więc można je dać maluchowi. Najmniejszemu maluchowi. A co! Niech sobie obraca w palcach, ślini, dziąsła sobie nimi masuje (można, bezpieczne są dla „organów leptycznych”) a przy okazji oswaja się z wielkimi, złymi literami, którymi będzie się posługiwał do końca swoich dni ;-)
I ja to kupuję! Warto wydać każdą złotówkę, którą sobie za Likocki zażyczą. (Poza tym niedługo będzie chodził Mikołaj…).





No i wisienka na torciku (drewnianym, z klocków oczywiście) – to nie są klocki z przypadkowymi literami, umieszczonymi gdziekolwiek. To są klocki, do zaprojektowania których powstał specjalny program komputerowy, który wypluł najlepsze ustawienie liter na jak najmniejszej ilości klocków. „Za pomocą jednego pełnego kompletu (30 szt. kostek) Likocków możesz ułożyć ponad 2 miliony 640 tysięcy polskich wyrazów!” Mi na przykład przyszło do głowy: WSTRZĄSAJĄCYM BĘDĄC i spokojnie, jeszcze klocków zostało!

czwartek, 9 listopada 2017

463.UŁAMKI

NATALIA OSIŃSKA
„SLASH”
AGORA, WARSZAWA 2017
ILUSTROWAŁ MARIUSZ ANDRYSZCZYK

- Skończyłam – oznajmiam przekraczając rano próg biura.
- I co? I co? - dopytuje koleżanka, którą wcześniej wprowadziłam trochę w zawiłości fabuły.
No to opowiadam. Gestykuluję. Oczy mi się świecą. Zachwalam. Zachwycam się.
- A wiesz, że połowa rodziców, gdyby wiedziała, o czym jest ta książka, to nie pozwoliłaby swoim dzieciom jej przeczytać? - mówi ona.
Gasi płomyk w moich oczach.
- No wiem… - odpowiadam zrezygnowana.
To o czym jest ta książka? Naskórkowo o dwóch chłopakach – Leonie i Tośku. Leon mieszka sam. Sam się utrzymuje. Uczy się dobrze. Gra w szkolnym teatrze. Ze szkoły zawsze biegnie gdzieś do miasta, dawać korepetycje. Od czasu do czasu nosi pranie do pralni – gdy już się nazbiera, bo wcześniej nie opłaca się wynajmować całej pralki. Uwielbia masaże, a czwartki zostawia tylko dla siebie, żeby być samemu ze sobą i myśleć. Nosi w sobie jakąś tajemnicę z przeszłości. Nie bez powodu przeniósł się do nowej szkoły średniej w innym mieście, nie bez powodu powtarzał rok… Nikt nie wie tak do końca co w nim siedzi… No może trochę Tosiek… Tosiek ma na głowie modnego irokeza. Ma piercing, dobre ciuchy, ojca w rozjazdach i ciotkę, która się nim zajmuje. Nie je mięsa, przejmuje się globalnym ociepleniem, też gra w teatrze szkolnym, lubi robić sobie selfie, wszędzie go pełno… I jest z Leonem. To znaczy jest wtedy, gdy Leon mu na to pozwala. Najczęściej wtedy, gdy nie ma nikogo obok. Gdy nikt nie może patrzeć, gdy nikt nie może zobaczyć. Tak jak zeszłego lata, gdy całowali się mocno, ukryci w wysokiej trawie… Albo ewentualnie w pokoju Tośka, pomiędzy zdjęciami z londyńskiej parady równości a tęczową flagą… A, prawda, Tosiek ma coś jeszcze… Ma na przykład piersi. I okres. I pochwę… Bo Tosiek jeszcze do niedawna był Antoniną…
W środku, pod tymi wszystkimi etykietkami, łatkami, pod tą tęczową flagą i tatuażami, robionymi po to, by udowodnić sobie i światu swoją męskość, jest historia o uczuciach. O strachu, o lęku, o potrzebie akceptacji, o miłości, która góry przenosi, o tej, która „nie szuka poklasku”, o każdej jednej młodzieńczej miłości – poza płcią… O dwóch istotach, co się odnalazły we wszechświecie, co przylgnęły do siebie i już tak zostały. Ale coś ciągle uwiera – wzrok obcych osób, brak samoakceptacji, ciężki kamień, który przeszłość położyła na sercu i teraz tak strasznie trudno się oddycha, rodzice, którzy nie akceptują związku i imię swojego dziecka wypowiadają tylko szeptem… Tak bardzo dużo tu traum! I w ogóle wszystkiego! Homoseksualizm, transseksualizm, prawa kobiet, feminizm, czarny protest, niechciana ciąża, poronienia, dopalacze, alkohol, parady, strajki, pochody, Youtube i social media… Wszytko to, czym żyje dzisiaj młody człowiek, wszystko to, czego się boi, co leży w jego łóżku pod prześcieradłem jak cholerne ziarenko grochu i nie daje nocami spać. Pamiętam jeszcze swoje nastoletnie ciało i głowę nim zadziwioną, niepogodzoną ze zmianami, pamiętam wszystkie swoje kompleksy i niepewności… A jeśli pomnożyć to przez wytykanie palcami, brak społecznej akceptacji, napiętnowanie i wyzwiska? Jeśli pomnożyć to przez odpowiednią dawkę hormonów, które trzeba łykać, by dotrzeć do samego siebie, oddalonego o kilka lat od tych siedemnastu, które ma się teraz? To musi być ogromnie dużo bólu, lęku i nieumiejętności radzenia sobie z rzeczywistością! I mnóstwo chęci, by ktoś przytulił, położył rękę na głowie i głaskał…
Najpierw miałam ochotę krzyczeć, wydzierać się, drapać, przeklinać najgorszymi wyrazami, jakie znam, drzeć książkę na strzępy, rzucać przez okno ścinkami papieru i szklankami.
Potem chciałam już tylko zwinąć się w kłębek, w rogal, w precel, zarzucić na siebie najgrubszy koc i tak trwać. Żeby nie było widać mnie. Ani żeby świata nie było widać. Było mi wstyd. Za ludzkość. I tak żal Leona i Tośka. Że ludzie im to uczynili – ten ból – że oni tylko chcieli się kochać… Jeśli mnie tak mocno poruszyła ta książka, to co będzie czuł siedemnastolatek, czytając ją? Wierzę, że odnajdzie tam siebie, swojego kolegę, koleżankę. Że znajdzie receptę, dobre słowo, odpowiedź. Albo siłę, by wyśmiewanemu na korytarzu koledze podać rękę. Bo obok „Slash'a” nie można przejść obojętnie – to niewykonalne! I te obrazy! Andryszczyk porusza, szarpie, rwie ze mnie kawałki mięsa… Te postaci, które stworzył, nie są tylko narysowane – za dużo w nich emocji, za ludzko patrzą kreskowanymi źrenicami…

Myślę o tej połowie rodziców, o tych nawet trzech czwartych… I apeluję, żeby „Slah'a” kupili swoim dzieciom sami, żeby przeczytali tę książkę z nimi, porozmawiali, zadali właściwe pytania. Bo „Slash” dopadnie każdego z młodych ludzi, tego jestem pewna. Warto więc mieć udział w takim czytaniu. Po prostu warto.  






środa, 25 października 2017

462. OJ BĘDĘ JESZCZE PŁAKAĆ NAD TĄ KSIĄŻKĄ…

PRZEMYSŁAW WECHTEROWICZ
„GWIAZDKA Z NIEBA”
TADAM, WARSZAWA 2017
ILUSTROWAŁ MARCIN MINOR

Czasem jest tak, że spotykamy na swojej drodze kogoś zupełnie różnego od nas. Kogoś z nieba, z kosmosu, z innej planety. Kogoś z kim nie mamy prawa znaleźć wspólnego języka i powodów do wspólnego śmiechu. I nagle okazuje się, że to największa miłość naszego życia. Że razem jesteśmy najszczęśliwsi, a rozstanie łamie serce na pół – połowa zostaje, do oddychania i chodzenia po ziemi, połowa idzie w kieszeni tej miłości wszędzie tam, gdzie ona podąża. Nasze życie już nigdy nie będzie takie samo, bo z połową serca świat wygląda inaczej.
Dokładnie to wydarza się w „Gwiazdce z nieba”.
Pewnej nocy mała Orzesznica, która nie lubi spać, bo woli bawić się ze świetlikami, znalazła na polanie Gwiazdkę. Prawdziwą, z nieba. Taką, która jeszcze spaść nie powinna. Jaśniejącą i rozświetloną. Najpiękniejszą. Zaczyna się z nią bawić i okazuje się, że w jednej chwili stają się dla siebie najważniejsze. To przyjaźń niemożliwa – Orzesznica i Gwiazda? Ziemia i Niebo? Góra i Dół? Przecież nawet nie mają wspólnego języka, bo Gwiazdka nie umie mówić! I nie umie wspinać się tak, jak Orzesznica. Ale ani jednej, ani drugiej to nie przeszkadza. To w końcu nie chodzi o język, który mówi, nie chodzi o stopy, które biegają. Chodzi o serce, które bije w tym samym rytmie.
Tylko, że Gwiazdka tęskni za swoim niebem. I Orzesznica po prostu musi pozwolić jej odejść. Więcej nawet – musi jej pomóc, bo bez jej pomocy Gwiazda nie trafi z powrotem na niebo…
Tu właśnie słychać dźwięk pękającego na pół serca… I tu jest ta miłość, która okazuje się bezgraniczna – bo mimo bólu, gdy w klatce piersiowej zieje wyrwa po połowie organu, trzeba zrobić to, czego Gwiazda pragnie najbardziej – pozwolić jej odejść…
Piękna, wzruszająca historia. Choć ja wciąż czuję smutek i nie potrafię do końca pogodzić się z tym bólem Orzesznicy, nie potrafię przyjąć go naturalnie… To pewnie może być także książka o miłości rodzic-dziecko. O tym, jak trzeba pozwolić odejść w odpowiednim momencie. Z uśmiechem na twarzy, bo przecież spełnia się powinność, marzenie i dobry uczynek naraz… Oj, będę ja kiedyś płakać nad tą książką zupełnie innymi łzami!

Ale niemal niewiarygodne jest to, że tekst nie jest dla mnie w tej książce najważniejszy! Najważniejsze są przepiękne ilustracje Marcina Minora! Coś wspaniałego! Dopieszcza oko, głaszcze źrenice! W las wprowadza – aż pachnący i tajemniczy, bo przecież jest noc. I światło rozświetla tylko niewielkie fragmenty kartek. Tyle tam liści, gałązek, że aż słyszę szelesty, o moje palce ocierają się zwinięte na końcach liście paproci! Pióra puchacza furkoczą w powietrzu. Jestem pod wrażeniem! Kartkuję wciąż na nowo! Dotykam i niemal czuję pod palcami trawę – muszę uważać, żeby się nią nie zaciąć! Tym razem tekst – choć mądry i ważny – przegrał z obrazem. Ilustratorze Marcinie – dokonałeś cudu! Wszak autor Przemysław znany jest z pisania doskonałych historii. Zabrałeś mu cała moją uwagę! I nauczyłam się stopniować słowo „doskonałe”...








wtorek, 24 października 2017

461. MOJE SŁOWA PRZYSIADŁY NA CZYIMŚ RAMIENIU…

KATHERINE RUNDELL
„DACHOŁAZY”
(TŁ. TOMASZ BIEROŃ)
PORADNIA K, WARSZAWA 2017
PROJEKT OKŁADKI MARZENA DOBROWOLSKA

Siedzę na dachu swojej wyobraźni i próbuję dosięgnąć słów. Nie ma ich na wyciągnięcie dłoni. Nie skapują ze stalówki wiecznego pióra. Odleciały między dachołazy, przysiadły na ich ramionach i ani myślą się stamtąd ruszyć. Już nie są moje, bo wszystkie najlepsze, najpiękniejsze zawłaszczyła Katherine Rundell.
Kim są dachołazy? To ludzie, którzy nie lubią stąpać po chodnikach. Ci, którzy za kominem, na starej patelni smażą szczury, mają namiot z liści i zimą bardzo mocno się trzęsą. Czy są bezdomni? Pewnie by się obrazili, gdyby to usłyszeli. Mieszkają przecież – tyle, że na dachach… A są też tacy, co mają domy na drzewach… Jak między nich trafiły moje słowa? Ano w ślad za pewną dziewczynką. Na imię jej było Sophie.
Pewnego dnia Charles Maxim płynął łodzią ratunkową po kanale La Manche. W oddali widać było już tylko kadłub statku – reszta była pod wodą. Na wodzie, oprócz łodzi, unosił się futerał na wiolonczelę. Ale w futerale nie było instrumentu. Była mała dziewczynka, zawinięta w partyturę Beethovena. Dziewczynka, której włosy miały kolor błyskawicy. Charles dał jej imię, bo dzieci muszą mieć imiona. A potem dał jej dom i miłość. Bo to dzieci muszą mieć chyba nawet jeszcze bardziej niż imię.
Charles i Sophie to jedna z najpiękniejszych par literackich, jakie znam. Charles to wzór do naśladowania, bo kocha Sophie miłością bezgraniczną, ale nie ograniczającą. Rozpościera jej skrzydła i sam sprawdza, czy dziewczynka może latać, nie podcina ich podstępnie scyzorykiem, gdy nikt nie patrzy. Wierzy jej. Ufa jej. Uczy ją. Jest na nią otwarty, chłonie ją, by lepiej ją rozumieć. Nie steruje nią, wskazuje kierunek… I podąża dwa kroki za jej plecami, żeby sprawdzić, czy nie upada. Tak pięknie ją kocha! Takie piękne mają rytuały! I tylko jeden raz stają po dwóch stronach barykady – ona mówi, że pamięta, jak jej matka gwizdała i że żyje i że na pewno po nią wróci. On twierdzi, że Sophie była za mała, żeby pamiętać, że żadna kobieta nie uratowała się z tonącego statku, że na tym nie można budować życia. Sophie się odwraca – wie swoje – i rysuje na kartce mamę. A że „nie miała kolorowych kredek, więc obgryzła paznokieć do krwi i pomalowała nią włosy na czerwono”. Są przecież takie same!
Ale potem świat Sophie i Charlesa się zawala. Ktoś wkracza do ich poukładanej, choć na pozór chaotycznej codzienności. Ktoś, kto „wie lepiej”. Kto chce układać, pucować, czyścić i uczyć – koniecznie w szkole i zabrania nosić spodnie! Kategorycznie! Padają ciężkie słowa – dom dziecka - i przygniatają najszczęśliwszą parę ludzi na świecie – małą dziewczynkę i jej prawie-ojca. Muszą więc uciekać. Charles się reflektuje. I uciekają do Paryża, tam, gdzie ostatni raz mała czerwonowłosa dziewczynka widziała czerwonowłosą kobietę, swoją matkę.
I to prawie oczywiste, że w poszukiwaniach pomogą dziewczynce dachołazy. Nie mogło być inaczej! Tylko, czy czerwonowłosa kobieta jeszcze istnieje? Wszystkie dokumenty, papiery, świadectwa i wspomnienia mówią, że nie… Jak bardzo Sophie będzie rozczarowana, gdy okaże się to prawdą i mama z jej wyobraźni będzie musiała przestać oddychać, a w jej płucach zamieszkają ryby?

To tak pięknie napisana książka, że chciałabym ją wciąż i wszędzie cytować. Wytapetować nią sobie pokój, mieć bez ustanku przed oczami. Katherine Rundell zostaje moją nową czarodziejką od słów, ale Tomaszowi Bieroniowi nie odmawiam prawa do magicznej różdżki – bez niego nie byłoby TEGO tekstu! Są obydwoje jak magicy, a ja jestem cała w ich władaniu. I we władaniu zazdrości, że ja nie umiem tak pięknie pisać, takich historii snuć, takich postaci tworzyć… To taka historia, która sprawia, że po przeczytaniu ostatniej literki chcesz biec jak najszybciej do pokoju Twojego dziecka i upewnić się, że tam jest. Ta opowieść mną wstrząsnęła! Wycisnęła ze mnie śmiech, łzy, wzruszyła tak mocno, jak tylko może wzruszyć książka o córce rozdzielonej z matką. I na odwrót – o matce bez córki też! Mokry mam mój egzemplarz, słony…  







czwartek, 19 października 2017

459.PO ŚLADACH

Kim był Janusz Christa? To jeden z największych, najbardziej znanych polskich twórców komiksów. To spod Jego ręki, ręki Mistrza, wyszedł Kajko a razem z nim Kokosz. Wydał około 40 tomów komiksowych, które rozeszły się w łącznym nakładzie ponad 10000000 egzemplarzy. Dziesięciu milionów, że dodam słownie, coby nikt nie pomyślał, że się pomyliłam w stawianiu zer. Wydawnictwo Egmont już trzeci raz organizowało konkurs imienia Janusza Christy na komiks dla dzieci. Jury w składzie: Grzegorz Kasdepke, Tomasz Kołodziejczak, Tomasz Leśniak, Wojciech Wawszczyk i Agnieszka Wielądek w zeszłym roku po obradach wybrało komiksy, które ich zdaniem, zasługiwały na nagrodę. A teraz scenariusze ukazują się drukiem. I dobrze, bo są naprawdę świetne!

SCENARIUSZ I RYSUNKI MARTA FALKOWSKA
„OTO TOSIA. W POSZUKIWANIU PIETROSTWORA”
EGMONT, WARSZAWA 2017

Zaczynam od miejsca trzeciego, bo tak się zwykle robi, gdy ogłasza się zwycięzców. Ale zaczynam od Tosi także dlatego, że to mój numer jeden obok numeru jeden, który wybrało Szanowne Jury. Tosia to sprytna, rezolutna dziewczynka, pełna wyobraźni, ciekawska, inteligentna i uzdolniona manualnie. Z jej pokoju nieustannie dochodzą stuki, puki i łomoty, bo nieustannie coś konstruuje. Tym razem jest to „sięgaczołapolot”. Poza tym Tosia nie ma zęba na przedzie i widzi niewidzialne… Ma specjalny Tosiowy Atlas, gdzie obok żołędzi i dębu jest na przykład plemię Snotów. Tosia nie rusza się z domu bez kompasu, mapy (sama ją narysowała), okularów przeciwsłonecznych, aparatu, plecaka, swojego atlasu, kurtki przeciwdeszczowej i… kota Precla. A kot – również nie jest zwyczajny. Odnoszę wrażenie, że od kotów zwyczajnych odróżnia go przede wszystkim to, że mówi ludzkim głosem (i jest całkiem wygadany) oraz chyba ta lekka, niby niezauważalna, tchórzliwość. Bo sarkastyczne poczucie humoru ma zupełnie takie samo, jak wszystkie inne koty. Ta parka zdecydowanie przypadła mi do gustu. Na myśl przywiodła mi moją ulubioną komiksową bohaterkę – Hildę. I choć Tosia ma włosy rude, nie niebieskie, to z równą łatwością przyjmuje niemożliwe. A jej serce bije w rytmie szumu drzew, dziewczynka umie nazwać drzewa i krzewy dookoła siebie i czas spędza najchętniej tam, gdzie jest świeże powietrze. Na przykład tam, gdzie prowadzi ją trop natki pietruszki… Czy Pietrostwór okaże się przyjazny, czy może będzie miał ochotę zjeść Tosię i zagryźć Preclem? Emocje, emocje, emocje! I szczypta humoru na dodatek. Czekam już na następny tom, bo Tosia na ostatniej stronie została z młotkiem w dłoni, a po lesie niesie się „stuk! stuk! stuk!”… I z chęcią już bym się dowiedziała, co Tosia skonstruowała i gdzie ją zaniesie jej nowy wynalazek! Brawo Marto Falkowska!






SCENARIUSZ I RYSUNKI KAJETAN WYKURZ
„MAJA I MINIZAURY. ODNALEZIONY ŚWIAT”
EGMONT, WARSZAWA 2017
KOLORY ROBERT SIENICKI

Miejsce drugie przypadło w pewnym sensie pewniakowi czyli Mai. Znów dziewczynka. Ma jedenaście lat i kolekcję zabawkowych dinozaurów na półce. Ma też plakat z dinozaurami powieszony na ścianie. Ma psa – małego, wyglądającego na wrednego, mopsa Hektora i tatę, który nieustanie pracuje. Nie ma czasu dla swojej córki. Nie ma czasu bawić się z nią, choćby udawać zainteresowanie jej sprawami, nie ma czasu jej wysłuchać, nawet wtedy, gdy ta chce mu powiedzieć, że tego dnia w ich ogrodzie… pojawiły się dinozaury (to jest właśnie ten pewniak!). W wersji mini, co prawda, ale to najprawdziwsze dinozaury! Za pomocą nowoczesnych urządzeń tłumaczą swoją mowę na ludzki i okazuje się, że przyleciały na ziemię z pewną bardzo ważną misją. A trafiły w trawę za domem Mai. I na herbatkę do jej domu dla lalek. Gdyby tata Mai nawet jej wysłuchał, to pewnie nie uwierzyłby w to, co słyszy… Lekki, zabawny komiks o inteligentnej dziewczynce w wielkich okularach. Gratuluję Kajetanie Wykurzu.







SCENARIUSZ AGNIESZKA SURMA I PRZEMYSŁAW SURMA
RYSUNKI AGNIESZKA SURMA
„PIKAPIDULA. WSZYSCY NA POKŁAD”
EGMONT, WARSZAWA 2017

Pikapidula? A cóż to/ któż to jest? Trzeba by zapytać córki autorki, Malwiny, która ten tytuł wymyśliła. Ale sądzę, że to coś naprawdę fantastycznego! Bo cały komiks taki jest! Doskonały. Numer jeden. Mój też! Uśmiałam się przy nim i odnalazłam lustrzane odbicie swojej rodzinki. To mini-historyjki z życia mamy, taty, psa, świnki morskiej i… pani kapitana Pikapiduli! Bo Surmowie łamią stereotypy – piratem zostaje dziewczynka! Mała, radosna, roześmiana, z tysiącem pomysłów na minutę, wszędobylska i chochlikowata. I nigdy się nie nudzi! Dlaczego? Bo ma wyobraźnię! Po co przeżywać życie nudno i zwyczajnie, gdy można zostać piratem, całej swoje rodzinie przydzielić pirackie obowiązki (mama zostaje kukiem, a tata bosmanem) i cieszyć się ze wszystkiego, co się wydarza?! Gdy mama odkurza i trzeba siedzieć w jednym miejscu, to można sobie przecież wyobrazić, że się jest na bezludnej wyspie. A podczas kąpieli, że pływa się z syreną. A zimą kartki świąteczne zamiast zanosić na pocztę, można wrzucić w butelkach do morza! A zamiast bałwana – ulepić ośmiornicę! O ileż ciekawsze i zabawniejsze staje się życie, gdy ster przejmuje kapitan Pikapidula!* Surmowie – świetna robota!






Tym razem w konkursie Christy rządzą niepodzielnie dziewczynki! Te fajne, mądre, z poczuciem humoru, chcące zdobywać świat. Te z ogromną, niezmierzoną wyobraźnią! Te, w których wyobraźnia się nie pomieściła i zalała świat dookoła. Te, które są tak sympatyczne, radosne i ciekawskie, że z miejsca je polubiłam. I nawet trochę im uwierzyłam. W te wszystkie stwory, potwory, syrenki w wannie i dinozaury pijące herbatkę z serwisu dla lalek...

SCENARIUSZ I RYSUNKI MIECZYSŁAW FIJAŁ
„OSKAR I FABRYCY. STRAZNE SMOCZYSKO”
EGMONT, WARSZAWA 2017

I last, but not least – Fabrycy i Oskar. Specjalne wyróżnienie w konkursie „za komiks w duchu Janusza Christy”. Oj tak! Fijał jest wielkim fanem twórczości Mistrza i to widać, to czuć. Podobna kreska, podobna estetyka i tematyka, której Christa by się nie powstydził. Poznajemy dwóch chłopców – Fabrycego i Oskara, dwóch przyjaciół, dwóch kolegów z klasy. Poznajemy ich w sytuacji dość niecodziennej. Właśnie przyjechali ze szkolną wycieczką do kilkuset letniego zamku. Po muzeum ma ich oprowadzać kustosz i to nie będzie łatwe zadanie, bo „te dzisiejsze dzieciaki. Teraz trudno je czymś zainteresować”. Fabrycy wciąż gra na komórce w jakąś grę, po dziedzińcu niosą się szepty i krzyki, a wszyscy są znudzeni… A że Fabrycy i Oskar znani są ze swoich żartów i kawałów, z tego, że idą raczej pod prąd, niż grzecznie tam, gdzie wytyczona ścieżka i gdzie prowadzi ich kustosz, to nie trzeba długo czekać na to, żeby przygoda się otrząsnęła z marazmu i stanęła na ich drodze. Oto jest! Z pięknego zabytkowego lustra wyskakuje nagle dziwny, zakapturzony człowiek w powłóczystej szacie i zabiera chłopców ze sobą. Nie, Fabrycy i Oskar wcale się nie boją. Myślą, że to przygotowane specjalnie dla ich klasy przedstawienie aktorów z kółka teatralnego. Ale już wkrótce okaże się, że tym mężczyzną w powłóczystej szacie był czarodziej sprzed trzystu lat i wziął ich ze sobą na drugą stronę magicznego lustra nie bez przyczyny… w królestwie grasuje smok. Smoka, według przepowiedni, może zgładzić tylko ten, który się jeszcze nie narodził. Trzeba więc było sięgnąć do przyszłości. Padło na dostojnego rycerza Fabrycego i jego giermka Oskara. Nie wszystko jednak jest tak proste, jak mogłoby się wydawać. Wszak Fabrycy nie jest rycerzem… I ani trochę nie wie, jak zgładzić smoka. Nie chce nawet ręki królewny, gdyby miała być nagrodą. Bardzo szybko okazuje się, że jedyne, czego pragnie, to wrócić do domu!
Wciągnęła mnie ta historia i bardzo chciałam się dowiedzieć, jak chłopaki wybrną z sytuacji. Wybrnęli świetnie! Po christowemu! Pomiędzy jest dużo pościgów, zakuwania w dyby, uczt królewskich, rozbójników podstępnych, gęstwy lasu i… ani kreseczki zasięgu na komórce! A mimo to chłopaki na pewno nie będą się nudzić. Co więcej, jest szansa, że ta przygoda odmieni ich na tyle, że już nigdy nie będą musieli sięgać do gier elektronicznych, żeby podnieść sobie nieco poziom adrenaliny… Kłaniam się panie Mieczysławie Fijał!




*Jednak coś mi mówi, że w następnym tomie kapitan będzie już kimś zupełnie, zupełnie innym...