Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

sobota, 30 września 2017

446. WILCZY WEEKEND: SPAŁAM Z KSIĄŻKĄ

SCENARIUSZ AMÉLIE FLÉCHAIS
Z INSPIRACJI BAŚNIĄ „CZERWONY KAPTURE” CHARLES'A PERRAULTA
„CZERWONE WILCZĄTKO”
(TŁ. ANA BRZEZIŃSKA)
KULTURA GNIEWU, WARSZAWA 2017
SERIA KRÓTKIE GATKI
ILUSTRACJE AUTORKI

Gdy byłam mała czasami pod poduszkę wkładałam książkę. To nie mogła być książka jakakolwiek. To była książka, która aktualnie była tą „naj”. Nie mogłam się z nią rozstać, nie umiałam zamknąć oczu. Wsuwałam więc taką książkę pod poduszkę. Zaraz za nią wsuwałam dłoń i tak spałyśmy razem – ja i książka, ja, uspokojona, czując cały czas pod palcami okładkę. Nikt nie mógł mi jej ukraść, nikt nie mógł jej nawet pożyczyć. Nikt nie mógł mi jej wyczytać z liter. Albo poplamić. Albo zagiąć rogu. Czy popisać niebieską kredką. A ja, będąc we śnie, mogłam być jednocześnie trochę w tej książce.
Z książką, o której dziś myślę, spałam już kilka razy. Właściwie zawsze, gdy ją czytam, czuję ten dreszcz, to uczucie kompletnego oczarowania, nie chcę się z nią rozstawać i ląduje pod poduszką, bo chcę jej dotykać całą noc. Tak, wiem, być może nie jest to normalne. Ale gdy widzę książki takie, jak ta, po prostu nie mogę się powstrzymać! Znów staję się dzieckiem i mam w sobie paniczny strach, że ona gdzieś przepadnie, że zniknie, gdy tylko zamknę oczy, a ja przecież jestem zakochana, a ja przecież jestem zaczarowana…
Niby zwyczajna opowieść, niby o Czerwonym Kapturku, tylko trochę inaczej, trochę od ogona strony. Bo czerwony kapturek na głowę zakłada nie mała, śliczna dziewczynka, która ma iść do chorej babci. Zakłada go małe, śliczne wilczątko, które ma iść do chorej babci. Babcia czeka na pięknego zająca – sama nie ma już zębów, więc nie może polować. Mama Wilczyca przestrzega swoje małe wilczątko – pamiętaj, omijaj ludzi! W lesie martwych drzew mieszka myśliwy i jego córka – są okrutni, zagrażają wilkom, nienawidzą ich, chcą je zniszczyć… Czerwone Wilczątko owszem, zadrżało nawet, owszem, wyobraziło sobie tych ludzi dla lepszego efektu, owszem, obiecało sobie, że ominie las martwych drzew. Ale małe wilczątka są zupełnie jak małe dziewczynki – biegają, skaczą, chłoną świat, poznają, ciekawią się, interesują, zaglądają, biegną nie w tą stronę, co trzeba, gubią się, nie dotrzymują swoich obietnic… Małe wilczątka mają jeszcze jedną cechę wspólną z małymi dziewczynkami – są ufne! Można je zaczarować jednym słowem, można je omamić jedną obietnicą, można być dla nich miłym, udawać, grać, a one wierzą, bo same są przecież dobre i nie mają złych zamiarów. Mierzą świat swoją miarą i czasami to je może zgubić… Bo może się okazać, że mała śliczna dziewczynka, która oferuje swoją pomoc, ciepłą dłoń, piosenkę dla otuchy, jest w istocie zimna, okrutna i zła. Albo tylko bardzo, bardzo kocha swojego Tatę i chce by był szczęśliwy…
Ta książka ma w sobie tyle ważnych rzeczy, tyle podtekstów, tyle prawd objawionych… Jest o wilkach – to najprostsze, co można z niej wyczytać. O tym, że są czującymi istotami, że nie są bytami podległymi człowiekowi, a człowiek uparł się, żeby je niszczyć. Czego się boi? Co tak bardzo go niepokoi w wilczych ślepiach, że nie może w nie patrzeć? Dlaczego dał sobie prawo, by decydować o losie wilka jak pan i władca? Drżę cała, gdy czytam tę książkę, bo od lat, od zawsze wilki to moje ulubione zwierzęta („Moje też, Mamo” - słyszę głos mojej Córki) i tak bardzo bezradna jestem wobec tej ludzkiej nienawiści, wobec nieuzasadnionego strachu przed wilkami…
Ale to jest tylko naskórek tej książki. Jest też o tym, że córeczki kochają swoich tatusiów i zwykle przyjmują świat takim, jaki im tatusiowie pokażą. Jest o tym, jak poczucie winy wypacza patrzenie na ten świat, odczuwanie, dobro. O tym, jak człowiek, który zrobił w życiu coś złego, próbuje się usprawiedliwić i odkupić winy – po swojemu, tak, jak umie. I jak potrafi przy tym krzywdzić kolejne istoty. Jest o symbiozie człowieka z naturą. O tym, że nie można jej naruszyć bez konsekwencji. Że zawsze zło, wyrządzone przyrodzie – wraca. I o zazdrości. Takiej do samych trzewi, do flaków. O zazdrości głupiej, bo o miłość. Głupiej, bo o świat wewnętrzny drugiej osoby. O jej myśli, kochania i fascynacje, do których się nie ma dostępu. O coś, czego nigdy nie można od drugiej osoby mieć.
Ta książka mnie porusza, gra na moich emocjach, gra aż huczy! Wszystko mi trąca kartkami – strach, złość, rozpacz, smutek, radość, czułość, miłość… Do tego jest tak niesamowicie piękna… Słowa mi zastygają w gardle, zachwyt mi zastyga w gardle, bo jak tu mówić, kiedy się powiedzieć nie umie?

Nie powiem już nic. Pójdę do łóżka, a pod poduszką znów dziś będzie ze mną ktoś jeszcze, coś jeszcze...











piątek, 29 września 2017

445. WILCZY WEEKEND: W KIM SIĘ KOCHA WAJRAK ADAM?

ADAM WAJRAK
„WILKI”
WERSJA AUDIO
CZYTAŁ ROCH SIEMIANOWSKI
AGORA, WARSZAWA 2016

Adam Wajrak to jeden w moich idoli. Jest workiem wiedzy – jak rozwiążesz, to poleci lawina! I to wiedza nie tylko książkowa. To wiedza z pól, lasów, łąk, z Puszczy Białowieskiej (gdzie mieszka), z takich miejsc, w które człowiek nie chadza. A Adam – w pewnym sensie nad-człowiek, owszem. Jest przyrodnikiem z terenu, nie znad książek do przyrody. Do tego ma dar gadania. Nie mówienia, a gadania właśnie (miałam okazję uczestniczyć w spotkaniu autorskim i naprawdę – jak ona gada! Wszystkim się buzie otwierają, bo zapominają zamknąć). Ma w głowie mnóstwo ciekawostek, historyjek z życia wziętych, informacji sprawdzonych w opasłych tomiszczach, a potem zweryfikowanych w realnej ziemi tkance. A do tego wszystkiego jest pasjonatem i edukatorem. Dlatego jego „Wilki” są pozycją doskonałą. Trochę tu wiedzy naukowej, trochę tu podań i legend, ale najwięcej miłości, podziwu, opisu osobistych relacji z wilkami. I sensacji, i horroru, bo wilki to chyba wciąż ten gatunek zwierzęcia, który przeraża człowieka najbardziej. A Wajrak tłumaczy tę zawiłą relację człowiek-wilk, sięgając do historii i się śmieje z ludzkiej głupoty, bo wilk się człowieka boi (nic dziwnego) i się wkurza, tak, że mógłby rzucać krzesłami, bo czasem człowiek wobec człowieka jest bezsilny. I staje między watahą wilków a wycelowanymi w nie lufami. I używa sensownych argumentów. I próbuje tłumaczyć. Bo jego ręka kiedyś spoczęła na wilczej głowie, bo wychodził kiedyś na spacery z wilkiem (naprawdę!), bo miał okazję spojrzeć wilkowi w ślepia… I wie jak piękne, mądre, silne, fascynujące to zwierzęta. Ta książka to taki trochę list miłosny do wilków. Wajrak jest zakochany w wilkach, a ja jestem zakochana w „Wilkach” (choć w wilkach też). Ale ta książka to też świetna opowieść o kulisach pracy przyrodnika, o tym, jakiej siły fizycznej i psychicznej do tego potrzeba, jakiego samozaparcia (człowiek bez samozaparcia nie potrafiłby badać śmierdzącego ścierwa łosia, pozostawionego w lesie przez wilki…). To książka bez lukru – poleje się krew, pot i łzy. Czasem jest drastycznie, więc paznokcie obgryzione do krwi.

Czytałam tę książkę, ale z radością pozwoliłam Rochowi Siemianowskiemu przeczytać ją sobie raz jeszcze. I co z interpretacją?
Wydaje mi się, że to było tak…
Roch i Adam usiedli razem przy dobrym trunku i Adam opowiedział Rochowi wszystko po swojemu. A Roch chłonął, zapamiętywał, kalkował. A potem przeczytał „Wilki” dokładnie tak, jak napisał je Adam. Z tymi samymi uczuciami. Zagrał intonacją – wzruszeniem ramion, drwiną, przerażeniem, zgodnie z intencją autora. Roch się tym tekstem śmiał, płakał, wzruszał i złorzeczył. A ja się śmiałam, płakałam, wzruszałam i złorzeczyłam razem z nim. Doskonały tekst w mistrzowskiej interpretacji – Roch i Adam=dream team.


Komu dałabym posłuchać „Wilków”? Wszystkim dorosłym! I młodzieży. Takiej zakochanej w wilkach – ale to przecież oczywiste. Takiej zakochanej w całej przyrodzie. Albo takiej, w której tę miłość chcemy rozbudzić. Takiej, która lubi wstawać wcześnie i wdychać zapach poranka. Takiej, która lubi wędrować. Takiej, która zatrzymuje się nad nieznanym owadem. Takiej, której wszędzie pełno i musi gdzieś dać ujście swojej energii. Takiej, która zastanawia się, co zrobić ze swoim życiem i „kim zostanę, jak będę duży”. Takiej empatycznej, takiej empirycznej, takiej skorej do wzruszeń i takiej lubiącej dobre, wciągające historie. Takiej sceptycznej – żeby posłuchała o faktach, przeraziła się faktami i pomyślała nad faktami. No i takiej zakochanej w Wajraku. No bo jak tu Go nie kochać?

czwartek, 28 września 2017

444.MIĘŚNI DZIĘKOWANIE

ZOFIA STANECKA
„BASIA I BASEN”
LITERACKI EGMONT, WARSZAWA 2017
ILUSTROWAŁA MARIANNA OKLEJAK

Mała Marta zakłada biały jednoczęściowy strój kąpielowy. I wędruje na basen. To, co jednoznacznie kojarzy jej się z tym miejscem to zapach chloru, barek na półpiętrze, gdzie raz w życiu zamówiła oranżadę i cała dumna siedziała tam z koleżanką i piła ją najdłużej, jak tylko umiała i z przeszkolonym kawałkiem ściany, przy którym zawsze tłoczyli się rodzice. I z wielkimi, pomarańczowymi suszarkami. I z czepkami – ohydnymi, gumowymi, brzydkimi, w które trzeba było nasypać mąki ziemniaczanej, żeby się nie skleiły. Zjeżdżalnie? Rwące rzeki? Dżakuzi? Nic z tych rzeczy! Kluczyk do szafki, zapinany na nadgarstku? Nie, tylko szafka za dyktowymi drzwiami, w której zostawiało się ciuchy na zmianę. Cenniejszych rzeczy pilnowała pani z szatni, dając w zamian ciężki, blaszany numerek na kółku.
Ale takie baseny to już rzadkość. To już chyba prawie niemożliwość.
Dlatego Basia idzie na zupełnie inny basen.
U Basi jest jak zwykle – zwyczajnie (za to wielbię tę serię, za zwyczajność, za realność, za to, że Basia widzi z okien dokładnie to samo, co my, za to, że ma tyle lat, co Majka i za to, że ma dokładnie te same dylematy, strachy, zamyślenia i radości, co moja Córka). Mama zachorowała. I Tata musi się zająć trójką znudzonych dzieciaków (oj, za to też kocham tę serię, za Tatę, który wie, co lubią robić jego Dzieci!). Franek odwiedza Babcię, a dwójka starszych bierze kąpielówki i jedzie z Tatą na basen. „Hura!” - słychać z ust Janka. Wyprzedził dziś Basię, ale na pewno ona też krzyczałaby „hura!”, gdyby tego nie zrobił. Ten pokrzepiający entuzjazm! Ta radość! Jaka to zwykła niezwykłość w tej rodzinie… Lubię ich za to, bardzo!
A na tym basenie – rzeczy, o których nie śniło się filozofom, a już na pewno nie dzieciom w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych! Zjeżdżalnie, palmy, wodospady, leżaki, jacuzzi, sklep z kąpielówkami, jeśli ktoś (tak jak Tata) ich zapomni, pielęgniarz z kolorowymi plastrami, jeśli ktoś (tak jak Basia) zignorował zakaz biegania po śliskiej podłodze i się przewrócił, sztuczna plaża, kolorowe deski i makarony do pływania, a nawet barek nad wodą! Gdyby mała Marta tu trafiła, oniemiałaby z zachwytu. Basia może nie oniemiała, ale cieszy się po końcówki zupełnie mokrych włosów! Zwłaszcza, gdy może sama jedna usiąść na pontonie i zjechać z naprawdę wysokiej zjeżdżalni!

Czytałam ostatnio artykuł o zwolnieniach z WF, które wypisują Dzieciom sami rodzice. Że to plaga. Że nie wiedzą, jaką krzywdę im wyrządzają. Że nie myślą o konsekwencjach i o tym, co te Dzieci robią w zamian dla siebie i swojego ciała. Przeraziłam się. Ale za chwilę ucieszyłam. Gdy przeczytałam Basię. Cieszę się, że Basia chodzi na basen. Cieszę się, że na basen chodzi cała rodzina. Że się ruszają, pływają, skaczą, że sprawia im to tak wielką frajdę. Bo wiadomo, czym skorupka… Mała Marta, nawet gdy dorosła, lubi chodzić na basen. Co prawda woli te, gdzie można po prostu popływać, być samemu na torze, zmęczyć ramiona rozgarnianiem wody, liczyć w myślach przepłynięte baseny, ale docenia te, na których jest wielka pływająca mata w kształcie krokodyla i zjeżdżalnia słoń. Docenia szczególnie wtedy, gdy idzie tam z małą Majką. I Babcią na dodatek. Bawią się wszystkie świetnie. A mięśnie ich aż wyją w podzięce...





wtorek, 26 września 2017

443. POZA ROZUMEM

JON J MUTH
„PANDA I DUCHY”
(TŁ. DARIA KUCZYŃSKA-SZYMALA)
DEBIT, KATOWICE 2017
ILUSTRACE AUTOR

JON J MUTH
„PANDA I MĄDROŚCI ZEN”
(TŁ. DARIA KUCZYŃSKA-SZYMALA)
DEBIT, KATOWICE 2017
ILUSTRACE AUTOR

Czasami chcę mieć jakaś książkę. Bez względu na wszystko. Bez względu nawet na treść. Bo jest piękna/ładna/śliczna. Tak było właśnie w przypadku serii o Pandzie Tafli. Bo nie znam się na filozofii zen. Nie jestem nawet pewna, czy to filozofia czy religia. Świta mi coś o spokoju ducha i medytacji, ale nie jestem przekonana, czy dokleiłam to sobie do słowa zen, czy to się naprawdę tam zawiera. A książki Jona J Mutha są bardzo zakorzenione w „zen”, „koanach” i „buddyzmie”. Stąd mogą budzić lekki niepokój i może się wydawać, że nie podołamy tekstowi w nich zawartemu. Jak dobrze, że są takie zjawiskowe! Gdyby nie te obrazy, to pewnie bym ich nie przeczytała. A są naprawdę świetne!
Tafla jest wielką, gigantyczną Pandą, która mieszka w domu po drugiej stronie ulicy. Raz obok Karla, Michaela i Addy, a raz obok Leo i Molly i ich kota Meszka. Jest doskonałym sąsiadem dla Dzieci, bo zawsze ma czas na zabawę, bo jest cierpliwy, uważny, spokojny, ale spokojem wewnętrznym. Na zewnątrz aż kipi i uwielbia się bawić! Wymyśla naprawdę ciekawe zajęcia, ale też bardzo często daje się wciągnąć w świat dziecięcej wyobraźni. Wchodzi tam bez oporów, nie zadając pytań, po prostu przyjmując, że świat jest pełen tajemnic. Trochę też uczy, jak być lepszym, jak być dobrym, jak się rozwijać. Zna przypowieści, którymi tłumaczy świat. Jak choćby tę, którą opowiada Dzieciom podczas Halloween o Senjo, zakochanej w Ochu, która została z nim rozdzielona („Panda i duchy”). Albo ta o Dżiro, który chciał nauczyć się walczyć i przyszedł do Mistrza Banzo. Ale chciał mieć wyniki już, teraz, natychmiast! Był niecierpliwy w swoich dążeniach – tak samo, jak Molly, która chce być najlepszą baletnicą. Tafla nie tylko wychodzi z nią na dwór, nie tylko zakłada baletową spódniczkę tutu, żeby ćwiczyć podskoki i piruety, ale historią o Dżiro i Banzo nakierowuje ją na właściwie podejście do treningów, do samodoskonalenia. Tafla jest sprytny – nie daje łatwych odpowiedzi, zaciekawia, uczy mimochodem. Jego obecność i jego zaangażowanie, jego postawa i jego naturalność sprawiają, że Dzieci, które z nim przebywają, chcą po prostu stać się mądrzejsze, lepsze, dobre… A właściwie, to każde z nich jest, ma to w sobie, Tafla tylko pozwala to wyciągnąć na zewnątrz, zauważyć, podkreślić.
Od tych historii tchnie spokój… Są jak delikatne falki na tafli wody, w które można zanurzyć dłoń… przyjemnie… Bardzo przyjemnie.
A do tego te akwarele…! Są przepiękne! To ten rodzaj ilustracji, które z wielką chęcią powiesiłoby się nad łóżkiem. To nie tylko ilustracje w książce dla dzieci, to obrazy! To, co mnie w nich urzeka, to doskonałe uchwycenia Dzieci – w locie, w skokach, na rowerze, w baletowej figurze, w zabawie, w biegu. Są doskonale autentyczne! Żywe! Prawdziwe! Choćby Molly – dokładnie tak niezdarnie, acz z wielką miłością małe Dzieci trzymają koty!

Nie przejmowałabym się więc, jeśli tych historii nie da się wytłumaczyć. Trzeba je czytać sercem, nie zastanawiać się, ale je czuć. A do Dzieci one trafiają bez żadnych przeszkód. Dzieci są otwarte, chłonne, rozumują na zupełnie innym poziomie, niż dorośli. One nie będą pytać, one będą rozumieć po swojemu. Więcej – będą dyskutować i wyjaśniać. Tam, gdzie my chcemy tłumaczyć używając rozumu, zgłębiać i ustawiać wszystko pod linijkę, tam one czują i wierzą. Więc gdyby ktoś miał wątpliwości, czy sięgać po serię Mutha, bo boi się, że nie zrozumie treści, to niech sięga śmiało i poprosi swoje Dziecko, żeby mu wytłumaczyło, „co poeta miał na myśli”...










sobota, 23 września 2017

442.KARTONOWE PUDŁO

Zawsze wydaje mi się, że to już. Że kończymy, zaklejamy karton taśmą, odstawiamy do piwnicy… Że na twarde stronice patrzymy już trochę z góry, bo ubrania kupujemy na metr dwadzieścia dwa. Że przecież już nie drzemy kartek przy przewracaniu i nie wkładamy książek do buzi, więc po co? na co? Powiedzmy wprost – że kartony* są dla maluchów!
Ale wtedy w nasze ręce wpada coś, co dosłownie – zapiera dech! I nagle zapominamy o wzroście, poziomie zaawansowania w nauce czytania (choć często kartony są idealne do pierwszych literowań!) i okazuje się, że wciąż jeszcze możemy zmoczyć książkę – ślinką cieknącą z zachwytu. A poza tym – umówmy się – kartony to najidealniejsze książki do zapakowania do małego pzredszkolnego plecaka i zabrania na siedmiominutową podróż tramwajem do przedszkola.

Co prawda zwykle podium (pudło) ma tylko trzy miejsca, ale w tym konkursie jest klęska urodzaju i do tego wszyscy muszą stanąć na jedynce.

MARIANNA OKLEJAK
„KOLORY”
„PRZECIWIEŃSTWA”
ART EGMONT, WARSZAWA 2017
PROJEKT GRAFICZNY JOANNA STRĘKOWSKA

Jakiś czas temu Art Egmont robił mini-sondę. Czy z „Cuda wianków” Marianny Oklejak warto zrobić kartonowe książeczki dla najmłodszych. Ach, jakaż to była kokieteria! Oczywiście, że warto! A dlaczego? Z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że ludzie się ujednolicają. Gdy spojrzeć na młodego człowieka Stąd i Stamtąd, to właściwie nie można odróżnić Skąd jest. Że mieszkania mamy urządzone podobnie. Że architektura się unifikuje. Że chcemy być obywatelami świata, zapominając często o swoim dziedzictwie. Stałam ostatnio przed witryną Cepelii w Słupsku. I patrzyłam na wielkie litery „Wyprzedaż”. „Zamykają się!” - usłyszałam. I zrobiło mi się jakoś miękko w nogach. Bo ta Cepelia istniała od zawsze. A teraz jej tam nie będzie. Tracimy to, wypuszczamy z rąk, pozwalamy przemijać. A przecież na widok łowickich wzorów, kurpiowskich wycinanek, kierpców i czerwonych korali nasze serca wciąż drgają. Warto więc ten folklor zaszczepiać dzieciom. Niech się potem zastanawiają skąd w nich takie upodobanie do bursztynu, dźwięku kobzy, kolorowych pasów poukładanych jeden przy drugim na materiale spódnicy i do wysokich czerwonych butów, które stukają podczas tańca…
Drugi powód jest taki, że te książki są po prostu śliczne! Jak to u Oklejak… Nihil novi… Trzyma poziom… Zachwyca… A właściwie w tym wypadku zachwyca Joanna Strękowska czyli osoba odpowiedzialna za projekt graficzny. Bo Oklejak to już to kiedyś narysowała/namalowała do „Cuda wianków” i już za to pochwały zebrała. A teraz Strękowska to wyłowiła, poskładała, porozmieszczała i nadała temu nowe znaczenie. I teraz to jej należą się pochwały i zachwyty i te wszystkie „ochy” i „achy”. Więc Joanno Strękowska: chwalę! och!, ach!, cudnie jest!
My akurat mamy „Kolory” i „Przeciwieństwa”, ale są jeszcze „Liczby”.







Tashka od zawsze zachwycała. Przede wszystkim wizualnie. Zawsze w ich książkach są przepiękne ilustracje! Zawsze książki są dopracowane edytorsko. Zawsze na pięknym papierze. Ich książki są w całości „produkowane” w Polce, wydawnictwo czuwa nad nimi od momentu gdy w głowie rodzi się pomysł do momentu, gdy trafiają do czytelnika. Wtedy już niech się dzieje co chce, ale z mojego doświadczenia – zawsze dzieje się dobrze… Tashka zachwyca mnie też pomysłami na książki dla Dzieci. Gryzieniem tematu od strony, o której ja bym nawet nie pomyślała. Nie inaczej jest i tym razem. Dwie nowe serie są zupełnie niesamowite! Temat: geografia. Temat: świat. Temat: kontynenty. Temat: miasta Polski.

SERIA KONTYNENTY
1.AFRYKA
2.AMERYKA POŁUDNIOWA
3.AMERYKA PÓŁNOCNA
4.AUSTRALIA
5.AZJA
6.EUROPA
ILUSTRACJE PIOTR NOWACKI
TASHKA, WARSZAWA 2017

Pierwsza seria to Kontynenty. Ale jak przekonać młodego, najmłodszego człowieka do zgłębienia pojęcia „kontynenty”, „różne części świata”? Jest na to sposób wręcz idealny – zwierzęta! Każdy lubi zwierzęta! Nie takie, to inne. Nie węża, to psa. Nie konia, to krowę. Zawsze coś się znajdzie. I tu wkracza Tashka ze swoimi Kontynentami, na których żyją rozmaite zwierzęta. W Europie na przykład żubry i bociany, w Ameryce Południowej drzewołazy i oceloty, a w Azji pandy i nosacze. Nie ma tu miejsca na spory, bo wsparcia merytorycznego udzielił Warszawski Ogród Zoologiczny. Cała seria, jak to seria, jest bardzo spójna. Z mapą świata na końcu i zaznaczonym danym kontynentem, ze wszystkimi zwierzakami, występującymi w danej części, na okładce, z jednolitym projektem graficznym każdej ze stron, z fantastycznymi, wesołymi rysunkami Piotra Nowackiego (oj, znamy i kochamy tego Pana!). A w środku? Jedna informacja na temat każdego zwierzaka. Najważniejsze. Istota sprawy. Clue. Sedno. Pointa. I bonus. Bonus wręcz fantastyczny – wszystko w trzech językach: polskim, angielskim, niemieckim. To też swoisty znak rozpoznawszy Tashki – multijęzkowość. Do tego nazwa zwierzęcia jest napisana pogrubioną czcionką, więc łatwiej zapamiętać, że gepard to cheetah lub Gepard, a ryś to lynx lub Luchs. Idealnie, by zobrazować hasło: nauka przez zabawę.






SERIA PRZEWODNIKI
ZAKOPANE
KRAKÓW
WARSZAWA
WROCŁAW
KAZIMIERZ DOLNY
ILUSTROWAŁ ROBERT ROMANOWICZ
TASHKA, WARSZAWA 2017

Teraz przenosimy się w głąb Europy. Do Polski. Konkretnie chcemy zwiedzić Kazimierz Dolny, Zakopane, Warszawę, Kraków i Wrocław. Teraz chcemy jeszcze mocniej, bo są niezwykłe, wyjątkowe, niecodzienne przewodniki po tych miastach! Właściwie to trochę brak mi mądrych słów na to, by opisać, jak jestem nimi oczarowana. Nie dość, że Robert Romanowicz, nie dość, że znów multijęzykowość (polski, angielski, niemiecki, hiszpański), nie dość, że Polska, to jeszcze przewodniki dla Dzieci! OB-RAZ-KO-WE! Nie da się? Da się! I to jest właśnie w tym projekcie tak zachwycające! Po każdym mieście oprowadza nas Królik (Zając?), odwiedzając najważniejsze, najbardziej charakterystyczne miejsca. W Warszawie Syrenkę i Pałac Kultury i Nauki, w Krakowie Kopiec Kościuszki i Smoka Wawelskiego, a w Kazimierzu Dąb Króla Kazimierza. Oczywiście nie brakuje elementów współczesnych, bo w Warszawie mamy Centrum Nauki Kopernik i Lotnisko Chopina, a we Wrocławiu Sky Tower i Stadion. To dobrze – takie są właśnie miasta dzisiejsze, miasta, które zwiedzają współczesne Dzieci, miasta, które mogą je zainteresować, zafascynować, zafrapować. To, co mnie ujęło szczególnie, to miejsca nieoczywiste, także w kontekście układania wycieczek krajoznawczych pod Dzieci – Wrocławski Teatr Lalek, Pomnik Małego Powstańca i Teatr Wielki w Warszawie czy Muzeum Kornela Makuszyńskiego i Teatr im. Stanisława I. Witkiewicza w Zakopanem.
A okładki? Majstersztyk! Czekam na rozbudowanie serii (choćby o nasz Gdańsk, Gdynię i Sopot). I już widzę oczyma wyobraźni, jak Majka, wielbicielka prowadzenia nas zgodnie z mapą (he, he, he), przy kolejnym wypadzie do Krakowa czy Wrocławia trzyma w dłoni przewodnik i „odhacza” kolejne punkty na liście. Doskonały sposób, żeby pokazać Dzieciom miasta Polski. Najlepszy, bo na ich poziomie, bo można zaangażować je w cudowny sposób (szukanie, porównywanie, sprawdzanie, jakie są elementy wspólne rzeczywistości i ilustracji), bo są prześliczne! Nie wyobrażam sobie, żeby któreś nie polubiło Królika (Zająca?).





Przy okazji naszła mnie myśl, że jeśli kiedykolwiek miałabym kupować prezenty zagranicznym Dzieciakom, to tylko serie Tashki – idealne są do tego!


ODILE BAILLŒUL
SERIA MAŁE MYSZKI
„FRANISZEK STRACHLIWY MYSZEK”
(TŁ. AGATA BUZEK)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2017
FOTOGRAFIE CLAIRE CURT

To książka-definicja. Gdybym miała wskazać coś, co zobrazuje słowo „uroczy” (a nawet przeuroczy) to zdecydowanie byłaby ta kartonówka. Były już książeczki z fotografiami, były nawet takie, gdzie to myszki były głównymi bohaterkami. Ale to zupełnie co innego. Przede wszystkim ze względu na treść. We „Franciszku”, w tej książce z twardymi stronicami, zmieściły się wszystkie strachy, straszki, przerażenia i lęki małego dziecka spoza książki. Mrówki (robale!), zgaszone światło w nocy, piwnica, drewniany mostek po którym trzeba przejść samemu, a nawet to, że „Mama kocha moją mała siostrzyczkę bardziej niż mnie”. Jest tu wszystko. Bez silenia się na piękny język, wiersze i poezję. Po prostu – tak, jak widzi, słyszy, czuje, mówi małe Dziecko. Wprost. To takie strachy, do których czasami ciężko (wstyd) się przyznać, ale są. Takie strachy, które czasem przeżywa się w samotności i wtedy są dwa razy większe. I to wszystko tu jest, naprawdę! Na tych kilkunastu stronach. To zupełnie niesamowite! Jak prosta ale ważna to książka! Dziecko czyta o Franciszku i dostaje przekaz – nie jesteś sam! Jest jeszcze Franciszek. To nic dziwnego, że się boisz. Wszyscy się czegoś boją! A już najpiękniejsze, najwspanialsze jest zakończenie tej książeczki. Oczywiście nie zdradzę, jak się kończy. Powiem tylko, że zaraz obok całego dziecięcego strachu, który jest w tej książeczce, jest również cała dziecięca odwaga! Dzieci mają moc, siłę, umieją pokonywać wszelkie przeszkody, mają w sobie magię i determinację, której mógłby pozazdrościć niejeden dorosły. A mówiłam już, że jest przeurocza?




EWA KOZYRA-PAWLAK I PAWEŁ PAWLAK
”MAŁY ATLAS PTAKÓW”
NASZA KSIĘGARNIA, WARSZAWA 2017
TEKST I ZDJĘCIA EWA KOZYRA-PAWLAK
ILUSTRACJE EWA KOZYRA-PAWLAK I PAWEŁ PAWLAK
RYSUNKI HANIA CISŁO

I last, but absolutely not least – PTAKI od PAWLAKÓW! To taka książka, której nie da się pokazać. No bo jak pokazać czyste piękno na zdjęciach? Nawet jeśli ma się najlepszy aparat? Jak pokazać ten ogrom detali, smaczków, rysuneczków, igłę wbitą w materiał, zostawioną tam tyleż przez przypadek, co celowo? Jak pokazać ptaki w wersji duetu idealnego?
To opowieść bardzo prywatna. O ptakach Pawlaków, tych, które urządziły sobie mieszkania w dachu ich domu, o tych, które mieszkają tuż obok. A zaczęło się od kopciuszka. Bo to on pierwszy mieszkał w domu Pawlaków. Ale kłaniał się nisko, zapraszał i po dziś dzień są przyjaciółmi, nie tylko współlokatorami. Tekst w tej książce to pamiętnik. To kilka gawęd o tym, co się kocha. Ornitolodzy-amatorzy obserwują „swoje” ptaki, potem szukają ich w atlasie, sprawdzają imiona, notują, co je odróżnia od innych, uśmiechają się, kolekcjonują pióra i w końcu zamykają to wszystko w książkę dla Dzieci. Na przykład o tym, że sójka to rozrabiaka, bo często wdaje się w bójki; o tym, że dzięcioł zielony wyjada pawlakowe mrówki o tym, że gdy słowiki śpiewają, to dzieci najczęściej już śpią...a szkoda! Czy ja będę wychwalać tę książkę pod niebiosa (tam, gdzie mieszkają zazwyczaj ptaki)? Nie, bo zwyczajnie nie umiem. Wolę posłuchać Pawlaków, pooglądać Pawlaków, poobserwować te ich ptaki ze zdjęć, farb, materiałów i akwareli… Zostawię tu tylko dwa słowa: książka perfekcyjna. I może jeszcze jedno, bo choć nadużywane, to w tym wypadku jest idealne: polecam!







*nasze książeczki z twardymi stronami, idealne dla małych rączek