Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

czwartek, 26 maja 2016

329. NIE CZYTAĆ W TRAMWAJU!

W sklepach na półkach nie ma niczego oprócz octu i chyba musztardy. A ja, kilkuletnia, z kucykami dwoma, przewiązanymi kawałkiem kolorowej wstążki, siedzę w pokoju dziecięcym w nowych rajstopach. Tak to pamiętam, że były nowe. Tak naprawdę mogły mieć kilka dni, kilka miesięcy, rok. Ale ja pamiętam je jako takie dopiero co wyciągnięte z paczki. Nie wiem, skąd w moich rękach biorą się nagle nożyczki. I nawet nie wiem, jak to się zaczęło. Materiał tak doskonale ucieka przed ich ostrzami. Dziura robi się coraz większa i większa… I tak przyłapuje mnie mama. Oczywiście próbuję taktyki „tonieja”, ale nie działa, bo nożyczki wciąż tkwią w mojej dłoni…

Mówiłam jej, żeby sama nie grzebała w moich rzeczach, żeby nie wyciągała sama mojej biżuterii. Wychodzę do kuchni zrobić herbatę, a po powrocie zastaję moje ulubione korale, rozsypane po całym pokoju. Na kolanach zbieram je z podłogi i zastanawiam się, czy ogniw jest wciąż tyle samo, czy któreś ukryło się pod kanapą albo pod szafką z książkami. Niby je naprawiam, ale żyłka jest już inna, układają się inaczej na szyi, to nie to samo…

Mam „okres zielony”. W mojej nastoletniej głowie chyba wybuchła wiosna, bo wymyśliłam sobie, że nie włożę żadnej rzeczy, która nie jest zielona. Szafa pełna różnokolorowych ubrań. Czerwień, pomarańcz, błękit. W sam raz kwiaty, do tej mojej łąki pełnej trawy. Ale nie – uparcie noszę jedne spodnie i jedną bluzkę. Ona kupuje w sklepie barwnik do ubrań, w wielkim garnku rozpuszcza go i po kolei wrzuca do środka każdą część mojej garderoby. Oszczędza tylko białą bluzkę. Na jakieś rozdanie świadectw…

Kiedyś ubierałam ją w to, co mi się podobało. Moja ulubiona bluza z łuskami smoka i spodnie z obniżonym krokiem. Dokładnie takie, jakie sama chciałabym nosić. Patrzę z zazdrością, ale dla dorosłych takich nie ma. Nagle jednego dnia tuż przed wyjściem do przedszkola, kłóci się się ze mną o kolor, o krój, o dwie nogawki, zamiast pełnego koła. Teraz jest faza na róż. Faza na brokat. Faza na księżniczki z bajek, których się nawet nie widziało, ale koleżanki w przedszkolu mają. Owszem, od czasu do czasu bluza-smok przykrywa róż. Gdy jest zimno i gdy już zupełnie nie ma wyjścia. Brzydzę się brokatem i disnejowskimi rysunkami na każdej części garderoby. W sklepie wyszukuję na wieszakach brokat i disnejowskie rysunki…

Moje codzienne do niej telefony. Bez nich czuję, że dzień jest niepełny. Moje telefony do niej wtedy, gdy zdarzy się coś ważnego. Ten najważniejszy, pierwszy, gdy sama zostałam matką, to jak przyjechała i jako pierwsza, tuż po nas, rodzicach, poznała Majkę. Trochę zaczęłam rozumieć…

Jej ręce, owinięte wokół mojej szyi, jej pocałunki, mokre i soczyste, czasem ze smarkiem, jej taniec dla mnie, jej przytulanie się do mojej nogi, jej „czytanie” dla mnie książek, jej historyjki o nieistniejących rzeczach, w jej ustach moje słowa, jakbym mówiła je przez kalkę… Mam nadzieję, że będzie dzwonić do mnie codziennie – kiedyś...

Dzień Matki to dzień z dwoma stronami medalu. Bo po jednej, oczywistej, jest mama. Ale po drugiej, tej, o której myśli się jakby mniej, jest dziecko. Bez dziecka nie byłabym mamą. Żoną, kochanką, kobietą, córką, owszem. Dlatego w Dzień Matki chciałabym pisać laurkę. Dla niej. Dla tej, dzięki której jestem Mamą. Mamunią.

Taką laurkę, jaką napisała Astrid Desbordes. Jaką narysowała Pauline Martin.
„Czy będziesz mnie kochać całe życie?” - pyta synek swoją mamę. A mama zdradza sekret. O tym, że ta miłość trwa dłużej, niż on jest na świecie. O tym, że ta miłość jest nawet wtedy, gdy jej nie widać. O tym, że kocha w nim siebie, ale też kocha w nim jego samego. O tym, że ta miłość nie zależy od wyglądu zewnętrznego. O tym, że ta miłość jest czasem ciężka jak jego 17 kilogramów i jak poranna awantura, którą niesie się potem na barkach przez cały dzień. O tym, że ta miłość chwali. Że rozumie potrzebę osobności. Że nawet, gdy mama jest tylko sobą, to i tak pozostaje mamą. Że kocha go wtedy, gdy się boi i gdy ubłocony przechodzi przez czysty dywan, wtedy, gdy ma ułożone włosy i wtedy, gdy rozwiane podskakują w dzikim tańcu, gdy spełnia oczekiwania i wtedy, gdy niekoniecznie…, gdy jej synek jest tylko jej i gdy jest też kogoś innego. Kocha w nim nawet to, że nie wiadomo, czy kiedyś będzie do niej dzwonił codziennie – bo ma wybór… w krótkiej, obrazkowej książce, jest rdzeń miłości matczynej, wszystko to, co jest w niej ważne. Czytałam pierwszy raz w tramwaju. Mokre kartki, mokra ja, mokra szyba tramwaju i mokrzy obok współpasażerowie. Nie czytać w tramwaju, będzie powódź. Tej książki nie może zabraknąć na półkach matek, bo przypomina. Przypomina o co chodzi w tej całej miłości.

Wierzę, że to, jak kocham swoje dziecko, zdeterminuje to, jak ona będzie kochać swoje. Ta miłość jest niepowtarzalna, ale da się mnożyć!






sobota, 21 maja 2016

328. ZBLIŻA SIĘ

Zaraz Ten Dzień. Dzieckowy, Dzieciowy, Dziecięcy. Prezentów czas i czasem głowa wypełniona powietrzem jak piłka. Przemyślałam to sobie i chcę coś pokazać.
Nie pokażę książek, bo książki pokazuję na co dzień. Bo dla niektórych to nie prezent, a chleb powszedni i bułka z masłem. Bo trwają Warszawskie Targi Książki i książki są wszędzie, łatwo do nich trafić spod każdego adresu.
Nie pokażę też drogich zabawek, bo to nie sztuka kupić coś fajnego, gdy w kieszeni szeleszczą banknoty. Jest bowiem dużo zabawek hendmejd, jest drewno, z którego można stworzyć piękne, naturalne zabawki, jest ogrom nowych firmówek, są stare sprawdzone od pokoleń (na przykład zaczynające się na L…). Pokażę raczej to, co można kupić za garść monet. Chcę pokazać prezenty za kilkanaście złotych. Dla tych, którzy kupują coś małego z zasady. Dla tych, którzy nie mają kasy. Dla tych, którzy szukają czegoś, żeby dorzucić do większego prezentu (stosu książek na przykład...). Poza tym ja lubię mieć. Stoi u mnie w przedpokoju szafa z ubraniami. No nic ciekawego, tak jak wszędzie, kilka par dżinsów i kurtki, jakaś zapomniana spódnica. Ale powyżej wieszaków są dwie półki bynajmniej nie wypchane bawełną i sztruksem. To półki „na potem”, półki „za chwilę”, półki „z przeceny” i półki „przezorny zawsze ubezpieczony”. Są tam bowiem zawsze jakieś fajne drobiazgi, które wpadną mi w oko, a później przydają się gdy idziemy na popołudniową herbatkę do znajomych, a oni akurat mają dwójkę dzieci. Lubię mieć te „pierdołki na wszelki wypadek” na wyciągnięcie ręki, no może na stanięcie na taborecie...
Czerwiec szóstym miesiącem roku, więc propozycji prezentowych będzie sześć. I kolejność jest tu nieprzypadkowa, kolejność jest zupełnie sportowa – pudło, podium i medale na samym końcu.

6. INSTRUMENTY

Oczywista oczywistość. Dzieci lubią tworzyć dźwięk. Lubią bębnić, tarabanić, piszczeć, dzwonić… Instrumenty to moja miłość. Choć nie umiem grać na niczym, oprócz kołatki, a i to nie wychodzi mi tak, jakbym chciała, to instrumenty uważam za zawsze trafiony prezent. Nie znam dziecka, które nie lubi zrobić czasem trochę hałasu. Pamiętam, jak wiele lat temu, bezdzietna będąc (o dzieciach nawet nie myśląc jeszcze, a może zupełnie wręcz przeciwnie), kupiłam mojemu chrześniakowi bębenek. Z radością bębniłam z nim ze dwie godziny popołudniowej herbatki, ale z radością wychodziłam od kuzyna, mając nadzieję, że nie wcisną mi bębenka z powrotem. Nie mniej jednak nie przestałam obdarowywać instrumentami, a Majka ma ich sporą kolekcję. Oczywiście, profesjonalne instrumenty są drogie i cenne jak cholera, ale flet w najbliższym markecie kupicie za kilka złotych. Nie chodzi o profesjonalizm, nie chodzi o czyste brzmienie i o A-dur i Cis-moll, ale o siłę sprawczą, o tworzenie, o bycie słyszanym.

5. GUMA DO SKAKANIA, SKAKANKA, SZCZUDŁA



Gdy miałam kilka lat, podwórka były pełne. Pełne nas. Nie potrzebowaliśmy wiele, kawałek kredy, kawałek sznurka, skakankę, gumę do skakania. Byliśmy giętcy, gibcy, silni i szybcy. Bo byliśmy w ruchu niemal nieustannie. Zatrzymywaliśmy się tylko na pączki z błota i zupę z trawy i suchego piasku. Z niedowarzaniem zdaję sobie dziś sprawę z tego, że jako dziecko umiałam skoczyć uszka! (jeśli ktoś nie ma pojęcia o co chodzi w grze w gumę, niech zapyta Google, choć nie jestem pewna, czy będzie wiedział, bo wtedy go jeszcze nie było na świcie). Ale takie prezenty to drugi, po instrumentach, pewniak. Bo w dzisiejszych dzieciach też tkwi ta potrzeba skoków, biegów, tańców, szaleństwa, ruchu. Może nie do końca uświadomiona, czasem przyćmiona tłuszczem z chipsów i zalana colą, ale jest! A szczególnie, jeśli zaraz po rozpakowaniu prezentów pobiegniemy razem z nimi na podwórko i będziemy sobie przypominać wersję męczyduszy z własnej dzielni.
Uwaga: Nasze szczudła są z Tigera (koszt 10 zł) – pięć słów o Tigerze i mojej do niego miłości poniżej, już na podium.

4. TORBA/KUBEK

Jestem torbo- i kubko- maniaczką… Stosy, góry, kolekcje! Ale gdy patrzę na wieszak w pokoju mojej córki i gdy wybiera codziennie w którym swoim kubku chce pić dziś herbatę – wcale nie zapowiada się, że będzie inaczej! Na babcine pytanie co by chciała dostać w prezencie odpowiedziała bez wahania „torebkę”. Zaczęłam tłumaczyć, że na wieszaku wisi już milion, ale potem zganiłam się w duchu – a jak jest u mnie? Kocham torby płócienne i właściwie oprócz momentów, gdy wychodzę do teatru, tylko takie noszę. Dlatego za jeden z hitów uważam torby i kubki z naszego ukochanego sklepu indyjskiego Lokaah. Torby kosztują 9,90, a kubki 11,90. My kompletujemy wzory z Muminkami. Są jeszcze z Rumcajsem.

3. LATARKA


To nie chodzi tylko o światło. To chodzi o to, że światło masz zawsze ze sobą. Że możesz je trzymać w dłoni. Ostatnio, gdy robiliśmy grilla na tarasie kolegi, zamarzył nam się spacer coś około 11 w nocy. Na głowie Majki wylądowała czołówka i była naszym świetlikiem, wskazującym drogę. Była radość wielka! I duma po czubek głowy, na której zamocowaliśmy latarkę. Całą zimę chodziłyśmy rano do przedszkola z latarką w kieszeni. Nie zapalałyśmy światła na klatce, bo dziwnie, radośnie i tajemniczo chodzi się po ciemnej klatce schodowej za maleńkim światełkiem lampki. To trochę jak mieć w kieszeni magię. Na wyciągnięcie ręki. Dwie ulubione latarki Majki to taka na szyję, która świeci tuż pod stopy, tam, gdzie potrzebujemy światła, by się nie potknąć, a nie przeszkadza w obserwowaniu gwiazd (niestety jest zagrzebana gdzieś w rzeczach piknik/obóz/biwak, więc nie pokażę). Druga to lampka rowerowa z Decathlonu. Uwaga – przednia jest biała, tylna czerwona – czyli jeszcze więcej magii!

2. MEMORY DIY




Jestem wielką fanką memory, choć zwykle przegrywam. Nie będę mówić o zaletach tej gry – są powszechnie znane, a nawet oczywiste. Ale to memo jest specjalne. I zapewniam, że absolutnie nikt na świecie nie ma takiego samego! Bo to memory Do It Yourself! Kupiłam je w sklepie, z którego pochodzi pół szafy „pierdołki na wszelki wypadek” - w Tigerze. Kocham go miłością ślepą, szaleńczą i taką, jakiej nie cierpi mój portfel. Nigdy nie wyszłam stamtąd z pustymi rękoma, ale o to nietrudno, bo rzeczy, które mnie interesują, kosztują kilka-kilkanaście złotych (by the way: Memo DIY to koszt 10 złotych). To memo jest genialne! W pudełeczku zamknięte są 22 pary okrągłych klocków. Na jednych są wąsy, na innych grzywka, na jeszcze innych kokarda. Musimy stworzyć pary – a potem już tylko grać! U nas w domu to zabawa Majki i Taty. Tworzą kafelki niespiesznie – to jak rytuał. Jeden kafelek dostaje Tata, drugi Majka. I raz rysuje jedno, a raz drugie. Zadanie jest proste – odwzorować tak, żeby potem być pewnym, że znalazło się parę. Bardzo polecam!

1.KARTY










Żeby tylko nikt nie powiedział, że karty nie są dla dzieci!

Pamiętam bowiem, jak mając lat kilka zaledwie byłam na wakacjach na Mazurach. Wraz ze mną przebywała moja rodzina (mama, tata, brat, młodszy ode mnie o roku jeden i pół) oraz zwierciadlany zestaw rodzinny przyjaciół moich rodziców. Rżnęliśmy w karty aż miło! Niekończące się partie – dwójkami, trójkami, czwórkami i chmarą. I wcale nie w wojnę, choć bywało i tak nudno… Graliśmy w Makao, najcudowniejszą grę w karty, jaką wymyślono! Do dziś pamiętam upał za oknem, otwarte drzwi balkonowe, mały stolik i dwójki, trójki, Króla kier, z uśmiechem podsuwane sąsiadowi… Bo my nie mówiliśmy „czerwo” czy „serduszko”. Nasi rodzice, wychowani na kartach, od początku wtłaczali nam do głowy poprawne nazwy. Do tego mogą służyć karty. Do gry, zabawy, nauki… A szczególnie takie karty! W dzieciństwie zbierałam absolutnie wszystko, co związane było ze zwierzętami: kartki pocztowe, ołówki, gazety, reklamówkę z psem, kupioną na rynku za 5 tysięcy złotych… Zabiłabym wtedy za taki zestaw kart. Są na razie trzy: Dzikie zwierzęta, Dzikie ptaki i Grzyby (być może bardziej pożądane w tamtym okresie przez mojego Tatę albo Brata ewentualnie, niż przeze mnie. Teraz jako pierwszy wyciągnął rękę po tę talię mój Mąż – grzybiarz). Wydawca, Trefl Kraków, zapowiada jednak, że to nie koniec, że tworzy nowe talie! Oby! Są świetne! Pięknie narysowane, z pięknymi rewersami i co mnie zachwyciło od razu – ilustrowana jest każda karta, a nie, jak to zwykle bywa, 9,10, walet, dama, król i as. Z takimi kartami można nie tylko grać, ale też bawić się w zgadywanie „co to za grzyb”, w wybieranie ze stosu ptaków na określoną literę, grupowanie zwierząt na wodne i leśne… Do każdej talii dołączona jest mini książeczka, która w paru zdaniach przedstawia każde ze zwierząt/ptaków/grzybów z talii. Jest naprawdę mini – mieści się nie tylko do plecaka, ale też do dziecięcej kieszeni. Nic tylko brać! Na wycieczkę, na wieczór przy winie i pokerze, do szafy na później, dla siebie i znajomych, no i na ten Dziecka Dzień, też!

piątek, 20 maja 2016

327. OCZAMI WIDZIEĆ DAL

jest kilka takich miejsc 
gdzie wczoraj nie istnieje 
gdzie można wciąż 
zachłysnąć się powietrzem 
parę miejsc gdzie 
nie czuję się ścigana 
przez napisy na murach
[„Wo” Kasia Nosowska]

To miejsce znalazło mnie. Po prostu zaczaiło się na mnie i nie potrafiłam przestać o nim myśleć. „Łan Sztuk” - powtarzałam Mężowi, planując nasz po-majówkowy wyjazd, „Łan Sztuk” - zaniosłam nazwę do pracy i w przerwie na herbatę zachwycałyśmy się wszystkie zdjęciami w internecie. „Łan Sztuk” - szeptałam sobie na dobranoc, wiedząc, że niedługo tam będę. Gdy wjechaliśmy do Starego Kawkowa, nie byłam pewna w którą stronę jechać pod sam dom. Zapytałam sąsiada o numer 8. Patrzył zdziwiony, pewnie liczył w myślach budynki. „Łan Sztuk” - podsunęłam. „Trzeba było tak od razu! My tu nie posługujemy się numerami, nikt o nich nie pamięta” - tłumaczył, wskazując wzgórze i uśmiechając się życzliwie.
„Jestem tu, gdzie powinnam” - pomyślałam…
Lubicie takie miejsca, gdzie wszystko jest jakby wasze? Ogromna biblioteczka z dziecięcymi książkami, jaglanka na śniadanie, brak telewizora, zdjęcia rodzinne na ścianach, dużo dziwnych rzeczy z historią porozkładanych po zakamarkach domu… Wysiadamy z auta, gdzie leci któryś z kawałków Led Zeppelin, wchodzimy do domu i słyszymy Led Zeppelin... A po pokoju biega chłopiec, wyciągnięty z okładki „Houses of the Holy”. I Eliza, właścicielka, wita nas w koszulce z mojego ukochanego Pan Tu Nie Stał – ja mam na sobie inny wzór…
Hamak leniwie kołysze się między dwoma drzewami, zaraz na pierwszym spacerze na werandzie spotykamy jaszczurkę, powietrzem można oddychać bez krztuszenia się. Wychodzimy i słyszymy szum… To nieustanne, rojne, nabrzmiałe, kwietne bzyczenie pszczół i trzmieli, od których zaraz zjemy miód. A poza tym cisza!
Nasz optometrysta powiedział nam kiedyś, że krótkowzroczność jest chorobą cywilizacyjną, że przez to, że ze wszystkich stron ogranicza nam się widoczność na horyzont, przestaliśmy patrzeć daleko i nasze oczy są leniwe. W Kawkowie można patrzeć do widnokręgu! Przestrzenie, przestrzenie, przestrzenie! I mnóstwo kamieni, traw, patyków, piachu, kwiatów, żeby się tym bawić! Nie trzeba nic więcej! Ale jakby był potrzebny, to jest plac zabaw – na jego środku wysoki słup, na słupie… gniazdo bocianie! Zjeżdżasz na zjeżdżalni i słyszysz klekot! Jezioro jakieś 2,5 km od domu. Drugie, trzecie, czwarte… kawałek dalej. Sklep czynny w godzinach 8-12 i 16-18. Musisz dostosować się do rytmu dnia wsi i uczysz się tego bardzo szybko. A jeśli najdzie cię ochota na słodycz – 11 km od Kawkowa, już po przekroczeniu granicy Warmii i Mazur, zjesz naturalne, własnej roboty lody. Wypróbowujemy różne smaki – na przykład szpinakowe…
Co można robić w Kawkowie, oprócz tego, że nic nie trzeba? Czytać, grać w planszówki, bujać się w hamaku, spacerować, kąpać się, palić ogniska (a jest do tego doskonałe miejsce w ogrodzie), pojechać na wycieczkę do Skansenu w Olsztynku, strzelać z procy…
Ale Łan Sztuk to też ludzie: Eliza, Rosa i Ignacy, pięcioletni syn właścicieli. Są otwarci, pomocni, ale na luzie. Bez nich wieczory na werandzie albo w salonie przy winie z kartonu, nie byłyby takie same! I Ignacy śpiewający przy ognisku hymn Polski – tego się nie zapomina!
To miejsce to kawałek raju, wycięty z nieba i przeniesiony na ziemię. Kto tam trafi ma wielkie szczęście. I poczucie straty aż do następnego razu!
A jeżeli te wszystkie ochy i achy Was nie przekonały do odwiedzenia Łana Sztuk, to powiem magiczne zaklęcie – nie musicie brać ze sobą do torby podróżnej ANI JEDNEJ KSIĄŻKI! Wszystko jest na miejscu, na ręki wyciągnięcie…
Stare Kawkowo 8 (tak trafić)





























(nasz pożegnalny wpis do Księgi Gości)