Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

niedziela, 31 grudnia 2017

473. W CO GRAMY W SYLWESTRA CZYLI O PUSZCZY BIAŁOWIESKIEJ

GRA PLANSZOWA ŻUBR POMPIK
POWSTAŁA NA PODSTAWIE SERIALU TV I SERII KSIĄŻEK DLA DZIECI TOMASZA SAMOJLIKA
AUTOR: MARTIN NEDERGAARD ANDERSEN
EGMONT, WARSZAWA 2017
2-5 GRACZY
4-104 LATA
ROZGRYWKA OK. 20 MINUT

Ten Pompik! Dzieci skandują jego imię (sama słyszałam na Festiwalu Filmów Animowanych). Książki, wywiady, podpisy, autografy, serial w TV… No gwiazda, powiadam! Nic dziwnego, że ten wyjątkowy żubr trafił też do pudła!
A pudło rozmiarów raczej niewielkich – jak to dobrze! tak właśnie lubię najbardziej, bo na półkę się pięknie wpasowuje. Rzekłabym, że licząc planszę, która ze względu na swoją solidność złożyć się już bardziej nie da, to wypełnione po brzegi. No i śliczne to pudło, bo wypraska też samojlikowa – w kwiaty, jeże, wiewióry…
A jak wyciągamy Pompika z pudła, to co? To dalej jest świetnie, bo można w końcu zacząć grać!
To jedna z gier opartych na mechanice memory. Ciągle jeszcze takie lubimy, choć „zwykłe” memory coraz rzadziej ląduje na stole. Więc trzeba sobie życie utrudniać, podkręcać atmosferę, szukać dziury w całym… No i jest Martin Nedergaard Andersen*, który trochę namieszał. Niby nie solidnie, niby tu dodał, tam dodał, żetonik podrzucił, planszę, na planszy narysował parę kresek i wszystko, ale jak się zrobiło ciekawie…
Zasady są banalnie proste do wytłumaczenia. Oto Pompik wybrał się z misją – chce nazbierać dla Polinki na urodziny bukiet kwiatów. Ale musi zdążyć do zachodu słońca. Więc o pomoc musi poprosić swoich przyjaciół – wiewiórkę, rysia, dzika, nietoperza, jeża i sowę. Na planszy losowo rozmieszczamy żetony przyjaciół i to jest właśnie element memory – będziemy musieli szukać par, a więc pamiętać, gdzie co leży. Zmora dorosłych! Ale przy okazji będziemy musieli chodzić po planszy, rzucać kostkami, uważać na żeton burzy, ukryty pomiędzy zwierzakami (gdy się na niego trafi, oddaje się już zebrany kwiatek) i jeszcze chwytać pionek z Pompikiem, gdy na obydwu kostkach wypadnie wizerunek żubra. Pamięć, koncentracja, refleks, trochę decyzyjności (jeśli pamiętam, gdzie na planszy leży wiewiórka, to muszę tak pokierować pionkiem, żeby na nią trafić – kierunek ruchu na planszy jest bowiem zależny od nas). I wszystko w takiej ślicznej oprawie – zwierzaki, kwiatki i kostki z Pompikiem! Odzywa się we mnie dziewczynka od różowego i błękitnego, która mówi tym specjalnym głosem o trzy tony wyższym niż normalnie…
Jest kilka wariantów gry – istota pozostaje ta sama, szukanie, zapamiętywanie, zbieranie, ale najmłodsi gracze na przykład mogą grać tak, że nie oddają kwiatków, gdy jest burza (to fakt, że maluchy słabo sobie radzą z rozstaniem z czymś, co już raz zdobyły…). A trochę starsi mogą za to inaczej liczyć punktację – na przykład dopiero za komplet kwiatów różowy, niebieski, żółty jest punkt. I zamiast łapać Pompika mogą wymieniać sobie kwiaty z pozostałymi graczami. Taki malutki elemencik negatywnej interakcji…
Ale, ale… jest też wersja dla prawdziwych hardkorów. Autorem tej wersji jest Tata Majki, który z całej naszej rodziny ma pamięć akurat najsłabszą. Popatrzył na zasady, zagrał raz czy dwa tak, jak to sobie wymyślił Andersen i stwierdził: „Hej, przecież wiadomo, gdzie leżą te żetony!”. I co? I teraz po każdej odkrytej parze i zdobytym kwiatku, przesuwają zwierzaki o jeden do przodu… „To doskonała gra na ćwiczenie mojej steranej pamięci” - stwierdził i położył ją na samą górę stosu, żeby mieć pod ręką. Piszę „przesuwają”, bo ja raczej zostaję przy wersji „dziękuję, postoję i niech mi nikt nie zabiera moich kwiatków!”. I owszem, tak, nie wstydzę się zabierać Pompika na spacery...









*ci niektórzy pewnie już MNAndersena kojarzą z tytułów „Bandido” i „Colofox”. My tych dwóch jeszcze nie mamy, ale będziemy mieć z powodów dwóch. Po pierwsze w Pompika gra nam się wyśmienicie, więc nazwisko autora i tytuły jego gier wylądowały w naszym kajecie co ma na okładce „must have”, a po drugie moje autorytety w dziedzinie GRY i ZABAWKI polecają, więc innego wyjścia nie widzę. O TU autorytet i TU.  

piątek, 15 grudnia 2017

472. ŚWIĘTA! PO RAZ TRZECI CZYLI ROZGOŚĆ SIĘ

ZOFIA STANECKA
„BASIA. WIELKA KSIĘGA PRZYGÓD 4”
EGMONT, WARSZAWA 2017
ILUSTROWAŁA MARIANNA OKLEJAK

Boli mnie ramię, dociążone ogromną torbą. W torbie butelka z wodą, jabłka w plastikowym pojemniku w kształcie pieska, notesy i komplet mazaków, pudełko z grą, dwie książki (jedna dla mnie, jedna dla niej), lupa, bluza i spodnie na zmianę, łopatka… Tak to zwykle wygląda, gdy wychodzimy. Bierzemy kawałek naszego świata. Dlatego lubię duże, ogromne torby. Ale lubię też małe. Gry, książki, zeszyty… Jestem kolekcjonerem wersji kompaktowych. Uwielbiam wszystko to, co się zwija, składa, a potem można rozwinąć i rozłożyć. Wersje podróżne. Wersje w mini pudełkach. Dlatego „Basi” w wersji soft i small nie odpuszczam nigdy, choć na półce stoją, równo ułożone, wszyściutkie części. „Basia” w wersji „Wielka księga przygód” jest ulgą dla mojego ramienia. A na dodatek starcza na długo, bo to zbiór! Idealnie! Najlepiej.
W części czwartej mamy siedem opowiadań: „Basia i remont”, „Basia i piłka nożna”, „Basia i wyprawa do lasu”, „Basia i biblioteka”, „Basia i wolność”, „Basia i zwierzaki”, „Basia i narty”. Wszystkie te Basie znamy na wylot i od podszewki, ale przecież w jednym doskonałym, kultowym filmie padają słowa najprawdziwsze: „Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. No... To... Poprzez... No reminiscencję.”*
Tak mamy z Basią. To nasza przyjaciółka. Już nawet nie dzwonimy z pytaniem, czy możemy przyjść. Po prostu wpadamy, rozsiadamy się na kanapie i uczestniczymy. A w czym? W życiu codziennym polskiej rodziny, która mieszka w zwyczajnym bloku, boryka się z brakiem miejsca, bałaganem, cieknącym kranem, czasem wychodzi do muzeum, a czasem na pizzę, gotuje w domu i uwielbia czytać książki. Rodzina nieidealna, a przez to „najidealniejsza”. Bo każdy może w tej rodzinie odnaleźć siebie. Jak zwykle jest tu mnóstwo emocji – nie tylko tych dobrych. Stanecka z Oklejak chyba się umówiły – żadnego upiększania, piszemy/rysujemy całą prawdę i tylko prawdę. A w prawdziwej rodzinie jest stres, krzyk, zmęczenie, błędy, rozterki, płacze i smarki. To nie rodzina z lukru, to rodzina z życia wzięta. Tak sobie wyobrażam, że aby tworzyć „Basię”, trzeba mieć wciąż szeroko otwarte oczy. Tu podsłuchać, tam zerknąć, tu zapamiętać historię, którą opowiadała koleżanka. Wrzucić w maszynę pisząco-rysującą, przemielić i wypuścić na świat wynik. Wynik powyżej średniej! Dlatego właśnie uwielbiam Basię i jej rodzinę. Za tę prawdziwość. Ja utożsamiam się z mamą, która zawsze próbuje być spokojna, ale jak czasem puszczą jej nerwy… a Majka pewnie z Basią, którą wciąż próbuje być „grzeczna”, ale nie zawsze jej wychodzi.
W zeszłym roku, tuż przed Świętami ukazała się część „Basia i zwierzaki”. Duża, piękna, ze zwierzakami do wycięcia, z naklejkami i innymi bajerami. W zbiorze to opowiadanie również się znalazło**. Jest jednym z moich ulubionych, bo tak doskonale pokazuje Święta w normalnym domu. Trochę nerwów, zgrzytów, stresów, tak bardzo by się chciało, żeby wszystko było idealnie, córkę się chce uczesać w dwa warkocze ciasno splecione gumką i nic się nie udaje, buraki fruwają po kuchni… I wybuch! I nerwy puszczają! I krzyk! Ale nagle przypominasz sobie, że przecież twoja córka nie znosi ciasno upiętych włosów i zdejmujesz gumki jednym sprawnym ruchem. I zdajesz sobie sprawę, po co są święta – po bycie razem, po czas dla siebie, po granie w gry i czytanie książek, po oglądanie tysięczny raz ulubionej świątecznej komedii***, po obżeranie się krzywo wyciętymi piernikami, po kutię i barszcz z uszkami i po śpiewanie kolęd na całe gardło.

Lubimy Baśkę. Jest ciekawa świata, zdecydowana, pewna siebie, choć czasem nagle się zawstydza. Lubimy jej dom – przytulny, rodzinny, pachnący jedzeniem i farbami plakatowymi (a teraz dodatkowo wyremontowany!), gdzie mamy już swoje miejsce na kanapie, zupełnie jak mieszkańcy. W związku z tym czuję się upoważniona do zaproszenia każdego – siadajcie, cieszcie się tym światem, tymi bohaterami, miejsca starczy dla wszystkich.












*”Rejs” oczywiście…
**w wersji kompakt jest równie dobre

** są różne obozy – my zdecydowanie należymy do obozu Kevina, co został sam jeden w wielkim domu.

471. ŚWIĘTA! CZAS NA PREZENTY CZYLI ZAJRZYJMY DO ŚRODKA

TEKST KATE DAVIES
ILUSTRACJE CARNOVSKY
PROJEKT GRAFICZNY NICOLA PRICE
„GABINET ANATOMII”
(TŁ. EMILIA OZIEWICZ I TINA OZIEWICZ)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2017

Majka ukrywa w ciepłej jaglance zamrożoną truskawkę, żeby się ogrzała. Udaję, że tego nie widzę, więc wpada na pomysł, żeby zadać mi zagadkę:
- A wiesz, co mam w środku?
Znany ze swojego specyficznego poczucia humoru Tata Majki mówi:
- Flaki i mięso.
Chwilę się sprzeczają, bo Majka nie przyjmuje do wiadomości, że w jej środku mogą być takie rzeczy. To idealny czas na Dwie Siostry i ich „Gabinet anatomii”.
Wyciągamy duży album, rozkładamy na podłodze. I wchodzimy do ludzkiego ciała. Bez pukania!
Pomysł jest prosty, acz genialny! Po wewnętrznej stronie okładki jest kartonowa kieszonka, a w niej magiczne soczewki. W trzech kolorach – czerwonym, zielonym i niebieskim. Przez czerwoną zobaczymy szkielet, przez zieloną mięśnie, a przez niebieską naczynia i narządy krwionośne. I nagle postać człowieka na pierwszej stronie okazuje się być zbudowana z warstw. Możemy rozebrać go na części pierwsze, obejrzeć każdą kosteczkę, a potem przypasować do tych kości inne narządy – jak oko do oczodołu na przykład. Perfect match! Coś niesamowitego! A jak na to wszystko nałożyć tę wielometrową sieć żył i tętnic? I przykryć jeszcze mięśniami? A dopiero potem skórą? Taki obrany jak cebulka człowiek, okazuje się być najdoskonalszym mechanizmem! Wszystko pasuje idealnie, wszystko się zazębia i okazuje się być w pełni logicznym, przemyślanym projektem. No bo dlaczego na przykład lewe płuco jest mniejsze od prawego, nieco smuklejsze? Dlatego, żeby pomieściło się obok niego serce… Uświadamiam sobie nagle, jak doskonali jesteśmy, jak dopracowani. I że to cud wielki – z dwóch osób powstaje kolejna, rodzi się, a ciało matki jest idealnie przygotowane na to, żeby ją nosić, a potem podarować światu. I tak, od samego początku, dzieje się magia. Od tych narodzin, co ich tak do końca nie można ogarnąć rozumem. Przez wzrost, rozwój, dostosowywanie się do wzoru. Ale i codziennie – gdy zginam palec wskazujący, żeby przewrócić kartkę w książce, gdy mrugam powieką, nawilżając oko, gdy moje stopy biegną na przystanek autobusowy, a kość piętowa unosi ciało, naciskające na nie z siłą ośmiokrotnie większą od własnego ciężaru…
Oryginalny tytuł książki to „Illumanatomy” - i doskonale odzwierciedla to, co się dzieje, podczas czytania/oglądania tej książki – iluminacja! Oświecenie! Błysk zrozumienia! Oprócz ilustracji są jeszcze opisy. Tekst jest doskonały! Krótki, treściwy, daje to, co najważniejsze, prosto i zrozumiale, a jednak z tą odrobiną poetyckości, ze szczyptą zachwytu, z tym pytaniem – podskórnym, podtekstowym – czy to naprawdę mogło się zdarzyć? czy to naprawdę jest możliwe? taka perfekcja i wyrafinowane rozwiązania?
Piękna książka, mądra, przemyślana, dopracowana, zaskakująca. No i te soczewki – mistrzostwo świata, edukacja level master!
A oprócz tych wielokolorowych grafik są jeszcze grafiki czarno-białe. I może coś jest ze mną nie tak, ale z wielką chęcią powiesiłabym sobie nad łóżkiem niektóre z nich. Na przykład mózg. Albo serce.

Bo nagle okazuje się, że „flaki i mięso” mogą być czymś nie tylko fascynującym, ale i niezwykle pięknym.  













czwartek, 14 grudnia 2017

470. ŚWIĘTA! PO RAZ DRUGI CZYLI JAZDA BEZ TRZYMANKI

ANDREA DE LA BARRE DE NANTEUIL
„MADEMOISELLE OISEAU I LISTY Z PRZESZŁOŚCI”
(TŁ. MARIA JASZCZUROWSKA)
WYDAWNICTWO LITERACKIE, KRAKÓW 2017
ILUSTROWAŁA LOVISA BURFITT

To już pięćdziesiąt dziewięć dni… Mademoiselle Oiseau udała się do Wenecji, do swojej siostry. A Isabella została tutaj – troszkę samotna, troszkę niespokojna, troszkę tęskniąca. Ale pełna życia – od Mademoiselle dostała trochę pewności siebie, trochę uśmiechu, trochę wyprostowanych pleców, trochę jasnego spojrzenia, trochę trzymania wyżej podbródka i trochę słońca, które zamieszkało w jej kieszeni. No i – dzięki Mademoiselle – Isabella ma przyjaciółkę: ognistowłosą, nieco szaloną, zdecydowaną i pewną siebie Isis. U jej boku Isabella nie zapomina, że na świecie istnieje magia. Dziewczęta wciąż przesiadują w niezwykłym domu Mademoiselle na szóstym piętrze. Tam jest im najlepiej, jakby to właśnie było ich miejsce na ziemi. Choć bez Oiseau to już nie to samo…
Pewnego dnia pod jedną z licznych komódek Mademoiselle, Isabella znajduje przedziwne zdjęcie – dwie dziewczyny, połączone ze sobą warkoczem. Tak, to moja mama i ciotka - stwierdza Isis i opowiada historię z przeszłości, o tym, jak dwie dziewczynki znaczyły dla siebie wszystko. O wspólnym zaplataniu włosów, o spodniach z trzema nogawkami, w których chodziły razem, o zszytych razem kołnierzykach sukienek. I o zniknięciu ich mamy, tułaczce po krewnych, o bezbrzeżnym smutku, który się z tym wiąże. I o tym, że na szóstym piętrze przy Alei Minionych Czasów na pewno nie będzie kolacji wigilijnej. Mademoiselle przestała lubić święta na zawsze. I nigdy ich nie obchodzi.
Ale jak wyobrazić sobie zimę, koniec grudnia bez Świąt? Potem jest już tylko tajemnica, którą Isabella z pomocą Isis starają się rozwiązać – co się stało w przeszłości Julietty i Luisy? I gdzie jest Edyta, najstarsza siostra?
Czy przy Alei Minionych Czasów rozbłysną jeszcze kiedyś światełka na choince?
To już nie jest historia, gdzie pojawiają się niesamowite wątki, ale gdzie wszystko można jednak przykuć do ziemi logicznym wytłumaczeniem. Tym razem to niczym niezmącona magia! W rozwikłaniu zagadki pomogą listy, przesyłane gołębiami pocztowymi, tajemnicze telefony, sny, które Mademoiselle potrafi wysyłać, jak pocztówki z wakacji, fotografie, domek dla lalek i wyobraźnia…
To dla mnie książka niezwykła, piękna, której nie można czytać dosłownie, od linii do linii. Trzeba w nią wejść, rozgościć się, chłonąć, czasami nie myśleć, a wyłącznie czuć. Bo logika i prawdopodobieństwo nie są w tej książce najważniejsze. Najważniejsze są uczucia – odmieniane przez wszystkie liczby i przypadki. To bardzo kobieca książka. Ze względu na tę uczuciowość w miejsce „myślowości”, na nie-logikę i na „wiarę i czucie”. Ze względu na stroje, dodatki, perfumy, kolory, szampana pitego z kryształowych kieliszków, ze względu na przyjaciółkę, z którą wiąże się wspólny warkocz… Mam przeczucie, że do mężczyzn, chłopaków, nie trafią trójnogawkowe spodnie. Że nie trafi piętrowy domek dla lalek, w którym lalki stworzone są na podobieństwo bawiących się nimi dziewczynek. Żaden mężczyzna nigdy nie zrozumie tej więzi, jaka może powstać tylko między kobietą a kobietą – między matką a córką, siostrą i siostrą, przyjaciółką i przyjaciółką… A to o tym jest najbardziej ta książka. O więzi, która raz zadzierzgnięta, nigdy się nie rwie. Nić może słabnąć, może się napinać, może się wydawać, że przędza pękła, ale choć cieniusieńki splot pozostaje na zawsze. Od serca do serca. Od Paryża do Wenecji. Od dziewczynki do kobiety.

No i po raz kolejny te doskonałe ilustracje! Też bardzo kobiece – delikatne, subtelne, efemeryczne, symboliczne, plamy kolorów i drżące linie… Idealnie oddają nastrój książki, w której i tekst i obraz są kobietami. I się przyjaźnią. Na śmierć i życie.  








wtorek, 12 grudnia 2017

469. ŚWIĘTA! CZAS NA PREZENTY CZYLI SKŁADAM ZAŻALENIE

KIMBERLY BRUBAKER BRADLEY
„WOJNA, KTÓRA OCALIŁA MI ŻYCIE”
(TŁ. MARTA BRĘGIEL-PANT)
ENTLICZEK, WARSZAWA 2017

Uprzejmie donoszę, że Kimberly Brubaker Bradley jest winna zalania podłogi w pociągu, łysienia plackowatego oraz utraty około 6 godzin z normowanego czasu pracy (które musiałam odrobić w nadgodzinach), a także narażenia na szwank mojej reputacji oraz poprawnych i przyjacielskich stosunków międzyludzkich.
Ta kobieta bezwstydnie napisała doskonałą, wciągającą książkę, która sprawiła, że:
a) poryczałam się w pociągu, którym jechałam do pracy (siódma rano, tłok, ścisk i wszyscy się na mnie gapią!). I to nie raz, oj, nie raz…
b) wyrwałam sobie z głowy chyba tysiąc włosów – w kępkach, po kilkanaście, bezwiednie…
c) po całonocnym czytaniu przyszłam spóźniona (zaspałam!) do pracy i nie mogłam myśleć o niczym innym tylko o Adzie i jej braciszku…
d) podczas czytania „Wojny, która ocaliła mi życie” funkcjonowałam w dwóch światach jednocześnie – tym fikcyjnym i tym rzeczywistym, przy czym w tym rzeczywistym jakby mniej. Nie jeden raz zdarzyło się, że ktoś mnie o coś pytał, a ja patrzyłam na niego z otwartymi ustami, nie wiedząc, co do mnie mówi! Nie potrafiłam odpowiadać na najprostsze pytania i moi interlokutorzy podejrzewali, że piąta klepka wypadła mi z głowy i potoczyła się po chodniku, a potem wpadła do studzienki ściekowej. I już nie wróci… Przyjaciele przestali się do mnie odzywać, bo nie umiałam mówić o niczym innym, tylko o fabule książki. I co jakiś czas wstrząsał mną niekontrolowany dreszcz, gdy pomyślałam sobie o tym, jak bardzo można skrzywdzić dziecko… O! Nadal to mam! Wciąż jeszcze!
Gdyby stanąć zupełnie obok, zdystansować się i strząsnąć z końcówek włosów i z opuszków palców uczucia, to można stwierdzić, że Kimberly Brubaker Bradley napisała książkę z zamierzeniem. Ona chciała, żeby ludzkie światy zachwiały się w posadach, może nawet teraz siedzi sobie, obserwuje te katastrofy i śmieje się cichutko. Bo to książka nastawiona na wymierzenie siarczystego policzka. Na łzy i smarki. Na gorączkowe szukanie chusteczek.
Dziesięcioletnia Ada mieszka z mamą i bratem w Londynie. Ojca nie ma. Już nie do końca wierzy się w to, że był kiedykolwiek. Ot, cień to jakiś zaledwie. Dni być może dobrych – lepszych na pewno. Bo gorsze już być nie mogą… Ada przez dziesięć lat swojego życia nigdy nie wyszła z domu. Zna świat pomiędzy łóżkiem a szafą, podłogą a sufitem. I ten, który obramowany okiennicą – na wyciągnięcie ręki, ale niedostępny. Ada ma bowiem niesprawną stopę. Wykręconą w drugą stronę, niezdolną do normalnego chodu. Po małym pokoju porusza się na czworaka. Powietrze, deszcz, wiatr nigdy nie dotknęły jej skóry. Nie rozmawiała nigdy z nikim innym niż jej brat czy mama. Mówi czasem coś do dzieci, które przechodzą pod oknami, macha do nich radośnie, ale są tak daleko, że nie wiadomo, czy do ich uszu dochodzi głos Ady. Dlaczego Ada nie chce wyjść z mieszkania? Dlaczego nie chce spróbować chodzić? Ada o niczym innym nie marzy! Ale jej mama zabrania. „Co ludzie powiedzą?! Mam chorą, głupią córkę! To twoja wina, że jesteś kaleką!”. Często Ada spędza noc w szafce pod zlewem, skulona, dopasowana do jej wnętrza jak do łona, w śmierdzącym zaduchu – to jej kara, kara za to, że jest niezdarna, głupia, nie dość dobra, inna niż wszyscy, nieidelan, kaleka! To jej kara za to, że jest! Często też na jej głowę, dłonie, plecy spadają uderzenia – to też kara, za te same przewinienia. Gdyby nie Jamie, śliczny, mądry, kochany młodszy braciszek, Ada chyba już by nie istniała. Ale kocha go ponad życie. To dla niego w tajemnicy przed mamą, zaczyna naukę chodzenia. Ciężko stawać po raz pierwszy na dwóch nogach. Krew cieknie, zęby zaciśnięte… Ale Ada jest zdeterminowana. A gdy słyszy pewnego dnia, że zaczęła się wojna, że na Londyn mają spadać bomby, że wszystkie dzieci mogą wyjechać na wieś i tam przeczekać bombardowania, nie zastanawia się długo. Kradnie swojej matce buty, bierze Jamiego i idzie, po raz pierwszy idzie – wsiadają do pociągu i jadą na wieś, gdzie czeka ich inne życie. Wojna to najlepsze, co mogło się Adzie przydarzyć. Wojna zaprowadziła ją do Susan Smith, starej panny, która nigdy nie miała dzieci, która mieszka w wielkim domu, jest bogata, ma kucyka i tak bardzo, bardzo opiera się temu, żeby w jej domu zamieszkało dwoje dzieci.
Ckliwa, uderzająca w emocje, przewidywalna (oczywiście tylko w ogólnym zarysie), oczywista, łzawa i patetyczna. Tylko dlaczego nie mogę się od niej oderwać? Tylko dlaczego łez nie mogę powstrzymać i uciekają mi spomiędzy palców, niezdolna jestem do łapania ich i wtłaczania z powrotem do oczu? Tylko dlaczego wywołuje we mnie tyle przemyśleń, tyle zastanowień, tyle konstatacji? Tylko dlaczego tak mocno ściskam rękę mojej Córki, gdy myślę o tym, jak wiele zła mogą uczynić rodzice dzieciom? Tylko dlaczego podziwiam postać Susan, która musi rozpruć swoje życie i z podszewki wyciągnąć uczucia, których nie używała od tak dawna?
Bo to jest po prostu dobra książka! Najzwyczajniej w świecie, dobra książka!

Niniejszym uprasza się więc o to, by książkę Kimberly Brubaker Bradley „Wojna, która ocaliła mi życie” poznali wszyscy, powtarzam, wszyscy!, czyli młodzi, starzy, kobiety z dziećmi na rękach, mężczyźni w kapeluszach, chłopcy w zbyt krótkich spodniach i dziewczyny z długimi paznokciami. Bo dzięki temu wszyscy zrozumieją fenomen tej książki, szefowie z wyrozumiałością pokiwają głowami nad spóźniającym się do pracy pracownikiem, który w ręku trzymał będzie książkę tej autorki, gdy ktoś się wzdrygnie w sposób niekontrolowany bądź będzie patrzył na swojego rozmówcę bez inteligencji w oczach, nie będzie to postrzegane jako coś dziwnego, śmiesznego, głupiego, zadziwiającego. Wystarczy wtedy powiedzieć „Czytam 'Wojnę, która ocaliła mi życie'” - i wszystko będzie jasne. A wody z potoków łez, można używać do mycia wagonów, a wyrwanych włosów do wypychania poduszek...



468. ŚWIĘTA! PO RAZ PIERWSZY CZYLI OSZUKIWAŁAM

ULF NILSSON
„HURRA, SĄ ŚWIĘTA!”
(TŁ. MARTA WALLIN)
ZAKAMARKI, POZNAŃ 2017
ILUSTROWAŁA EMMA ADBÅGE

Pamiętam kalendarze z czekoladkami. Nie kojarzę, żebyśmy nazywali je adwentowymi. Ale doskonale pamiętam smak kiepskiej czekolady i obietnicę, jaką składałam sama sobie każdego roku – wytrzymam! Nigdy mi się nie udało… Zawsze zajrzałam w dwudzieste czwarte okienko…. To nawet nie chodziło o to, żeby zjeść czekoladkę, ale żeby zobaczyć, jaki kształt kryje się w każdym kolejnym okienku. Gdy tajemnica została rozwiązana, często zapominałam nawet poczęstować się słodyczem. But, choinka, aniołek, sanki, Mikołaj, gwiazdka… wszystko wiruje mi teraz przed oczami… Nic się nie zmieniło… Dalej nie potrafię cierpliwie czekać…
Zaczęło się od „Wierzcie w Mikołaja”, potem był „Prezent dla Cebulki” i „Święta dzieci z dachów”. Teraz jest opowieść „Hurra, są Święta!”.
To historia Prosiaka Rufusa, który ucieka z farmy. Pewien stary knur przestrzegał go przed Świętami – są niebezpieczne dla świń! Uciekaj! I Rufus tak właśnie zrobił… Teraz został sam. Jest trochę szczęśliwy, bo jest wolny (i żywy!) i trochę podekscytowany, bo jest wolny, i trochę przestraszony, bo jest wolny i trochę samotny, bo wolny oznacza daleko od domu. Jedynego domu, jaki do tej pory znał. Z gospodarzem, który go karmił, z jego dziećmi, które nadały mu imię i uczyły go czytać i z wygodnym legowiskiem. Teraz jest wolny, ale bez dachu nad głową, i z brzuchem burczącym z głodu, i z nogami trochę zmęczonymi szalonym biegiem, i z sercem, pełnym niepokoju i tęsknoty. Dość szybko na swojej drodze spotyka kotkę – ustalają, że nazywa się Kici Kici, skoro właśnie na takie dźwięki reagowała do tej pory. Kotka prowadzi Rufusa do opuszczonego domu w środku lasu – to tam mają zamieszkać – skoro dom jest niczyj, to dlaczego nie miałby być właśnie ich? Szybko dochodzą do porozumienia z dwoma myszami, które, jak się okazuje, już mieszkają w tym budynku. Dla wszystkich starczy miejsca. Jest 6 grudnia. A cała czwórka budzi się głodna. I „bezpańska”. Czy może być lepszy sposób na oswojenie nowego miejsca, nowej sytuacji, nowego życia, niż urządzenie Świąt? Ale takich dobrych, pięknych, „bez chrobotania” i zjadania się nawzajem? Nie może! Dlatego zwierzaki stawiają sobie za cel odczarować te straszne i złe Święta i urządzić je po swojemu, po zwierzęcemu – w miłości, przyjaźni, zgodzie i pokoju. Zbierają strzępki informacji, które każdy z nich posiada (jakaś choinka, dobre jedzenie, czysty dom, czerwony obrus, cztery świecie i… Dzieciątko) i przystępują do działania – do Świąt pozostało już przecież tak niewiele czasu…
To nie są Święta z barszczem, srebrnymi sztućcami i z włosami zakręconymi na lokówkę. Ale śmiem twierdzić, że to książka o istocie Świąt! „Razem potrafili wiele zdziałać. Tam, gdzie jedno z nich było za grube, a inni za mali, ktoś trzeci dawał sobie znakomicie radę.” [s.46]. Czyż nie o to właśnie chodzi? O wspólnotę, o współpracę, o uśmiech, który chce się wywołać na twarzy bliskich, o miłość i przyjaźń. Nie o konwenanse, wzdęty brzuch i umiejętność zaśpiewania wszystkich zwrotek popularnych kolęd. Chodzi o „razem” - niekoniecznie o „najlepiej”. A może o „najlepiej” tylko, że o „najlepiej, jak umiemy”.
Powiem od razu - oj, niekonwencjonalna to książka, rzekłabym nawet, że szalona! Z brzydkimi rysunkami (nie podobają mi się, tym razem ilustratorka mnie nie zachwyciła, ale w miarę czytania nabieram do nich coraz większej sympatii), z dziwnymi bohaterami – tłusty Prosiak, który czasem przebiera się w męskie ciuchy, umie czytać co nieco i ma złe skojarzenia, gdy ktoś wypowie słowo „święta”; kotka, która przesypia połowę dnia i jedną trzecią nocy i która nie potrafi przyznać się, że czegoś nie wie i tak długo będzie myśleć, aż wymyśli rozwiązanie oraz dwie myszy, które zawsze mają dwie różne teorie na każdy temat. I stary, odrapany dom, z przeciekającym dachem, którego właściciel (ten ludzki) pojechał do szpitala i najprawdopodobniej umarł i nigdy już nie wróci. Mieszanka wybuchowa, niekoniecznie świąteczna...
Więc ja szukam wymówek, usprawiedliwiam się – muszę przecież poznać treść książki, zanim przeczytam ją Dziecku! Tak postępują odpowiedzialni Rodzice! Ale kto by się na to nabrał? Ja po prostu nie mogę wytrzymać i muszę, muszę!, jak najszybciej poznać zakończenie opowieści! Muszę wiedzieć, czy czwórka dziwacznych bohaterów zrobi te Święta, czy nie, czy będą prezenty, pierniki, czerwony obrus i choinka… No i skąd wezmą Dzieciątko?
Oszukiwałam! Ale mam nadzieję, że będzie mi wybaczone. Bo przy takiej świetnej książce siłą woli mogą się wykazać jedynie Ci, którzy jeszcze nie umieją czytać!