Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

piątek, 24 czerwca 2016

334.CZY UDAŁ SIĘ DZIEŃ OJCA?

ROKSANA JĘDRZEJEWSKA-WRÓBEL
„FLORKA. Z PAMIĘTNIKA RYJÓWKI”
„FLORKA. LISTY DO JÓZEFINY”
„FLORKA. LISTY DO BABCI”
„FLORKA. MEJLE DO KLEMENSA”
ILUSTROWAŁA JONA JUNG
WYDAWNICTWO BAJKA, WARSZAWA 2015

Dzień Taty jest ważny nie tylko dla Tatusiów. Jest ważny dla Dzieci. Przygotowują się do niego. W tajemnicy rysują laurki. Lepią z plasteliny całe światy. Z papieru wycinają papierowe krawaty. Zbierają liście, muszle i piórka. Czasem nawet darmowe gazety kolekcjonują na prezent. Misternie opakowują podraunki, zużywając rolkę taśmy klejącej na jeden raz. Za zamkniętymi drzwiami łazienki powtarzają zwrotki piosenki o tacie albo strofy wierszyka, zacinając się wciąż na tym samym słowie. Tworzą, uczą się, myślą. Wszystko po to, żeby udowodnić miłość. Żeby Tata wiedział, tak, jak wiedzą one. Że bohater, że najlepszy, że na zawsze.
Dlatego te oklejone klejem wzdłuż i wszerz laurki, te brudne pióra i nigdy nie czytane gazety, te wiersze i piosenki, te krzywe kubki i breloczki do kluczy trzeba docenić. Nosić, używać, celebrować, przypiąć krawat do koszuli, wyjść w nim do pracy (i nie zapomnieć w nim wrócić). Bo to jak serce na otwartej dłoni…
Dlatego, gdy w Dzień Tata tata nie przychodzi do przedszkola, choć obiecał, to jest jak koniec świata, jak trzęsienie ziemi, jak wybuch nuklearny. Zwłaszcza, jeśli, tak jak Florka, przygotowało się dla niego niebieską różę… „Ja wiem, że nie ma niebieskich róż, ale mój tata lubi niebieski, więc co to komu szkodzi”. Florka nie może się doczekać. Wymyśliła wiersz dla Taty, prawie całkiem sama. O tym, że tata jest kochany, że umie usmażyć naleśniki, że nosi kapelusz, pociesza swoją córeczkę i śmieje się najgłośniej na świecie. A potem nauczyła się wiersza na pamięć. A tata nie przyszedł… To znaczy przyszedł, ale tuż po tym, jak Florka już ten wiersz powiedziała. A powiedziała go do ściany, do podłogi i do innych Tatusiów. Bo pociąg się spóźnił… Wielka jest złość małej dziewczynki. Ta dziura we wszechświecie wydaje się przy tym nie do naprawienia. Ale potem wszystko kończy się wesoło, bo tata zabiera Florkę do parku, tam Florka mówi mu swój wierszyk, a potem idą do cukierni na tort z chrabąszczy. I wszystko jest już dobrze. Oprócz tego, że kolega Florki z grupy, Bazyl, w ogóle nie ma Taty… „Głupio mi teraz, że się złościłam na tatę za to spóźnienie. Bazyl nie ma się nawet na kogo złościć...”.
Taka jest Florka.
Kilkuletnia ryjówka. Co zajada się muchami w czekoladzie. Ale poza tym nic jej nie różni od zwykłej dziewczynki. Od takiej, która chodzi do przedszkola, ma ulubioną maskotkę, lubi bawić się na podwórku, ma kilka przyjaciółek, tańczy w balecie, choć wolałaby chodzić na boks i ma kolegę, który tańczy w balecie razem z nią, choć jego tata wolałby, żeby uprawiał boks.
A Florka o wszystkim tym opowiada w swoim dzienniku. Albo w listach – raz do najlepszej przyjaciółki Józefiny, która mieszka bardzo daleko od niej, a raz do ukochanej Babci. No i jeszcze w mejlach do Klemensa, tego koleżki od baletu - Klemens miał operację wycięcia wyrostka i przez jakiś czas musi zostać w szpitalu i nie można go odwiedzać.
Florka opowiada swój świat. Wszystkie ochy i achy, a czasem wybuchy gniewu, a czasem łzy, a czasem smutek. Gniew, gdy rodzą jej się bracia bliźniacy i wszyscy zapominają o niej (a przynajmniej jej się tak wydaje), wstyd, gdy w przedszkolu kłamie, że ma w domu agamę, chociaż tak naprawdę hoduje tylko złote rybki, smutek, gdy nie lubi jej nowa koleżanka z przedszkola, strach, gdy w nocy śni jej się czarny kot z żarówkami zamiast oczu, ból, gdy choruje na świnkę i chodzi z buzią obwiązaną szalikiem, zdziwienie, gdy wypada jej pierwszy ząb, dumę, gdy uczy się pływać, nudę, gdy jest chora i musi leżeć w łóżku, zaciekawienie, gdy czeka na to aż zasadzona fasolka wypuści pędy, ekscytację, gdy pierwszy raz idzie do teatru i wielką radość, że jej imię oznacza „kwiecista” i że rodzice nadali jej takie, bo gdy się urodziła, wyglądała zupełnie jak mały kwiatuszek!
Za to ją lubię – za cieszenie się z drobiazgów, za zwykłość, za codzienność, za to, że w tej zwykłości i codzienności odnajduje tyle emocji, barw i odcieni i za to, że mówi o wszystkim szczerze, z całym swoim kilkuletnim doświadczeniem życiowym. Nie boi się przyznać do błędu, nie koloruje siebie na różowo – jest szczera, spontaniczna, prawdziwa.

Majka lubi, bo to jej problemy, żywcem wyjęte ze świata i przeklejone do książki. Florka – koleżanka z leżaka obok. I tylko na kanapki raczej nie polecałabym się z nią zamieniać...












wtorek, 14 czerwca 2016

333. BĘDĘ DZIELNA!

ZOFIA STANECKA
„SAMODZIELNY. WSTAJE SAM”
„SAMODZIELNY. LEPIEJ WIE”
EGMONT, WARSZAWA 2016
ILUSTROWAŁ TOMASZ SAMOJLIK
KONCEPCJA SERII MARIA ŚRODOŃ

Gdy mój Brat był mały i dopiero nauczył się wiązać buty, robił to przeraźliwie długo. Zawsze wszyscy, gotowi już do wyjścia, czekali w progu, a on wiązał. I wiązał. I wiązał. Długo. Z namaszczeniem. Z dokładnością. Pełen precyzji. Z perspektywy czasu wszyscy wspominamy to z rozrzewnieniem, trochę z nostalgią, w ramach rodzinnej anegdotki, ale także z podziwem. Z podziwem dla samych siebie, dla swojej cierpliwości. Jak my to wytrzymywaliśmy? (choć ja mam niejasne poczucie, że jako starsza siostra mało kiedy wytrzymywałam i chyba wybiegałam wcześniej, jeszcze w połowie pierwszej sznurówki…).
Teraz patrzę z perspektywy rodzica. Na moją córkę, która idzie do przedszkola… Najpierw zapina guziki. Albo niezwykle starannie myje sama zęby. Albo właśnie chce się nauczyć wiązać buty. Rano. Tuż przed siódmą. Gdy za chwil kilka odjedzie nasz tramwaj… Zaciskam zęby i oddaję w jej ręce jej własny zamek błyskawiczny… Albo gdy już szczęśliwie do tramwaju dotrzemy, gdy wsiądziemy, przejedziemy nasze przystanki i mamy do pokonania jeszcze tylko kilka kroków, gdy już już jestem u celu, będę mogła zostawić ją pod opieką i biec na niecierpliwiący się autobus, to ona ćwiczy równowagę na murku… Albo sprawdza jaki liść leży na ziemi pod naszymi nogami. Albo przechodzi przez ulicę, rozglądając się na boki – raz i dwa, raz i dwa, raz i dwa… Jej głowa lata w obydwie strony, ocenia ryzyko, upewnia się, czasem wraca z połowy jezdni… Zaciskam zęby, stoję na krawężniku i zastanawiam się, czy przez tę ulicę jechało coś kiedykolwiek…
Samuel Dzielny, w skrócie Samo, trzylatek, przedszkolak, syn swoich rodziców, boryka się z podobnymi problemami – chce być samodzielny i uczy się tej samodzielności w jedyny słuszny, jedyny możliwy sposób - empirycznie!
Na przykład pewnego dnia wstaje dużo wcześniej niż rodzice i stwierdza, że nie musi ich budzić, że wszystko da radę zrobić sam. Najpierw opatruje sobie stłuczoną przy wstawaniu z łóżka pupę - plasterkami, wielką ilością plasterków. A że są z samochodami… To tylko sprawia, że boli go jeszcze głowa i że tam też trzeba nakleić plaster. Samo także samodzielnie robi siusiu. Wspaniale! Jest z siebie taki dumny, że dowody niesie w nocniku wprost do sypialni rodziców. A żeby przypadkiem nie przegapili tego, co się wydarzyło, stawia nocnik tuż tuż przy łóżku… No tak, jeszcze śniadanie – rozsypane płatki, wylany sok, mokra bluza. No ale przecież wystarczy bluzę wyprać… A przy okazji umyć kota, lustro, zlew… A skoro bluza już i tak jest mokra, a on został goły, to znaczy, że trzeba się ubrać. Też sam, oczywiście. Majtki z nogami w jednym otworze, koszulka tył na przód… A wszystko tak zmęczyło Samo, że razem z ukochanym kotem zasnął na ulubionej, świeżo wypranej koszuli Taty…
Innym razem, tuż po obudzeniu, Samo doszedł do wniosku, że jest słoniem. Czy słonie chodzą do przedszkola? Czy jedzą łyżką? Czy są leleganckie? Na pewno nie! Słonie jedzą trąbą (rękami, skoro trąby brak!), chodzą do zoo i pryskają wodą w trąby! Na jeden dzień Samo staje się więc słoniem. A na drugi, gdy rodzice są już na słoniowatość Samo doskonale przygotowani, okazuje się, że słonia nie ma, że zamiast Samo budzi się samochód, który robi brum brum… Ciekawe, czy samochody chodzą do przedszkola…
Tak, dzieci są nieprzewidywalne! Są pełne pomysłów, a te pomysły wylatują z nich w powietrze jak bomby! I trzeba mieć dużo samozaparcia, żeby nie krzyczeć, nie strofować, pozwalać rozwijać tę wyobraźnię i zrozumieć, czym jest słoń i że musi jeść owsiankę rękami, skoro nie ma trąby! Zaprawdę trudna jest droga, na którą wkracza rodzic, stając się rodzicem. Musi tak bardzo otworzyć się na drugiego człowieka, że to aż niewiarygodne.
Historyjki o Samo – są bliskie naszym sercom. Mojemu, bo doskonale rozumiem jego rodziców, którzy muszą czasem zacisnąć zęby w imię lepszej sprawy, wychowania i wpajania zasad świata. Którzy muszą sami sobie tłumaczyć swoje dziecko, przekładać je na język dorosłych, żeby wiedzieć, czego po nich oczekiwać, jak się w danej sytuacji zachować, żeby nie podciąć skrzydeł, ale też nie pozwolić na zbyt dużo (czy ktoś mówił, że będzie łatwo?). Całe szczęście, że na końcu książki jest kilka rad i wskazówek od pani psycholog. Hasłowo, skrótowo, ale to, co najważniejsze, co zawsze powinniśmy pamiętać! (daj jej zapiąć guziki, ona to potrafi! A litr mleka to dla niej dużo większy ciężar, niż dla Ciebie, dlatego może się rozlać z pełnej butelki! Nie wyręczaj i nie strofuj, bo się nie nauczy!) Moje serce bije też szybciej, ze względu na ilustracje – Tomasz Samojlik we własnej osobie, stworzył ilustracje dużo, przestronne, bogate w treść, ubogie w kolor. Jasne, czytelne, bardzo pasują do tej książki.

Dla Majki Samo, to takie trochę lustro - odnajduje w nim siebie i pewnie doskonale go rozumie. „Dzisiaj mamo jestem ślimakiem!” - mówi rano, a ja muszę pamiętać, żeby jej nie wystraszyć, bo schowa się do swojego domu i nie wyjdzie zobaczyć, jaki świat jest piękny!












piątek, 3 czerwca 2016

332. UFF, JAK GORĄCO!

JUSTYNA STYSZYŃSKA
BIEGUNY I ICH ZWYKLI-NIEZWYKLI MIESZKAŃCY”
KSIĄŻKA Z NAKLEJKAMI
TEKST MICHAŁ KOZIŃSKI
WIDNOKRĄG, PIASECZNO 2015

Gorąco…
Cienka strużka potu upodobała sobie dół moich pleców. Łaskocze, a ja uśmiecham się i zamykam uszy na narzekania. Narzekają wszyscy dookoła. Że upał, że skwar, że żar, że war, że spiekota, że parówka… Ja wygrzewam się z lubością w słońcu i produkuję witaminę D na potęgę. Na zapas, na za krótkie lato, na potem. Ale owszem, czuję czasem, jak przegrzewam się cała. Ona też, mokra po koniuszki długich włosów, wciąż prosi o wodę, o lody, o cytrynę, o cień. Szukamy sposobów na rozkoszowanie się upałem i chłodem naraz. Oprócz tych oczywistych jest jeden oczywisty bardzo mało – wyobraźnia!
Majka filozoficznie stwierdza, że „słońce się zmienia i księżyc się zmienia” i od tego robi się dzień i noc, lato i zima. Ale na biegunach zima jest wieczna. Lód jest cały czas. Albo prawie. Śnieg nie topnieje nigdy. Albo prawie. Bieguny są na górze i na dole globusa i wbrew pozorom, mieszkańcy obydwu półkul nie spotykają się ze sobą! Na północy żyje niedźwiedź polarny, na południu pingwin – nigdy się nie widzieli i nie zobaczą w naturalnym środowisku. Choć w naszej świadomości zwykle istnieją łapa w nogę, pysk w dziób. Bieguny są trochę magiczne, bo śnieg to trochę magia. Nie wiemy o nich zbyt dużo, choć wydaje nam się, że wszystko. A tu – Widnokrąg przyszedł z pomocą, pokazując coś małego, ale ślicznego. Tak jak przy poprzedniej „antykolorowance” tak i tu mamy kilka słów na temat zwierzaków po dwóch stronach ziemi - kwintesencja pazurów, rogów, płetw. A potem już tylko biel, trochę niebieskiego, gdzieniegdzie czerń i Justyna Styszyńska ponownie za sterami samolotu, który leci w ten polarny klimat. Znów jest pięknie, znów są naklejki, znów można wyprowadzać na spacer łosia, popływać z foką, pojeździć na reniferze. Albo zupełnie odlecieć i spotkać się z morsosową, zającopingwinem czy albatrosofoką… Albo… postawić obok siebie niedźwiedzia i pingwina – proszę, poznajcie się, to jest ptak, to ssak, ten ma białe futro i świetnie nurkuje, a tu jest elegancki pan we fraku, co opiekuje się jajkami na równi z mamą pingwinową. Jeden jest wielkości sześciolatka, drugi jest wyższy niż „Twoja mam stojąca tacie na ramionach!”. Łączy ich umiłowanie śniegu, wiatru, lodu…
Jeśli ktoś chce iść z duchem czasu to Widnokrąg wydał właśnie upalną, rozsłonecznioną, bardzo wiosenną „Łąkę”, na której można spotkać pszczołobiedronkę, albo zwykłego motyla, a nocą ćmę.

My zostajemy stopami na biegunie. Dla ochłody. 











331. RYMY ZNAD PIWNIC


ALEKSANDRA CIEŚLAK
„PIWNICE. ZAGADKI SPOD PODŁOGI”
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2016
ILUSTROWAŁA DOMINIKA CZERNIAK

Kiedy byłam całkiem mała
Po piwnicach wzdłuż biegałam
Nieco zaintrygowana,
Co sąsiedzi mają w planach.
Może warsztat, może ciemnię
Byle było tam przyjemnie!
Dziwne były to przestrzenie,
Wywołały przerażenie
Nie raz jeden, nie dwa razy,
Zamykane miały włazy,
Tajemnicę stanowiły,
Nic dziwnego, że kusiły!
Nic dziwnego więc tak owoż,
Że czekałam na tę nowość!
Są „Piwnice” - doczekałam!
Oglądałam tylko z dala.
Pełna byłam ciekawości
Co do „Piwnic” zawartości.
Pierwszy ogląd – niepozorne,
Czarnookładkowe, skromne,
Cienkie, chude, takie małe,
Wcale nie są okazałe.
Ale już klucz chwytam w rękę,
Bardzo chcąc swą skrócić mękę,
Wiedzieć już, co pod okładką -
Wchodzimy do wiersza gładko.
Do piwnicy zaglądamy,
Zawartości podglądamy.
Jakiż ogrom! Jakiż przepych!
Aż zaparło nam dwa dechy!
Dech tej małej, bo tam skarby
Można znaleźć – nie na żarty!
Mnóstwo rzeczy, słówek mnóstwo,
Rzekłabym, że groch z kapustą!
Z niespodzianych życia dziedzin,
Mamy lekcję dla gawiedzi.
U krawcowej jest w piwnicy
Bistor oraz krój spódnicy.
Czarownica zaś tam trzyma
Talię kart, lecz asa nie ma.
A u pana architekta
Spotkać można domki z drewna.
„Która z piwnic ulubiona?” -
Pytam córki, ale ona
Nie potrafi wskazać jednej
I wymienia dość przebiegle
Z jedenastu każdą jedną
Podziwu rumieńce nie bledną!
Ja znam swego faworyta
To działkowiec – jego klita
Wypełniona przetworami
Buraczkami, kabaczkami…
Tam bym chciała dłużej zostać
Nie mniej jednak lubię postać
Także przy miejscu malarki
Oglądać choćby przez szparki
Te płótna, te rzeźby, odlewy!
Od ziarna oddzielać plewy,
Wdychać zapach terpentyny,
Sprejów, gipsów, plasteliny!
Kusi także złota rączka
W tej piwnicy znajdziesz bączka
I tysiące śrubek, wkładek -
Wykapany Majki dziadek!
Majka zaś w piwnicy siedem
Odnalazłaby swą metę.
Tu jest przestrzeń dla Zbieracza
Co do swej piwnicy wtłacza
Całe mnóstwo różnych rzeczy -
Nikt tu temu nie zaprzeczy,
Że do dziecka jest podobny,
W tym zbieraniu rzeczy drobnych,
Wszystkich piórek, lalek, śmieci,
Co nie są śmieciami dla dzieci
Przecież to największe skarby
Które warte są miliardy!
Ta książeczka to poniekąd
Cała prawda o człowieku!
O zwierzęciu gromadzącym,
Który rzeczy ma tysiące!
Każdy inne, bo też każdy,
Ma swe własne małe jazdy,
Swoje bziki, swoje hobby -
Do drugiego niepodobny.
Jednak każdy jeden człowiek,
Potrzebuje mieć swój schowek,
By w nim trzymać rzeczy mrowie,
Co nie zmieszczą się w alkowie.
Człek do rzeczy przywiązany,
Nie wypuści z rąk – skubany! -
Żadnej sztuki, egzemplarza,
Upcha w piwnic korytarzach.
Taka ludzka już natura,
By móc w rzeczy nurt dać nura!
O tym książka ta maleńka,
Lecz do rzeczy – oto puenta:
Zachwycam się „Piwnicami”
Zachęcam, by razem z nami
Iść pozwiedzać zakamarki
Ilustracje zdobią kartki
Niebanalne, pełne wdzięku
W Dominiki pewnym ręku
Kredka nam wyczarowała
Cudne wnętrza i bez mała
Tysiąc piwnic takich samych
Rysowanych jej rękami
Chciałabym oglądać jeszcze,
Lecz na razie się dopieszczę
Ponowną lekturą „Piwnic” -
Fenomen tej książki przedziwny!
Krótkie wiersze, proste rymy,
Ale nie ma popeliny!
Świetne są, to każdy wie
Bo to przecież…


!EIWD YRTSOIS [CZYTAJ OD PRAWEJ]







330. DLACZEGO NIE ŚPIĘ W NOCY

ASTRID LINDGREN
„RASMUS, PONTUS I PIES TOKER”
(TŁ. ANNA WĘGLAŃSKA)
NASZA KSIĘGARNIA WARSZAWA 2016

Podkrążone oczy.
Piasek w źrenicach.
Ból kręgosłupa.
Ziewanie co kilka sekund.
Przysypianie w autobusie, w drodze do pracy, z głową opartą o twardą szybę, a głowa jakimś dziwnym sposobem odbiera przejazd po najmniejszym kamyku – coś jak księżniczka na ziarnku grochu…
Uwielbiam to! To oznaki nocy z książką, nocy, gdy nie mogłam się powstrzymać i czytałam wciąż „jeszcze tylko ostatni rozdział”. Uwielbiam tym bardziej, że dawno już nie czułam tego całego zmęczenia, nie przytrzymywałam dłonią opadających powiek, aż do chwili, gdy w moje ręce trafiła kolejna Astrid. Mogłabym się pokusić o stwierdzenie, że to jedna z moich ulubionych pisarek, a z każdą kolejną pozycją, którą sobie przypominam po latach albo poznaję, utwierdzam się w tym nieśmiałym przekonaniu. Za humor ją kocham, za szacunek do dzieci, za tą beztroskę, jaką daje im w darze w swoich książkach, za to, że każdy jeden bohater jej książek to kolega/koleżanka poprzedniego, że mogliby wszyscy wychowywać się na jednym podwórku, ale jednak każde z nich jest inne. Że jej wyobraźnia (albo pamięć – bo mam głęboko w sobie przeświadczenie, że wiele z tych przygód zdarzyło się naprawdę, kiedyś, dawno temu w Vimmerby, gdy Astrid chodziła po drzewach…) jest tak bujna i taka nieograniczona. Że przekraczała granice, łamała o kolano bariery świata i czasu, w którym pisała i dawała dzieciom tyle powietrza, ile potrzebowały, żeby tak naprawdę odetchnąć.
Tym razem kryminał – czyli zagadka, czyli zbrodnia, czyli detektywi, czyli pościgi… Czyli niebezpiecznie…. Czyli ciekawie na jakąś 3 w nocy, kiedy zamyka się tylną okładkę.
Sprawa jest nader prosta i nader skomplikowana. Jest prawie lato, wakacje można już zobaczyć z oddali i wcale nie chce się już uczyć o tym, ile żołądków ma krowa i jak się wszystkie cztery nazywają, ale wciąż jeszcze trzeba siedzieć w szkolnej ławce. Jednak gdy do miasta przyjeżdża wesołe miasteczko Rasmus i Pontus, dwóch jedenastoletnich przyjaciół, po prostu muszą tam iść bez względu na wszystko. Wygrzebują z kieszeni ostatnie drobne, zebrane z ostatniej sprzedaży złomu i pędzą do miasta, zapominając o wszystkich żwaczach i trawieńcach. I wszystko przez to, że nie uważali. Przez przypadek wydali prawie wszystkie pieniądze, a chcieli przecież zobaczyć połykacza mieczy! W rezultacie wchodzą na przedstawienie na gapę i to jest już drugi błąd. Trzeci ma związek z Pricken, starszą siostrą Rasmusa. I trzeci błąd jest z miłości. Z miłości Pricken i Joakima, na której cieniem kładzie się jakaś waza, jakiś pocałunek i jakaś zazdrość. Nie do końca Rasmus orientuje się w całęj sytaucji, ale wie jedno – jego siostra jest nieszczęsliwa i on musi jej pomóc. A skoro Rasmus tak postanowił, to Pontus skacze za nim w ogień. Niestety za tymi dwoma skacze też Toker, który jest błędem czwartym. Bo sytuacja jaka z tych wszystkich błędów powstała jest naprawdę niewesoła – Rasmus i Pontus są świadkami kradzieży całej góry srebra, a nie mogą donieść na złodzii policji, ponieważ złodzieje wzięli zakładnika – psa Toera, najukochańszego, najcudowniejszego, najbardziej dobrotliwego psa na całej kuli ziemskiej?! A do tego honor Pricken i jej dobry humor nie do końca zostały uratowane! Wszystko jest nie tak, jak trzeba! Rasmus i Pontus muszą stawić czoła wielu niebezpieczeństwom, żeby naprawić wszystko to, co się popsuło. A jednym z niebezpieczeństw jest niewątpliwie pewien połykacz noży z wesołego miasteczka…
Jak to się świetnie czyta! Jak to się toczy, jak rozpędzony okrągły kamyk z wysokiej góry! I jak brzuch boli od czytania tej książki! Boli od śmiechu, bo Lindgren zadbała o wyjątkowe poczcie humoru u Rasmusa.

Ale pomimo bólu wszelkich warto! A jakby ktoś miał po zarwanej nocy klasówkę z żołądków krowy, to podpowiem, że jest ich cztery. Ale „czy uważacie, że krowy wiedzą, jak się nazywają ich żołądki? (…) Jeśli one nie pilnują własnych trawieńców, dlaczego my mamy to robić? (…) Nie można iść wcześniej do wesołego miasteczka tylko dlatego, że trzeba sobie przyswajać tyle wiadomości o krowach, których ani trochę to nie obchodzi.” [s.33]