Duża (marpil) i Mała (Majka) w świecie, gdzie nawet literatura jest piękniejsza...

poniedziałek, 27 lutego 2017

392. MAŁE RYTUAŁY

CATARINA SOBRAL
„MÓJ DZIADEK”
(TŁ. AGATA BŁOCH)
KOCUR BURY, ŁÓDŹ 2016
ILUSTROWAŁA AUTORKA

Jest ich dwóch.
Jeden rozedrgany, pospieszny, niezatrzymany. Doktor Sebastian, który budzi się co rano o siódmej. A od chwili, gdy jego powieki się rozchylą, doktor Sebastian biegnie. Bo musi zdążyć, bo nie może się spóźnić, bo musi, bo nie może…
Codziennie mijają się na schodach. Uchylają sobie kapeluszy na powitanie. Doktor Sebastian niecierpliwie, choć z pełną kulturą i galanterią. I wciąż spogląda na zegarek, choć „nie jest przecież zegarmistrzem”…
A ten drugi? Po prostu z radością! Z uwagą i doceniając wszystkie małe dobre rzeczy, które codziennie mu się przydarzają.
Jeden i drugi wiodą życie na sąsiadujących kartkach książki, ale tylko jeden wie, jak się nim cieszyć. Czyta, uprawia ogród (i pilates w dodatku), uczy się niemieckiego i urządza śniadania na trawie, spotyka się z ludźmi i przeprowadza mopsy przez ulicę. To osoba, która umie cieszyć się życiem, która ma mnóstwo czasu, ale nie trwoni go, a spędza. To osoba, która już nic nie musi, ale wiele chce.
A najbardziej chce być ze swoi m wnukiem – zawsze ma czas, by odebrać go ze szkoły. Wnuka widać przy porannym rytuale czytania gazety – jak szybko wiadomości schodzą na dalszy plan w obliczu składania papierowych samolotów! Na pikniku nie brakuje dla wnuka miejsca na kocu. Wnuk ma swoją małą konewkę, którą zrasza część grządek, a jego mała dłoń podaje pomidora, gdy dziadek szykuje spaghettoni.
Dziadek jest osobą doświadczoną życiowo – zapracował sobie na spokojny czas dla siebie, zapracował na możliwość bycia tym, kim chce, zapracował sobie na to, by móc całe popołudnie wyglądać przez okno, jeśli tylko chce.
Ale to człowiek mądry, bo odkrył, co jest w życiu najważniejsze. Paryż nigdy nie będzie wyglądał pięknie, jeśli nie podzieli się z kimś widokiem wieży Eiffela. Lepiej oglądać go w albumie z ciepłą, małą rączką, odwracającą strony, niż samemu moknąć w deszczu pod prawdziwą konstrukcją.
„Czas płynie szybko, gdy jestem z moim Dziadkiem” - mówi wnuczek. To on opowiada całą tę historię. On tak dokładnie zna rozkład dnia Dziadka, wie, co Dziadek lubi, czego nie, co sprawia mu przyjemność, co wywołuje uśmiech na twarzy. To dowód na to, że łączy ich szczególna więź… Że to, co Dziadek dał wnukowi – czas, cierpliwość, swoją uwagę – zwraca mu się w dwójnasób.
Piękna, minimalistyczna książka obrazkowa o tym, że przemijanie nie musi boleć, że może dawać radość, jeśli się spojrzy na nie z właściwej perspektywy.









Małe rytuały, uśmiechy tylko między nimi, własne wydeptane ścieżki, ulubione miejsca w mieście, potrawy, gotowane specjalnie dla niej, to, czego ją uczy i to, jak czasem – dosłownie – wchodzi mu na głowę… To ich świat Dziadko-Wnuczkowy, do którego nikt nie ma wstępu. Owszem, można przysiąść obok, podziwiać, ogrzać się w tym cieple, łezkę wzruszenia uronić, ale nigdy nie wejdzie się do niego tak naprawdę. Ich sposób na cieszenie się życiem, będąc razem, Jego gotowość na to, by być dla niej, gdy Go zawoła…

Trafił się jej najlepszy Dziadek – zupełnie taki, jak ten z książki, taki, który wie, że „szczęście to jedyna rzecz, która się mnoży, gdy się ją dzieli” (Albert Schweitzer).

Dziś ma urodziny.

Wszystkiego najlepszego Dziadku!

391. PRASÓWKA

Nie pamiętam zbyt wiele z przedszkola.
Majaczą mi się jakieś niskie leżaki i herbata z blaszanego wiadra, siedzenie po turecku, śnieżne kule na obiad, nitka, zwisająca z ucha mojej koleżanki Oli – miała świeżo przebite uszy i co chwilę ruszała nitką w tę i z powrotem, żeby nie zarosły.
I pamiętam kącik z „Misiami” i „Świerszczykami”.
„Miś” był dla maluchów. Gdy przerzucało się na „Świerszczyk”, to był znak dorosłości.
„Miś” nie przetrwał, ale „Świerszczyk” wciąż się ukazuje – od 1945 roku.
Czytywała go moja mama, czytywałam ja, a teraz powoli zaczyna doceniać go Majka.

Ale po co właściwie dzieciom prasa?
Teraz dzieci bardzo szybko dorastają do tego, by być odbiorcami mediów. Czy tego chcemy, czy nie, będą chłonąć informacje. I tak sobie myślę, że chyba warto podsuwać im coś mądrego, sprawdzonego, wartościowego, żeby wyrobić w nich nawyk do sięgania do takiego źródła.
W kontakcie z prasą jest też aspekt powtarzalności, a więc oczekiwania, budowania relacji, kolekcjonowania. To może z pozoru brzmieć, jak naciągane argumenty, ale pamiętam siebie, jako dziecko, czekające pod kioskiem na nowy numer „Świata młodych”. Odkładałam kieszonkowe, by móc sobie kupić gazetę. Pamiętam też niestety siebie, oczekującą pod kioskiem na nowy numer „Bravo girl” i wiem, że nie uchronię Majki przed kolorowymi, nic nie wnoszącymi do życia gazetkami o niczym. Dlatego chcę od samego początku pokazywać, ze prasa może być DOBRA.
Czarownica Irenka – otwierający każdy numer mini-komiks. Wiersze, quizy, zagadki, krzyżówki (ależ się Majce podobało ich rozwiązywanie!), jest Pamiętnik Bajetana Hopsa (Bajetan jest uroczym świerszczem), jest szkoła rysowania, Kotek Mamrotek, bajeczki matematyczne, zawsze jedno dłuższe opowiadanie, jest trochę pomysłów na zabawy plastyczne, a na tylnej okładce Zielony Lis Paskal (mój ulubieniec!). A od niedawna jest coś specjalnego – jest Świerszczykowy Klub Książkowy i Kwadratowa Gra Książkowa!
Ale największą siłą „Świerszczyka” są ludzie, którzy go tworzą! Widłak, Stanecka, Beręsiewicz, Kasdepke, Jędjrzejewska-Wróbel – mówią Wam coś te nazwiska? A mój ukochany Kalinowski? I nie mniej ukochana Wasiuczyńska? A Poklewska-Koziełło? A Żelewska? To wszystko są ludzie, którzy przykładają pióro i pędzel do powstania „Świerszczyka”, więc warto choćby dlatego!















I jeszcze dlatego, że na półkach w kioskach nie ma zbyt wielu dobrych, mądrych, ważnych tytułów prasowych dla dzieci. Tym mocniej powinniśmy doceniać istnienie tego magazynu. I wspierać jego rozwój, pielęgnować, jak skarb…

Kolejny numer już:

A w nim:


CZEKAM!

Majka już też...

wtorek, 21 lutego 2017

390.MOŻESZ BYĆ KIM ZECHCESZ CZYLI RĘKA FRANKENSTEINA

WOJCIECH MIKOŁUSZKO
„WIELKIE EKSPERYMENTY DLA MAŁYCH LUDZI”
AGORA, WARSZAWA 2016
ILUSTROWAŁA JOANNA RZEZAK

Z fizyki i chemii zawsze ściągałam. Nie rozumiałam ni w ząb, o czym prawią moi nauczyciele. Starałam się skupić, starałam się zapamiętać, starałam się dociec, wyłapać sens. Ale moje myśli odlatywały ku ciekawszym rzeczom, zaraz na początku wykładów, przepisywania z tablicy nudnych wzorów i kartkowania opasłych podręczników.
Jednego dnia, pan L. od fizyki, lat sporo po pięćdziesiątce, stanął na biurku i zaczął rzucać małymi piłeczkami oraz zgniecionymi i rozprostowanymi kartkami. W jednej chwili przykuł uwagę każdego jednego ucznia. I nawet ja zrozumiałam tego dnia wykład o grawitacji i szybkości spadania ciał, zależnej od siły oporu, jaką stawia im powietrze. To było jednak zdarzenie incydentalne i być może dlatego nie zostałam wielkim naukowcem...
Nie mogę się zgodzić, by ktoś odebrał także mojemu Dziecku prawo do bycia fizykiem! Nie mogę się zgodzić na to, by ktoś zaprzepaścił jej szansę na wynalezienie czegoś wielkiego! Żądam, by nauczyciele wraz ze mną powtarzali mojemu Dziecku: możesz być kim tylko zechcesz – i udowadniali to na każdym kroku!
Dokładnie tak, jak zrobił to Wojciech Mikołuszko w szkole podstawowej Eureka w Zalesiu Górnym koło Warszawy.
Co to jest eksperyment? - zapytał dzieci, a gdy już ustalili teorię („miesza się różne składniki i robi się wybuch!”, „to coś, co się sprawdza i nie zawsze wychodzi”, „robi się coś bez instrukcji”), przystąpili do praktyki. Po prostu zaczęli eksperymentować!
Ta książka to narzędzie do tego, by zaciekawić Dziecko, co się stanie gdy…
...włoży wypełnioną wodą plastikową butelkę do zamrażalnika…
...potrze balonem o sweter, a potem zbliży go do własnych włosów…
...na dwa dni zostawi jajko zalane octem…
...położy na powierzchni wody łódkę z plasteliny…
Wszystkie te eksperymenty mają różną trudność (spiralka wycięta z kartonu i przywiązana do ołówka na pewno jest prostsza do zrobienia niż minisilnik elektryczny), różny czas trwania (zrzucenie zmiętej i rozprostowanej kartki, dla zbadania szybkości ich lotu trwa znacznie krócej, niż kilkudniowa obserwacja dżdżownic), ale są możliwe do wykonania w domu. Czasem trzeba użyć do ich przeprowadzenia czegoś, po co będzie trzeba iść do sklepu (my na przykład nie miałyśmy pod ręką puszki do zbudowania własnej maszyny parowej, ani czerwonej kapusty do badania kwasów i zasad, ale wszystko, co potrzebne do ręki Frankesteina, było akurat w domu), ale gwarantujemy, że będzie to każdy pobliski osiedlowy sklepik, a nie hipermarket na obrzeżach miasta lub specjalistyczny sklep w centralnej Polsce.
Zachwyciła mnie ta książka! Pomysłami na eksperymenty – to jasne! Ale też konstrukcją. Każdy z rozdziałów to krótka, zajmująco napisana minibiografia jakiegoś naukowca. Są tu Archimedes, Galileusz, Robert Boyle, Isaac Newton, Benjamin Franklin, Michael Faraday, Ludwik Pasteur (tak, tak, jest hodowanie pleśni!) czy nawet Karol Darwin. A potem są propozycje eksperymentów i opis spodziewanych skutków czyli „zrozum swój eksperyment”. Wszystko napisane dla Dziecka – DO Dziecka. Albert Einstein powiedział kiedyś, że jeśli nie umiesz czegoś prosto wytłumaczyć, to znaczy, że sam nie do końca to rozumiesz. Mikołuszko rozumie świetnie to, o czym opowiada. I widać jego pasję i chęć zarażania Dzieciaki miłością do wiedzy jako takiej. To nie musi być konkretnie chemia, fizyka, matematyka, to musi być ciekawość świata, otaczającej rzeczywistości i chęć dowiedzenia się dlaczego? po co? jak? - ta potrzeba zdobycia odpowiedzi cechuje każdego naukowca, bez kategoryzowania i dzielenia na dziedziny nauki.
Polecam tę książkę każdemu! Być może jest to wynik tego, że nasze eksperymenty w większości się powiodły.
Bo jak już pooglądałyśmy, pozachwycałyśmy się ilustracjami, to nie pozostało nic innego, jak zabrać się do pracy.
Eksperymentowałyśmy pół soboty! A zaczęłyśmy spektakularnie, bo od… ręki Frankensteina czyli od sprawdzenia, co się stanie, gdy wymieszamy ze sobą ocet z sodą oczyszczoną czyli kwas i zasadę… Byłyśmy jak Johann Rudolf Glauber, który odkrył, że gdy te dwie grupy substancji zetkną się ze sobą, to zaczyna się gwałtowna reakcja, którą nazwał „bitwą”.
Tak, potwierdzamy! Dokładnie tak było! I to nie jeden raz, a chyba pięć… („Jeszcze mamo, jeszcze!!!”).




Oczywiście, że dla Majki to była tylko i wyłącznie dobra zabawa, że nie zrozumiała czym są kwasy, a czym zasady (ja też tak do końca tego nie rozumiem…), ale powiedziałam jej o tym, a później wracałyśmy do tego jeszcze kilka razy. Może za jakiś czas, gdy kwasy i zasady pojawią się na lekcji chemii, w jej głowie pojawi się ręka Frankensteina i dzięki temu będzie wiedziała, że te dwie substancje „się biją”?
„Gdy dzieci wkraczają w wiek poznawania świata, eksperymentują niemal bez przerwy. (…) Z czasem jednak (…) eksperymentują coraz mniej. Rodzice i nauczyciele przekonują ich, że najlepszym sposobem poznawania świata jest przyswajanie gotowej wiedzy z książek i z lekcji. Do tego można jeszcze dorzucić rozumowanie, czyli logiczne myślenie, oraz – ewentualnie – choć mniej chętnie – obserwację przyrody i ludzi. O eksperymentach prawie się nie mówi. Niesłusznie. Bo świat warto poznawać wszystkimi metodami, jakie są dostępne.” [s.8-9] Wojciech Mikołuszko potraktował każde Dziecko jak naukowca, którym w istocie każde z nich jest.
W Dzieciach jest naturalna ciekawość świata, Dzieci uwielbiają się dziwić. Uwielbiają dociekać, badać, sprawdzać, udowadniać. To dlatego Majka po tym, jak pół niedzieli robiłyśmy eksperymenty z książki, wzięła mydło, ocet, sodę, pojemnik pełen wody i gumowe rękawice i zaszyła się z nimi w łazience. Sprawdzała. Dolewała, mieszała, potrząsała, żeby sprawdzić, co z tego wyjdzie. Miałam nadzieję, że jedyne co wyjdzie na pewno, to łazienka bez szwanku. Ale, jak wiemy z historii (i z książki Mikołuszki), niektóre eksperymenty wymagają ofiar… (mokre kolana, mokra podłoga…). Zacisnęłam zęby, bo przecież czasem zaczyna się od błahostki, od zwykłego zamieszania w jednej próbówce dwóch składników. Bo przecież kto sam nie sprawdzi, ten nigdy nie będzie wiedział na pewno...
















sobota, 18 lutego 2017

389.NIECH MYSZY ŻYJĄ DŁUGO I SZCZĘŚLIWIE

RUTH KRAUSS
„PRZYJĘCIE DLA MOTYLI”
(TŁ. MACIEJ BYLINIAK)
DWIE SIOSTRY, WARSZAWA 2016
ILUSTROWAŁ MAURICE SENDAK

Siedzę przy komputerze, a ona zniknęła w swoim pokoju. Nie ma jej kilkanaście minut. Wraca ubrana w strój kąpielowy, nałożony na spodnie i bluzkę, w rękawice – na dłoniach i stopach, w szaliki i czapki dwie – z czego jedna z daszkiem i mówi, że będzie ćwiczyć skoki. „Bo żeby wysoko skakać, muszę dużo ćwiczyć to skakanie. A żeby nic mi się nie stało, to muszę mieć strój ochronny.” Patrzę oniemiała, właściwie nie mówię nic. Nawet, gdy buduje skocznię z krzeseł i pufy… Kolejny raz zaskoczyła mnie swoją wizją świata i wyobraźnią. Takie bowiem są Dzieci.
Nieprzewidywalne, niezatrzymywalne, nieograniczalne! Nie znają słowa „niemożliwe”. Meblują świat po swojemu. Podporządkowują sobie rzeczywistość. Zmieniają realizm w magię, jeśli z realizmem im nie po drodze. Po dziecięcemu tłumaczą świat, będąc przekonanymi o swoich racjach i po dziecięcemu go nazywają, tworząc wyrazy na swój własny użytek, ale dzieląc się nimi chętnie i hojnie.
Uwielbiam obserwować moją Córkę, gdy jej wyobraźnia wychodzi z głowy i obejmuje sobą to, co dookoła niej. Uwielbiam słuchać, jak przepuszcza codzienność przez swój własny słownik. Uwielbiam jej „jestem!”, zaznaczone ogromnym wykrzyknikiem.
O tym jest „Przyjęcie dla motyli”. O podglądaniu świat dziecięcego, o tym dziecięcym jestestwie, o dziecięcej pomysłowości, która nie musi mieścić się w ramach tak zwanego „dobrego wychowania” i „co-mi-wypadania”. Tylko dziecko może zaprosić motyle na przyjęcie. Tylko dziecko może „wyrzucić zmęcz”, gdy się zmęczy. Tyko dziecko potrzebuje „piosenki ugniatacza gliny” i „piosenki na wertepy”. Tylko dzieciom wiadomo, po co brać ze sobą miseczkę mleka, co zrobić, gdy się skończą płatki i jaki jest dobry sposób na indiański pióropusz.
Całe szczęście, że jestem mamą i dzięki temu, dzięki mojej Córce, mam możliwość uczestniczyć w procesie „absurdalnościowania” wszechrzeczy! Dzięki niej mam przyzwolenie świata na głośne śpiewanie w środkach komunikacji miejskiej, wymyślanie wyrazów, które do tej pory nie istniały i tańczenie na środku zaludnionej ulicy. „No przecież z dzieckiem jestem!” - usprawiedliwiam się i czerpię radość z pierwszego śniegu („Pierwszy śnieg można poznać po tym, że wszyscy wybiegają na dwór i rzucają czapki w górę”).
Ta dziecięcość jest zabawna, ciekawa, fascynująca, dziecięca logika powala i wygrywa z naukowymi wywodami profesorów, dziecięca radość życia zaraża i rozprzestrzenia się. Nic więc dziwnego, że Ruth Krauss i Maurice Sendak kolejny raz przycupnęli blisko Dzieci i zaczęli podsłuchiwać i podpatrywać. Musieli odrzucić swoją dorosłość, nakazy, zakazy, niedowierzanie i sceptycyzm. Musieli odłożyć na półkę słowniki. Musieli dać dzieciom skakać, biegać, tańczyć, wygrywać po swojemu wyścigi i obchodzić to, że się urodziło dziecko. A nade wszystko mówić. I jeszcze śpiewać.
Jestem pełna wdzięczności, że mogłam usiąść obok nich i tak po prostu wejść w czystą, niczym nie zmąconą, szczerą, prawdziwą dziecięcość. Moje dziecko wewnętrzne tańczy sobie teraz na przyjęciu z motylami i śpiewa krzykliwą piosenkę (którą dobrze jest znać, gdy chce się krzyczeć, a ja właśnie chcę – z radości i zachwytu nad tą malutką, acz doskonałą książeczką).
A jakie jest dobre zakończenie?

„Książę i księżniczka żyli długo i szczęśliwie, a myszy też żyły długo i szczęśliwie.”
No to niech się myszom darzy!